• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[22/09/1972] And a white fucked fence… | Benjy, Prudence

[22/09/1972] And a white fucked fence… | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
02.11.2025, 00:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:03 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


Wpatrywałem się w swoje odbicie tak długo, aż kontury mojej twarzy zaczęły się rozmywać.
W świetle z przedpokoju moja skóra wyglądała na bardziej bladą niż zwykle, pomimo nietypowej, jak na Wielką Brytanię, opalenizny, oczy były zbyt ciemne, jakby wchłonęły resztki światła z mieszkania. Wszystko inne było właściwe - te same ostre rysy, ten sam cień pod oczami, którego nawet sen nie potrafiłby zetrzeć. Tylko oczy… Cholera, te oczy - spokojne, zbyt spokojne, jak tafla wody po kimś, kto już dawno utonął. Nie było w nich nic - ani cienia radości, ani nawet zmęczenia, tylko to wyciszone coś, co kłamało lepiej niż ja sam.
To nie powinno być takie trudne, prawda? Sprawianie wrażenia kogoś, kto nie rozsypuje się na drobne. Tak, byłem spokojny, zatrważająco spokojny, ale nie jak ktoś, kto cieszył się na wizytę, tylko już dawno pogodził się z czymś, z czym nie powinien. Z zewnątrz wszystko wyglądało w porządku, koszula była dopasowana, mankiety zapięte, włosy przygładzone, tylko że wewnątrz coś się we mnie kruszyło - drobny pył emocji, wewnętrzny syf sypał się bezgłośnie, gdzieś między oddechami. Chciałem dziś wyglądać jak ktoś… Normalny, jak facet, który zasługuje na swoją dziewczynę. Chciałem, żeby rodzice Prudence zobaczyli we mnie coś więcej niż tego klątwołamacza z Nokturnu, który pewnie pije za dużo i śpi za mało. Miałem wyglądać przyzwoicie. Uprzejmie. Wzbudzać zaufanie.
Zamiast tego wpatrywał się we mnie ktoś, kto wyglądał, jakby zaraz miał coś złamać, albo kogoś. Zacisnąłem usta, poprawiłem kołnierz koszuli, poprawiłem raz jeszcze, chociaż nie wymagał poprawki - odruch, tak samo sztuczny jak ten wyraz twarzy, który właśnie sobie narzucałem. Ta maska - napięta, nieprzystępna, odporna, nie pozwalała mi się rozsypać, ale robiła ze mnie kogoś, kogo nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby zaprosić na obiad.
Miałem dziś wyglądać jak człowiek - taki, którego można lubić, zaprosić do stołu, pochwalić przed sąsiadami. Tym, który potrafił się uśmiechnąć i powiedzieć coś miłego, kiedy ojciec Prudence opowiadałby o swoich sukcesach w szpitalu, a matka mówiłaby coś o ciastach. Tym, który nie budził niepokoju, ale w lustrze widziałem tylko kogoś, kto udawał, że nie słyszał własnego głosu sprzed pięciu minut, wypowiadającego bluźnierstwo w kuchni. Miałem być „chłopakiem Prudence” - tym, który potrafił powiedzieć „dzień dobry” bez brzmienia, jakby warczał to przez zaciśnięte zęby. Miałem wyglądać jak ktoś, kto był wart jej zainteresowania. A zobaczyłem w odbiciu twarz człowieka, który przywdziewał maskę tylko po to, żeby się nie rozpaść. Pociągnąłem materiał koszuli, wygładziłem ją na piersi, poprawiłem kołnierzyk. Ręce lekko mi drżały, ale zignorowałem to, jak wszystko inne - przynajmniej ruchy miałem wciąż precyzyjne. Rytuał - każdy gest to sposób na przeżycie.
W kuchni piec już ucichł - wyłączyłem go wcześniej, wyjąłem formę, pozwoliłem, by to coś, co tam zrobiłem, ostygało. Nie miałem apetytu, wino kończyło się w butelce, a ja naprawdę próbowałem zakończyć na tamtych dwóch kieliszkach. Nie dla zdrowia - dla kontroli. Obiecałem sobie, że nie będzie trzeciego - obiecałem sobie wiele rzeczy. Usiadłem na brzegu kanapy, cisza znów mnie owinęła. Czekałem - na nią, na ten cholerny dźwięk klucza, na powód, żeby udawać, że wszystko jest w porządku, ale wiedziałem, że się nie uda, nie potrafię być tym, kim powinienem, i nawet jeśli się uśmiechnę, to będzie to ten uśmiech, który ludzie widzą i czują w nim coś niebezpiecznego. Miałem wyrzut do siebie o to - o wszystko. O to, że nawet próbując się postarać, wychodziłem jak parodia człowieka, ktoś, kto nie umiał być miły i przystępny, tylko udawał, że wie, jak to się robi.
Zegar tykał zbyt głośno, jakby liczył czas do mojej porażki. Wypuściłem powietrze, powoli, z oporem, złapałem się na tym, że raz po raz poprawiam mankiet, jakbym szykował się nie na kolację, tylko na przesłuchanie. Wiedziałem już, że nie uda mi się dziś sprawiać dobrego wrażenia. Nie z taką twarzą, nie z tym, co siedziało mi pod skórą, w tym właśnie tkwił ten obrzydliwy paradoks - chciałem się postarać, naprawdę, chciałem, by rodzice Prudence pomyśleli „dobrze trafiła”, a nie „co ona w nim widzi”.
- Nie spiepsz tego. - Powiedziałem do swojego odbicia, mierząc się z nim wzrokiem z kilku metrów, ale nawet ono nie wyglądało, jakby mi wierzyło - i może to właśnie było najgorsze, bo kiedy patrzyłem w lustro, nie widziałem w nim kłamcy. Widziałem kogoś, kto naprawdę jest tym, za kogo ludzie go biorą.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#2
02.11.2025, 00:35  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
02.11.2025, 16:21  ✶  

Nie pamiętała momentów, kiedy spieszyła się wracając do domu. Powroty wyglądały zupełnie inaczej, gdy wiedziała, że ktoś poza szczurem tam na nią czeka. Mieszkanie przestało być po prostu pustą przestrzenią, teraz wiązało się to z obecnością osoby, której na niej zależało. Mimo, że wiedziała, iż nie powinna się do tego przyzwyczajać, to było naprawdę miłą odmianą, świadomość, że ktoś tam na nią czeka, że mają wspólne plany. Zazwyczaj zamknięcie drzwi wiązało się z ucieczką od całego świata, zagłębianiem w kolejnych woluminach, próbami znalezienia sobie zajęcia, z samotnością - która niby nie przeszkadzała, ale jednak na dłuższą metę też nie do końca służyła.

Wydawało jej się całkiem logiczne to, że zaproponowała Benjy'emu wspólną kolację z okazji Mabon w towarzystwie jej rodziców. Wiedziała, jak to u niego wygląda, a że byli blisko postanowiła zabrać go ze sobą, przedstawić rodzicom, chociaż spodziewała się, że będą mieć milion pytań, bo Prue od lat nie pokazywała się u nich w żadnym towarzystwie, tak właściwie to rzadko kiedy w ogóle się pokazywała, nie miała nic przeciwko temu, aby brać dyżury podczas sabatów, zwłaszcza, że większość jej współpracowników miała swoje rodziny, miała z kim spędzać święta, więc z czystej przyzwoitości zgłaszała się na ochotnika do pracy podczas tych dni. Ona nie miała się do kogo spieszyć, przynajmniej kiedyś.

Ten dzień był jednak całkiem wyjątkowy na tle kilku ostatnich lat, towarzyszyło jej dzisiaj nawet drobne napięcie, zastanawiała się, czy Benjy nie przestraszy się jej rodziny, jasne z Eliasem znał się od dawna, jednak rodzice... rodzice jak pewnie większość rodziców byli specyficzni. O matkę nieszczególnie się martwiła, należała do tych miłych kobiet, które potrafiły znaleźć wspólny język z każdym, ojciec jednak... tu sprawa wyglądała zgoła inaczej. Prue nie była dziwna bez powodu, geny robiły swoje, w tym wypadku zdecydowanie więcej odziedziczyła po nim.

Znalazła się przed drzwiami swojego mieszkania, zaczęła grzebać w kieszeni płaszcza w poszukiwaniu kluczy, znalazła je całkiem szybko, w końcu wsadziła w zamek i je otworzyła. Gdy tylko znalazła się w środku w jej nozdrza uderzył zapach jedzenia. Tak, to było miłą odmianą, w końcu pachniało tu jak w domu.

- Wróciłam. - Rzuciła w eter na wejściu, gdy pozbywała się płaszcza i butów, wiedziała, że nie mają zbyt wiele czasu do wyjścia, a musiała zmyć z siebie jeszcze zapach kostnicy, który może sama zaczęła już dawno ignorować, jednak był na tyle charakterystyczny, że inni zwracali na niego uwagę.

Prue nie lubiła pośpiechu, raczej wolała mieć dużo czasu na przygotowanie się do wyjścia, żeby nie daj Merlinie o niczym nie zapomnieć, jednak to nie był jeden z dni kiedy mogła sobie pozwolić na zwlekanie. Skoro już mieli pójść do jej rodziców, pokazać się, spędzić z nimi trochę czasu, to lepiej, aby znaleźli się tam o czasie. Nie sądziła, że wyrzucaliby jej drobne spóźnienie, jednak miała swoje zasady, jedną z nich było właśnie pojawianie się o czasie.

Weszła w głąb mieszkania, zauważyła Fenwicka siedzącego na kanapie, w przeciwieństwie do niej wydawał się być już gotowy, będzie musiała się pospieszyć. - Gotowałeś? - Zapytała jeszcze kiedy weszła do pomieszczenia, chociaż było to całkiem oczywiste zważając na zapach roznoszący się po mieszkaniu.

Zbliżyła się jeszcze do niego, aby musnąć jego policzek wargami, był to dla niej całkiem naturalny odruch, przyzwyczaiła się już do tego, co ich łączyło. Gdy się nachyliła wyczuła zapach wina, ale nie skomentowała tego w żaden sposób. Nie sądziła, że będzie się denerwował spotkaniem z jej rodzicami, zwłaszcza, że radził sobie przecież z demonami i innymi dziwnymi bytami, więc dwoje ludzi nie powinno stanowić większego problemu, jednak z drugiej strony musiała pamiętać o tym, że to nie było coś, co robił. Zresztą ona również, był to dość spory krok, który chciała zrobić, chciała pokazać swoim bliskim, że w jej życiu pojawił się ktoś wyjątkowy, na kim jej zależało. Co z tego, że miał być w nim tylko na chwilę.

- Potrzebuję krótkiej chwili, żeby się ogarnąć i będziemy mogli wyjść, wszystko w porządku? - Wolała się upewnić, jak wygląda sytuacja.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
03.11.2025, 00:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 00:24 przez Benjy Fenwick.)  
Siedziałem na kanapie, z łokciami opartymi o kolana, starając się wyglądać… Normalnie,  cokolwiek to znaczyło, koszula na mnie leżała dobrze, może nawet za dobrze, jakby usiłowała mnie upchnąć w roli, która też nie była dla mnie szyta. Na dłoniach wciąż czułem resztki ciepła po naczyniu, które przed chwilą wyciągnąłem z piekarnika, ale wewnątrz czułem się zmarznięty, zupełnie niepasujący do tego mieszkania i atmosfery. Dynia, rozmaryn, wołowina - brzmiało rozsądnie, wyglądało przyzwoicie, pachniało domem, chociaż to nie był mój dom. Zapach jedzenia był gęsty, wyrazisty, ciepły, rozchodził się po mieszkaniu, jak fałszywe poczucie spokoju. Rozmaryn, pieczona dynia, wino, mięso - idealnie, prawie. W rzeczywistości patrzyłem w pustkę, próbując nie wyglądać, jakbym czekał na egzekucję. Patrzyłem na naczynie z zapiekanką, na ciasto, na kwiaty, które wyglądały za ładnie w tym obcym świetle. Wszystko było na swoim miejscu, wszystko wyglądało dobrze, tylko ja nie pasowałem do żadnego z tych kadrów - to, że tak bardzo starałem się wyglądać normalnie, tylko jeszcze bardziej to podkreślało.
Kiedy usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza w zamku, coś we mnie drgnęło - niby ulga, w zasadzie odruch, jakby dźwięk ten przywracał wszystko do jakiegoś rytmu, normalności, w którą wciąż próbowałem wierzyć. Gdy Prue weszła głębiej, uśmiechnąłem się, krótko, trochę za bardzo z wysiłkiem. Odpowiedziałem dopiero po chwili, zbyt długiej, żeby brzmiało to naturalnie.
- Hej. - Jej usta musnęły mój policzek. Zamarłem na moment, nie dlatego, że to było niespodziewane, tylko dlatego, że od środka byłem już zbyt napięty, żeby poczuć coś tak prostego bez tego odruchowego lęku, że zaraz coś pęknie, ale zaraz się zreflektowałem.
- Ej, ej, nie uciekaj tak. - Mruknąłem, łapiąc ją lekko za nadgarstek i obracając twarz tak, by nasze usta się spotkały. Pocałunek był krótki, miękki, wystarczający, żeby chociaż na moment złapać grunt pod nogami. Pachniała chłodnym powietrzem i medykamentami z kostnicy, jak zawsze po pracy. Odwróciłem głowę w jej stronę, zanim jeszcze zdążyła się odsunąć, tak że pocałunek w policzek przerodził się w coś o pół sekundy dłuższego, bardziej prawdziwego, muskając jej usta, na moment pozwoliłem sobie zapomnieć, że za chwilę będę musiał znów założyć tę cholerną maskę. - Wiesz, zaczynam się zastanawiaś. - Powiedziałem z lekkim przekąsem, kiedy się odsunęła. - Czy powinniśmy jusz telas ćwiczyś tę welsję dla lodziców? Wiesz, tę ocenzulowaną. Taką, gdzie widujemy się tylko na kolacjach w większym glonie, poznaliśmy się w jakimś szalenie molalnym miejscu… Mose w kowenie, a całowanie oglanicza się do kuzynowskich buziaków w policzek. - Uniosłem brew, udając powagę. - Aczkolwiek, jeśli mam byś twoim kuzynem, to chyba powinienem pszestaś patsześ na ciebie w ten sposób. - Uśmiech, który jej posłałem, był prawdziwy, mimo że wymagał ode mnie więcej wysiłku, niż powinien. - Szeby nie zgolszyś posządnych ludzi. - Chciałem, żeby to brzmiało lekko - i chyba brzmiało. Tylko w środku wiedziałem, że to wszystko jest grą — maską, którą trzymałem na miejscu, póki mogłem.
Więc uśmiechnąłem się jeszcze raz, poprawiłem mankiet i dodałem:
- Gotowałem. Mówiłem ci, umiem gotowaś. - Przyznałem, chociaż to było oczywiste. Nie potrafiłem nawet żartobliwie skomentować tego, jak bardzo starałem się, żeby wyglądało to wszystko na zwyczajne.
Podniosła na mnie wzrok, ten spokojny, analityczny - jakby jednym spojrzeniem potrafiła ocenić temperaturę wina, stopień przyrumienienia mięsa i to, ile godzin przespałem tej nocy. Nie skomentowała wina, chociaż wiedziałem, że je wyczuła. Prudence nigdy nie potrzebowała słów, żeby coś zauważyć, właśnie to mnie najbardziej rozbrajało - tym razem w dziwnie ściskającym żołądek sensie - ten jej spokój, który mógł być równie dobrze aktem czułości, jak i aktem braku złudzeń.
„Wszystko w porządku.” Wszystko. W porządku. Słowa, które trzeba było wypowiedzieć bez zawahania - to zdanie zawsze brzmiało jak test, a ja nigdy nie wiedziałem, jaką odpowiedź chciała usłyszeć. Uśmiechnąłem się tak, żeby nie wyglądało to na wymuszone, uniosłem wzrok. Spojrzałem na nią i, przez ułamek sekundy, chciałem powiedzieć prawdę - nie wiem, co się dzieje ze mną od kilku dni, w mojej głowie jest echo cudzych słów, mam wrażenie, jakby ktoś we mnie oddychał, czekając, aż znowu otworzę usta, ale… Tylko się uśmiechnąłem. Ten uśmiech wyszedł mi zbyt gładko, był zdecydowanie zbyt wyćwiczony.
- Tak, jasne. - Powiedziałem, i nawet zabrzmiało to wiarygodnie. - Wszystko gotowe, nic szię nie pali. Idź, ogalnij się. - Uśmiechnąłem się jeszcze raz, tym samym uśmiechem, którego przed laty, z kimś innym - to było nagorsze, używałem jak narzędzia. Chciałem wypaść dobrze, naprawdę.
Tylko że w praktyce wyglądało to tak, jakbym siedział tu nie, jako jej chłopak, ale ktoś zatrudniony, żeby dopilnować, by nic jej się nie stało w drodze na rodzinny obiad. Z tą różnicą, że nie miałem pojęcia, czy jestem ochroniarzem przed światem, czy przed samym sobą.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#5
03.11.2025, 18:36  ✶  

Miała wrażenie, że w powietrzu wisi jakieś dziwne napięcie. Może nie powinna wychodzić z tą inicjatywą, ale jeszcze kilka dni temu wydawało jej się to całkiem właściwie, zwłaszcza, że Benjy był tutaj sam. Całkiem naturalne więc wydawało się Prudence zaproszenie go na kolację do swoich rodziców. Teraz trochę w to wątpiła, może nie chciał iść, z czystej przyzwoitości się na to zgodził, a teraz żałował? Trudno było jej to stwierdzić. Z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że nie zrobiłby niczego przeciwko sobie, należał do osób, które potrafiły wyznaczać granice, więc gdyby faktycznie nie chciał jej towarzyszyć to po prostu by odmówił. Niepotrzebnie chyba się tym martwiła, może sobie coś ubzdurała, bo dla niej samej to było raczej czymś nowym, od dawna bowiem nie pojawiła się w domu rodzinnym z kimś u swojego boku.

Nie zdążyła się odezwać, gdy wspomniał o tym, że ma nie uciekać, to było dość szybkie, dłoń zaciskająca się na jej nadgarstku i pocałunek - zdecydowanie przyjemniejszy od tego w policzek. Uśmiechnęła się odruchowo, to wszystko wydawało się jej nieco nierealne, ale naprawdę był tutaj i wybierał się z nią na kolację do jej rodziców. Życie potrafiło zaskakiwać.

Zmrużyła oczy i zmarszczyła nos, kiedy wspomniał o tym, że zaczął się nad czymś zastanawiać. Była ciekawa nad czym tak właściwie, wpatrywała się więc w niego czekając na to, co miał jej do powiedzenia.

- Zdecydowanie nie możesz być moim kuzynem. - Od tego postanowiła zacząć. Tak właściwie to nie zastanawiała się nad tym, co powiedzą rodzicom, nie powinni zbytnio wnikać w detale dotyczące ich znajomości, tak się przynajmniej jej wydawało. Prue nigdy nie była zbytnio wylewna jeśli chodziło o dzielenie się szczegółami ze swojego życia.

- Czy potrzebujemy właściwie jakiejś wersji dla rodziców? - Zaczęła zastanawiać się na głos, nie do końca wydawało się jej to konieczne. - Nie sądzę, że uwierzyliby w to, że spotykamy się tylko w większym gronie, znają mnie i wiedzą, że raczej unikam takich spotkań. - Na pewno wyczuliby w tym jakiś podstęp. - Może po prostu zachowujmy się normalnie, nie są tacy straszni, zresztą jesteśmy dorośli, na pewno doskonale zdają sobie sprawę z tego, że pozwalamy sobie na coś więcej niż trzymanie się za ręce. - Nie było to wcale takie trudne do dedukcji, bo gdyby nie łączyło ich coś więcej, gdyby jej na nim faktycznie nie zależało to nie zamierzałaby go im przedstawić. Oni na pewno o tym wiedzieli. Prue nie była szczególnie wylewna, nawet jeśli chodziło o najbliższych.

- Ani Ty, ani ja nie do końca pasujemy do kowenu... chociaż to mogłoby być niezłym początkiem. - Gdyby faktycznie byli zwyczajnymi ludźmi, ale nie byli, i nie dało się tego nie zauważyć.

- Od razu zgorszyć, potrzebują bodźców, szczególnie, że nigdy im ich zbyt wielu nie dostarczałam. - To też nie było jakoś specjalnie zaskakujące. Prudence należała do tych dzieciaków, które nie sprawiały żadnych problemów, była poukładana  od zawsze, zresztą nie sądziła, aby rodzice zamierzali negować jej decyzje. Wiedziała, co jest dla niej dobre, mieli do niej spore zaufanie i na pewno będą akceptować jej wybór.

- Tak, wiem, pamiętam, ale dzisiaj to chyba nie było konieczne. - Znając matkę na pewno przygotowała bowiem dużo jedzenia, które zamierzała zapakować im na wynos. - Chociaż w sumie, to całkiem miłe, że i o tym pomyślałeś. - Tak w zasadzie miała wrażenie, że Benjy wszystko przemyślał. Przygotował się do tej kolacji, jakby faktycznie przejmował się opinią jej rodziców i chciał wypaść jak najlepiej, chociaż nie sądziła, że było to potrzebne i bez tego przecież mieli zobaczyć w nim same pozytywy, nie musiał nic w sobie zmieniać, czy udawać kogoś kim nie był, na pewno zobaczą w nim to wszystko, co widziała Prue.

- To idę. - Rzuciła jeszcze, po czym oddaliła się w stronę łazienki, gdzie zamierzała doprowadzić się do względnego porządku, zmyć z siebie ten dzień. Zajęło jej to kilka minut, bo wiedziała, że czas ich naglił, założyła też nieco bardziej odpowiednie ubranie, chociaż tak właściwie to na co dzień nie brakowało jej elegancji, lubiła wyglądać schludnie, właściwie od zawsze. Wiedziała jednak, że Penelope doceni, jeśli pojawi się w sukience, nie zamierzała więc odmówić matce tej przyjemności.

Wróciła do salonu po dłuższej chwili, nie unosił się już za nią zapach kostnicy, a charakterystyczna woń truskawek, wyglądała raczej zwyczajnie, jak na siebie, ubrana w czarną sukienkę, sięgającą jej gdzieś przed kolano. To była tylko wizyta u rodziców, nic wielkiego, starała się nastawić pozytywnie, bo dlaczego by nie, na pewno będą zachwyceni ich obecnością.

- Chyba możemy się zbierać? - Wydawało jej się, że o niczym nie zapomnieli, więc powoli mogli wychodzić.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
03.11.2025, 19:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 20:00 przez Benjy Fenwick.)  
Nachyliłem się lekko do przodu, wciąż siedząc, tak że między nami została tylko ta wąska przestrzeń, w której mieszał się zapach jej włosów i ciepło z kuchni. Kiedy mówiła, miałem ochotę się uśmiechnąć, ale nie do końca w ten sposób, w jaki powinienem, idąc z nią zaraz do rodziców. Zerknąłem na nią spod rzęs, lekko przekrzywiając głowę, bo nie powinna wyglądać dobrze, stojąc w półmroku między kuchnią a korytarzem, z włosami jeszcze rozczochranymi po zdjęciu płaszcza, a wyglądała - a ja, jak idiota, łapałem się na tym, że patrzyłem dłużej, niż wypadało komuś, kto próbował zachować pozory opanowania.
Uśmiechnąłem się szerzej, niż zamierzałem, kiedy odparła, że nie mogę być jej kuzynem.
- Widzisz, ploblem polega na tym, sze ty ciągle jesteś dla nich ich małą dziewczynką, a dla mnie… - Pozwoliłem, by słowa zawisły w powietrzu, niedopowiedziane, z cieniem uśmiechu, który nie był już do końca żartem. Zawsze wszystko rozkładała na części, aż nabierało sensu. Ja z kolei… Byłem dokładnym przeciwieństwem sensu.
- Czyli szadnych welsji, szadnych opowieści o pszypadkowych spotkaniach w bibliotekach? Córeczka tatusia zwyczajnie pszychodzi do domu s facetem, któly wygląda, jakby miał odstlaszaś wieszycieli, a nie pszynosiś kwiaty. - Zerknąłem na nią, świadomie, trochę zbyt długo. - Bo wiesz, nawet dla mnie, to w sumie dość tludne do połączenia, ta idealna, poukładana pani antlopolog i kobieta, któla potlafi człowiekowi pszewróciś w głowie tak, sze ten nie wie, gdzie się kończy wieczól, a zaczyna lanek. - Nie zdołałem powstrzymać uśmiechu, gdy wypowiadałem ostatnie słowa. Ironia była moim ratunkiem, zawsze, w rzeczywistości wcale nie chodziło o to, że chciałem być zabawny. To zgrzytało, a może to ja zgrzytałem w tej układance.
- No, mosze i nie było konieczne. - Odpowiedziałem spokojnie, choć w środku aż mnie ścisnęło, że znowu coś zrobiłem nie tak, przesadziłem, że wyszło sztucznie. - Ale wiesz… Uznałem, sze dobrze mieś plan awalyjny, gdyby ciasto okazało się niesmaczne. - Zamilkłem. Zanim wyszła, jeszcze przez moment patrzyłem na nią, tak po prostu, bez słów, bo coś we mnie wiedziało, że to, co udajemy, może się w końcu rozpaść, a dzisiejszy wieczór był zbyt spokojny, żeby nie zwiastował właśnie tego. Oparłem łokieć o kolano, przyglądając się jej z ukosa.
Odetchnąłem, gdy wyszła. Dopiero wtedy maska mogła lekko opaść, choćby na sekundę. Oparłem łokieć o oparcie kanapy, kiedy znikała w łazience, i przez chwilę po prostu słuchałem szumu wody, stuknięcia flakonu z perfumami, przesunięcia prowadnic od szuflady. Wszystko brzmiało zaskakująco domowo, nienaturalnie domowo, jakby ktoś wziął cudze życie i wsadził mnie w nie na próbę. Na stoliku przede mną stała butelka wina, dwa bukiety i zapiekanka, której zapach wciąż unosił się w powietrzu - idealny obraz przygotowań do rodzinnej kolacji, niczego nie brakowało, oprócz jednej drobnej rzeczy - poczucia, że naprawdę pasuję do tej sceny. Przez chwilę, gdy drzwi za nią się zatrzasnęły, siedziałem bez ruchu, w mieszkaniu znów zapanowała cisza - taka, która powinna uspokajać, a we mnie tylko pogłębiała napięcie. Złapałem się na tym, że bawiłem się korkiem od butelki wina, tocząc go po stole. Przesunąłem palcami po karku - tam, gdzie jeszcze niedawno czułem ten obcy chłód, tę obecność, teraz było pusto. Tylko moje odbicie w oknie naprzeciwko - znów zbyt ciemne oczy, za poważna twarz. Spróbowałem się uśmiechnąć, nawet ćwiczyłem to przez moment, jak idiota. Prue zasługiwała na faceta, który potrafił się po prostu uśmiechać. Jej słowa sprzed chwili wciąż krążyły mi w głowie - o tym, że nie potrzebujemy żadnej wersji dla rodziców, mamy się zachowywać normalnie. Normalnie - ciekawe, jak wygląda „normalność” w wykonaniu kogoś, kto jeszcze godzinę temu szorował sobie język mydłem.
Kiedy wróciła, na moment zapomniałem, co chciałem powiedzieć. Jej zapach dotarł do mnie, zanim jeszcze się odezwała - truskawki, coś ciepłego, miękkiego, zupełnie innego niż chłód, który zawsze przynosiła ze sobą po pracy. Pierwszym, co zrobiłem, było uniesienie głowy. Złapałem jej wzrok, próbując utrzymać go dłużej, niż było mi wygodnie. W tych oczach było coś, co uspokajało, i jednocześnie przypominało mi, jak cienka jest granica między tym, kim chciałem być, a tym, kim byłem naprawdę. Nie powiedziałem od razu nic, musiałem ugryźć się w język, żeby nie przyznać, że wyglądała tak, że przez moment zapomniałem o całym tym przedstawieniu, o rodzicach, o Mabon i o tym, że od kilku dni coś we mnie pulsowało - coś z szaleństwa, paranoicznego zachowania, którego nie potrafiłem przerwać. Zamiast tego zrobiłem coś prostszego - podniosłem się z kanapy, poprawiłem mankiet, jakby to było najważniejsze, i w końcu skinąłem głową w stronę drzwi, odzywając się tonem, który miał zabrzmieć lekko:
- Tak, chodźmy jusz. - Powiedziałem. - Zanim uznam, sze jednak powinienem zostaś i oszczędziś twojemu ojcu zawału. - Uniósłem lekko brew, udając lekki, ironiczny dystans, w środku jednak wszystko we mnie było napięte. Przecież to był tylko obiad.
Tylko obiad.
Tylko rodzice.
Tylko…
Ale w środku wiedziałem, że ta gra w normalność zaczynała mnie przerastać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#7
03.11.2025, 22:20  ✶  

Przewróciła oczami, kiedy usłyszała jego kolejna słowa. Ich twarze znajdowały się bardzo blisko siebie, miała ochotę zrobić coś, co mogłoby przeszkodzić im w wyjściu z domu, powstrzymała się jednak, mając na uwadze to, że to nie był moment, w którym wypadało się spóźnić (jakby jakikolwiek inny był ku temu odpowiedni). - Mogłabym z tym polemizować. - Rzuciła jeszcze, chociaż pewnie miał rację. Rodzice mieli to do siebie, że ich dzieciaki zawsze zostawały dla nich tylko i wyłącznie dziećmi, bez względu na to jak dorośli by nie byli.

- Podejrzewam, że istotne będzie tylko to, że nie jestem już sama. - Ton jej głosu był całkiem poważny, doskonale zdawała sobie sprawę, że to było zmartwieniem jej rodziców, wiele razy słyszała, że nie powinna zamykać się na ludzi, na świat i dać mu kolejną szansę. Nie sądziła, żeby rodzice skupiali się na tym, co dla niego wydawało się takie oczywiste. Jasne, na pierwszy rzut oka, cóż wyglądali jak z różnych światów, ale nie obchodziło jej to jakoś specjalnie. Zresztą to były tylko pozory, pod którymi kryło się zdecydowanie więcej.

- Niepotrzebnie tak na to patrzysz, pani antropolog również ma swoje tajemnice, o których nie wszyscy wiedzą, wcale nie jest taka idealna, jak się może wydawać. - jej rodzice również nie znali tych sekretów, jednak na pewno zdawali sobie sprawę iż miała dość sporo rozsądku i nie dopuściłaby do siebie byle kogo. To było całkiem jasne. Nie zamierzała jednak teraz rozkładać tego na czynniki pierwsze, zresztą już za chwilę jego obawy miały się rozwiać, nie wątpiła bowiem w to, że zostanie zaakceptowany bez żadnego problemu, chociaż usilnie próbował teraz szukać dziury w całym. Nie wywinie się jednak z tego tak łatwo.

- Oczywiście, że pomyślałeś o planie awaryjnym, jakżeby mogło być inaczej. - a niby to ona była czarnowidzem. Odsunęła się w końcu o krok, aby za chwilę zniknąć za drzwiami łazienki. Czuła dziwny spokój, jednak coś podpowiadało jej, że to może być złudne. Wszystko wydawało się układać, zmierzać ku odpowiedniemu kierunkowi, a jednak nie mogła pozbyć się wrażenia, że niedługo coś pójdzie nie po jej myśli, odsuwała to od siebie. Tak bardzo była przyzwyczajona do tego, że zawsze coś się psuło, że nie pozwalała sobie na szczęście, na tym powinna się skupiać, a nie na tym, co i kiedy może się rozsypać.

Musiała zmienić nastawienie, żeby kreować nową, lepszą rzeczywistość, wyłączyć ten cichy głos w jej głowie, który powtarzał, że to się nie uda, bo przecież miało być inaczej, nawet jeśli przez chwilę, to wypadało, aby cieszyła się tym czasem, bez względu na konsekwencje, które miały w nią kiedyś uderzyć, prędzej, czy później. Szczególnie, że to wszystko wydawało się takie naturalne i prawdziwe.

W końcu znalazła się znowu w salonie, gotowa do wyjścia, z uśmiechem na ustach, jakby nic nie mogło przeszkodzić im w tym chwilowym szczęściu. W końcu siedział nadal na kanapie, nie uciekł, był gotowy pójść z nią do jej rodziców, nie uciekł, chociaż mógł to zrobić, a jednak na nią czekał, przygotowany do tej kolacji, aż nazbyt dokładnie.

- Na szczęście jestem lekarzem, będę w stanie mu pomóc. - Dodała jeszcze z uśmiechem, bo całkiem bawiła ją ta wizja. Nie sądziła jednak, że będzie, aż tak źle jak zakładał. Wszystko pójdzie gładko, bo przecież ostatnio wszystko się układało. Z takim właśnie nastawieniem opuściła mieszkanie.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2296), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (1957)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa