25.01.2026, 16:19 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 00:20 przez Aaron Andrew Moody.)
Mieszkanie Alastora i Millie
Nikt nie odpowiadał, gdy Aaron zapukał do drzwi, wszedł więc do mieszkania sam. Obiecał Alastorowi, że odnowi w wolnej chwili zabezpieczenia rodzinnej sieci, a przy okazji zerknie na pęknięcie szerzące się wzdłuż ściany sypialni. Nie chciał odkładać tego w nieskończoność, zwłaszcza, że chodziło o matrycę zaklęcia ochronnego. Zdrzemnął się więc może z godzinkę po dyżurze, żeby się zregenerować, a potem pozbierał graty, bo w skrzynce z narzędziami miał jak zawsze potworny bałagan. Musiał jeszcze załatwić parę rzeczy, zegar wiszący w przedsionku wskazywał więc na kilka minut po pierwszej, kiedy Aaron wreszcie teleportował się na miejsce. W tykaniu zegara było coś irytująco regularnego. Coś, co przypominało o upływie czasu, nawet gdy w mieszkaniu wszystko zdawało się tkwić w bezruchu. Na zewnątrz słońce stało wysoko, przygniatając miasto ciężarem upału. W środku panowała jednak ciemność. Grube zasłony zaciągnięto szczelnie, broniąc przystępu światłu dnia. Tylko jego smugi rozlewały się plamami na podłodze salonu, w którego progu stanął Aaron.
Przez dłuższą chwilę przypatrywał się wystawce z pustych butelek, którymi założona została ława w salonie. Między nimi leżały pędzle o stwardniałym włosiu, zaschnięte palety i naczynka z mętną wodą, na których ściankach osiadały warstwy kolorów. Brudna tęcza rozwarstwiona na dnie szkła. Na dnie wydawała się być też rozwalona na kanapie Millie. Kaskada ciemnych włosów spływała po poduszce, przypominając rozbryzg farby na sztaludze stojącej w kącie salonu. W półmroku nie potrafił dojrzeć konturów obrazu. Nie potrzebował. Wiedział, że płótno będzie niedokończone, zatrzymane w połowie gestu, w połowie myśli artystki. Artystki, bo przecież Millie chciała być artystką, nie aurorem. Wyobrażał sobie, że farba miejscami wciąż błyszczy wilgotno. Wyobrażał sobie też, że gdzie indziej pęka już cienką skorupką, zdradzając, że minęło wystarczająco dużo czasu, żeby artystka... Zdążyła się rozmyślić.
Gdyby Aaron nie poczuł promieniującego do szczęki bólu, nie zdałby sobie sprawy z tego, że zaciska zęby. Wystarczyłoby jedno machnięcie różdżki, żeby przenieść wszystko do kuchni. Potem trzeba to będzie włożyć do worka i wynieść na śmietnik... Potem. Na razie nie był w stanie na to wszystko patrzeć. Skupił wzrok na córce. Za bardzo przypominało mu to o schowanej na wieczór butelce wódki, którą kupił wczoraj, tuż przed wyjściem na nocną zmianę. O zgrzewce piwa czekającej na niego w lodówce.
Aaron Moody miał zasady, których się trzymał. Celem wyprawy po alkohol nie mógł być więc nigdy alkohol sam w sobie. Nie, alkohol kupowało się tylko "przy okazji". Nigdy tuż po otwarciu, nigdy tuż przed zamknięciem sklepu. Nigdy w środku nocy.
Każda z takich wypraw musiała zostać wcześniej starannie zaplanowana.
Najpierw koszyk należało wypełnić produktami spożywczymi, zachowując się przy tym w możliwie neutralny sposób. Odpowiednio duży tłok. Godziny szczytu, kiedy obsługa była zbyt zajęta, żeby zwrócić na niego uwagę. Zapamiętać twarz kolejnego klienta, który niespecjalnie przejmował się uprzejmościami. Tak jak wszyscy chciał przecież zdążyć z zakupami przed końcem przerwy na lunch! A chociaż Aaron wolał zwykle robić zakupy wczesnym popołudniem, gdy wokół niego nie przewijało się tak wielu ludzi... Zbliżała się rocznica. A w rocznicę śmierci Madeleine zawsze pił więcej.
Zmuszony został więc do dostosowania strategii pod okoliczność.
Zabawnie to brzmiało. Strategia. Jak gdyby planował jakąś sekretną operację, a nie upodlenie w zaciszu mieszkania.
Aaron zerknął na stojącego niepodal łysiejącego mugola w średnim wieku, który wnikliwie studiował sporządzoną na kartce listę zakupów. Dłuższą chwilę mrużył skryte za grubymi okularami oczy, zerkając raz to na trzymaną w ręku kartkę, raz to na półkę z płatkami śniadaniowymi. W końcu poddał się, przywołując krzątającą się obok ekspedientkę.
"Pamięta pani, które kupuje moja żona?"
Aaron zacisnął rękę na różdżce schowanej w kieszeni. Nogi same poniosły go dalej.
Chociaż wiedział bardzo dobrze, w której alejce znajdzie to, czego szukał, zmusił się, żeby przejść połowę sklepu, zanim skierował swoje kroki w stronę właściwych półek. Alkohol nigdy nie mógł trafić do koszyka jako pierwszy. To także była jedna z zasad. Sięgnął po butelkę opatrzoną znajomą etykietą. To samo, co zawsze. Zmiana wymagałaby refleksji, a on udawał przecież, że kupuje wino do obiadu. Wino, które pije do wysmażonego befsztyku w każdy czwartek! Po prawdzie, nie lubił nawet za specjalnie wina, ale szybciej szło się takim skurwić. Wsadził je do koszyka, bo wiedział, że nad następnym wyborem będzie mógł już nieco dłużej podumać. Przeszedł wzdłuż półki, udając, że przypatruje się cenom. Wódkę należało kupić droższą, jak gdyby kupowało się prezent. W końcu dawno niewidziani przyjaciele mieli wpaść na grilla. Dlatego kupił jeszcze zgrzewkę piwa. Nic nie smakuje tak dobrze, jak karkówka marynowana w jasnym piwie, mógłby się zaśmiać, gdyby ktoś zapytał go o zawartość koszyka. Wiedział, że nikt nie zapyta. A jednak czuł się pewniej ze swoim wymyślonym alibi. Nawet w pracy napomknął mimochodem, że będzie grillował w ten weekend. Wszystko po to, żeby zachować pozory.
Odwrócił się na pięcie i opuścił alejkę tak szybko, jak było to możliwe bez zwracania na siebie uwagi.
Millie nie umiała nigdy zachować pozorów. Wszystkie emocje wypisane miała na twarzy, nawet wtedy, gdy próbowała je ukryć pod tą swoją udawaną nonszalancją. Wyjebaniem, mającym sprawiać wrażenie, że niczego nie bierze na poważnie, niczego nie bierze do siebie. Gdy spała, wydawała się jednak spokojną. Twarz miała wygładzoną, jak gdyby sen zdejmował z jej ramion ciężar, z którym wiecznie nosiła się na jawie. Mimochodem zauważył, że na policzku ma ślad farby. Tak drobny, że niemal niezauważalny, gdyby nie kontrastował z bladą skórą dziewczyny.
Aaron wyciągnął rękę w stronę córki, jak gdyby chciał odgarnąć kosmyk włosów opadający jej na czoło, gestem niemal czułym. Niemal pieszczotliwym. Zamarł jednak, gdy Millie nagle poruszyła się we śnie. Wymamrotała coś niezrozumiale, a może tylko tak mu się zdawało. Cofnął rękę. Chwila już minęła. Aaron odsunął się, zanim Millie zdążyła się przebudzić.
– Ciężka noc w robocie? – rzucił ostro, starając się zdusić w sobie gniew. Nie potrafił. Wciąż słychać było w jego głosie złość.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.