• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
1 2 3 4 5 … 9 Dalej »
[09.09.1972] Gdy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie

[09.09.1972] Gdy spoglądasz w otchłań, ona również patrzy na ciebie
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#1
24.01.2026, 16:26  ✶  
9 września 1972, ok. 03.00
Spalona Noc, kość Piętra – Czy każdy zasługuje na pomoc?

Chwilowa ulga, jaką czuła po tym, jak upewniła się, że jej mieszkanie jest całe, że koty – choć przerażone, żyją, że ma do czego wracać, choć była jak balsam na skołatane, zmęczone serce, wcale nie wlała w nią więcej sił. Była na nogach już bardzo długo, przyszła dzisiaj na drugą zmianę (całe szczęście, bo poprzedniej nocy, nie mogąc lepiej poskładać grafików, włóczyła się z Brenną po ogrodzie Maida Vale), ale adrenalina i nerwy robiły swoje, zaś świadomość, że ta noc jeszcze się nie skończyła, że cholera wie ile to wszystko jeszcze będzie trwało, co prawda sprawiały, że Victoria czuła jakąś taką determinację, może nawet obowiązek, że musi się spiąć i dać z siebie jeszcze trochę, ale… każdy miał przecież swoje granice.

To nie tak, że wątpiła w słuszność tego, co robiła – wiedziała doskonale, że nawet gdyby mogła, to nie zmieniłaby roli, jaką w tym odgrywała. Nie wolałaby wcale siedzieć „bezpiecznie” w domu w trakcie tego, jak zaczęły się ataki i wszechogarniająca panika. Być może wtedy upewniłaby się, że jej koty są bezpieczne, tak jak jej mieszkanie… a przynajmniej na początku tego szaleństwa, bo i tak pognałaby do pracy, ale to przecież wcale nie mówiło, że późniejsze godziny nie przyniosłyby ognia również i do jej kamienicy. Przecież widziała jak wygląda cała ulica i budynki wokół. Teraz, gdy już wyszła od siebie, gdy zamknęła drzwi, pożegnawszy koty pocałunkiem i uspokajającym głaskaniem po grzbiecie (nie chciała ich przytulać do przesiąkniętego smrodem ulicy i dymu munduru), złapało ją jakieś otępienie. Stała na zewnątrz kamienicy, ściskała różdżkę w dłoni, patrzyła przed siebie… Był środek nocy, tego była pewna, ale która dokładnie? Nie wiedziała. Pożary jednak jakby… zmalały na sile. Strażacy w mugolskiej części Londynu i wielu czarodziei w tej czarodziejskiej jakoś panowali nad ogniem i może i jakieś budynki jeszcze się zapalały, może niektóre nadal płonęły, ale chyba w większości jakoś to opanowali… Tak jej się przynajmniej wydawało, gdy porównywała to, co działo się teraz, z tym, jak wyglądały Magiczne Dzielnice koło 20.00, gdy razem z Heather Wood znalazły się w terenie, próbując zrozumieć, co się tutaj właściwie najlepszego dzieje. Wrzasków i krzyków tez było jakby mniej, choć nie mogła powiedzieć, że już cisza zapadła w tej nocnej ciemności, bo byłoby to wielkie kłamstwo. Nie, nie było cicho. Ale część ludzi szukająca schronienia, już go najpewniej znalazło, część wyniosła się z Londynu najszybciej jak tylko się dało i teraz krzyki nie były już tak wyraźne. Nadal jednak były.

Lestrange ruszyła w końcu, lecz nie biegiem. Na kolejny bieg nie miała już chyba siły, a przynajmniej… wolała je sobie oszczędzić, bo nie wiadomo, co jeszcze ją zastanie. Kaszel męczył ją niemiłosiernie, trudno było jej momentami złapać oddech, oczy ją szczypały, co chwila odruchowo przecierała je ręką, co chyba nie było najmądrzejszym pomysłem, bo te wcale nie były najczystsze. Cały mundur miała przesiąknięty smrodem, pył osiadł na nim, lepiąc się do materiału, jakby miał jakąś dziwną konsystencje, lekko wilgotnawą? Victoria nie miała jednak czasu się nad tym zbytnio zastanawiać. Klatka piersiowa nadal ją bolała od tego kaszlu, który raz po raz przecinał ciszę. I nie dość, że bolała, to tam w środku też czuła coś na wzór pieczenia. Jakby nałykała się tego paskudztwa i teraz chciało ją spopielić od wewnątrz. Czy to pył był łatwopalny? Czy to on spowodował ten cały pożar? Czarnowłosa zastanawiała się nad tym dość mimowolnie, bo pył opadał z nieba niczym deszcz, a budynki zaczynały płonąć… Ale może osoby, które podkładały ogień bardzo dobrze się chowały. Nie wiedziała. Nie rozumiała. To nie był odpowiedni czas na rozmyślania.

Miała wrażenie, że w półmroku bocznej uliczki, pomiędzy budynkami, dostrzegła jakiś ruch. Jakiś cień. Przystanęła gwałtownie, wpatrując się teraz w ciemność, to chyba były już początki paranoi, panno Lestrange. Zmrużyła oczy, jakby to miało jej pomóc w widzeniu w tak słabym oświetleniu i przeszedł ją dreszcz.

Wrażenie, jakie ją uderzyło, było następujące: ciemność spojrzała również na nią.

Zrobiła krok naprzód, chcąc machnąć różdżką i zapalić na jej końcu światełko, ale wtedy usłyszała odgłos stuknięcia butów o brukowaną ulicę. Jeden, drugi, całkiem niezgrabny, bo cień – tak, cień! – przesunął się do przodu, w jej kierunku, ale wyraźnie opierając się o ścianę najbliższego budynku. Najpierw dojrzała płaszcz, który doskonale skrywał sylwetkę osoby, która go nosiła, później dotarło do niej, że głęboki kaptur jest narzucony również na głowę… mężczyzny, albo kobiety. W Victorii coś zamarło i aż dłoń jej zadrżała. Powinna rzucić zaklęcie. Powinna tę postać obezwładnić, pozbawić różdżki, zakuć w kajdany, a później pogratulować sobie dobrej roboty – tym bardziej, że sama jeszcze nie oberwała żadnym zaklęciem. Powinna zrobić wszystko to, do czego była szkolona, ale nie zrobiła nic.

Nie zrobiła nic, bo wyobraźnia podpowiedziała jej, że być może Śmierciożerca jej nie zaatakował, bo był kimś znajomym. Zawahała się, bo automatycznie pomyślała o Saurielu Rookwoodzie, który w czerwcu pokazał jej swój tatuaż na przedramieniu, obrzydliwy, smoliście czarny (choć wtedy był ledwie widoczny) kształt czaszki z rozwartą szczęką, z której wychodzi wąż. Pomyślała o nim, o mężczyźnie, którego pokochała nie za, a pomimo, o tym, że z pewnością jest dzisiaj na ulicach Londynu, że musiał siać zamęt, że może palił domy, może kogoś zabił… Serce jej się krajało na samą myśl o tym, do czego doprowadzał ludzi terror Voldemorta. Że poglądy niektórych czystokrwistych czarodziejów nie wystarczały, bo trzeba było do nich zmusić również innych. Przecież Sauriel wcale nie nienawidził mugoli, ba, uwielbiał ich kulturę. Ciekawe co by powiedziała jego rodzina, gdyby wiedzieli. Co by powiedział Czarny Pan… I z tą myślą Victoria zaczęła się zastanawiać, czy to nie Sauriela miała przed sobą. Czy nie był ranny, czy nie potrzebował pomocy. Przecież wiedział, gdzie mieszkała, a nie odeszła jakoś daleko od swojego domu, ledwie kilkadziesiąt metrów. Może w jakiejś desperacji szedł do niej, może…

Ale wszystkie myśli, które miała, pierzchły, gdy usłyszała głos. Zniekształcony, zgoda, ale z pewnością nie był to głos Sauriela. Nie były to słowa, jakie by do niej powiedział.

– Pomóż mi – bo słowa, jakie padły, były niemal władcze i jednocześnie proszące. Były pozbawione tej znanej jej barwy i konstrukcji. Czarny Kot nie powiedziałby do niej „pomóż mi”. Powiedziałby coś w stylu, że boli, ale się zagoi i że na takiego śmiecia nie warto marnować eliksirów. Tych zresztą już nie miała przy sobie, zużyła je wszystkie po drodze, tak na siebie, jak i na innych potrzebujących ludzi. Victoria spięła się momentalnie, gdy jej ciało i głowa uświadomiły sobie ten prosty fakt, że to nie Sauriel, a jakiś obcy prosi ją właśnie o pomoc.

Ją – aurorkę w mundurze, z widoczną odznaką, zgoda, teraz brudną i zakurzoną, ale nadal na służbie. Nie zaatakował jej jednak i ona też tego nie zrobiła, patrząc na zakapturzoną postać, szacując czy to jakiś blef i pułapka, czy realna desperacja. Oceniając ile sama ma teraz siły na ewentualna walkę. Mogła go zaatakować nim się odezwał, może miałaby wtedy element zaskoczenia.

– Wiesz w ogóle kim jestem? – zapytała cicho, zamiast rzucić w niego zaklęcie, które miałoby go skrępować i uniemożliwić wystrzelenia czegoś paskudnego w nią. Była to autentyczna ciekawość: czy wiedział, że wyszedł właśnie wprost na aurora, czego robić nie powinien?

– Lestrange. Zimna – odezwał się męski, niski głos, powodując, że Victoria skrzywiła się wyraźnie. Czyli wiedział, psia jego mać. Wiedział kim jest, wiedział jak się nazywa i wiedział, czym się trudni, a mimo to i tak zaryzykował wyjście do niej i poproszenie o… pomoc. Czy on oszalał? Za mocno oberwał w głowę? A może wręcz przeciwnie. Może jej rodzina była tak mocno zamieszana w przewrót Voldemorta, że założył, że i ona dzieli z nimi poglądy, i ta myśl nie spodobała jej się jeszcze bardziej. Kto z jej rodziny? Ile osób?

– I wiedząc to… prosisz mnie o pomoc? – wydusiła z siebie, dosłownie, bo gardło znowu ją zadrapało niemal boleśnie i nie mogąc się powstrzymać, zaczęła kaszleć.

– Potrzebuję… zatamować rany – padło w odpowiedzi, jakby ignorował to, co do niego mówiła, że padło pytanie, na które wcale nie odpowiedział, tylko mówił dalej, jakby pozwoliła mu kontynuować. Ale zaraz do Victorii dotarło, że mężczyzna może próbować oszczędzać siły, że mówił tak krótko, tak treściwie, bo chciał jak najmniejszym kosztem przekazać jak najwięcej informacji.

I co, miało jej się zrobić przykro, bo był ranny, najpewniej ciężko? Mnóstwo ludzi było rannych po tym, co im Śmierciożercy zgotowali. Mnóstwo ludzi straciło domy, bezpieczeństwo, członków rodziny, zdrowie – i miała pomóc jemu, bo potrzebował pomocy? Nie zasługiwał na jej pomoc. Nie zasługiwał na litość. Powinna go aresztować, choć nie byłoby w tym żadnej chwały również. Powinna go obezwładnić, choć był w złym stanie. Oboje byli, a jednak Lestrange wydawało się, że ona trzyma się lepiej. Spojrzała na niego z obrzydzeniem wymalowanym na twarzy, być może tego nie widział. Nie wiedziała co widział. Powinna go doprowadzić do wymiaru sprawiedliwości i wtedy znowu wyobraziła sobie na jego miejscu Sauriela. Kurwa. Mać.

– Jedyna pomoc, jaką ode mnie dostaniesz to to, że cię nie aresztuję, chociaż powinnam – powiedziała zimno. – Na nic więcej nie możesz liczyć. I radzę ci spierdalać, zanim zmienię zdanie – wysyczała jeszcze.

Mężczyźnie najwyraźniej nie trzeba było tego dwa razy powtarzać, bo chwilę później już go nie było. Victoria nie wiedziała, czy zdoła się uratować, czy znajdzie kogoś, kto mu pomoże, czy może zdechnie gdzieś w rowie – i prawdę mówiąc ją to nie obchodziło.


Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Victoria Lestrange (1550)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa