• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence

[09/10/1972] If you close the door, the night could last forever | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
06.01.2026, 22:47  ✶  
Siedziałem w wielkiej wannie Savoyu, w wodzie w dalszym ciągu tak ciepłej, że skóra piekła mnie przyjemnie, a para unosiła się ciężko, jakby chciała nas zasłonić przed całym światem, który migotał za olbrzymim oknem. Miasto było tam, dalekie i żywe, tysiące świateł pulsowały w rytmie, który nagle przestał mnie obchodzić, bo wszystko, co istotne, było po tej stronie szkła, w tej wodzie, w jej oddechu, w jej bliskości. Była moją żoną od tak niedawna - zaledwie kilku godzin, które jednocześnie wydawały się wiekami i ledwie sekundami - że to słowo wciąż brzmiało mi w głowie, jak echo zaklęcia, świeże, ciężkie, nie do końca oswojone, a jednocześnie absolutnie właściwe.
- Lywalizacja zawsze była naszą specjalnością. Wymuszoną, ale specjalnością. - Powiedziałem, nisko, wodząc palcem po krawędzi wanny. - Dwoje ludzi, któszy od początku mieli ochotę się całować, wymyśliło sobie najbalsiej poklętną nalację w histolii, szeby tylko tego nie pszyznaś. To asz plosiło się o jakieś większe potknięcie. - Zerknąłem na Prue, z nieskrywanym przekornym, trochę ironicznym rozbawieniem w oczach, takim, które mówiło „wiem, jak to brzmi, i nie zamierzam tego łagodzić”.
Im dłużej wracałem myślami do tego wszystkiego, tym wyraźniej widziałem schemat, którego nie planowałem, nie projektowałem go świadomie. Krążyliśmy wokół siebie, wchodząc sobie w drogę i znikając z niej, jakby coś uparcie nie pozwalało nam się rozminąć na dobre. Dwoje dojrzewających dzieciaków, którzy zachowali się „rozsądnie”, bo bali się być uczciwi wobec samych siebie, więc zapłacili za to latami niedopowiedzeń. Nie potrafiłem udawać, że nie widzę wzoru, chociaż przez lata próbowałem to robić - mimowolnie za każdym razem, po kolejnej nieprzewidzianej interakcji, nawet wbrew własnej chęci, rozbierałem to na czynniki pierwsze, próbowałem racjonalizować sobie wszystkie te sytuacje i emocje, jakie im towarzyszyły, tłumaczyłem je sobie charakterami, temperamentami, nieodpowiednim momentem, dumą, ambicją, przypadkiem, ironicznym zrządzeniem losu, złą synchronizacją. Każde z tych wyjaśnień było logiczne, każde miało sens, problem polegał na tym, że żadne nie tłumaczyło całości. Krążyliśmy wokół siebie z uporem godnym lepszej sprawy, zbliżaliśmy się i oddalaliśmy, jakby coś uparcie pilnowało, żebyśmy ani nie zderzyli się zbyt wcześnie, ani nie rozeszli na dobre. Za każdym razem, gdy wydawało się, że to już koniec, to naprawdę się domknęło, los - albo cokolwiek to było - wpychał nas z powrotem na ten sam tor. Czasem brutalnie, czasem niemal niezauważalnie. Robiłem naprawdę wiele, żeby pójść w inną stronę, za każdym razem kończyło się tak samo, nie od razu, nie zawsze spektakularnie. Po prostu… Wracaliśmy do siebie myślami, spojrzeniami, niedopowiedzeniami. Były chwile, jak nawet ta właśnie teraz, po tylu latach, w tym miejscu, gdy przypominałem sobie ten pierwszy dzień, zupełnie wyraźnie, jakby nie wydarzył się wiele dekad wstecz. To uczucie, które pojawiło się szybciej, niż powinno - nie zachwyt, nie romantyczny impuls, raczej świadomość, że ta osoba zostanie w moim życiu na dłużej, jakby coś we mnie już wtedy wiedziało, że to nie będzie epizod, to się nie zamknie jednym rozdziałem. Od początku było w tym coś nieprzypadkowego i właśnie tak pozostało na dalsze lata - nawet kiedy się nie lubiliśmy, nawet kiedy robiliśmy sobie nawzajem krzywdę słowami, nawet wtedy, kiedy udawaliśmy, że to tylko rywalizacja, tylko napięcie, tylko chwilowe zwarcie charakterów. Ta cała historia o „niekompatybilnej kompatybilności” była wygodna, ale prawda była prostsza - od początku było między nami za dużo, a nie za mało. Nie w tym niewinnym sensie, raczej w kategorii „jak inaczej moglibyśmy spożytkować te wszystkie impulsy, skoro udajemy, że jesteśmy tylko… Czymkolwiek innym”.
- Blandy plofesola była balsiej beslitosna, nisz sądziłem. - Krzywy uśmiech przemknął mi po ustach. To tłumaczyło więcej, niż bym wtedy chciał, bo była ta sama dla obojga - zdradliwa, lepka w pamięci, a jednocześnie rozmywająca granice tak samo jak wspomnienia - im dłużej o tym mówiliśmy, tym wyraźniej widziałem, że oboje przyjęliśmy role, które pozwalały nam przetrwać bez zadawania pytań. Tamtej nocy też udawałem, że wiem, co robię, nawet jeśli robiłem to inaczej niż późniejszego poranka - udawałem to całe życie, różnica była taka, że dawnemu mnie łatwiej było w to uwierzyć. Tak, byłem przekonujący, zawsze byłem, zwłaszcza kiedy coś naprawdę miało dla mnie znaczenie i nie bardzo wiedziałem, co z tym zrobić. Reputacja była wygodnym alibi, łatwiej było udawać, że to był wybryk, niż przyznać, że coś mnie przerosło.
Byliśmy uparci, dumni, przerażeni możliwością, że odpowiedzi mogłyby nas zranić bardziej niż niewiedza. Prawda była taka, że graliśmy w tę samą grę, nawet niekoniecznie stojąc po przeciwnych stronach planszy. Udawaliśmy, że nic się nie stało i wszystko było jasne, bo to było łatwiejsze niż przyznać się do niewiedzy. Do tego, że kontrola, z której byliśmy dumni, zawiodła oboje.
Spojrzałem na nią uważnie z tym rodzajem czułości, który pojawiał się, gdy człowiek widział własne błędy w cudzym lustrze, bo tego wieczoru zrozumiałem coś, co wcześniej było tylko mglistym domysłem. Nie byłem jedynym, który stracił grunt pod nogami, nie byłem jedynym, który obudował się wersją wydarzeń wygodną jak zbroja. Przez długi czas odruchowo sięgałem po zachowania świadczące o tym, że przestaliśmy do siebie pasować, jednocześnie robiąc dosłownie wszystko, co mogłem, by sprowokować Prudence do reakcji - to z zasady się po prostu rozlatywało, teraz widziałem, że raczej oboje wybraliśmy wersję, która najmniej bolała w danym momencie. Bardzo wygodną narrację, swoją drogą - taką, która pozwalała nie dotykać sedna. Udawaliśmy przed sobą, że wszystko jest jasne, bo przyznanie się do niewiedzy było zbyt kosztowne.
Teraz była tu, blisko, realna, a jednocześnie nadal miała w sobie echo tamtych dawnych wersji siebie, które poznałem na przestrzeni lat, było też wiele tych, których nigdy nie widziałem, ale to nie na nie zwracałem uwagę, tylko na te drobne podobieństwa, które kiedyś doprowadzały mnie do skrętu wnętrzności na wiele różnych sposobów i z wielorakich pobudek - nagle wszystko zaczynało się układać w jedną linię, zamiast w chaotyczne punkty. Powoli weryfikowaliśmy te wszystkie założenia, błędne wnioski, ostrożne dystanse - znałem te jej aż za dobrze, bo moje wyglądały niemal identycznie, tylko były zapisane innym charakterem pisma. Kiwnąłem głową, krótko, gdy mówiła o czarnej dziurze w pamięci, chociaż jednocześnie coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej, pojawiło się to znajome ukłucie winy, nawet jeśli rozumiałem już, że nie było tu jednego winnego.
Nawet kiedy byliśmy po przeciwnych stronach, nawet kiedy się raniliśmy słowami, nigdy nie była dla mnie wrogiem. Była raczej kimś, z kim nie potrafiłem sobie poradzić, ale zamiast to przyznać, wolałem grać twardziela. Była kimś, kogo nie umiałem sobie poukładać, w tym tkwiła znacząca różnica, nie była moim wrogiem, dlatego żadnemu z nas nie przyszło do głowy rzeczywiście grać tamtą nocą. Udawaliśmy przed sobą, że wszystko jest jasne, bo przyznanie się do niewiedzy było zbyt kosztowne, ale czy chodziło o tylko tyle? Teraz chyba wychodziło na to, że nie - nawet, gdybym pamiętał wszystko, nie wyciągnąłbym tego przeciwko tej dziewczynie, ona przeciwko mnie też nie, a jednak właśnie o to była największa obawa, moja i jej.
Ta malinka była dla mnie jednocześnie dowodem i utrapieniem, jedyną namacalną rzeczą, której mogłem się uczepić, więc uczepiłem się jej jak idiota - dorobiłem do niej historię, która pasowała do mojej reputacji i do tego, jak wtedy myślałem o sobie. Z tej perspektywy wszystko wyglądało jak źle dobrana hipoteza, którą oboje uznaliśmy za wystarczająco sensowną, żeby na niej oprzeć lata milczenia.
- Pozwalała mi loswaszaś scenaliusze, ale szaden s nich nie był dobly. Kaszdy plowadził do tego samego wniosku, sze coś wasznego mogło się wydaszyś i nie potlafię tego nazwaś bes loswalania sobie głowy. - Poruszyłem dłonią w wodzie, obserwując, jak niewielkie fale rozbijają się o brzegi wanny. Paradoksalnie to, że miałem dowód, mnie wtedy bardziej rozhuśtało niż uspokoiło.
Problemem nigdy nie było to, że coś poszło nie tak - tylko to, że oboje baliśmy się przyznać, jak bardzo poszło dokładnie tak, jak chciało. Nie wiedziałem, jak to nazwać, to nie był plan rozpisany gdzieś ponad nami - niespecjalnie wierzyłem w takie rzeczy, ale też nie umiałem powiedzieć, że to był zbieg okoliczności. Zbyt wiele razy mogliśmy się minąć, teoretycznie życie dawało nam ku temu idealne warunki. Może to była po prostu konsekwencja tego, kim byliśmy - tego, że pewne rzeczy, nawet jeśli się od nich ucieka, nie przestają istnieć. Jeśli to jednak było „przeznaczenie”, to w bardzo nieefektownej formie - bez fanfar, bez znaków na niebie - raczej pod postacią serii upartych powrotów do tego samego punktu, aż w końcu przestajesz uciekać. Droga była wyboista, czasem absurdalnie, momentami niepotrzebnie okrutna, ale skoro skończyliśmy tu, w tej wannie, tej nocy, jako małżeństwo… To najwyraźniej nie dało się tego przejść inaczej. Nie było we mnie patosu ani wielkich deklaracji, była tylko spokojna akceptacja faktu, że coś, czemu przez lata odmawiałem nazwy, i tak zrobiło swoje.
- Mhm, s dzisiejszej pelspektywy to wszystko jest dość iloniczne. - Powiedziałem zwyczajnie, podczas gdy ciemność za olbrzymim oknem trwała, rozpięta nad miastem jak czarne, migoczące płótno. Londyn pulsował światłem, a jednak wydawał się odległy, niemal nierealny, miasto za szybą lśniło dalej, noc była młoda, a ja miałem wrażenie, że po raz pierwszy od dawna nic nie wymyka się spod kontroli. „Los”. „Przeznaczenie”. Zawsze miałem do tych słów ostrożny stosunek, ale siedząc z nią w tej wannie, trudno było całkiem je zignorować. Słuchałem jej uważnie, naprawdę uważnie, bez tej dawnej potrzeby szukania kontrargumentów, bez ironii jako tarczy, teraz już nie musiałem się bronić. Byłem jej mężem - to słowo wciąż układało mi się w głowie jako coś nowego, ale cholernie właściwego. Oparłem łokieć o rant wanny i przetarłem twarz dłonią.
Kiwnąłem głową, powoli, bez pośpiechu, bo nie było tu nic, czemu należałoby zaprzeczać.
- Tak. - Powiedziałem zwyczajnie. - Pszyjąłem dokładnie tę lolę, któla była dla mnie najbalsiej wyuczona. Tę, w któlej nie musiałem się pszyznaś, sze czegoś nie wiem, nie pamiętam, bo coś wymknęło mi się spod tej zajebiście nieistniejącej kontloli nad szkolną planszą. - Oparłem się ciężej, splatając dłonie. - Wiem. Balsiej nisz mógłbym wtedy powiedzieś. Pszyznanie się do luki w pamięci… - Pokręciłem głową. - To nie jest drobiazg, zwłaszcza kiedy całe szycie opiela się na tym, sze masz wszystko poukładane, nazwane, zapamiętane. To było twoje pole pszewagi. Oddaś je komuś takiemu jak ja, w tamtym czasie? Nie do pomyślenia. - Pokiwałem powoli, z tej perspektywy wszystko układało się aż nazbyt logicznie, choć wtedy wydawało się kompletnie rozjechane. - Ty uznałaś, sze to było niepolozumienie. Ja, sze najlepiej w tym nie gszebaś. Spotkaliśmy się dokładnie w połowie dlogi, znowu, tylko po dwóch lósznych stlonach ściany, jak zwykle.
Przeciągnąłem palcem po tamtej bliźnie pod dolną wargą, zakrytej zarostem, odruchowo, bez zastanowienia. Kiedyś była czymś, co przyciągało moją uwagę za każdym razem, gdy dotykałem twarzy, nawet jeśli nie była dobrze widoczna, teraz była tylko faktem, fragmentem mnie, który przestał domagać się uwagi. Zrobiłem to mechanicznie, jak gest, który ciało pamięta lepiej niż głowa. Ślad po czymś, co bolało wtedy bardziej, niż byłem gotów przyznać. Teraz ten ślad już nie miał w sobie ciężaru, nie ciągnął myśli wstecz, nie uruchamiał starych reakcji, po prostu był.
- Nie chciałabyś wtedy byś w mojej głowie. Wkulwiałaś mnie, i to konkletnie. - Uśmiechnąłem się półgębkiem, nie musząc wspominać, że to nie to nie było wyłącznie złe wkurzenie - mój ton głosu jasno to sugerował - to było to, które sprawia, że myślisz o kimś za często, za długo i w kompletnie nieakceptowalnych momentach. - Selio. Byłem wściekły. Na ciebie, na siebie, na to, sze nie mogłem pszestaś o tobie myśleś, chociasz balso się stalałem. - Prychnąłem krótko, rozbawiony. - Nie mogliśmy się pszyjaźniś, to było s góly skazane na polaszkę. - Pokręciłem głową, bo był tu haczyk. - Ale uczciwie? To nie była asz taka stlata, bo to, co między nami było, od początku szło w inną stlonę. - Dobrze było to stwierdzić na głos, nawet po takim czasie. Opuściłem dłoń i spojrzałem na Prue spokojnie - ta blizna nie była już ostrzeżeniem ani dowodem czegokolwiek, tak samo jak tamta malinka przestała mieć znaczenie w oderwaniu od wszystkiego, co przyszło później.
To, co ważne, było tu, teraz, i tego już nie musiałem sobie przypominać dotykiem. Bez metafizyki. Bez kosmicznych intencji. Nie plan wszechświata, nie los z wielkiej litery, raczej uparta tendencja rzeczy do układania się w jeden kierunek, mimo że oboje próbowaliśmy iść w inne strony. Przecież podejmowaliśmy drastyczne próby - byłem w tym całkiem konsekwentny. Znikałem, paliłem mosty, zmieniałem kontekst, ludzi, role. Pojawiało się stanowczo za dużo okazji, w których mogliśmy się minąć na dobre, a jednak tego nie zrobiliśmy. Krążyliśmy wokół siebie latami, wchodząc sobie w życie i znikając z niego w najgorszych możliwych momentach, jakby coś uparcie nie pozwalało nam się rozminąć na dobre, ale z moim podejściem trudno było mi uznać, że to było z góry napisane. Wiedziałem tylko, że im więcej o tym rozmawialiśmy, tym trudniej było nie dostrzec wzoru, który gdzieś tam się pojawiał, czy tego chcieliśmy, czy nie. Krążyliśmy wokół siebie latami, to była faktografia, nie romantyzowanie - spotkania, zniknięcia, powroty, zderzenia w najmniej logicznych momentach - gdyby ktoś mi to rozrysował na schemacie, uznałbym, że autor przesadził, tak się nie da, a jednak.
Była blisko, coraz bliżej, jej kolano dotknęło mojego uda, palce musnęły pierś, aż w końcu dzieliły nas już tylko te ostatnie, okrutnie świadome centymetry, w których mieściło się całe napięcie świata. Patrzyłem w jej oczy, brązowe, teraz ciemniejsze, ale jednocześnie błyszczące, jakby noc wlała się w nie razem z odbiciem miasta, i nie potrafiłem, nie chciałem odwrócić spojrzenia. Ten pierwszy pocałunek był powolny, głęboki, niecierpliwy w swojej cierpliwości - taki, który nie potrzebował potwierdzeń, bo sam był odpowiedzią. Był dokładnie taki, jakiego potrzebowaliśmy, i na czym zdecydowanie nie mieliśmy poprzestać, nie dzisiaj, nie kiedykolwiek. Bez słowa zsuwając dłonie na jej talię, przyciągnąłem ją do siebie, lekko w górę, czując pod palcami ciepłą skórę, napięcie mięśni, to drobne drżenie wyczekiwania, które zniknęło, gdy usiadła na moich udach, ciężarem idealnie dopasowanym do miejsca, w którym powinna być. Woda chlupotała cicho, para osiadała na szybie, rozmazując światła miasta w abstrakcyjne plamy, a ja miałem wrażenie, że noc zamknęła się wokół nas szczelnie, zostawiając tylko smak pocałunków, przyspieszone oddech i to spokojne, pewne poczucie, że to był ten absurdalny cud - to, że jednak tu dotarliśmy.
Całowałem ją dalej, po prostu całowałem, pozwalając, by ten gest zawarł w sobie wszystko, co mieliśmy w tej chwili, bez pośpiechu, bez myśli o tym, co dalej, z jej ciężarem na mnie i miastem za plecami, które mogło patrzeć przez szkło, ale nie mogło nas dosięgnąć, bo tej nocy, w tej wannie, należeliśmy wyłącznie do siebie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
08.01.2026, 11:34  ✶  

- Nie tak od początku, jeśli wracamy, aż tak daleko, to na samym początku chciałam tylko i wyłącznie się z Tobą przyjaźnić, później nieco się to skomplikowało... - Jak już przecież ustalili nie bez powodu dała mu tamtą bransoletkę, upatrzyła go sobie na przyszłego męża i w końcu to osiągnęła. - Potknięcie musiało się zdarzyć, chociaż w tej rywalizacji byliśmy całkiem uparci, nawet najlepszym zdarzają się jednak momenty słabości i nas musiało to spotkać, broniliśmy się przed tym naprawdę długo. - Dogryzali sobie kiedy tylko mogli, próbowali udowodnić, że za sobą nie przepadają, nie była to najbardziej logiczna narracja zważając na to, że pod tym wszystkim kryło się coś zupełnie innego, a jednak, czy właściwie w tamtym momencie życia tak naprawdę mieli inne możliwości? No nie do końca. Rozmawiali już zresztą o tym, dlaczego postępowali w ten sposób. To było poniekąd tarczą przed tym, co mogło w nich uderzyć. Bezpieczna, chociaż niezbyt przyjemna opcja, która pozwalała im na siebie spoglądać i wchodzić w konwersacje, nie było więc znowu tak do końca najgorzej, bo nadal utrzymywali ze sobą kontakt, a to było lepsze od niczego.

Przez siedem lat nauki w Hogwarcie dowiedzieli się o sobie naprawdę wiele. Bywały momenty mniej przyjemne, bardziej przyjemne, nigdy jednak do końca nie udało im się przestać na siebie wpadać i całkowicie zaniechać kontaktu. Zdarzyło mu się pojawić przed nią w najmniej oczekiwanym momencie, wyciągnąć pomocną dłoń, a później tak po prostu wracać do tej udawanej nienawiści, wtedy chyba pojawiał się największy mętlik w jej głowie, bo niby się nie lubili, a jednak nie był w stosunku do niej całkiem obojętny, była wtedy okropnie zagubiona, były to jednak nieliczne momenty, bo raczej trzymali się jednej narracji, tej, którą wybrali, gdy okazało się, że nie mogą dostać tego, co chcieliby naprawdę. Pamiętała, że spędzała godziny na analizie jego zachowania, nigdy nie udało jej się tego w pełni zrozumieć, no - dopiero ostatnio, kiedy miała szansę zobaczyć pełny obrazek.

- Nie brała jeńców. - Nie zastanawiała się tamtego wieczora nad tym, co robili. Yule od zawsze było dla niej dość istotne, pierwszy raz spędzała je w szkole, później on pojawił się zupełnie znikąd, i to w tej swojej wyjątkowo przystępnej wersji... Powinna się wtedy na moment zatrzymać, przeanalizować, czy na pewno powinna pozwalać sobie na coś takiego, ale tego nie zrobiła, bo był to bardzo wyjątkowy wieczór. Brandy profesora okazała się jednak nie mieć litości, ani dla niej, ani dla niego, który przecież był całkiem doświadczony. Prue nie oszukiwała się, nie miała wtedy pojęcia, jak może się to skończyć, mimo tego, że była prefektką, powinna świecić przykładem to tego nie robiła, ten jeden raz pozwoliła sobie odpuścić, no i miała za swoje. Pamiętała, jak ciężko jej wtedy było, że miała do siebie pretensje, bała się ewentualnych konsekwencji, chociaż w głębi duszy przecież wiedziała, że on by jej nie wydał. Bez względu na to, co między nimi zaszło, zresztą nie bez powodu ona również trzymała język za zębami, nigdy nie poruszali tego tematu, bo tak było wygodniej. Okazało się jednak po tylu latach, że nie tylko ona miała dziury w pamięci, nie tylko ona lękała się tego, co może skrywać ta ciemność, chwilowe zaćmienie na umyśle. Strach często powodował, że wybierało się najbardziej bezpieczne rozwiązania, bez sensu było przecież samemu kopać sobie grób, przyznawać się przed kimś z kim kontakt był raczej gorszy niż lepszy do tego, że coś wymknęło się  spod kontroli, tylko nie do końca się wie co, zapytanie o to jego nie miało racji bytu.

- To mogło być męczące. - W przeciwieństwie do niej miał namacalny dowód, że naprawdę do czegoś doszło, więc zdecydowanie przeżywał większą traumę nie wiedząc do końca o co chodziło, ona tylko gdybała, niby czuła, że wydarzyło się coś istotnego, ale to nie musiała być prawda, przeczucia mogły ją mylić, w jego przypadku rysowało się to dużo gorzej. Pozostał ślad, świadomość, że faktycznie coś się stało, tylko nie miał pojęcia, jak daleko to zaszło. No, musiało go to męczyć bardziej niż ją.

- Upływający czas potrafi bardzo mocno zmienić perspektywę. - Patrząc na to, gdzie znajdowali się aktualnie, rzeczywiście było to ironiczne. W końcu nie było nikogo, ani niczego, co mogło im stanąć na drodze, doszło do momentu, w którym wreszcie byli we właściwym miejscu, przestali się bronić przed tym, co ich do siebie przyciągało. Nie musieli tego dłużej robić, w tym przypadku wyszło im to na dobre.

Miała świadomość, że Benjy miał nieco inne zdanie na temat przeznaczenia, czy losu, zdążyli już przecież też poznać swoje zdanie na ten temat, jednak ona nie mogła wyzbyć się tej myśli, że coś chciało, aby tak wokół siebie krążyli, że od początku mieli mieć dla siebie większe znaczenie niż zakładali.

- Ty miałeś swoją kontrolę, ja miałam pamięć, w tamtym jednym momencie straciliśmy to, co było dla nas najważniejsze, nie ma się co dziwić, że postąpiliśmy tak, a nie inaczej. To nie był czas, w którym wszystko było proste. - Wręcz przeciwnie, w tamtym okresie ich relacja była bardzo mocno skomplikowana i opierała się raczej na tym, żeby sobie jak najbardziej dopiec. Mimo wszystko nie wykorzystali tej chwili słabości, nie postanowili jej wyciągać, poniekąd było to chowanie głowy w piach, ale wyszło im chyba na dobre, kto wie, do czego mogłoby to doprowadzić.

- Tak, wtedy to był nasz standard. - Wszystko jej się układało, powoli. Nie mieli lekko w tamtym czasie, nie było łatwo udawać, że są sobie zupełnie obojętni, ale jednak robili wszystko, aby to tak wyglądało, a nawet gorzej.

Dowiedziała się przecież, że to nie była jego decyzja, że wpływ na to wszystko miały inne osoby, zresztą i ona nasłuchała się dość sporo o tym, że nie powinna zbliżać się do takich jak on, że nie można im ufać. Konwenanse w ich przypadku nie miały żadnego odzwierciedlenia, jednak w tamtym momencie życia musieli przestrzegać norm, bo od nich tego wymagano, byli tylko dziećmi, które jakoś próbowały sobie poradzić z oczekiwaniami stawianymi przed świat.

- Nie dało się tego nie zauważyć. - Zresztą on też ją wkurzał, bo przecież próbowała się trzymać od niego z daleka, a jednak nie umiała tego zrobić. Nie potrafiła. Miała pewne założenia, starała się ich przestrzegać, ale w przypadku jego osoby to nie działało - nigdy.

- Próbowaliśmy, ale z perspektywy czasu to prawda, nie była nam pisana przyjaźń. - Chociaż od tego wszystko się zaczęło, pamiętała, że i wtedy spoglądała nieco inaczej niż tylko na przyjaciela, zawsze był dla niej kimś więcej, tylko jako młoda dziewczyna nie do końca mogła to zrozumieć, dopiero z czasem, gdy spoglądała w przeszłość zaczęło to do niej docierać. - Byliśmy zbyt młodzi, żeby to zrozumieć. - Miała co do tego podobne zdanie do niego.

Teraz? Teraz siedzieli razem w wielkiej wannie, po swoim ślubie, te wszystkie niedopowiedzenia z przeszłości nie miały już najmniejszego znaczenia, bo mimo przeszkód, mimo krzywd jakie sobie wyrządzali trafili na siebie w teraźniejszości i w końcu postanowili zmienić narrację. Nic ich już nie powstrzymywało, nie było osób trzecich, które mogłyby to spieprzyć, tylko oni i ich pragnienia, wreszcie mieli swój moment w czasie i przestrzeni i wykorzystali go w pełni. Co najbardziej istotne, nie było to tylko chwilowe, chcieli czegoś więcej i po to sięgnęli, tak po prostu, bez żadnego zawahania. Krążyli wokół siebie przez lata, naprawdę łatwo jej było uwierzyć w to, że była to jakaś siła wyższa, że było im to po prostu pisane, nie potrafiła sobie tego inaczej wytłumaczyć, istnieli po prostu ludzie, którzy mieli zaistnieć w swoich życiach na dłużej, w tym, czy innym etapie życia, tak to wyglądało w przypadku tej dwójki.

Postanowiła wreszcie sięgnąć po to, czego w tej chwili potrzebowała, a chciała wyłącznie jego, jak najbliżej, jak najbardziej, przesunęła się, by pocałować go, bo świat na moment się zatrzymał. Liczyła się tylko ta chwila, w której mogli wreszcie, spokojnie zacząć zatracać się w tym uczuciu, które ich połączyło. Tylko to teraz miało znaczenie, Londyn, który znajdował się za oknem, tysiące świateł roztaczających się nad miastem zdawało się być daleko stąd, a nie na wyciągnięcie ręki. To była ich chwila, ich moment. Udało im się do tego dotrzeć, mimo tych wszystkich drobnych potknięć po drodze. Zamknęli się w swojej bańce, do której nikt, ani nic nie miało dostępu. To było miejsce, w którym istnieli tylko oni. Przyciągnął ją do siebie, oparła się więc na nim całym ciężarem swojego ciała, wydawać się mogło, że od zawsze to miejsce na jego udach należało do niej, pasowała do niego idealnie. Teraz miało należeć do niej na stałe, bo on był jej, a ona jego. Zadecydowali o tym tej październikowej nocy. Narzuciła mu ramiona na szyję, opuszki jej palców delikatnie ją muskały. Nigdzie się nie spieszyli, mogli całować się do utraty tchu, urwanych oddechów, pod osłoną nocy, kiedy świat wydawał się być tylko i wyłącznie ich miejscem na ziemi.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
09.01.2026, 03:44  ✶  
Uśmiechnąłem się, gdy skomentowała to, co padło z moich ust, robiąc to tym lekkim, prawie beztroskim uśmiechem, który pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje się bronić przed własną historią. To był całkowicie zwyczajny, rozluźniony wyraz twarzy, bez ironii, bez tej starej ostrości, która kiedyś była moim pierwszym odruchem. Czułem się zupełnie inaczej niż jeszcze na początku odchodzącego dnia, było mi lżej niż przez wiele miesięcy, może nawet lat, ciepło wody oplatało ciało, piana osiadała leniwie na skórze, światło miasta odbijało się w szybie, a wszystko to sprawiało, że przeszłość wydawała się jednocześnie odległa i dziwnie bliska.
- To było na swój sposób… Plawdziwe. - Parsknąłem cicho, bo teraz brzmiało to niemal śmiesznie, dziecięco. - I na swój sposób stlasznie naiwne. - Spojrzałem na nią, na sposób, w jaki siedziała naprzeciwko mnie, woda podkreślała linie jej ciała, oczy miała skupione, uważne, ale jednocześnie… Inne, ciemniejsze, bardziej błyszczące. Przez moment tylko na nią patrzyłem, uważnie, szukając w jej twarzy tamtej dziewczyny sprzed lat, tej, która spoglądała na mnie z mieszaniną determinacji i czegoś innego, i bez trudu ją znalazłem. Tą samą, chociaż inną - wbrew pozorom - nie zmieniliśmy się aż tak bardzo, gdzieś u samych fundamentów wciąż byliśmy tacy sami, tylko wreszcie dostatecznie dorośli, by wiedzieć, czego chcemy naprawdę.
- Miałem wtedy to głębokie, idiotycznie szczele pszekonanie, sze jeśli coś się nazwie, to takie zostanie. - Oparłem łokieć o brzeg wanny. - „Najlepsi pszyjaciele”. Koniec histolii. Wystalczyło to zadeklalowaś i świat miał się do tego dostosowaś. - To było dziwne, wypowiedzieć to spostrzeżenie na głos.
Pamiętałem tamte rozmowy, mówiliśmy o przyjaźni z tą intensywnością, która już wtedy brzmiała podejrzanie jak coś więcej - „zawsze” - obietnica, której żadne z nas nie chciało nazwać po imieniu, bo była zbyt duża, niebezpieczna jak na dzieciaków, którymi wtedy byliśmy. Te nasze dziecięce zapewnienia już wtedy brzmiały jak wstęp do bycia razem, nawet jeśli bransoletka nie była tak naprawdę zaczarowana, tylko jeszcze o tym nie wiedzieliśmy, albo nie chcieliśmy wiedzieć - jedno z dwojga, może oba na raz.
- Wtedy, pszes chwilę, naplawdę myślałem, sze to wystalszy - dodałem - sze mosna byś blisko, balso blisko, i to nie musi plowadziś dalej. Wystalczy tylko zadeklalowaś glanice. - Wzruszyłem ramionami. Było w tym myśleniu coś szczerego i jednocześnie bardzo naiwnego, głębokiego, chociaż podszytego brakiem doświadczenia, bo przecież już wtedy byliśmy uwikłani. Pamiętałem to aż za dobrze - te rozmowy, spojrzenia, ten rodzaj bliskości, który niby mieścił się w granicach przyjaźni, a jednak stale je nadgryzał. Później wcale nie było jaśniej, to przejście na dwie pozornie przeciwne strony nie było mniej skomplikowane, nawet jeśli udawanie, że za sobą nie przepadamy było łatwiejsze niż przyznanie, że coś między nami rośnie - w spojrzeniach, sprzeczkach, w tym, jak do siebie wracaliśmy, nawet kiedy twierdziliśmy, że się unikamy.
Siedem lat Hogwartu, dwa lata dziecinnie prostej więzi, rok skrytych liścików, cztery lata mijania się, wpadania na siebie, nieprzypadkowych przypadków. Pojawiałem się obok niej w momentach, w których nie powinno mnie tam być, wyciągałem rękę, pomagałem, a potem… Wracałem do tej udawanej narracji. Na swoją obronę mogłem mieć wtedy tyle, że ona robiła to samo - też dawała mi mieszane sygnały, żadne z nas nie próbowało tego zmienić od chwili, gdy podjęliśmy szereg złych decyzji. Teraz było jasne, jak bardzo się myliliśmy, nawet jeśli nie mogliśmy tego za coś całkowicie złego, bardziej za żart przekornego losu, bo i tak skończyliśmy tu razem.
- Wiem, sze to cię myliło. - Pamiętałem jej spojrzenia, analizowała moje zachowanie, próbowała mnie rozgryźć, nie potrafiła złożyć tego w całość, ja też nie potrafiłem, i może właśnie dlatego wracałem do tej samej roli, do tej samej maski. - Mnie tesz. - Wtedy, w Yule, coś we mnie zmiękło, to był wieczór, który miał w sobie dziwną magię, nawet bez zaklęć, tę specyficzną aurę, która nie powtórzyła się już nigdy więcej, ani razu. Wiedziałem, że to był głęboki, bardzo pierwotny rodzaj obawy, bazujący na obawie przed konsekwencjami tego, co mogło wyniknąć z jednego wieczoru. I wiedziałem też, że milczenie było najbezpieczniejszą opcją. Nie dlatego, że mi nie zależało - tylko dlatego, że strach często zamyka usta.
Słowa o kontroli i pamięci też były zaskakująco niezaskakujące - nie mieliśmy już powodów, by rywalizować, a więc i nie zgadzać się ze sobą dla sportu, kryć swoje myśli pod murami, a wtedy, dawno temu, jako przyjaciele, byliśmy ze sobą całkiem szczerzy i jednomyślni. Może nie zawsze od razu wychodziliśmy z tego samego punktu widzenia, ale potrafiliśmy ze sobą rozmawiać, by osiągnąć kompromis, całkiem niskim kosztem, często naprawdę marginalnym, to wcale nie zniknęło - wystarczyło zacząć rozmawiać, znaleźć przestrzeń, dać sobie czas, mieć świadomość, że cokolwiek miała przynieść przyszłość, zamierzaliśmy iść przez to razem - to zmieniało perspektywę, ta noc ją zmieniała, chociaż nie był to pierwszy raz, gdy sięgaliśmy, by wyjaśniać coś, co wcześniej wydawało się nierozwiązywalne, a teraz nie miało już nad nami żadnej władzy.
- Tak. - Powiedziałem bez wahania. - Stlaciłem kontlolę, ty stlaciłaś pamięś. Idealna katastlofa. - Parsknąłem cicho. - Nic dziwnego, sze oboje uciekliśmy w najbalsiej znane sobie schematy.
Kiedy powiedziała, że to był wtedy standard, skinąłem głową. Nie było potrzeby tego rozwijać, ona i tak rozumiała wszystko, co sobie mówiliśmy, nawet poza słowami, ja też. Tak mi się przynajmniej wydawało.
- Dokładnie. - Spojrzałem na nią, unosząc kącik ust. - Doglyzanie, dystans, udawana obojętność. Lepiej było byś ostlym nisz odsłoniętym. - Ale to była tylko tarcza, zbroja udająca coś, czym nigdy nie była.
Teraz już wiedziałem, jak wiele słyszała o tym, że powinna się trzymać z dala od takich jak ja. Wiedziałem też, ile ja słyszałem o niej. Byliśmy dzieciakami, które próbowały się w tym nie pogubić, więc oczywiście, że się w tym pogubiły, i to bardzo. Czas zmieniał perspektywę. Patrząc na nas teraz, trudno byłoby uwierzyć, że kiedyś to wszystko było tak skomplikowane, a jednak było - normy, konwenanse oczekiwania, głosy z zewnątrz, opinie innych - dorośli, którzy wiedzieli lepiej, dzieci, które próbowały się w tym odnaleźć, sprostać cudzym wymaganiom, zanim zrozumiały, że ich własne oczekiwania wobec życia były zupełnie inne. Oparłem się wygodniej, a potem zerknąłem na własną dłoń - obrączka błysnęła w ciepłym świetle łazienki. Obróciłem ją powoli na palcu, jakbym nadal nie do końca przyzwyczaił się do jej ciężaru, do tego, co oznaczała, ale przecież mieliśmy czas, dużo czasu, wiele poranków i nocy.
- Gdyby nie osoby tszecie… - Mruknąłem, pozwalając sobie na odrobinę ironii. - Pewnie bylibyśmy tymi uloczymi szkolnymi gołąbkami, któlych wszyscy potem wspominają s loszewnieniem. - Rzuciłem, dobrze wiedząc, że to było przerysowane założenie, zdecydowanie tak by to nie wyglądało, ale zabawnie było to sobie wyobrazić. Delikatnie poruszyłem dłonią w wodzie, robiąc niewielką falę, która popłynęła w stronę mojej żony i rozbiła się o jej kolana. - Tymczasem, zamiast szkolnych gołąbków, byliśmy laszej jak dwie wlony dlące na siebie lyje. - Uniosłem brew, rozbawiony własnym porównaniem, jakbym właśnie zobaczył to z boku, cudzymi oczami. Obróciłem obrączkę jeszcze raz, wolniej, a potem zanurzyłem dłoń i zrobiłem kolejną falę w jej stronę, taką zupełnie dziecinną, mocniejszą, rozbijającą gładką taflę wanny, rozsuwającą trochę pianę. - S pełnym pszekonaniem, sze to absolutnie nolmalny sposób okazywania… Czegokolwiek. - Przerwałem na moment, uśmiechając się szerzej. Miałem całkiem zabawne przeczucie, że przynajmniej część ludzi, których znaliśmy, wspominała to z tym pobłażliwym westchnieniem, „ach, oni…”, zamiast z rozrzewnieniem - ba, graniczyło to z pewnością, że to nie było założenie dalekie prawdzie, bo przecież już nie obeszło się zupełnie bez komentarzy. - Myślę, sze część s naszych będzie potszebowała chwili, szeby to pszetlawiś. - Dodałem lekko, nie musząc dokładnie mówić, co miałem na myśli - obracanie obrączki na palcu robiło to za mnie - niby wspólni znajomi nie byli w niewiedzy, całkiem sporo wydarzyło się od początku września, czy to w Exmoor, gdzie dzieliliśmy sypialnię, czy to z moim niechlubnym debiutem przed Bletchleyami podczas Mabon, ale nie dało się ukryć - to była raczej wieść większego kalibru. - Chociasz część mędlców… Cósz. Pewnie uzna, sze to po plostu logiczne zakończenie tej naszej wieloletniej, balso głośnej epopei i bęsie się chwaliś umiejętnościami plekognicji. - Nie wymieniałem konkretnych przypadków, ale Prue z pewnością miała trafnie skategoryzować jedno i drugie grono, to nie było nic wielkiego, gdy miało się na to naszą obecną perspektywę.
Kiedy przesunęła się bliżej i sięgnęła po ten pocałunek, odpowiedziałem instynktownie - przyciągnąłem ją do siebie, by oparła się całym ciężarem ciała na moich udach. Dłoń na jej talii przesunęła się minimalnie, prowadząc ją bliżej, aż różnica wysokości między nami przestała mieć znaczenie. Była blisko, wystarczająco blisko, by każdy ruch był czytelny, każda zmiana oddechu natychmiast wyczuwalna. To było zaskakująco naturalne, jakby zawsze tam należała.
Przymknąłem oczy dokładnie w tej chwili, gdy jej ramiona oplotły moją szyję, a opuszki palców musnęły skórę tuż pod linią włosów. Zrobiłem to zupełnie odruchowo, zanim zdążyłem to skomentować albo zamienić w żart. Palce ukochanej dotykały skórę pod moimi włosami, na szyi, dokładnie tam, gdzie zazwyczaj robiłem krok w tył, a ciało reagowało napięciem, nie zgodą. Z nią było inaczej - ten dotyk mnie nie drażnił, nie wywoływał instynktownej potrzeby odzyskania kontroli ani cofnięcia się, był… Otumaniający, ciepły, rozlewający się pod skórą, przyjemny w sposób, który nie miał nic wspólnego z przyzwyczajeniem, a wszystko z zaufaniem. Pozwoliłem jej na to, bez napięcia, bez poprawiania jej dłoni, jakbym wreszcie przestał pilnować granicy, która przy niej i tak traciła sens.
- Cholela… - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie niż do niej, z tym cieniem rozbawienia, który zdradzał, że sam w dalszym ciągu byłem zaskoczony własną reakcją. Przy kimkolwiek innym natychmiast bym się usztywnił, odsunął, przerwał ten gest bez słowa, to był ten jeden punkt, którego strzegłem instynktownie, zawsze - szyja, kark, włosy - miejsca, gdzie czujność zwykle wracała natychmiast, gdzie ciało mówiło „nie”.
Przy Prue było inaczej, ten dotyk nie drażnił, nie prowokował instynktu obronnego, jakby ciało rozpoznawało coś, co głowa przez lata próbowała zignorować. Wypuściłem powoli powietrze, nisko, czując jak to wyjątkowo przyjemne napięcie zamiast się cofnąć, osiada głębiej, ciężej, wraz z każdym ruchem, z kolejnym pocałunkiem, który nie był już kradziony brutalniejszej rzeczywistości, gdzie nasza relacja miała swoją określoną datę.
- Lubię, kiedy to lobisz. - Dodałem bez potrzeby doprecyzowywania czegokolwiek.
Oddychałem głębiej, wolniej, poddając się pocałunkom - moje dłonie same przesunęły się niżej, obejmując ją pewniej, już nie tylko przyciągając, ale przygotowując ruch, który miał nadejść. Otworzyłem oczy dopiero po paru sekundach, spoglądając na nią z bliska, z tej odległości, z której nie dało się już niczego udawać.
- Tylko nie lób tego za często. - To nie była uwaga, nie było to też rzeczywiste życzenie, tylko przekorny pomruk, niemal przy jej uchu. - Bo zacznę myśleś, sze mi się to naplawdę podoba. - Był w tym cień uśmiechu, prawdziwy, rozluźniony.
Nie spieszyłem się, ani trochę, pozwalając dłoniom odnaleźć rytm jej ciała. Nie błądziłem, nie szukałem, po prostu poddawałem się temu wszystkiemu, delikatnie, ale z tą pewnością, która nie pytała o pozwolenie, bo już je dostała.
- Widzisz… - Zadeklarowałem cicho, przy jej uchu, kiedy nasze czoła na moment się zetknęły. - Dokładnie tak to sobie wyoblaszałem, gdy mówiłem o tamtej innej wannie. - Nie było w tym przechwałki, raczej satysfakcja po długim napięciu. Piana niemal całkiem zniknęła, skóra dotykała skóry, była ciepła, mokra, prawdziwa. Przesunąłem dłonią po plecach żony, wolno, raz jeszcze zapamiętując każdy centymetr ukochanego ciała, a potem zatrzymałem ją w połowie drogi, obejmując Prue pewniej, mocniej, tak żeby wiedziała, że nie była to już tylko czułość. Nachyliłem się i pocałowałem ją, tym razem krócej, bardziej stanowczo, a kiedy się cofnąłem, uśmiechnąłem się pod nosem.
Spojrzałem na nią z tym cieniem uśmiechu, który zawsze oznaczał, że wiem dokładnie, co robię.
- Powiedziałem ci jusz - zacząłem - sze tej nocy zamieszam ci wynaglodziś bycie debilem. - Kontynuowałem z ledwie wyczuwalnym naciskiem na deklarację składaną w tych słowach, pozwalając napięciu rosnąć, nie spieszyliśmy się, nie było po co - ta noc była długa, a my wreszcie dokładnie tam, gdzie zawsze mieliśmy być. Moje palce przesunęły się po jej ramieniu, potem po obojczyku, wolno, jakby zapamiętywały trasę. Każdy ruch był przemyślany, każda pauza miała znaczenie, nie robiłem niczego przypadkiem.
- I nie mam zwyczaju szucaś słów na wiatl. - Pochyliłem się jeszcze raz, dotykając ustami miękkiej, delikatnej skóry na szyi Prue, muskając ją ledwie, na granicy, nie przyspieszając niczego. Dopiero wtedy przesunąłem się płynnie, bez szarpnięć, prowadząc ruch biodrami i ramionami tak, żeby osadzić ją wyżej, na podniesionej części wanny - bez pośpiechu, spokojnie, jakby to było czymś oczywistym, zaplanowanym od początku.
- Tu. - Stwierdziłem, blisko jej ucha, bardziej informując niż pytając. Jedna z moich dłoni pewnie objęła kobiecą talię, druga wsparła się o gładki brzeg wanny, kiedy przeniosłem ułożenie ciężarów ciała, prowadząc ją tam, gdzie wanna wznosiła się wyżej, szerzej, jakby była specjalnie zaprojektowana do tego jednego momentu. Woda zaszumiała cicho, piana rozstąpiła się jak zasłona.
Uniosłem oczy z chwilą, gdy Prue była już wyżej, kiedy mogłem na nią spojrzeć z tej perspektywy. Woda spłynęła niżej, odsłaniając więcej skóry, więcej ciepła, więcej tego, co było tylko nasze. Spojrzałem na nią z tej nowej perspektywy, z lekkim, prowokującym uśmiechem.
- Lepiej. - Mruknąłem cicho, bardziej do siebie niż do niej, a kciukiem przesunąłem leniwie po jej biodrze, sprawdzając, czy siedziała wygodnie. - Tak jest… Idealnie.
Teraz to ja byłem niżej, zanurzony głębiej w wodzie, a ona miała mnie na wysokości wzroku. Jedna z moich dłoni wciąż spoczywała na jej talii, druga przesunęła się po udzie, tylko tyle, ile trzeba było, żeby utrzymać równowagę - nic więcej, jeszcze nie, nawet jeśli ten układ zmieniał wszystko - kąt spojrzenia, napięcie, sposób, w jaki krążyło powietrze między nami, dążąc do jednego.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
12.01.2026, 21:30  ✶  

Całkiem dobrze było się pozbyć tego całego ciężaru przeszłości. Wyjaśnić te wszystkie niedopowiedzenia, wiele ich było, chociaż już od jakiegoś czasu mieli szansę widzieć prawie cały obrazek, nadal pewnie mieli sporo pytań, jednak nie musieli już się bać ich zadawać. Nikt nie czekał na potknięcie, znaleźli się w końcu na tym etapie, w którym stali po tej samej stronie i miało być tylko lepiej, bo dzisiaj postanowili złączyć ze sobą swój los. To było oczyszczające, uspokajające, właściwe. Sporo ich to kosztowało przez lata, jednak w końcu się odnaleźli i postanowili odpowiednio wykorzystać tę szansę.

- To było całkiem proste myślenie, ale też całkiem logiczne, wtedy świat był jednak czarno - biały. Nie braliśmy pod uwagę tego, że okoliczności nieco mogą się zmienić. - Bo byli tylko i wyłącznie dzieciakami, które dopiero zaczynały uczyć się życia. Nie mieli świadomości, że z czasem mogą pojawić się inne czynniki, relacja skomplikować, czy zmienić, dojrzeć. Łatwo było mówić o tej przyjaźni na zawsze, deklarować obecność w swoim życiu, pamiętała, że wiele razy sobie powtarzali podobne słowa, lekko przechodziły im przez gardło, ale też nie dało się ukryć, że naprawdę w nie wierzyli.

Dla dzieciaków, którymi wtedy byli przyjaźń wydawała się być czymś wielkim, pamiętała to, jak wiele dla niej znaczył na tamtym etapie jej życia, nie spodziewała się, że może być kimś więcej, nie zakładała w ogóle takiej możliwości, wszystko jednak się zmieniło, było jeszcze lepiej, nie mogło być lepiej. Obiecali sobie w końcu wszystko, nie mogli sięgnąć po więcej, stali się swoją rodziną. Tamta młodziutka Prudence nie śmiałaby nawet marzyć sobie czegoś takiego, a teraz znajdowali się w tej wannie, z obrączkami na palcach, spoglądała na niego uważnie, naprawdę tutaj był i to było niesamowite. Nie spodziewała się, że ich życie może potoczyć się w taki sposób.

- Nie mieliśmy pojęcia o tym, że granice można bardzo łatwo przesunąć. - Nie zawsze zupełnie świadomie, czasem to działo się samo. Łatwo było im uznać w tamtym czasie, że jeśli coś sobie zakładają to tak ma być i koniec. Nie mieli żadnego doświadczenia w podobnych znajomościach, od zawsze mieli do siebie słabość, ciągnęło ich do siebie, z początku ubrali to w te ramy przyjaźni, później, później było nieco gorzej, jednak nadal wokół siebie krążyli. Odnajdywali się mimo tych pozorów nienawiści, w którą starali się to ubrać. Nie do końca potrafili być wobec siebie zupełnie obojętni, to zawsze musiało być coś więcej. Nie wychodziło im mijanie się na korytarzu i ignorowanie swojego istnienia, mimo, że przecież i to próbowali robić. Ścierali się, aby wywoływać w sobie jakiekolwiek reakcje i to było lepsze od zupełnej obojętności, to mówiło samo za siebie.

- Dawaliśmy sobie sprzeczne sygnały, mieliśmy prawo się w tym gubić, no i gubić siebie nawzajem. - Obawiali się tego, co może wyniknąć z tego jednego wieczora, kiedy przekroczyli granicę. Nigdy o tym nie rozmawiali, udawali, że to się nie wydarzyło, bo tak było łatwiej. Bali się konsekwencji, a może po prostu bali się przed sobą przyznać, że to nigdy nie była przyjaźń, czy nienawiść tylko zawsze kryło się w tym coś więcej.

Nie dość, że musieliby się do tego przyznać przed sobą, to później jeszcze coś z tym zrobić, nie sądziła, że na tamtym etapie życia mieliby w sobie tyle odwagi, zresztą nie bez powodu tak się działo, ich rodziny również miały na to wpływ, jej ojciec ją przed nim ostrzegał, jego też podjął odpowiednie środki, aby Wish przestał się z nią przyjaźnić. Nie łatwo było postawić się dorosłym, mimo, że próbowali, to później było tylko gorzej, pamiętała tę próbę rozmów poprzez liściki, która również zakończyła się klęską i rozpoczęła ten czas kiedy strzelali w siebie piorunami z oczu na korytarzach.

- Wybraliśmy to, co wydawało się nam być bezpieczne. - Nie, żeby ją to specjalnie dziwiło. Stracili tamtego jednego wieczora to, co było dla nich najbardziej istotne, ona pamięć, on kontrolę, więc postanowili postępować według znanych sobie schematów, żeby jeszcze bardziej się w tym nie zgubić. Nie było sensu ich o to winić, byli tylko nastolatkami, którzy bardzo mocno się wtedy gubili w swoich myślach, czy uczuciach, a kiedy grunt zaczął sypać im się pod nogami wybrali to co było znane, co powinno być bezpieczne. Patrząc teraz z boku na tę sytuację, cóż, nie zachowali się szczególnie dojrzale, ale nie mogli tego od siebie wymagać. Wystarczyłaby szczera rozmowa, aby wyjaśnić sobie wszystko, ale ona wtedy wydawała im się czymś nieosiągalnym, żadne z nich nie chciało zostać zranione, budowali wokół siebie mur, to też była jakaś metoda na przetrwanie tego, co się z nimi działo.

- Jakoś musieliśmy sobie radzić. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, kiedy o tym myślała to było całkiem zabawne, naprawdę wydawało im się, że będą w stanie w ten sposób to przetrawić, uciec od swoich uczuć, zdusić je w sobie, w tej chwili bardzo dokładnie było widać, jak doskonale im to wyszło, nie, żeby jej się nie nie podobało to, w jakiej sytuacji znajdowali się teraz, gdy faktycznie to oni mogli o sobie decydować.

- Tak, na pewno, doskonale wpasowywalibyśmy się w ten obraz. - Prychnęła krótko, bo wizja ich dwójki z zupełnie inną przeszłością pojawiła się jej przed oczami, nie wydawało jej się jednak, że faktycznie przypominaliby jedne z gołąbeczków, chociaż całkiem zabawnie było sobie ich wyobrazić właśnie w takiej wersji. - Wrony nie są takie złe, mam wrażenie też, że bardziej do nas pasują od gołębi, chociaż te krakanie mogło denerwować. - W każdym momencie byli gotowi sobie skoczyć do gardeł, aby udowodnić, że nic dla siebie nie znaczą, że się nie znoszą, bardzo chcieli udowodnić sobie nawzajem, że dokładnie tak było, aż za bardzo, z boku mogło się to nawet wydawać nieco przerysowane, ta ich cała nienawiść.

- Pewnie tak będzie, zważając na to, jaką mamy historię, nie dla wszystkich może to być oczywiste. - Nie był to jednak ich problem, prawda? Zresztą nie sądziła, żeby to było takie trudne. Już we wrześniu zmienili do siebie nastawienie, poszli po rozum do głowy i wyjaśnili dawne niesnaski, wytłumaczyli sobie skąd się one brały, przez co dość szybko się do siebie zbliżyli. Nie zostało to zignorowane przez ich bliskich, raczej trudno, aby było kiedy zaczęli dzielić ze sobą sypialnię. Pewnie nikt nie spodziewał się ślubu, bo podjęli decyzję całkiem spontanicznie, jednak, czy w dużej mierze było to, aż tak bardzo zaskakujące? Ci, którzy ich znali wiedzieli, że krążyli wokół siebie przez lata i najwyraźniej wystarczyło te kilka tygodni w dorosłym życiu, aby dotarło do nich, co to właściwie oznaczało.

- Tak, znając towarzystwo na pewno znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że to było logiczne. - Nie miała co do tego wątpliwości, grono ich wspólnych znajomych było bardzo specyficzne, pełne wyjątkowych jednostek, które nie obawiały się komentować wszystkiego. Cóż, niedługo okaże się kto i co sobie właściwie myślał. Na pewno będą zaskoczeni tym, jak szybko wszystko przebiegło, ale właściwie w ich przypadku, można było się tego spodziewać, gdy już po coś sięgali, lub w coś wchodzili to angażowali się tak, jak tylko się dało.


Nadszedł moment do którego zmierzali odkąd tylko znaleźli się w tym apartamencie. Sięgnęła do jego ust, pocałowała go, aby poczuć znowu ich smak, przysunął ją bliżej, a ona znalazła się na jego udach, dokładnie tam, gdzie powinna być w tej chwili. Opuszki palców Prue powoli muskały jego szyję, był to bardzo delikatny ruch, palce przesuwały się po ciele, wplatała je we włosy, a później poruszała nimi dalej, to było całkiem przyjemne.

- To chyba nic złego, że Ci się to podoba. - Uśmiechnęła się szczerze. skoro tak... to zamierzała robić wręcz przeciwnie, skoro mówił, żeby nie robiła tego zbyt często, będzie powtarzać to tak wiele razy, aż naprawdę zacznie mu się to podobać, aż do tego przywyknie i będzie to dla niego całkiem normalne, mieli na to naprawdę wiele czasu. Mogli przyzwyczajać się powoli do tego, co sprawiało im przyjemność, na pewno będą mieli wiele okazji, aby bardzo dokładnie się tego dowiedzieć, to zdążyła już zarejestrować i nie zamierzała wyprzeć z tego pamięci, no nawet jakby chciała, to by jej się nie udało.

Ręce męża wędrowały po jej ciele, jakby chciał zapamiętać każdy jego fragment, pozostawiały po sobie przyjemne ślady, być może nie na zewnątrz, ale w środku, czuła pod skórą ciepło w miejscach, w których ją dotykał, to było naprawdę przyjemne, tak samo, jak to, że znajdowała się z nim tak blisko, czuła na szyi jego oddech, łaskotał ją. Głos, który mówił wprost do jej ucha powodował drżenie, bardzo przyjemne drżenie ciała.

- Niewiele było trzeba, aby te wyobrażenia się spełniły, a to dopiero początek. - Spoglądała mu w oczy, kiedy ich czoła na moment do siebie przywarły. Mieli jeszcze wiele czasu, mogli realizować swoje wszystkie fantazje, już nikt, ani nic nie mogło im w tym przeszkodzić. Nie byli tutaj dla siebie na chwilę, wszystko się zmieniło, ta myśl nie przestawała jej opuszczać. Objął ją mocniej, poczuła dłoń mężczyzny, która pewnie dotykała jej ciało, wiedziała co to oznacza, powoli zmieniali rytm, zbliżali się do nieuniknionego. Pocałunek, którym ją teraz obdarzył był gwałtowniejszy, bardziej stanowczy, brakowało w nim delikatności, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Jej ciało reagowało na każdy jego gest, dostosowywało się, jakby tylko czekało na kolejne posunięcie.

- Nie wiem, czy jedna noc będzie w stanie mi to wynagrodzić. - Rzuciła jeszcze zaczepnie, kącik ust drgnął jej w uśmiechu, miała świadomość, że doskonale wiedział co robi, że każde słowo, każdy gest był przemyślany i mógł dostrzec po tym blasku, który pojawił się w jej oczach, że to wszystko działało, zresztą nie dało się też wymagać tego, aby ciało nie reagowało, a reagowało na każdy jego gest.

Jedna z jej rąk znalazła się na plecach mężczyzny, bardzo powoli nią poruszała, to w górę to w dół, właściwie to tylko muskała jego ciało opuszkami palców, chciała poczuć pod nimi jego ciepłą skórę, drugą nadal trzymała na jego szyi. - Chętnie się o tym przekonam. - Nie miała co do tego powiedział najmniejszych wątpliwości, nie należał do osób, które dużo mówiły i obiecywały, ale jeśli już to robił, to zawsze dotrzymywał słowa, co w tej sytuacji mogło nieść za sobą same korzyści. Napięcie rosło, miała wrażenie, że było wręcz namacalne, świat przestał istnieć, była tylko ona i on - nic więcej. Odchyliła nieco głowę do tyłu, gdy jego usta znalazły się na jej szyi, przymknęła przy tym oczy, pocałunki zostawiały za sobą palącą ścieżkę na jej skórze.

Kiedy się przesunął, objęła go ciaśniej swoją dłonią, jakby chciała się znaleźć jeszcze bliżej, nie spodziewała się tego, jej reakcja była całkiem odruchowa. Znalazła się wyżej, przez co otworzyła oczy i spoglądała na niego przez krótką chwilę. Podobało jej się to, co widziała, on znajdujący się tuż obok, patrzący na nią w ten sposób. Nie mogła przestać mieć wrażenia, że spoglądał na nią tak, jakby była jedyną kobietą na świecie, jakby nikt, ani nic poza nią się nie liczyło i nie miała wątpliwości co do tego, że z jej oczu mógł wyczytać to samo.

Woda odsłoniła więcej, przyglądał się jej z tej perspektywy, nowej, innej, nie opuszczał wzroku nawet na chwilę, najwyraźniej znalazła się tam, gdzie chciał, aby była, o czym świadczyły jego komentarze, miała jednak wrażenie, że mówi do siebie, a nie do niej, więc nie odezwała się ani słowem, zamiast tego nachyliła się odrobinę, aby móc ustami sięgnąć do jego szyi, w przeciwieństwie do jego pocałunków, tym jej było jednak daleko do delikatności, powoli bowiem zaczęła zatracać się w tej chwili, nadal obejmowała go mocno, jej palce wbijały się w jego plecy, jakby bała się, że jeśli przestanie to robić, to ją wypuści, chociaż przecież to nie mogło się zdarzyć. Dobrze było w końcu móc zaspokajać pragnienie nie zastanawiając się nad tym, czy to nie ostatni raz, czy jeszcze kiedyś będą mieli szansę to powtórzyć. Ta noc była w końcu dopiero początkiem ich nowej rzeczywistości i póki co, bardzo jej się podobała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (11753), Prudence Fenwick (8934)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa