• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda

[5/10/72] You'll get the green light, I'll get the old door in the face| Benjy, Gerda
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
20.11.2025, 14:06  ✶  
Kamień-papier-coś… Nawet się skrzywiłem, prawie rozbawiony, ale rozbawienie ze mnie uleciało, zanim zdążyło się zagnieździć. Wyplułem z siebie ciche „jasne”, bardziej odruchowe niż świadome, bo tak naprawdę nic już nie było dla mnie jasne.
Szliśmy w tym deszczu, patrząc na ciemność, w której gdzieniegdzie migotały światełka w oknach. Woda w butach chlupała przy każdym kroku, włosy przyklejały się do mokrej skóry, a ubranie wchłaniało kolejne litry wody. Słuchałem jej słów, rozchodzących się pomiędzy przybliżającymi się, ciaśniejącymi budynkami, odbijającym się echem w pustych uliczkach. Nie było w tym gniewu, który zwykle towarzyszył mi, gdy ktoś wtrącał się w moje sprawy, tylko… Powaga, chłodna, ale nie pogardliwa. Nie było we mnie nawet cienia oburzenia, kiedy Geraldine rzucała kolejnymi oskarżeniami w moją stronę, bo wszystko, co mówiła, już dawno zdążyłem sobie powiedzieć sam - jej słowa tylko wbijały to głębiej, porządkowały bałagan, który nosiłem w głowie, i może bolało to bardziej, niż bym chciał przyznać, ale przynajmniej było uczciwe. Uczciwość bolała najzdrowiej. Nie miałem pojęcia, co powiedzieć, bo wszystko trafiało w mnie tak, że odruchowo milczałem - nie chodziło o to, że nagle nie chciałem mówić, tylko że każde słowo, które próbowałem wyrzucić z ust, wydawało się nieadekwatne. Nie mogłem od razu odpowiedzieć, bo nie było prostego sposobu, żeby to wszystko ułożyć w zdania, zamiast tego serce waliło mi szybciej niż zwykle, a głowa nieustannie przewijała wspomnienia, błędy, momenty, które mogły się skończyć tragicznie.
Wdech, wydech, fajka, która zgasła w deszczu, i nagle byłem sam ze swoimi myślami - z własnym gównem, a idąca obok mnie kobieta wydawała mi się po prostu personifikacją moich własnych wyrzutów sumienia.
Nie było dnia, żebym o tym nie myślał - nie było nocy, kiedy nie czułbym pustki, gdy brakowało jej obecności, oddechu, tego cichego poczucia, że wszystko jest mniej skomplikowane, kiedy ona jest blisko - mimo że wiedziałem, że nie powinienem, powrót byłby katastrofą, serce krzyczało inaczej, chciałem - chciałem być, mieć ją obok, czuć, wrócić, zrobić coś, by to naprawić, chciałem… Chociaż przez chwilę poczuć, że nic się nie zmieniło.
Wdech, wydech. Krople ulewy spadały na moje plecy, zamieniając koszulkę w mokrą szmatę.
Tęsknota była zbyt silna, do granic absurdu, ale rzeczywistość była bardziej okrutna, i nawet mimo że Geraldine dawała mi możliwość zahaczenia się na Wyspach, sugerowała, że mogłoby być inaczej, nie mogłem zaprzeczyć faktom. W tym momencie byłem tylko cieniem, który ślizgał się po krawędziach życia innych. Nie było w tym logiki, żadnego sensu - obiektywnie patrząc, byłem straconym przypadkiem, facetem, który miał szczęście przeżyć więcej, niż powinien, a mimo to nie potrafił utrzymać normalnych relacji. Kiedy zapytała, czemu Sunny dopiero zaczęła żyć, poczułem nagły ścisk w gardle - nie odpowiedziałem, nie wiedziałem, co powiedzieć, nie widziałem powodu - naprawdę. Może rzeczywiście byłem ślepy, może byłem tchórzem, może byłem… Idiotą, tak, to na pewno, ale nie śmiałem zapytać Sun, dlaczego zaczęła żyć przy mnie, nie śmiałem o tym wnioskować, bo gdzieś tam bardzo głęboko, pod tonami mechanizmów obronnych, chyba po prostu obawiałem się odpowiedzi. Bałem się, że to przypadek. Bałem się, że to była projekcja, że zaraz jej się znudzi, że zobaczy, że nie ma za co, po co mnie trzymać. Nie było w tym żadnego dramatyzowania, to była zwykła, surowa niewiedza, dlaczego - taka, która żarła od środka.
- Jasne, sze to sobie ujebałem… - Mruknąłem, przewracając oczami, co było błędem w tym stanie, przy bólu głowy i jej lekkich zawrotach, bo momentalnie zachciało mi się rzygać. To nie była kwestia ambicji ani głupoty, to była zwykła desperacja, żeby ochronić kogoś przed tym, co ja sam byłem w stanie przynieść do stołu. To nie było tylko niewiele, ha, wręcz przeciwnie - to było zbyt wiele, w tym niewłaściwym sensie. Wspomnienie sabatu uderzyło we mnie jak mokra szmata - stół, elegancki obrus, ciśnienie, które wisiało w powietrzu, a potem ojciec Prudence, który zaciągnął mnie na stronę, jakbym był szczeniakiem, który wlazł tam, gdzie nie powinien i obszczał doniczkę z fikusem. Pamiętałem dokładnie jego spojrzenie, tę mieszaninę oceny i politowania. Nie musiał nic mówić, chociaż i tak to zrobił, od samego początku wiedziałem, że według niego nie powinienem być częścią tamtego świata, bo byłem błędem. Tak, jak on, nie wiedziałem, czemu mnie chciała - to nie była fałszywa skromność, nie jakiś popieprzony akt.
„Otwórz oczy, głupku”. No, jasne - otwieranie oczu było czymś, w czym byłem wyjątkowo chujowy. Może faktycznie powinienem, ale powieki miałem ciężkie, oczy przesiąknięte rzeczami, których się nie zapominało. Miałem tyle szczęścia, że aż chciało się rzygać. Czasami myślałem, że wyczerpałem limit, następnym razem już nie będzie drugiej okazji.
- Tak, wiem. - Wyrwało mi się cicho, do siebie, chociaż może i w jej stronę. - Wszystko wiem. - Westchnąłem, ciężko, aż zabolało mnie w przełyku - gardło nadal dawało mi o sobie znać, nawet deszcz nie zagłuszył tego przytłumionego chrypnięcia.
Nie potrzebowałem, żeby ktoś mi tłumaczył, jak to wygląda. W środku wiedziałem, że Sun nie powinna mnie przyjmować ponownie - nie teraz, może nigdy - każdy gest, jedno moje działanie, wszystko to mogło doprowadzić do kolejnej katastrofy, a ona zasługiwała na coś lepszego - na normalność, nie tylko przez tę naszą chwilę, nie na mój chaos i moje błędy. Moja droga do względnej normalności była długa, wyboista, pełna przepaści, które omijałem tylko dzięki przypadkowi, i cholera, czy naprawdę miałem możliwość postawić wszystko na tę jedną kartę, bez bycia egoistą?
Nie. Wiedziałem, że zrobiłem źle, skrzywdziłem ją w najbardziej sadystycznie-wyrachowanie-debilny sposób, jaki dało się wymyślić. I wiedziałem, że nie zasługiwałem na trzecią - tak, trzecią - szansę, że jej zaufanie… To coś, co mogło się nigdy nie odnowić, ba, tym razem już nie powinno. Nie po tym wszystkim, nie po moim byciu sobą zbyt wiele razy, bym nawet ja sam sobie ufał. Byłem jak pies, który nauczył się, że ręka zawsze bije, więc nie ufa nawet wtedy, kiedy próbuje go pogłaskać. Przechyliłem głowę do tyłu, pozwalając deszczowi zmyć zmęczenie z twarzy, ale nie z serca, kiwając głową.
- Wiem, sze za balso ją skszywdziłem, szeby miała ochotę daś mi tszecią szansę. - Tym razem głos miałem bardziej stabilny, chociaż brzmiał, jakby ktoś inny nim mówił - ostatnio to zdarzało się za często. - Naplawdę to wiem. Nie musisz mi tego powtaszaś. - Przejechałem dłonią po twarzy, zrzucając z policzków krople wody, która i tak zaraz wróciły, jakby deszcz śmiał mi się prosto w mordę.
- Ja… Nie odkupiłbym się. - Wyrzuciłem to z siebie, zanim zdążyłem przeanalizować, czy powinienem. Spojrzałem w ciemność, na kamienice, w miejsca, gdzie gdzieniegdzie migotało światło, i czułem, jak całe moje życie przesuwa się w poprzek drogi, której nie mogłem cofnąć. Przebiegłem wzrokiem po mokrych ulicach, próbując złapać punkt odniesienia - coś, co nie byłoby tylko cieniem mojej porażki, ale każdy jasny punkcik w oknach, który mignął gdzieś w ciemności, wydawał się obojętne, jakby mówił „tu nic nie zdziałasz”. Nie było pubu, nie było baru, nie było niczego, najrozsądniej byłoby zawrócić, ale uparcie szedłem dalej. Mokre włosy kleiły mi się do twarzy, ale ulewa przestała mnie obchodzić - byliśmy przemoczeni do kości, ale jakoś to nie miało znaczenia, bo i tak czułem się, jakbym tonął.
Ger nie miała w zwyczaju owijać w bawełnę, tylko waliła prosto między żebra. Było w tym coś... Ożywczego - albo masochistycznego - nie wiedziałem. Kiedy zagroziła, że mi nakopie do dupy, parsknąłem tym swoim nie-do-końca-śmiechem.
- Jusz to lobisz. - Mruknąłem. - Od czteldziestu minut, a wcześniej wyjebałaś mnie z balkonu. - Przypomniałem jej, w razie, gdyby postanowiła o tym zapomnieć.
Nawet jeśli mnie chciała… No właśnie, jeśli. Nigdy nie rozumiałem, czemu, ludzie jej pokroju zakochiwali się w kimś stabilnym, w kimś z historią, którą dało się opowiedzieć w formie anegdoty na rodzinnej kolacji, pójść na imprezę w pracy, kupić domek na przedmieściach, wychować gromadkę dzieci, rozpieszczać wnuki. Tymczasem ja potrafiłem spierdolić własne urodziny. Nie byłem dla niej dobry - ona myślała, że jestem twardy, umiem chronić ludzi, ale ja… Ja byłem dobry w padaniu na ziemię i wstawaniu, nie w trzymaniu kogoś w całości.
- Tęsknię za nią. - Przyznałem w końcu, cicho, niemal szeptem, jakby sama świadomość tego sprawiała, że musiałem mówić powoli. - Tęsknię, cholelnie… Ale wiem, sze nie mogę. Zaleszy mi, to nie znaczy, sze mam do niej wlacaś, jak zbity pies, i czekaś, asz znowu ją upieldolę.
W głowie wciąż przewijały mi się obrazy, momenty, w których próbowałem być kimś innym, lepszym, a wychodziło jak zawsze - zostawiałem ludzi, którzy na mnie liczyli, podejmowałem decyzje bez pytania. Zbyt wiele razy ocierałem się o śmierć, cudem wychodząc cało z sytuacji, które miały prawo zakończyć się dla mnie fatalnie. Widziałem ludzi, którzy mieli plany na jutro, na święta, na przyszłe lato, a potem zostawały po nich tylko spalone kartki i parę rzeczy do oddania rodzinie, o ile w ogóle jakąś mieli. Nie byłem wyjątkiem, nie było powodu zakładać, że będę.
Wciągnąłem powietrze, jakbym miał powiedzieć coś sensownego, ale zamiast tego przyszło mi do głowy tylko jedno - stare, żałosne déjà vu, które wracało za każdym razem, gdy mówiłem o swoich błędach na głos.
„Przepraszam, daj mi jeszcze jedną szansę, obiecuję, że następnym razem jak będę się wykrwawiał, to spróbuję nie zrobić z tego dramatu”.
Tyle razy to mówiłem. Tyle razy obiecywałem, że ogarnę swoje życie, przestanę wracać do domu zakrwawiony, zostawiać żonę samą na kolejne noce, nie będę znikał w środku tygodnia bez słowa. Alice patrzyła na mnie tymi dużymi, zmęczonymi oczami i kiwała głową, a ja wierzyłem, że w tej głupiej przysiędze jest coś prawdziwego, następnym razem faktycznie postaram się nie robić z siebie problemu.
A potem oczywiście znowu to samo - kolejny uraz, kolejna scena, kolejny raz, gdy próbowałem udawać, że wszystko gra, a ona wyciągała ze mnie, co tak naprawdę się wydarzyło. Kończyło się przeprosinami - moimi, jej łzami, moją obietnicą poprawy, jej kolejnym „dobrze, Lou”, które zawsze brzmiało jak podpis pod wekslem, którego nie byłem w stanie spłacić. Aż wreszcie zasugerowała mi „po prostu wreszcie umrzeć” - tego się nie zapominało.
Wtedy myślałem, że miłość polega na tym, że ktoś ci wybacza w nieskończoność - jeśli jest z tobą, to znaczy, że zniesie wszystko - krew, nieobecność, kłamstwa z dobrych intencji. Dopiero później zrozumiałem, że można kogoś wykończyć nawet bez dotykania. Wystarczy być sobą - absolutny festiwal idiotyzmu - przy pierwszych razach próbowałem ją rozśmieszyć, jakby humor miał przykryć fakt, że znowu wróciłem na wpół nieżywy, jak gdyby to było normalne małżeńskie „spóźniłem się na kolację”. Przy kolejnych żarliśmy się, jak wściekłe psy. Ostatnie były przepełnione milczeniem.
- Statystyki, lysyko… - Powiedziałem, wpatrując się w błyski w mroku, myśli kłębiły mi się w głowie jak burza nad horyzontem - kiedy wiesz, jak potrafisz się psuć, zaczynasz liczyć ofiary zawczasu.  - Masz lację, nie wszyscy giną. Ale szczęście ma swoje glanice, jeden las za duszo, a wszystko się kończy. Jeden fałszywy ruch, a… -  Przełknąłem ślinę. - Koniec. - Spojrzałem na Ger, zmęczony, mokry, wkurwiony na siebie bardziej, niż przyznałbym komukolwiek innemu. - Ostloszność nie wystalsza. - Odpowiedziałem na jej kolejną, światłą myśl. - Wiesz dobsze, sze nie wystalsza.
Czasem możesz zrobić wszystko idealnie, a i tak trafisz na ten jeden, jedyny raz - ten, który przypieprzy cię do ściany. Każdy, z kim pracowałem dłużej, w końcu gdzieś zniknął. Niektórzy bez śladu, inni… A ja za każdym razem byłem wystarczająco blisko, żeby to zaczęło mi ciążyć, ta świadomość. Raz się wywinąłem, drugi, piąty, a potem było to gardło. Nie wiedziałem, ile razy człowiek ma prawo ocaleć, ale na pewno nie setki.
Spojrzałem na Geraldine dopiero wtedy, kiedy powiedziała o tym, jak życie beze mnie mogło wyglądać dla kogoś, kto postanowił dać mi szansę. Jak to mogło ją wypruć od środka. To trafiło - trafiło tam, gdzie jeszcze nie miałem blizn.
- Była… Jest… Ponad tym wszystkim. Nie pasuję tam. Nie jestem częścią jej świata. Nawet nie umiałem odbyś jednej, świątecznej kolacji s jej losiną bes… - Urwałem, bo wspomnienie jej ojca nadal potrafiło mi zacisnąć gardło mocniej niż blizna po tym, co mnie kiedyś prawie zabiło. - Chuj s tym. Niewaszne. - Wyrzuciłem z siebie, tak cicho, że deszcz mógł to zamaskować. Tyle potrafiłem przyznać, a może raczej - tyle byłem w stanie udźwignąć, zanim żołądek podszedł mi do gardła. Nie pasowałem do jej świata, nie byłem jego fragmentem, nie mogłem nawet zaliczyć jednej zwykłej sabatowej kolacji bez tego, żeby ktoś nie sprawdził mnie, nie wystawił na próbę, nie ustawił mnie w roli, której nigdy nie mogłem wypełnić.
Adrenalina, ryzyko, niebezpieczeństwo, poczucie odpowiedzialności, które nie pozwalało mi odwrócić się plecami - to wszystko wciągało mnie w nią i w to, co było między nami, chociaż wiedziałem, że to wszystko musiało skończyć się źle. Chciałem być ostrożny, a mimo to wielokrotnie przekraczałem granice zdrowego rozsądku. O raz za dużo, zbyt głęboko.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#12
20.11.2025, 15:42  ✶  

Geraldine wyjątkowo - okazała się całkiem gadatliwa. Nie zdarzało się to zbyt często, jeśli jednak się przed nią otworzył, to reagowała. Nie była może najlepszym wyborem, ale jakoś tak się złożyło, że trafiło właśnie na nią. W sumie to miała nawet potrzebne życiowe doświadczenie, które mogło mieć wpływ na to, co o tym wszystkim myślała. Nie do końca chciała wracać do tego, co sama przeżyła, jak się wtedy czuła, jednak w zaistniałej sytuacji nie mogła przestać o tym myśleć.

Nie atakowała go, naprawdę starała się jak najbardziej zdrowo podchodzić do faktów, argumentów, sięgała tylko i wyłącznie po to, co wydawało jej się być prawdą. Zresztą Geraldine nigdy nie potrafiła knuć, czy prowadzić dyskusji naokoło. Nie była takim typem człowieka. Może to właśnie było jej główną zaletą. Nie należała do tych ludzi, którzy potrafili sięgać po jakieś psychologiczne zagrywki, mowy motywacyjne, to co padało z jej ust było całkiem proste, bo ona była dość prostym człowiekiem.

Szli nadal, nadal nie wiedziała dokąd, czuła, że rano będzie tego żałowała, zresztą pogodziła się już z tym, że raczej nie wstaną o tej ósmej, no chyba, że w ogóle się nie położą, a tego wolała uniknąć, wiedziała, że sen był dość ważny w stanie w jakim się znajdowała. Wolałaby mieć jutro odpowiednią ilość siły, by poradzić sobie z marszem, może nie miał być długi, jednak podchodziła do tego całkiem odpowiedzialnie.

Szukała rozwiązań, niektóre mogła mu dać od ręki, nad innymi musiał popracować, jednak najpierw wypadało, aby nieco zastanowił się nad swoimi czynami, to również robiła, próbowała zmusić go do myślenia, widzenia czegoś więcej, niż jego własna perspektywa. Jak jej to wychodziło? Nie miała zielonego pojęcia, ale próbowała, to było dla niej najbardziej istotne. Nie olała go, zresztą naprawdę było jej go szkoda, wyglądał okropnie, widać było, że męczył się z tym wszystkim.

- Przynajmniej zdajesz sobie z tego sprawę. - Nie sądziła, aby łatwo zmienił punkt widzenia, czy pozwolił sobie na to, żeby dostrzec to, co dla niej wydawało się oczywiste. Nikt nie chciał, żeby się zmieniał, nikt nie miał wobec niego jakichś wygórowanych oczekiwań, ktoś postanowił zaakceptować go z tym jego całym bagażem, a on nie potrafił zrozumieć, że faktycznie tak się dało. Nie do końca wiedziała co przeżył, jasne dostała nieco informacji, mogła więc sobie wyobrazić, że jego przeszłość nie należała do najlepszych, tylko to wcale nie rzutowało na przyszłość, która mogła wyglądać zupełnie inaczej, wystarczyło, aby dał sobie szansę, znowu spróbował. Wiedziała, że to nie jest łatwe, ale warto było, to też wiedziała, bo sama przecież nie poddawała się tak łatwo.

- Wspaniale, że wszystko wiesz. - Najwyraźniej jednak nie do końca było to prawdą, bo prowadzili tę rozmowę, zachował się jak kutas, czy tego chciał, czy nie. Jego tłumaczenie tego nie zmieniało, bo liczyły się czyny, a nie jakieś ukryte intencje, o których najbardziej zainteresowana tym osoba nie miała pojęcia.

- Trzecią szansę? - Zatrzymała się na chwilę. Nie przesłyszała się? Naprawdę się nie przesłyszała, on faktycznie mówił o trzeciej szansie? - Jak kurwa trzecią szansę? Co? - Brakowało jej najwyraźniej jakichś danych. Zjebał dwa razy? Przyglądała mu się uważnie, jakby próbowała odczytać coś z tego, jak w tym deszczu prezentowała się jego sylwetka. Nie udało jej się jednak ustalić nic nowego. Trzecią, jebaną szansę. Naprawdę? Westchnęła ciężko.

- Nie wiem, co musiałbyś zrobić, żeby Cię przyjęła, a jeśli to zrobi, to miej kurwa świadomość, że takie osoby nie trafiają się często, są naprawdę wyjątkowe, jeśli kiedykolwiek postanowisz spróbować wrócić po odkupienie, a ona Ci wybaczy to na pewno będzie oznaczało, że bardzo jej zależy, że Cię kocha, mimo tego jak bardzo spierdolony jesteś. - Nie widziała innej możliwości. Nie miała pojęcia, jak musi się czuć tamta kobieta, jeśli dwa razy wywinął jej podobny numer... nie sądziła, że kolejna opcja w ogóle się zdarzy. Każdy miał swoje granice, każdy.

- Potrafię bardziej, nie zachęcam do tego, żebyś to sprawdzał, ale miej świadomość że dotrzymuje obietnic. - Potrafiła uderzać nie tylko siłą, ale też słowami, nie szczypała się, nie należała do osób, które martwiły się tym, że mogą kogoś skrzywdzić, tak ostrzegła go teraz, nie sądziła jednak, żeby specjalnie się przejmował tym, co mogła mu zrobić. Jak spierdoli w pizdu to przecież go nie znajdzie, z drugiej strony miała swoje metody, mógł się jeszcze zdziwić.

- Sam to sobie wmawiasz, sam sobie mówisz, że nie możesz tęsknić, zabraniasz sobie tego, jakby to było złe. To przestań gryźć, szczególnie wtedy, kiedy ktoś chce dla Ciebie jak najlepiej, chce Cię w swoim świecie. - Wiedziała, że to nie było wcale takie łatwe, ale przecież nie wymagała od niego tego, żeby całkowicie zmienił swoje przyzwyczajenia, mógł do siebie dopuścić, chociaż jedną osobę, nie musiał walczyć z całym światem.

- Nie wystarcza, ale pomaga, i jasne, tacy jak my mogą umrzeć na każdej kolejnej robocie, ale przynajmniej będziesz miał świadomość, że zrobiłeś wszystko, co się dało, żeby przeżyć. Zresztą umrzeć możesz równie dobrze na ulicy, ktoś jadący karocą może w Ciebie pierdolnąć, czy to oznacza, że masz nie wychodzić z domu? Zawsze istnieje ryzyko. - W ich przypadku dużo większe, ale to nie tak, że zwykłym ludziom też nie przytrafiała się śmierć.

- Nie wiem w jaki sposób do Ciebie mówić, żeby dotarło. Nie masz prawda decydować o tym, czy pasujesz do jej świata. To jej decyzja, czy Cię w nim chce, czy nie. Z tego co mówisz to chciała, więc znowu pierdolisz głupoty. - Zresztą jaki to właściwie był świat? Miała wrażenie, że Benjy miał jakieś swoje wyobrażenie o tym świecie. Nie do końca to rozumiała, nie potrafiła sobie to zwizualizować. Ona i Roise poniekąd też pochodzili z różnych światów, a jakoś stworzyli swój własny, dopasowali go do siebie. To nie było takie trudne, wszystko dało się obejść, jeśli chciało się, aby to zadziałało.

- Nie mów mi, że jedna nieudana kolacja z rodziną jest w stanie Cię zniechęcić, serio? - Skoro o tym wspominał, to wydawało jej się, że zrobił to z jakiegoś powodu, może coś nie poszło po jego myśli, czy coś. - To raczej nic takiego, pierwsze spotkania mają to do siebie, że potrafią być bardzo chujowe. - Założyła, że było to pierwsze spotkanie, nie miała pojęcia, bowiem jak wyglądała ta cała sytuacja. W przypadku jej i Ambroise'a było to całkiem proste, bo bywał często w ich domu, jej rodzice go znali, to ona miała raczej większy problem z tym, by wkupić się w łaski jego najbliższych, bo była dla nich zupełnie obcą osobą, mimo wszystko jakoś udało jej się z nimi dogadać, z czasem obdarzyli ją zaufaniem.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
20.11.2025, 20:28  ✶  
Miałem ochotę wsadzić łeb pod rynnę i pozwolić temu wypłukać mnie do środka, ale nic, absolutnie nic, nie było w stanie przepłukać tego, co zostało po ostatnich tygodniach - coś pękło, cicho, bez fajerwerków, jak przetarty szew w sfatygowanej koszuli. Zmrużyłem oczy, bo to wszystko, co we mnie napierało, zaczynało się dopominać wydobycia. Słowa aż paliły pod językiem, jakby ten ułamany ząb był karą za to, że kiedykolwiek pomyślałem, że mogę być kimś innym, niż jestem. Miałem wrażenie, że każde jej słowo trafiało tam, gdzie od lat nikomu nie udało się trafić - w tę cholerną, obnażoną część mnie, z której zawsze robiłem żart, zbroję, pozę. Oddychałem jak ktoś, komu brakowało powietrza, chociaż wokół było go aż za dużo, przesunąłem językiem po wardze od wewnątrz, metaliczny posmak krwi dalej trzymał się gardła, pasował do tej rozmowy bardziej niż chciałem.
- Gelaldine... - Mruknąłem, ale nie po to, żeby ją uciszyć, raczej po to, żeby pozwolić sobie na coś, czego zazwyczaj bym nie ruszył. Spojrzałem w bok, na światła kilku okien, na pustkę ulicy, na ciemność, która wyglądała jak coś, w co tym razem wyjątkowo łatwo było wpaść i już się nie podnieść. - Ty myślisz, sze ja ją poznałem w piepszonym Exmool? - Wsunąłem dłonie w kieszenie, bo nagle miałem wrażenie, że palce mi drżą, a nienawidziłem tego w sobie. - My się znamy, Gelaldine, ja się z nią ciągle szegnałem, kszywdziłem ją od cztelnastego roku szycia. Las po las. - Rzuciłem w końcu, tak cicho, że musiała się naprawdę wsłuchać, by cokolwiek usłyszeć. Durne, dziecinne listy, nagłe zniknięcia, przerwane i ponownie zapadające milczenie. Tak się zaczęło, tak się skończyło. Za każdym razem, kiedy ojciec kazał mi się od niej odciąć, robiłem to, bez słowa. Żadne „przepraszam”, żadne „wyjaśnię”, nic, po prostu znikałem, bo tak byłem zaprojektowany, nawet jeśli pierwszy raz chciałem, żeby ktoś mnie lubił tak po prostu, nie za nazwisko, nie za to, kim miałem być. Była pierwszą osobą, przy której przestało mnie obchodzić, jakiej kto jest krwi. Mogła być pół jeżem, pół nietoperzem, a ja i tak patrzyłbym na nią tak, jakby nie obchodziło mnie absolutnie nic. Ani nazwisko, ani krew, ani to, co mi w domu wpierdalali do głowy jak dogmat.
Przetarłem kciukiem bliznę pod wargą - odruch, niepokój zmieszany z pamięcią. Nie pierwszy raz oberwałem od ojca, ale pierwszy raz za to, że na kogoś patrzyłem nie tak, jak „powinienem”. „Tak się nie godzi, Aloysius”. Deszcz wyciągnął ze mnie resztki ciepła, zostawiając tylko ciężar - ten, który nosiłem zawsze, tylko dziś nie miałem go gdzie schować. Przygryzłem policzek tak, że znów poczułem metaliczny posmak.
Dłuższa pauza, aż wreszcie moje usta ułożyły się w ten krzywy, gorzki uśmiech. Ten deszcz rozmywał wszystko, tylko nie to, co bolało.
- Była pielwszą dziewczyną, pszes któlą dostałem w lyj za „złe kontakty”. Dwa lasy zniknąłem, bo tego ode mnie wymagano. - Kontynuowałem, już głośniej. - Pielwszy las to nawet nie był mój wyból, to był wpieldol plofilaktyczny. Za… Za patszenie nie tam, gdzie powinien patsześ młody panicz. - Wciągnąłem powietrze, jakby to miało pomóc, uśmiechając się krzywo - to nie tak, że wtedy rozpatrywałem naszą przyjaźń w kategoriach mogących kogokolwiek zgorszyć, a przynajmniej nie tak o tym myślałem, byłem jeszcze dzieciakiem, ale później... Stojąc koło niej musiałem się zastanawiać, czy mi zaraz nie stanie i czy kurwa widać przez spodnie. Jak ktoś, komu hormony wyżarły mózg. - Las... Wiesz, znasz ten etap, kiedy nawet pszypadkowe dotknięsie lęki lobi zwalcie w mósgu, a ty myślisz „o kulwa, to tak działa”. No i ja to wszystko pielwszy las poczułem pszy niej. Pszy niej, a nie pszy szadnej „odpowiedniej” kandydatce s mojego pieldolonego statusu. Więc zlobiłem jej s szycia piekło. - To było wszystko, resztę dopowiedział deszcz. Nie było w tym dumy, nie było nawet żalu, po prostu fakt, taki sam jak ten, że od dziś brakowało mi kolejnego kawałka zęba. Dwa razy jej to zrobiłem, bo tak mnie nauczono, znikanie i dystansowanie się było prostsze niż tłumaczenie. Nie miałem odwagi powiedzieć „to nie ja decyduję o swoim życiu”, a teraz, po tylu latach, znowu to zrobiłem. Tylko że teraz ona była dorosła, ja byłem dorosły, i to już nie był „gówniarski błąd”, tylko pełnoprawne skurwysyństwo. Gdyby ktoś postawił mnie teraz pod ścianą, to bym powiedział, że nawet nie powinienem mieć prawa prosić o pierwszą „kolejną szansę”.
Tak, wysłuchałem tej tyrady o wyjątkowości, o tym, że ktoś mógł mi, jakimś cudem, dać kolejną szansę, przyjąć mnie, kochać pomimo tego, jaki jestem - i to była ta część, ta jedna, której nie dało się przełknąć. Ruszyłem w końcu, powoli, ale słuchałem Gerdy dalej, pozwalając żeby szła obok. Mówiła dużo, jak na Geraldine, mądrze, jak na Geraldine, pewnie całkiem wyrozumiale i troskliwie... Jak na Geraldine. Ale była jedna rzecz, z którą nie mogłem jej odpuścić.
- Gel. - Spojrzałem na nią krótko. - Ona mnie nie kocha. - Powiedziałem to spokojnie, bez rozpaczy, bez krzyku, bez ironii, tylko z czymś, co brzmiało jak rezygnacja dobrze znająca swój kąt. Pokręciłem głową, ciężko, jak człowiek, który ciągnął za sobą cały pierdolony świat. Inny niż ten Geraldine, już sobie powiedzieliśmy, że nie robiliśmy z tego konkursu. Po prostu istniały dwie równolegle popierdolone trajektorie życiowe, które akurat dzisiaj przecięły się w ulewie. - Nawet jeśli ona... - Urwałem na moment, bo właściwe słowo ugrzęzło mi gdzieś między zębami, jakby było nie na moje gardło. - Nawet jeśli jej zaleszało, to to nie jest to. Chodzi o to, sze to, co ona… Czuła… To było pszywiązanie, bliskość, mose fascynacja, mose tęsknota za… Czymś. - Głos miałem niski, chropowaty, ale dziwnie spokojny. - Ona… Chciała mnie. Chciała mnie lubiś. Chciała, szebym był częścią jej szycia, ale to nie jest to samo, co kochaś kogoś, kto las po las znika bez słowa, na colas dłuszszy czas. - Uśmiechnąłem się krzywo, naprawdę krzywo. Tak, jak się uśmiechał człowiek, który wiedział, że od lat robił z siebie cyrk - nie było w tym sarkazmu, ani samobiczowania dla efektu, to była czysta, surowa szczerość, która bolała bardziej niż upadek z balkonu. Otarłem krople z włosów i brody, chociaż w tym deszczu to nie miało sensu.
- Wiesz, co jest w tym wszystkim najgolsze? - Mruknąłem, bez spojrzenia, tylko wydychając z siebie powietrze rozcinane głosem. - Mogłabyś mieś lasję w dziewięsiesięciu plosentach. Masz lasję w dziewięsiesięciu plosentach, ale te dziesięś posostałych to szeszy, które i tak psują oblas. - Zacisnąłem usta, a brak kawałka jedynki zrobił swoje - wargi nie układały się tak, jak powinny. Brzmiałem przez to jeszcze bardziej żałośnie, a już było z czego wybierać, spośród decyzji człowieka, który pół życia żył pod cudze dyktando, a drugie pół uciekał - którego jedynym prawdziwym talentem jest to, że nie umiera, kiedy powinien.
Rzuciłem krótkie spojrzenie na brzuch Geraldine.
- Naprawdę chcesz mi wmówiś, sze gdyby twoja cólka pszyszła za te… Ile? Piętnaście, dwadzieścia lat, i powiedziała „mamo, zakochałam się w człowieku, któly znika bes słowa, któlego przeszłość jest jedną wielką bombą zegalową, któly nie lasi sobie s bliskością i tłucze się po świecie jak rozpiśdziony pocisk”, to ty byś powiedziała „świetny wyból, kotku”? - Oddychałem ciężko, jakby to wszystko było pieprzonym wysiłkiem fizycznym. Spojrzałem przed siebie, w ciemność mokrej drogi. - Mnie się biesze do łószka, jeśli jusz, nie do szycia. - Parsknąłem sucho, prześmiewczo wobec samego siebie. Byłem kontrowersyjnym posunięciem z przeszłości, nie przyszłością. Przystankiem, a nie domem. Sekrecikiem, którym można się było pochwalić koleżankom przy winie, kiedy wszystkie były już tak najebane, że szukały mocniejszych historii, żeby podbić wieczór. Fajerwerkiem. Błyskiem. Czymś, co się pali szybko i zawsze kończy tak samo - ciemnością.
- Staly potrzebował kilkudziesięciu minut, szeby spojsześ na mnie i wiedzieś. Widział Aloysiusa i Benjy’ego nalas. Widział kaszde moje kłamstwo, kaszdy nawyk, kaszde gówno, s któlego jestem zlepiony. To nie pielwsze wlaszenie. On wie, kim ja jestem. - Splunąłem w bok, metaliczny smak krwi z przegryzionego języka znów podszedł mi do ust. - I ma lasję, sze nie chce mnie pszy swojej cólce. Bo ja tesz bym nie chciał siebie pszy własnej. Gdybym jakąś miał, to jakąkolwiek, kaszdą welsję mnie tszymałbym od niej s daleka.
Nie chciałem udawać, że to, co powiedział jej ojciec, to była jakaś fanaberia stetryczałego faceta - on miał rację - z jego perspektywy… Miał rację. Zwrócił się do mnie „Aloysius Benjamin Rookwood”, nawet nie musiał zbyt wiele mówić, wystarczyło kilka żołnierskich słów zakończonych jednym otwartym pytaniem, będącym tak naprawdę diagnozą. To była jedyna opinia Johna, z którą w życiu… Nie mogłem się nie zgodzić. Mogła mieć każdego - kogoś stabilnego, kogoś, kto jej nie zostawi w domu z listem, jak pieprzony tchórz. Kogoś, kto nie zniknie, bo usłyszy dźwięki, których nie ma, albo powie coś, co nie brzmi, jak jego własny głos. Kogoś, kto nie boi się, że zrobi jej krzywdę, bo nagle poczuje w głowie coś obcego, coś, co nie jest jego. Jaki miała sens w wyborze gościa, który znika, kiedy robi się ciężko? Który nie umie związać dwóch emocji w jedno zdanie? Który ma ponad dwadzieścia lat doświadczenia w byciu emocjonalnym sabotażystą?
Parsknąłem pod nosem, bardziej z goryczy niż z rozbawienia, ale brzmiało to jak jedno i drugie - ten dźwięk wypełnił przestrzeń między nami tak, jakby próbował przykryć wszystko, czego nie umiałem powiedzieć inaczej niż wprost, bez ozdobników, bez udawania, że mam siłę na ładniejsze formy. Beton pod butami chlupotał wodą, a deszcz wciskał mi się za kołnierz, ale ja i tak czułem się jak ktoś, komu wrzątek lał się po wnętrznościach. To był ten moment, kiedy człowiek przestaje udawać i mówi brzydką prawdę, tę, którą latami klepał sobie w głowie, żeby jakoś uzasadnić własne wybory, własne ucieczki, własne spierdolenie. Deszcz zmywał ze mnie wszystko, co zwykle trzymało gębę na kłódkę.
- Ona tesz to kiedyś zlosumie, jeśli jeszcze nie zlosumiała. Ja szię po plostu nie kwalifikuję do świata, w któlym ludzie budują coś lasem, zwłaszcza nie do jej świata, i nie będę tszeci las splawdzał, ile jeszcze mosze znieść, zanim zolientuje się, sze powinna była mnie wypieldoliś s niego duszo wcześniej. - Nie powiedziałem tego z żalem. Tylko z trzeźwą świadomością, której brakowało mi całą noc. To brzmiało na koniec rozmowy? Doskonale, bo właśnie nim było.
Ruszyłem dalej, szybszym krokiem, a ciężar tego wszystkiego szedł ze mną, trochę przede mną, trochę za mną. To był mój koniec gadania, zanim zrobiłbym z tego jeszcze większą ruinę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#14
20.11.2025, 22:30  ✶  

Zdawała sobie sprawę z tego, że prowadzą dość nietypową, trudną rozmowę. Miała wrażenie, że doszło do niej tylko dlatego, że mocniej uderzył się w głowę, inaczej pewnie nie wyplułby z siebie tego wszystkiego. Wiedziała jak działają ludzie jak on, poniekąd uważała to za swój sukces, iż udało jej się co nieco z niego wyciągnąć, bo mówił, mówił wiele, czego raczej się po nim nie spodziewała. Noc, spadający z nieba deszcz powodowały, że znajdowali się trochę między jawą, a snem, to też mogło mieć wpływ na to, że łatwiej było im rozmawiać, wymieniać się argumentami. Miała wrażenie, że potrafi bardzo celnie uderzać tam, gdzie bolało najbardziej, jednak nie widziała w tym nic złego, sama ceniła sobie szczerość i liczyła na to, że on również doceni takie podejście. Póki co kontynuował tę konwersację, więc nie zakładała, że było jakoś najgorzej, chociaż wiedziała, że może to go wiele kosztować.

Kolejne słowa, które padły z jego ust ją zaskoczyły, mówił cicho, jednak słowa, które z siebie wyrzucił dotarły do jej uszu. Nie miała pojęcia, że znali się tak długo. Skąd niby mogła to wiedzieć? Nie wypytywała Roise'a o nieswoje sprawy, nie należała do tych ciekawskich osób, które musiały wiedzieć wszystko o wszystkich. - Nie, nie sądziłam, że akurat w Exmoor, ale nie spodziewałam się, że to tyle trwa. - Ujął to jako krzywdzenie jej od czternastego roku życia, to nie wyglądało dobrze, wręcz przeciwnie było coraz gorzej. Czuła, że jak tak dalej pójdzie to nie będzie wiedziała, jak powinna reagować. To było dużo, dużo za dużo jak na jednego człowieka.

Mówił dalej, zaczęło jej się teraz nieco wyjaśniać. Ich świat był popierdolony, wiedziała o tym nie od dziś, jednak za każdym razem, gdy słyszała podobne opowieści towarzyszyło jej bardzo nieprzyjemne uczucie. Nigdy do końca nie rozumiała tego tradycyjnego podejścia, nie potrafiła odnaleźć się w tych twierdzeniach, że nie wypada się z kimś trzymać przez to, że nie należy do magicznej elity. To go nie usprawiedliwiało, przynajmniej nie do końca, ale potrafiła zrozumieć dlaczego postąpił tak, a nie inaczej. Nie wszystkie rodziny były takie jak ona, w niektórych dużo bardziej trzymano się tego, co wypada. Ona nigdy nie musiała mierzyć się ze złością rodziców o to, że jest blisko z kimś, kto nie pasował do ich świata.

- Byłeś dzieciakiem, to Twój stary był pierdolnięty, nie Ty, nie ma się co dziwić, że próbowałeś jakoś się w tym odnaleźć, szczególnie, że postanowił Ci za to wpierdolić. - Nie brzmiało to dobrze, próbowała sobie wyobrazić w jakiej sytuacji się znajdował, ale chyba nie była w stanie. Najchętniej rozszarpałaby jego ojca gołymi rękoma, nie potrafiła zaakceptować tego, że dorośli ludzie w ten sposób traktowali swoje dzieci, nie uważała przemocy za metodę wychowawczą, chociaż ogólnie przecież sama w sobie przemoc była jej całkiem bliska.

- Nie spodziewałam się, że to coś takiego. - Nie spotykała często osób, które postanowiły w dorosłym życiu wiązać się z kimś do kogo czuły miętę jako dzieciaki, to było nietypowe, nawet ją trochę przerażało, bo jak to możliwe, że można było na siebie reagować w podobny sposób po tylu latach. Wiedziała przecież jak długo go nie było, to mówiło samo za siebie, czasem trafiało się na osobę idealną dla siebie tylko w nieodpowiednim czasie, jaka była szansa, że przytrafiło im się to w tak młodym wieku? Na pewno bardzo mała, ale to mogło być to. Geraldine nie należała do romantyczek, jednak wierzyła w takie rzeczy, zresztą miała ku temu swoje powody, naprawdę uważała, że ludzie mogli mieć sobie pisaną jedną osobę, tylko nie każdy miał szansę na nią trafić.

- Pewnie wtedy też miałeś jakieś bardzo logiczne wytłumaczenie na swoje postępowanie? - Na pewno miał, widziała, jak działał, to musiało być coś głębszego, nie zrobiłby jej piekła ot tak, musiało chodzić o coś więcej, o jakieś pokrętne myślenie, próbę ignorowania tego, co odczuwał. Pojebana akcja.

- Nie byłabym co do tego taka przekonana Benjy, skoro zrobiłeś z jej życia piekło, a i tak przyjęła Cię znowu, po tylu latach, to coś jednak musi być na rzeczy. - Nie wydawało jej się, aby łatwo przyszło komukolwiek zapomnieć o wyrządzonych krzywdach, a miłość, miłość potrafiła być ślepa, coś o tym wiedziała.

- Nie możesz tego zaakceptować co, że ktoś mógłby Cię kochać? - Musiała o to zapytać, może nie powinna, ale nie mogła się przed tym powstrzymać. Tak kurewsko się przed tym bronił, jakby to było najgorsze, co mogło go spotkać.

- Dziewięćdziesiąt procent i tak uważam za sukces. - Niby kto miał sto procent? Nie wydawało jej się, aby istnieli tacy krystalicznie czyści ludzie, bez wad. Każdy miał coś za uszami.

Westchnęła ciężko, nie pierdolił się w swoich argumentach, ale, żeby wyciągać dziecko, które dopiero miało się urodzić... no niesamowite. - Pewnie nie, ale nie mogłabym jej zabronić podejmować tego wyboru, jeśli by ją to uszczęśliwiało, to musiałabym to zaakceptować. - Nie wahała się nawet sekundy, może nie rozmyślała zbyt wiele na temat podobnych spraw, bo miały to być problemy Geraldine w dalekiej przyszłości, jednak wiedziała, że będzie wspierać córkę w podejmowanych przez nią decyzjach, nie zamierzała być jak swoja matka, która zawsze miała jakieś ale. Każdy miał prawo do popełniania swoich błędów, jasne, to mogło skończyć się upadkiem, bólem, chuj wie czym, ale byłaby obok, żeby pomóc jej pozbierać, gdyby coś poszło nie po jej myśli.

- Niezłe masz o sobie mniemanie. - Być może kiedyś tak było, jednak każdy miał prawo do tego, aby spróbować na nowo, i naprawdę sądziła, że gdyby znalazł właściwą osobę, to byłby w stanie odnaleźć się w tej nowej rzeczywistości, musiał tylko dać sobie szansę.

- Nie wydaje mi się, żeby mógł widzieć wszystko, pewnie miał o Tobie jakieś wyobrażenie, nie jesteś złym człowiekiem Benjy. - Widziała przecież jak się troszczył o przyjaciół, to, że ktoś miał na jego temat jakąś opinię... cóż, ludzie lubili je wygłaszać, wydawało im się, że wszystko wiedzą, że mają do tego prawo. Nie wiedzieli jednak wszystkiego, nie mieli pojęcia, co przeżył ten, którego oceniali.

- Kiedyś tego pożałujesz, obudzisz się za kilkanaście lat, a wtedy będzie za późno, to jest Twój wybór, jak chcesz z tym żyć, to droga wolna. - Nie wydawało jej się bowiem, aby to, co czuł było chwilowe, sam powiedział jej o tym, ze to trwało lata, może nie ciągle, ale skoro do tego wracał, to coś musiało być na rzeczy. - Będziesz nieszczęśliwym, zgorzkniałym człowiekiem. - Nie mogła się powstrzymać przed kolejnym komentarzem. - Zamiast Cię wypierdolić, to przyjęła Cię z otwartymi ramionami, nie wydaje mi się, żeby stało się to bez przyczyny, ale co ja tam wiem, prawda? - Zabawne, bo wydawało jej się, że jeśli o to chodzi, to wiedziała naprawdę sporo, może właśnie dlatego tak łatwo przychodziło jej dzielenie się swoją opinią.

Benjy przyspieszył kroku, najwyraźniej nie zamierzał kontynuować rozmowy, Geraldine próbowała za nim nadążyć, co wcale nie było takie proste, na szczęście jeszcze była w nie najgorszej formie.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
21.11.2025, 01:41  ✶  
Zacząłem przyspieszać, zanim w ogóle uświadomiłem sobie, że to robię. Padało wciąż tak, jakby niebo miało nas oboje ukarać za każde słowo, które wypowiadaliśmy za głośno, za szczerze, za bardzo z bliska. Słuchałem jej i z każdą kolejną uwagą miałem wrażenie, że coś się we mnie coraz bardziej otwierało, ale nie po to, żeby wpuścić powietrze - po to, żeby się jeszcze raz rozbabrać. Nie wiedziałem, czy to ten jebany upadek z balkoniku dla liliputów, czy noc. Zerknąłem na nią krótko, bokiem, jak ktoś, kto nie chciał sprawdzać, czy wyraz twarzy interlokutora to litość czy szok. Chyba naprawdę musiałem się pierdolnąć w ten beton mocniej, niż myślałem.
- No. Ja tesz bym się nie spodziewał, sze człowiek mose byś tak konsekwentnie głupi pszes tyle lat. - Prychnąłem przez szparę między zębami - zabolało. Ale fakt - tak to już wyglądało, myślisz, że coś zostało w przeszłości, a potem patrzysz komuś w oczy i nagle wszystko wraca, jakby ci ktoś otworzył klatkę z czymś, co trzymałeś na łańcuchu. Te kilkanaście lat temu byłem szczylem próbującym przetrwać w regułach, które były wymyślone dawno przed moim urodzeniem i będą obowiązywać jeszcze długo po mojej śmierci. Teraz byłem już po prostu skurwielem.
- Oczywiście. To była pielwsa osoba, pszy któlej poczułem cokolwiek sensownego. Zaleszało mi na niej. - Przyznałem. - Ale to nie lomantyczne, to szałosne. Nie będę sobie dopisywał lomantysznych chujoidei, tu tesz laskawie tego nie lób. Zatoczyłem takie koło, sze dopielo telas to widzę. I co s tego? - Przetarłem kark, jakbym chciał zetrzeć ten obrzydliwy ciężar wspomnień. Zatrzymałem się na ułamek sekundy, nie, żeby dramatyzować, tylko, żeby złapać równowagę, bo nagle zahuczało mi w głowie bardziej niż po upadku. Chciałbym, kurwa, jasne, że bym chciał, być kimś innym, ale nie potrafiłem. Nie umiałem budować tych rzeczy, których sam nigdy nie dostałem. Może nie byłem jak mój stary, może nie byłem jak ten drugi, który nawet nie próbował go zastąpić, ale to nie zmieniało faktu, że nie byłem też tym facetem, który stawiał białe płotki przy domku na przedmieściach i uczył dzieciaki puszczać bańki mydlane czy latać na miniaturowej miotełce, robiąc grilla co niedzielę, w sezonie oglądając rozgrywki Quidditcha, a jesienią grabiąc liście i paląc ogniska, by piec kiełbaski.
- Sun… Ona mnie nie kocha. Widzi we mnie tylko moszliwość, cień czegoś, co mogłoby kiedyś być doble, gdybym nie był tym, kim jestem. Nawet jeśli po latach mnie pszyjęła, to nie była miłość. To było… Poniekąd, no, sama to powiedziałaś. Ktoś wyjątkowy czasem chce pomóc temu, kto nigdy nie był wyjątkowy, za to zajebiście dobsze udawał. To wszystko. - Zaciągnąłem się powietrzem, które paliło mnie w gardle. Wystarczająco znałem rzeczywistość, żeby wiedzieć, że to, co mieliśmy, nie było tym, co sugerowała mi Geraldine - to był brak rozsądku, niedokończona historia, tęsknota do wspomnień, adrenalina, chemia ciała, wspólne traumy, potrzeba ucieczki… Wszystko, tylko nie miłość.
A potem wzięła mnie z flanki.
„Nie możesz tego zaakceptować co, że ktoś mógłby Cię kochać?”
Aż się skrzywiłem.
Miłość to było nie uczucie, które trafiało do takich jak ja, nie powinno być. My mieliśmy inne waluty. Wierność. Oddanie. Zazdrość. Pożądanie. Poświęcenie. Szaleństwo. Wszystko, co człowiek potrafił zamienić w nóż i trzymać go przy gardle - swoim lub tej drugiej osoby. Właśnie dlatego na ogół byliśmy rozdziałami w cudzych książkach, a nie całą historią.
- Nie, nie potlafię zaakceptowaś, sze ktoś mógłby mnie kochaś. - Powiedziałem całkiem nagle, ale szczerze, twardo, prosto, bez żadnej gardy, chociaż kątem oka widziałem, że to, co wcześniej mówiłem, wcale jej nie przekonało. Kopnąłem kamień spod stopy, zbyt mocno, wysyłając go w ciemność uliczki. - Bo nie kupuję bajek. - Nie powiedziałem tego ze smutkiem. Sunny przyjęła mnie, bo była dobra, była lepszym człowiekiem niż ja, bo chciała mi pomóc stanąć na nogi. Nie dlatego, że mnie kochała. Nie dlatego, że byłem kimś wartym kochania - tylko dlatego, że tacy jak ona zawsze ratują takich jak ja. Albo przynajmniej próbują to robić. Ona zasługiwała na kogoś, kto… Potrafił być normalny - tak, na kogoś normalnego, a nie gościa, który co najmniej raz na tydzień wracał obity jak mięso na kotlety i jeszcze uważał, że to było zajebiście ekscytujące.
- Dziesięś plocent gówna to nadal gówno. Nie będę wyskakiwał z gaci, sze to niby sukces. - Przetarłem złamany ząb językiem, aż zabolało.
Jej tekst o tym, iż nie mogłaby zabronić córce przyprowadzić takiego zięcia, sprawił, że obejrzałem się przez ramię, powoli, uważnie, jak ktoś, kto nie wierzył w ani jedno słowo. Przeszedłem przez kałużę, nie patrząc pod nogi.
- Jak będziesz tszymaś to dziecko w lamionach, a mose nawet wcześniej. - Powiedziałem cicho. - Zobaczysz, sze jest lósznica między teolią a instynktem. - Skwitowałem półszyderczym prychnięciem. - To nie mniemanie o sobie. To fakt. - Mruknąłem, nie patrząc jej w oczy. - Nie jestem stały w uczuciach, nigdy nie byłem. Jestem pojebany na poziomie fundamentów.
Szliśmy dalej, deszcz smagał mi twarz, a ja czułem się lżejszy o te słowa, choć powinny ciążyć, a kiedy powiedziała, że nie jestem złym człowiekiem… Coś we mnie drgnęło, gdzieś głęboko, ale od razu to zdławiłem. Deszcz lał się na mnie jakby ktoś otworzył w chmurach klapę od szamba, a ja szedłem przed siebie, coraz szybciej, coraz ostrzej. Zwolniłem dopiero po kilku następnych krokach, nie oglądając się, ale też nie zostawiając jej daleko za sobą, jakbym mimo wszystko pilnował, żeby nie została sama na ulicy w deszczu, skoro szliśmy razem.
- Nie jestem złym człowiekiem? -  Powtórzyłem jej słowa, kręcąc głową. - Nie wiesz wszystkiego. - Wycedziłem. Szliśmy dalej, moknięcie robiło się absurdalne, wręcz komiczne, jakbyśmy trwali w jakiejś chorej sztuce teatralnej, w której światło nie gaśnie, dopóki bohater nie powie całej prawdy. - Chuja wiesz, a nie, co ja mam w ślodku. - Odpowiedziałem cicho, te słowa paliły gardło bardziej niż krew z przegryzionego języka. - Nie moszesz tego wiedzieś. To, sze jestem lojalny wobec palu osób, nie lobi ze mnie doblego człowieka. - Pokręciłem głową, krzywiąc się w czymś, co przypominało zwyrodniały uśmiech. - Za kilkanaście lat? - Prychnąłem cicho. - Za kilkanaście lat to albo nie będę szył, albo będę dokładnie taki, jak mówisz. Może będę zgorzkniałym skulwielem s jedną nogą w globie, ale przynajmniej nikomu nie loswalę szycia po dlodze. - Spojrzałem przed siebie, na ciemność zalaną deszczem. - To jedyna szecz, jaką mogę zlobiś dobsze. Może będę szałował, ale pszynajmniej nikomu nie wcisnę bajki o tym, aze mogę byś kimś, kim kulwa nie jestem. - Czułem, jak moje własne słowa rozlewały się po mnie ciężarem, który znałem aż za dobrze. Ten ciężar miał twarz człowieka, którego kiedyś nazwałem mentorem - człowieka, który był mi bliższy niż własny ojciec, ojczym, ktokolwiek - może właśnie dlatego tak łatwo było mi przerobić jego cień na własną przyszłość. Uczył mnie patrzeć na świat tak, jakbyśmy obaj stali na krawędzi, bo w gruncie rzeczy tak właśnie było - to pewnie właśnie takim człowiekiem miałem się stać od samego początku. Chuj mnie obchodziło, że niektórzy nie potrafili tego zrozumieć.
Szliśmy tak, ja kilka kroków przed nią, jak kretyn uciekający przed zdaniem, które już padło. Przyspieszyłem, bo miałem wrażenie, że jak zostanę obok niej o sekundę dłużej, to coś jeszcze się ze mnie wysypie, a już za dużo wysypałem, ale kiedy usłyszałem, że „zamiast mnie wypierdolić, przyjęła mnie z otwartymi ramionami”, coś we mnie znów drgnęło - ostatnia iskra, ostatni zgryz. Bo przecież wiedziałem - to, że ktoś ma do ciebie sentyment, bo gdzieś tam w głębi pamięta cię z czasów, kiedy byłeś tylko dzieciakiem, który rzucał kamykami do jeziora, a nie bombami w swoje życie, to nie jest miłość.
Geraldine próbowała dotrzymać mi kroku - zauważyłem to, oczywiście, reflektując się po chwili.
Zwalniamy, Benjy. Zwalniamy kurwa.
Zrobiłem to - zwolniłem minimalnie, jakby odruchowo.
- Pszygalnąś psa s ulicy tesz mosna s otwaltymi lamionami. - Rzuciłem bez odwracania głowy. Deszcz zmywał mi z twarzy to, czego nie chciałem pokazywać, krople mieszały się z oddechem, jakby noc robiła mi przysługę. - To jeszcze nie znaczy, sze się go kocha.
Skręciłem w prawo, tam, gdzie coś migało słabym, czerwonym światłem. Neonowy napis „DESCHIS”, ledwo trzymający się szyby, świecił krzywo, ale był - to to wystarczyło. W końcu się zatrzymałem - wreszcie - może dlatego, że bar po drugiej stronie ulicy kusił tym blaskiem, jak latarnia dla rozbitka. Och, idealnie. Najlepsze światełko w tunelu, jakie mogłem sobie wymarzyć. Odwróciłem się do Geraldine.
- To co - rzuciłem przez ramię, z tym najbardziej zmęczonym, lodowato sennym tonem na świecie - dasz mi wleszcie spokój? - To nie brzmiało jak prośba.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#16
21.11.2025, 18:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.11.2025, 20:24 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Geraldine chyba nie do końca potrafiła ogarnąć, co właściwie się działo. Próbowała, jednak Benjy miał o sobie bardzo wyklarowane zdanie, którego nie dało się zmienić. Próbowała, jasne, chyba jednak musiała polec, bo nie miała pomysłu, jak do niego dotrzeć, nie była dobrym mówcą, nie umiała zbytnio przemawiać do rozsądku. Wydawał się być kurewsko zaparty w tym co myślał, i nic nie mogło na to wpłynąć.

- No, to dalej bądź głupi, skoro tak Ci pasuje. - Jego wybór, czyż nie? Skoro chciał dalej podążać tą drogą, to nie było sensu próbować go namawiać do tego, żeby zmienił zdanie, czy podejście.

- Lepiej późno, niż wcale. Oczywiście, że nie będę dopisywać do tego żadnych idei, wiesz lepiej, jak to wygląda, wszystko przecież wiesz, jasna sprawa. - Nieco zmieniła podejście do tej rozmowy, nie miała w sobie zbyt wiele cierpliwości, nie da się nikogo zmienić na siłę. Pokazała mu co o tym myśli, być może istniała szansa, że zastanowi się nad tym na chłodno, jeśli nie to trudno - nie miała wpływu na to, co zamierzał robić. Było jej go szkoda, ale przecież nie mogła mu przyjebać i powiedzieć, żeby się ogarnął, znaczy poniekąd to zrobiła, ale chyba nie zadziałało.

- Naprawdę nie mogę słuchać tego pierdolenia Benjy, użalasz się nad sobą, gdybym nie był tym kim jestem sranie w banie... - Próbowała naśladować jego ton głosu, średnio jej to wychodziło, ale nie mogła się przed tym powstrzymać. - Nie wydaje mi się, żebyś tylko udawał, ale co ja tam wiem. - Gdyby był tak chujowy, jak mu się wydawało to nie rozbierałby tego na czynniki pierwsze, nie zastanawiał się nad tym, nie rozmyślał o tym, że kogoś skrzywdził.

- To nie są bajki, ale z takim nastawieniem nigdy się o tym nie przekonasz. To jest Twój wybór, tylko i wyłącznie Twój, to że ktoś spierdolił Ci dzieciństwo, i nie pokazał, jak może to wszystko wyglądać to zupełnie inna sprawa, teraz jednak sam za siebie odpowiadasz, masz prawo wyboru, możesz sobie pozwolić na co tylko chcesz. Nie do końca docierają do mnie te Twoje argumenty, zresztą byłam kiedyś taka jak Ty, wolność była dla mnie najważniejsza, a spójrz na mnie teraz. - Przez lata powtarzała, że nigdy nie założy rodziny, że nie jest do tego stworzona, ślub nie był jej marzeniem, w przeciwieństwie do większości kobiet, a jak skończyła? No właśnie, trudno jej więc było uwierzyć w to, że tych poglądów nie dało się zmienić. Nic jednak na siłę, jeśli chciał nadal tak bardzo udowadniać sobie jak jest nieprzystosowany to było tylko i wyłącznie jego wyborem, może kiedyś się opamięta.

- No jasne taki sukces, to nie sukces, nie ma po co. - Jeśli zamierzał patrzeć na to w ten sposób... to nie było sensu tego poruszać. Miała wrażenie, że Benjy miał jakąś swoją wizję świata, w której ludzie którzy wiedli bardziej spokojne życia, nie mieli prawa do swoich demonów, byli wyidealizowani, przecież wśród nich też można było znaleźć skurwysynów, którzy nie potrafili się zachować, którzy znęcali się nad swoimi rodzicami, na pewno byli większymi chujami od niego.

- Być może tak będzie, ale miej na uwadze to, że po swoim doświadczeniu raczej wiem, czego chcę uniknąć. - Z domu wyniosła pewne wzorce, których wolałaby nie powielać, jej matka - cóż, nie była najbardziej przyjemnym człowiekiem, lubiła narzucać swoje zdanie i Geraldine wiedziała, że nie może postępować w ten sposób, bo inaczej dzieciak będzie darzył ją takim samym, ambiwalentnym stosunkiem jakim ona darzyła Jennifer.

- Możesz więc albo pozostać pojebany, albo próbować coś z tym zrobić, wiesz, że masz wybór, co nie? - Zachowywał się tak, jakby nie dało się tego zmienić, a przecież nad każdą wadą dało się pracować, był to może żmudny proces, ale jednak istniała szansa na to, by być kimś innym. I wcale nie chodziło o udawanie kogoś kimś się nie jest.

- Skoro tak twierdzisz, wydaje mi się jednak, ze spotkałam w swoim życiu dużo gorszych ludzi od Ciebie. - Fakt, nie wiedziała, co w nim siedzi, nie znała go prawie wcale, ale nie wyglądał jej na skończonego chuja, nie po tym, co miała szansę zobaczyć.

- No, nikomu poza sobą, jeśli to jest droga, którą wybierasz, to przecież nikt nie zabroni Ci nią podążać. - Po raz kolejny, to był tylko i wyłącznie jego wybór, jeśli chciał skończyć właśnie w taki sposób, to przecież mógł to zrobić. Nie wydawało jej się jednak, aby to było spełnienie marzeń kogokolwiek.

Zwolnił kroku, dzięki czemu nie pozostawała w tyle, lepiej dla niej, bo nie dość, że powoli robiła się zmęczona, to jeszcze te cholerne buty ubrane na bose stopy, robiły swoje. - Przygarnięcie psa nie gwarantuje mu miłości, to prawda, ale to, co dzieje się później zależy od przygarniającego, jeśli ktoś ma serce na właściwym miejscu, to raczej kończy się w ten sposób. - Westchnęła ciężko, przeniosła wzrok na neon, który błyszczał w ciemności.

- Ta, spierdalam stąd. - Rzuciła jeszcze, zanim odwróciła się na pięcie. Nic tu po niej, nie miała sensu dalsza dyskusja, do tego powoli zaczynała żałować, że w ogóle za nim poszła. Była cała mokra, wiedziała, że nie ma szansy się wyspać, a do tego chyba miał gdzieś, to co mówiła, bo zapętlał się w tych swoich złotych myślach.

Zdążyła odwrócić się na pięcie, nawet zrobić krok przed siebie, dość szybko do niej jednak dotarło, że przecież nie mogła tak po prostu oddalić się w podskokach, bo miała konkretny powód dla którego się tutaj znalazła. Szła za nim, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, że coś mu się stanie po tym upadku, mocno przydzwonił o beton.

- Jednak nie. - Ruszyła ponownie za nim do miejsca, które najwyraźniej okazało się być ich celem podczas tego nocnego spaceru.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10524), Geraldine Greengrass-Yaxley (7846)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa