• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence

[9/10/72] I mean, I could but why would I want to? | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
21.12.2025, 17:18  ✶  
Zaśmiałem się pod nosem, kiedy mówiła o kamuflażu, bo wiedziałem, że to prawda - zawsze wychodziło jej znakomicie, potrafiła nałożyć na siebie warstwy jak dobrze dobraną garderobę, zostawić ludziom dokładnie tyle, ile chcieli zobaczyć, i ani odrobiny więcej. Grzeczna, ułożona, odpowiednia, kompetentna, odpowiedzialna pozycja, zawód, stanowisko, właściwy ton głosu. Idealna do tego, żeby nikt nie zadawał zbędnych pytań, wystarczająco, by świat przestał zadawać pytania, a jednak od pierwszych lat widziałem, że to tylko powierzchnia, pod spodem była ona -  ciemniejsza, ciekawska, głodna rzeczy, które nie mieściły się w żadnych rubrykach. Zawsze wiedziałem, że pod tym wszystkim znajdowało się coś ostrzejszego, bardziej wymagającego, żywego. Zawsze w jakiś sposób, mniej czy bardziej bezpośredni, pozwalała mi zobaczyć więcej niż innym. Może dlatego nigdy nie potrafiłem traktować jej jak reszty świata. Widziałem to, co widzieli wszyscy, a potem widziałem to drugie, bo mnie dopuszczała bliżej - i vice versa - nawet wtedy, gdy oboje udawaliśmy, że jesteśmy sobie obojętni albo trzymaliśmy się na szerokość ostrza noża.
- Kamuflasz masz mistszowski. Wychodzi ci znakomicie. Zawsze wychodził. Gdyby istniały medale za noszenie masek, miałabyś całą gablotę. - Odpowiedziałem z rozbawieniem. Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, zatrzymując się dłużej, niż wypadało. - Nie wątpię, czemu ludzie widzą dokładnie to, co chcesz im pokazaś. A ja… Cósz, zawsze miałem ploblem z ignolowaniem tego, co klyje się pod powierzchnią. - To nie było przechwalanie się, raczej stwierdzenie faktu. Inni widzieli porządną dziewczynę z ambicjami, ja widziałem błysk, który nie pasował do tej ramy, cień fascynacji rzeczami ostrzejszymi, mroczniejszymi, bardziej ryzykownymi, to właśnie było chyba najbardziej pociągające w naszym układzie z tamtych lat, udawanie, że pewne detale nie były widoczne, a potem patrzenie prosto na nie i patrzenie, kto pierwszy postanowi się wycofać. Niby patrzyłem w inną stronę, niby byłem zajęty własnymi sprawami, quidditchem, rywalizacją, byciem głośnym i pewnym siebie chłopakiem, który nie przyznaje się do cichych pragnień, a jednak zawsze wiedziałem, że pod jej maskami kryło się coś innego. Może chodziło tylko o czujność, o instynkt wyrobiony w warunkach, w których trzeba było czytać emocje i myśli całego pokoju, nim dobrze się do niego weszło. Może o to, że pokazywaliśmy to sobie nawzajem, nawet intuicyjnie odsłaniając przed sobą więcej, niż przed innymi ludźmi, bo od samego początku wyczuliśmy, że mieliśmy ze sobą więcej podobieństw, niż to było logiczne. Może różnica była istotna, ale nie miałem potrzeby jej roztrząsać, byliśmy już dawno po etapie udowadniania czegokolwiek. Kiedy wspomniała, że nie spodziewała się, iż mógłbym uwierzyć, choćby na chwilę, że ta jej wersja siebie jest jedyną prawdziwą, uniosłem kącik ust - mogłem, przez moment, krótki, nietrafiony, zanim rzeczywistość zrobiła swoje.
- Jasne, sze mogłem. - Odparłem, wzruszając ramionami, bez wstydu. Uniosłem brew, znacząco. - Byłaś pszekonująca. Powaszna pani uszędnik, wszystko pod kontlolą. - Pokręciłem głową z uśmiechem, bo to wspomnienie nadal działało na mnie z rozbrajającą skutecznością. - A potem zaciągnęłaś mnie do swojego mieszkanka i zdjęłaś mi spodnie. - Rzuciłem zaczepnie. - Zanim zdąszyłem się zastanowiś, miałem jusz twoje dłonie na kolanach. Tych kolanach. -  Poruszyłem nogą minimalnie. - Cały czal plysł szybciej, nisz dało się powiedzieś „to chyba nie jest zgodne s plocedulą”. Tludno wieszyś w maskę, kiedy ktoś splawdza twoje ulazy s taką… Uwagą, jakbyśmy mieli plywatne konsylium dla dwojga obcych ludzi. - Dodałem z rozbrajającą szczerością, jakby to wcale nie było coś zupełnie niewinnego, tylko prywatne tête-à-tête, które nigdy nie miało wyjść poza tamte cztery ściany. - Wtedy wszystko się pszestawiło. Liga nadal była wyszsza, nie uklywam, to się nie zmieniło. Wciąsz uwaszałem cię za kogoś… Nie s mojej bajki. Zbyt wysokie plogi, zdecydowanie, ale to mieszkanko cię zdladziło. I oczy. Masz diablicę w oczach, Pluey. Zawsze miałaś, wiesz? - Uśmiech wrócił mi na usta, miękki, rozbawiony.
- Ale nie, nie zawiodłaś mnie. - Dodałem, odpowiadając na jej kolejne słowa. - Wlęsz pszeciwnie. Mam wlaszenie, sze balso konsekwentnie pszeklaczałaś moje oczekiwania, odkąd się znamy. - Pokręciłem głową, uśmiechając się szerzej.
Słuchałem uważnie, bo zawsze tak było, zawsze słuchałem jej uważniej niż kogokolwiek innego, nawet gdy udawałem przed sobą, że jest inaczej.
- To akulat w twoim wykonaniu bszmi jak helesja. - Rzuciłem zaczepnie. - Ty zawsze masz plan, nawet jeśli polega na tym, szeby go nie mieś. - Stwierdziłem bez oporów, brak planu też był planem, przynajmniej w przypadku mojej żony, nie mogła wmówić mi inaczej. Nie było negocjacji, to prawda, decyzja zapadła szybko, niemal impulsywnie, ale była jedną z tych, które nosi się w sobie latami, zanim w końcu znajdzie się odwagę, żeby je wypowiedzieć. Obrączki, rytuał, noc, wszystko wydarzyło się naraz, jakby czas uznał, że nie ma sensu nas dłużej hamować. Patrzyłem na nią, gdy mówiła o improwizacji i listach, i widziałem ten błysk, który znałem od lat - ten, który zawsze zapowiadał kłopoty dla zdrowego rozsądku.
- Uwielbiam twoje listy. - Przyznałem. - Zawsze jest w nich miejsce na pszypis dlobnym dlukiem. - Śmiałem się już otwarcie, bo im dłużej o tym myślałem, tym bardziej wszystko do siebie pasowało - intencja, nośnik, czas. Dwie dekady, jak plan pisany drobnym maczkiem na marginesie dzieciństwa. Pasowaliśmy do siebie, zawsze, nawet kiedy robiliśmy wszystko, żeby to zanegować. Rywalizacja, ostre słowa, obojętność na pokaz, to była tylko warstwa ochronna, pod spodem wszystko było zbyt kompatybilne, żeby się nie zazębiało.
- Jasne, sze chciałem ją załoszyś, a potem zdjąś jusz nie za balso. - Przyznałem. - I właśnie to jest najbardziej podejszane. - Nachyliłem się minimalnie. - Wyból był, a potem… Potem jakby jusz nie balso. - Wzruszyłem ramionami, jakby to naprawdę nie było aż takie skomplikowane.
Jej kolejne słowa przyjąłem z teatralnym westchnieniem, tym razem już bez próby powstrzymywania tego odruchu, krótko, nisko, z niedowierzaniem, które szybko przerodziło się w coś miękkiego, niemal czułego. Parsknąłem śmiechem, tym prawdziwym, który wyrywał się zanim zdążyło się go skontrolować, i pokręciłem głową, jakbym właśnie usłyszał najbezczelniej sensowną teorię w swoim życiu.
- Czyli pszyznajesz się bez bicia. - Pokręciłem głową, trzęsąc przy tym nami obojgiem, bo trzymałem ją nadal na rękach. Cała ta rozmowa była wystarczającym dowodem na to, że podłoga absolutnie nie była nam potrzebna. - Dwunastolatka s planem małszeńskim, „jak zabezpieczyś pszyszłość, zanim obiekt zaintelesowania zolientuje się, co się dzieje”. - Uniósłem brew, udając nagłe olśnienie. Oczywiście żartowałem, wiedziałem, że normalna magia nie działała w ten sposób, ale myśl, że gdzieś tam, w intencji, w uporze i uczuciu, było „zawsze”, rozbrajała mnie bardziej, niż chciałem przyznać.
- Quidditch, tak. - Mruknąłem, gdy o nim wspomniała. - Tu się nawet nie będę blonił. - Przyznałem otwarcie. - Byłem łatwym celem. Ty planowałaś małszeństwo, weltując księgi w bibliotece i zasięgając polad ekspelta, ja planowałem tleningi. Idealne walunki do tego, szebyś mnie wmanewlowała w pakty długotelminowe, pszyznaję. Kafel, miotła, zelo lefleksji. W tym wieku byłem święcie pszekonany, sze największym dlamatem mojego szycia będzie to, czy dostanę się do składu na następny mecz. - Pokręciłem głową, wciąż się uśmiechając. - Świat mógł się waliś, a ja i tak myślałem, sze wszystko da się rozwiązać doblym zwodem. Wystalczyło szuciś sieci, a ja sam w nie wleciałem, s lospędu i s entuzjazmem. Gdybyś wtedy powiedziała mi wplost, sze właśnie mnie zaklepujesz i zalęczasz, pewnie zapytałbym tylko, czy zdąszę jeszcze na boisko. - Nachyliłem głowę nieco bliżej, głos zszedł mi odrobinę niżej. - Muszę jednak zapytaś. - Ciągnąłem, zaczepnie, ale bez cienia pretensji. - Czemu akurat ja? Czym sobie zasłuszyłem na taką inwestycję długotelminową? Co sprawiło, sze pomyślałaś „ten, tego wezmę, temu zlobię blansoletkę zalęczynową”? - Przyjrzałem jej się uważnie, temu błyskowi w oczach, temu śmiechowi, który zdradzał, że sama wiedziała, jak bardzo ta historia balansowała na granicy żartu i prawdy. Nieważne jednak, czy to był plan, rytuał, przypadek albo jedno wielkie, absurdalne oszustwo przeznaczenia… Musiałem przyznać jedno.
- Wyszło ci pelfekcyjnie. - Spojrzałem jej prosto w oczy, i jeżeli nawet rzeczywiście zostałem złapany dużo wcześniej, niż byłem gotów to przyznać, to prawda była taka, że nigdy nie próbowałem się naprawdę wyswobodzić. W tym momencie wątpiłem, czy kiedykolwiek bym próbował.
Uśmiechnąłem się szeroko, kiedy wspomniała o liście, tym jej spokojnym, diabelnie pewnym tonem, jakby naprawdę miała już wszystko rozpisane w głowie, punkt po punkcie. Roześmiałem się na dobre, tym niskim, rozbrojonym śmiechem, który wyrywał mi się tylko wtedy, gdy coś trafiało idealnie w punkt, co nie zdarzało się zbyt często. Nie było snu w planach, był tylko początek, zapisany nie na liście, ale w tym jednym, długim momencie, który należał wyłącznie do nas. Jedno życzenie już się spełniło, reszta była tylko konsekwencją.
- Uwielbiasz listy, ja uwielbiam wyzwania. -  Odpowiedziałem. - To się pięknie zazębia. Jestem laczej… Balso zadowolony s kielunku, w któlym to zmiesza. Tylko lojalnie upszedzam, mam fatalny chalaktel do odhaczania szeszy po kolei. Zwykle kończę na tym, sze dopisuję nowe punkty w tlakcie. - Powiedziałem cicho, z uśmiechem, który nie miał w sobie ani krzty wątpliwości. Nie to, by Prue nie była tego świadoma. Nie było w tym przechwałki, raczej swobodna pewność, która przyszła sama, odkąd przestałem się bronić przed myślą, że to wszystko jest naprawdę nasze.
Łazienka przyjęła nas ciepłem, zapachem i obietnicą zapomnienia o świecie za wielkim, panoramicznym oknem po drugiej stronie czegoś, co mogło być małym basenem, Savoy potrafił robić rzeczy z rozmachem, nawet w tak prozaicznych sprawach jak wanna, ale w tej chwili luksus był tylko tłem. Najważniejsze było to, że Prue nadal była blisko, już zawsze miała być, mogłem ją nieść bez wysiłku, bez wahania, jakby moje ciało od zawsze znało jej ciężar i uznawało go za właściwy. Postawiłem ją na moment na podłodze, zanim jednak zdążyła się do tego nowego punktu odniesienia przyzwyczaić, znów przyciągnąłem ją do siebie, ramieniem obejmując jej plecy, drugą dłonią podtrzymując biodro. Bycie blisko było jedyną konfiguracją, która miała sens.
- Nie pszyzwyczajaj się. - Rzuciłem półżartem. - To była tylko techniczna pszelwa. - Przyciągnąłem ją do siebie, czując, jak wilgoć osiada mojej na skórze, jak ciepło zaczyna się wgryzać w mięśnie, rozluźniać to wszystko, co trzymało się nas od godzin, dni, lat. Woda szumiała w wannie, para zaczynała wypełniać pomieszczenie, rozmywając kontury świata. Ciepłe kłęby zaczęły unosić się w powietrzu, zamieniając łazienkę w coś na kształt osobnego świata, marmur, światło, wszystko stawało się rozmyte, półprzezroczyste, mleczne, mniej ostre, rzeczywistość za drzwiami postanowiła się wycofać i zostawić nas w tej półprzezroczystej ciszy. Lustra matowiały, dźwięki stawały się bardziej stłumione, a ja czułem, jak napięcie dnia zaczyna powoli puszczać. Savoy znikał, Londyn przestawał istnieć. Zostawaliśmy tylko my. Ubrania zaczynały być tylko przeszkodą, drobnym formalnym problemem do rozwiązania, a noc dopiero się otwierała, szeroka i cierpliwa, gotowa przyjąć wszystko, co postanowimy na nią wpisać.
Sięgnąłem powoli do zapięcia jej płaszcza, palce pracowały metodycznie, guzik po guziku, a ja nachyliłem się bliżej, naturalnie, instynktownie, jakbyśmy robili to setki razy, i pocałowałem ją, spokojnie, głęboko, w tym samym momencie, w którym płaszcz zsunął się z jej ramion, opadając na podłogę głuchym dźwiękiem - jeden zbędny ciężar mniej.
- Widzisz - mruknąłem przy jej ustach - jusz zaczynamy sumiennie skleślaś punkty. - Szło nam naprawdę dobrze, od pierwszego momentu, a to był dopiero początek.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
22.12.2025, 13:56  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.12.2025, 01:35 przez Prudence Fenwick.)  

Nie było nic trudnego w pokazywaniu innym tego, co chcieli widzieć. Robiła to dla świętego spokoju, wiedziała, że mało kto może zrozumieć jej zainteresowania, dlatego też oficjalnie, dla większości osób była po prostu nudną panią z ministerstwa, która grzebała w trupach, zawsze odpowiednio ubrana, zawsze przygotowana do tego, co miało się wydarzyć, grzebanie w trupach samo w sobie było dość kontrowersyjne, więc nie potrzebowała niczego więcej, by trzymali się od niej z daleka, by nie podchodzili, kiedy tego nie chciała. To była cakiem dobrze przemyślana dla świata kreacja, wygodnie się ją nosiło, gdy nie chciało się, aby ludzie podchodzili zbyt blisko.

- Trudno by było, żeby nie był mistrzowski, jeśli jest się wykreowaną wersją od wielu lat. - Nie było nic szczególnie skomplikowanego w ukrywaniu tego, czego nie powinni widzieć obcy ludzie, zresztą zdarzyło jej się nieco pokazać tym, którzy mieli być jej bliscy, a oni sugerowali, że to nie wypada, że nie powinna, że jest dziwna, więc przestała to robić. Wygodniej jej było, aby nikt nie wiedział, no, właściwie prawie nikt, bo Benjy od zawsze miał tę możliwość, przy nim nie potrafiła utrzymać masek, ale też nigdy nie bała się, że zobaczy coś więcej, nawet wtedy kiedy nie do końca darzyli się sympatią, a przecież był i taki moment.

- Łatwo jest się odnaleźć w takiej roli, spełniać oczekiwania widowni. - Miała być ambitną dziewczyną, z jasnym celem w życiu, nawet trochę udawało jej się spełniać te nieswoje marzenia, miała mieszkanie, miała dobrą pracę, tylko, że to nigdy nie było to, czego tak naprawdę potrzebowała. Jasne, bardzo chciała leczyć, później mniej, poświęciła wiele czasu na naukę, ale zawsze interesowały ją też nieco inne dziedziny magii, te których niektórzy się bali, ona jednak nie, lubiła eksperymentować, sprawdzać, doświadczać rzeczy, które u innych wzbudzały strach, nie u niej - czego się nie robi dla dobra nauki, prawda?

- Ach, wtedy. - Zmierzał do ich pierwszego spotkania po latach, prawda, wtedy mogła sprawiać pozory, zwłaszcza, że uważała go za obcego, z którym jej droga zupełnie przypadkiem się skrzyżowała, podchodziła więc do niego, jak do wszystkich innych, przynajmniej na początku, po tym sukcesie związanym ze złapaniem kota dość szybko zaprowadziła go do swojego mieszkania, i tu mogła zapalić mu się lampka nad głową, w czasach jak te raczej nikt do końca rozsądny tego nie robił, tym bardziej, jeśli obca osoba wyglądała jak on, a nie oszukujmy się jego aparycja sugerowała, że należy do osób, które nie mają najlepszych zamiarów, w niczym jej to jednak nie przeszkodziło, liczyło się tylko obolałe kolano i to, że mogła je naprawić, to była ta prawdziwa Prue, która nie musiała się zgrywać i całkiem jasno układała priorytety.

- Rzadko kiedy zdarza mi się tak reagować przy obcych, ale to byłeś Ty, nie wiem, czy wyczuwałam to podskórnie, czy co się stało, wiedziałam, że mogę być sobą. - Wiedziała, że tamto zachowanie nie należało do tych rozsądnych, zaprosiła do swojego mieszkania obcego typa, ale nie wydawało jej się to niewłaściwe.

- Fakt, mogłam wydawać się kimś z innego świata, na szczęście później znowu mnie znalazłeś, na moje szczęście, bo gdyby nie Ty, to pewnie trudno byłoby mi przetrwać tę katastrofę. - Nadal nie zapominała o tym, że udało jej się przetrwać tamtą noc tylko dzięki niemu.

- Mieszkano to azyl, nie wpuszczam do niego byle kogo, nie dziwię się, że mnie zdradziło, ale oczy? Dobrze, że pozwalam tylko niektórym w nie spoglądać, trochę słabo, że mnie zdradzają. - Nie wydawało jej się jednak, aby robiły to w każdym momencie, na pewno bywały takie chwile. - Mam diablicę w oczach, kiedy patrzę na Ciebie, ale to Twoja wina, nie moja. - Dodała jeszcze uśmiechając się przy tym bardzo niewinne, oczywiście, że próbowała to zwalić na niego, to na niego reagowała w ten specyficzny sposób, to przy nim się otwierała, jak przed nikim innym, to on budził w niej to, co zazwyczaj skrywała bardzo głęboko.

- To dobrze, bardzo słabo by było, jakby nie udało mi się ich spełniać, teraz tylko muszę utrzymać ten poziom. - Nie zamierzała osiąść na laurach, nigdy, wręcz przeciwnie, skoro mieli spędzić razem resztę życia to zamierzała nadal to robić, nadal przekraczać jego wszystkie oczekiwania, sprawiało jej to bowiem dziwną satysfakcję, chciała go zaskakiwać w ten sposób.

- Wydaje się, że naprawdę w to wierzysz, więc niech tak będzie, nawet jak nie mam planu, to jest zaplanowane. - Oczywiście, że wolała być przygotowana na każdą ewentualność, mieć plan A, B, C i zawsze jakiś awaryjny, gdyby poprzednie trzy nie do końca działały, tym razem jednak bylo zupełnie inaczej. Niczego nie planowali, nie byłaby w stanie przewidzieć, że będzie potrzebowała planu na podobne okoliczności, jednakże działanie bez niego nie okazało się być szczególnie skomplikowane, czasem dobrze było spontanicznie podchodzić do życia, to był jeden z takich momentów. Wszystko zadziało, bo on był obok, nie miała co do tego żadnych wątpliwości.

- Tak, zawsze jest miejsce na drobne modyfikacje pojawiające się w trakcie. - Niby lubiła trzymać się wszystkich kroków, które wcześniej określiła, ale nie miała nic przeciwko temu, aby w trakcie realizacji dopisywać jakieś podpunkty, czy przypisy, szczególnie, gdy nie działała sama, to wprowadzało element zaskoczenia, który nie zawsze okazywał się być zły.

- Czyli wszystko zadziałało jak powinno, wspaniale. - No, najważniejsze, że ją założył, później nie było już odwrotu, co najważniejsze przez lata myślał, że zrobił to dobrowolnie, teraz dopiero dowiadywał się, jaką była przebiegłą dwunastolatką i jaki miała sprytny plan na swoją przyszłość. - Miałeś mieć wybór, tylko w jednym momencie, później już nie. - Dodała, uśmiech nie schodził jej z twarzy, gdy tak o tym myślała, to naprawdę brzmiało jak coś, co mogłoby zadziałać, nie, żeby potrzebowała takich sztuczek, aby się nią zainteresował, ale gdyby jednak... to mogło się udać.

- Tak, przyznaję się bez bicia, ale nie oszukujmy się, że obiekt był wyjątkowo współpracujący. - Na pewno nigdy nie pomyślałby o tym, że może zrobić mu coś takiego, jak widać powinien być bardziej czujny, bo jej plan zadziałał, sidła rzucone jakieś dwadzieścia lat wcześniej zadziałały - bo skończyli jako małżeństwo, czyż nie.

- Po pierwsze, jak sam właśnie zauważyłeś, nie tak trudno było Cię w to wmanewrować, wiedziałam, że nie będziesz miał czasu na zadawanie zbędnych pytań, bo prostu zaakceptujesz wszystko co Ci podsunę, to naprawdę ułatwiało sprawę. - Dwunastoletni Wish nie należał do osób, które szukały dziury w całym, no i jej ufał, co powodowało, że mogła robić wszystko, a on i tak by to akceptował, prosta sprawa.

- Po drugie, nikogo poza Tobą wtedy nie lubiłam, a dobrze mieć jednak męża, którego się lubi, co nie? - Miała jednego przyjaciela jako dziecko i to on nim był, to był całkiem dobry argument, aby brać go pod uwagę jako swojego przyszłego męża, nikogo innego by nie rozważała, jeśli miało na kogoś paść to musiało na niego.

- Dzięki, też jestem tego zdania, wyszło naprawdę perfekcyjnie. Dwunastoletnia ja nie zakładała takiego sukcesu, może po drodze doszło do pewnych komplikacji, ale nie mogło się skończyć lepiej. - Zawsze musiał być jakiś margines błędu, miejsce na drobne potknięcia, te też zaliczyli, grunt jednak, że misja zakończyła się sukcesem, czyż nie. Kiedy o tym rozmawiali to wszystko naprawdę brzmiało tak, jakby już wtedy te dwadzieścia lat temu wszystko sobie doskonale przemyślała. Rozbawiła ją strasznie ta wizja, bo naprawdę to brzmiało jak coś, bo mogłoby się wydarzyć, gdyby posiadała wtedy nieco bardziej rozwinięte umiejętności.

- Tak naprawdę idealnie się dopełniamy. Człowiek z listą potrzebuje człowieka, który będzie chętny realizować wszystkie wyzwania, nawet te dodatkowe, pojawiające się w trakcie, jakoś poradzę sobie ze świadomością, że nic już nie jest odhaczane po kolei, skoro pojawią się dodatkowe punkty, wykraczające poza moje oczekiwania, będę musiała sobie jakoś z tym poradzić. - Odejście od tych przyzwyczajeń nie było wcale takie trudne, nie mając obok siebie kogoś takiego jak on. Mogłaby bez mniejszego problemu pozbyć się tych swoich list i czekać na to, aż zapiszą każdą pustą kartkę, było to bardzo prostym rozwiązaniem. Zresztą wiedziała, że Benjy był bardzo ambitny, uwielbiał wyzwania i niczego się nie bał. Doskonale się składało.

Później przeszli do realizacji pierwszego punktu, jednak nieco trzymali się jej kolejności, przynajmniej jak na razie. Kąpiel na pewno się im przyda, po tej dość intensywnej nocy warto było rozpocząć dalszą część wieczoru od łazienki, zdecydowanie tego potrzebowali.

Odstawił ją na kilka sekund na ziemię, złapała równowagę, ledwie jednak to zrobiła, to znowu ją objął, przyciągnął do siebie, jakby nie mógł wytrzymać z dala od niej nawet tych kilku sekund, to spowodowało, że na jej twarzy pojawił się uśmiech, dobrze było go widzieć takiego.

- Nie zamierzam się przyzwyczajać. - Przerwa techniczna... nie mogli jej ominąć, na szczęście ponownie znajdowali się blisko, dzisiaj nie chciała być nigdzie indziej, tylko splątana z jego ciałem i już nic nie miało im w tym przeszkodzić.

Para unosząca się w łazience powodowała, że łatwo było zapomnieć o tym, gdzie się znajdowali, tak właściwie to nie było szczególnie istotne, grunt, że byli tutaj razem, że mogli w końcu skupić się na tym, aby odpowiednio celebrować ich małżeństwo. Znowu świat miał się na chwilę zatrzymać, aby dać im ku temu przestrzeń był dzisiaj dla nich wyjątkowo cierpliwy. Zresztą wypadało, aby taki był, bardzo długo musieli czekać na ten moment, chwilę w której jasne będzie, że czeka na nich tylko i wyłącznie wspólna przyszłość, bo pozwolili sobie wreszcie sięgnąć po to, co było oczywiste.

Benjy nie zwlekał, jego palce, powoli, precyzyjnie, rozpinały guzik za guzikiem, po to by zacząć pozbywać się tych ubrań, które w tej chwili wydawały się im tylko i wyłącznie przeszkadzać. Zajęło mu to ledwie chwilę, w między czasie zdążył zbliżyć swoje usta do jej, aby połączyć je w głębokim pocałunku, miał niesamowitą podzielność uwagi, nie dało się tego nie zauważyć.

- Widzę, oby tak dalej. - Jedno z głowy, czekało na nich jednak jeszcze kilka części garderoby do zdjęcia. - Teraz Twój. - Może nie było to tak subtelne, jak jego wykonanie, jednak musiał jej to wybaczyć, wzrost krasnalo-skrzaci uniemożliwiał jej nieco walkę z jego płaszczem, wybrała więc opcję najbardziej korzystną, pociągnęła go za rękaw, chcąc zasugerować mu, że to jest idealny moment na to, by okręcił się wokół własnej osi to mogłoby jej nieco ułatwić ten manewr. Tylko chwila dzieliła ich od tego, aby znaleźli się przy sobie zupełnie nadzy, pozbawieni tych wszystkich niepotrzebnych warstw które niepotrzebnie ich teraz od siebie rozdzielały.


Koniec sesji


Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (7798), Prudence Fenwick (6940)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa