18.03.2026, 11:24 ✶
Leżała na wciąż nagrzanym pustynnym słońcem piasku, obserwując rozgwieżdżone niebo. Nigdzie nie widziała tak pięknych gwiazd jak tutaj. A może widziała? Może zwyczajnie w świecie się nimi nie interesowała, bo na każde wspomnienie Alexandra o czymkolwiek związanym z astronomią, przewracała jedynie oczami z obawą, że zarazi ją byciem okropnym nerdem?
Uniosła dłoń, palcem wskazującym płynąc po ciemnej tafli najeżonej brokatem kosmicznego odpadu. Nie znała ich nazw. Ale ta wyglądała jej na psa. Tak, to mógł być pies. ᚼᚢᚾᛏᚱ. Jej własny pies. Niczyj inny. I tylko ona wiedziała, że zawsze tam czeka na nieboskłonie, ukryty pod inną, nieznaczącą nic nazwą. To było nawet zabawne. Inni wierzyli, że można uwiecznić wielkich bohaterów czy mitologicznych herosów pod daną gwiazdą, po czym pojawiała się mała panna Crouch i mówiła “nie, to jest pies”.
Słowo przeciw słowu, zupełnie jak podczas kiepskiej rozprawy sądowej, gdzie brakowało ludziom dowodów i argumentów, więc jedyne co pozostało to krzyki.
Ale nie chciała, żeby pies był samotny. Przesunęła wzrok na inną, nieco mniejszą gwiazdę chyba z tego samego układu. Ptak. ᚠᚢᚴᛚ. Zawsze blisko siebie.
Przymknęła oczy, ciesząc się ciepłem piasku. I ten niedługo się wychłodzi, bo nadciągający z północnego-zachodu wiatr niósł ze sobą chłód znad Morza Martwego. Tak przynajmniej dzisiaj zasłyszała od posługującego się łamanym włoskim handlarza, którego spotkała na zewnątrz. Zabawne było to morze, nie dało rady w nim ponoć utonąć. Nawet mugole zdawali się w to wierzyć. Nie planowała tego sprawdzać. Handlarz poczęstował ją słodką miętową herbatą, dał trochę chleba i zniknął jak gdyby nigdy go tu nie było. Jakby sam był fatamorganą podobną tutejszym oazom.
Nie chciała na razie ruszać się z Al-Karak.
Prastare ruiny zamku krzyżowców stały się jej tymczasową ostoją - nikt o zdrowych zmysłach się tu nie zapuszczał. Niemagiczni twierdzili, że “tu straszy”. Może tak było, spotkała przecież na swojej drodze parę udręczonych duchów, tych którzy oddali swoje życie za ideę. Tą samą, za którą później ich postawiono przed sądem i spalono na stosach. Nie współczuła im. Chyba nie potrafiła już nikomu współczuć.
Nie dbała o to, że ciekawski turysta może tu zajrzeć. Wiedziała, że nie uwierzy w to co widzą jego oczy, więc po co miała się martwić. Tylko obłąkani mogliby pewnie opowiadać o obleczonej w biel jedwabiu, tiulu i żałobnego całunu czarnowłosej kobiecie, która co noc leżała na dziedzińcu wewnętrznym oglądając gwiazdy. Dookoła niej leżały rozsypane pióra, a szaty i ciało skąpane miała w ciemnej, zastygłej krwi. Opowiadaliby, że na nich spojrzała, gdy tylko pojawili się w przestrzeni kamiennych wrót, a jej oczy lśniły w świetle lampionów jak dwa szlachetne kamienie. Może nawet pokwapiliby się powiedzieć, że gdy się odezwała jej głos podobny był do ptasiego trelu. Powiedziała przecież: Se vuoi trovarmi, vai verso sud, dove gli uomini parlano italiano, e continua il tuo cammino finché non sentirai parlare un’altra lingua., a słowa jej były słodkie jak język, który je stworzył.
Oderwała wzrok od nieboskłonu słysząc ciche popiskiwanie. Paul. Maleńkie pisklę, które utraciwszy matkę, upodobało ją sobie na opiekunkę. Wciąż jeszcze miał ten dziecięcy puch i bunt w oczyskach. Sądząc po ilości piasku między piórami, musiał się w nim wyturlać wcześniej i teraz szalenie tego żałować. Uśmiechnęła się ciepło. Wyciągnęła w jego stronę rękę, zachęcając, żeby się na nią wspiął. Usadziła go sobie na klatce piersiowej.
- Spójrz to ja.- Powiedziała miękko, szeptem, pokazując na upatrzoną wcześniej gwiazdę. Potem pokazała na drugą, zaraz obok, znacznie mniejszą.- A to ty.
Paul fuknął oburzony, nieszczególnie jakimiś głupimi gwiazdami zainteresowany. Przecież był cały brudny z piasku i nieszczęśliwy!
Czarownica zaśmiała się jednym zaklęciem oczyszczając podopiecznego.
- Niedługo będziesz duży i silny i będziesz zanosił listy pośród tych gwiazd. Powinieneś się uczyć.
Paul spojrzał na nią jakby oszalała.
Może rzeczywiście tak było - może udzielało jej się szaleństwo stąpające pośród tutejszych komnat i pomników krzyżowców wzniesionych z piaskowca? Zaśmiała się do swoich myśli. To nie byłby taki zły koniec - zniknąć i nawiedzać po wsze czasy zimne mury starej twierdzy. Co prawda zawsze wydawało jej się, że będzie to Azkaban, ale z braku laku i Al-Karak się nadawało.
Przymknęła oczy, próbując zapaść w sen nim piasek wychłodzi się na dobre.
Uniosła dłoń, palcem wskazującym płynąc po ciemnej tafli najeżonej brokatem kosmicznego odpadu. Nie znała ich nazw. Ale ta wyglądała jej na psa. Tak, to mógł być pies. ᚼᚢᚾᛏᚱ. Jej własny pies. Niczyj inny. I tylko ona wiedziała, że zawsze tam czeka na nieboskłonie, ukryty pod inną, nieznaczącą nic nazwą. To było nawet zabawne. Inni wierzyli, że można uwiecznić wielkich bohaterów czy mitologicznych herosów pod daną gwiazdą, po czym pojawiała się mała panna Crouch i mówiła “nie, to jest pies”.
Słowo przeciw słowu, zupełnie jak podczas kiepskiej rozprawy sądowej, gdzie brakowało ludziom dowodów i argumentów, więc jedyne co pozostało to krzyki.
Ale nie chciała, żeby pies był samotny. Przesunęła wzrok na inną, nieco mniejszą gwiazdę chyba z tego samego układu. Ptak. ᚠᚢᚴᛚ. Zawsze blisko siebie.
Przymknęła oczy, ciesząc się ciepłem piasku. I ten niedługo się wychłodzi, bo nadciągający z północnego-zachodu wiatr niósł ze sobą chłód znad Morza Martwego. Tak przynajmniej dzisiaj zasłyszała od posługującego się łamanym włoskim handlarza, którego spotkała na zewnątrz. Zabawne było to morze, nie dało rady w nim ponoć utonąć. Nawet mugole zdawali się w to wierzyć. Nie planowała tego sprawdzać. Handlarz poczęstował ją słodką miętową herbatą, dał trochę chleba i zniknął jak gdyby nigdy go tu nie było. Jakby sam był fatamorganą podobną tutejszym oazom.
Nie chciała na razie ruszać się z Al-Karak.
Prastare ruiny zamku krzyżowców stały się jej tymczasową ostoją - nikt o zdrowych zmysłach się tu nie zapuszczał. Niemagiczni twierdzili, że “tu straszy”. Może tak było, spotkała przecież na swojej drodze parę udręczonych duchów, tych którzy oddali swoje życie za ideę. Tą samą, za którą później ich postawiono przed sądem i spalono na stosach. Nie współczuła im. Chyba nie potrafiła już nikomu współczuć.
Nie dbała o to, że ciekawski turysta może tu zajrzeć. Wiedziała, że nie uwierzy w to co widzą jego oczy, więc po co miała się martwić. Tylko obłąkani mogliby pewnie opowiadać o obleczonej w biel jedwabiu, tiulu i żałobnego całunu czarnowłosej kobiecie, która co noc leżała na dziedzińcu wewnętrznym oglądając gwiazdy. Dookoła niej leżały rozsypane pióra, a szaty i ciało skąpane miała w ciemnej, zastygłej krwi. Opowiadaliby, że na nich spojrzała, gdy tylko pojawili się w przestrzeni kamiennych wrót, a jej oczy lśniły w świetle lampionów jak dwa szlachetne kamienie. Może nawet pokwapiliby się powiedzieć, że gdy się odezwała jej głos podobny był do ptasiego trelu. Powiedziała przecież: Se vuoi trovarmi, vai verso sud, dove gli uomini parlano italiano, e continua il tuo cammino finché non sentirai parlare un’altra lingua., a słowa jej były słodkie jak język, który je stworzył.
Oderwała wzrok od nieboskłonu słysząc ciche popiskiwanie. Paul. Maleńkie pisklę, które utraciwszy matkę, upodobało ją sobie na opiekunkę. Wciąż jeszcze miał ten dziecięcy puch i bunt w oczyskach. Sądząc po ilości piasku między piórami, musiał się w nim wyturlać wcześniej i teraz szalenie tego żałować. Uśmiechnęła się ciepło. Wyciągnęła w jego stronę rękę, zachęcając, żeby się na nią wspiął. Usadziła go sobie na klatce piersiowej.
- Spójrz to ja.- Powiedziała miękko, szeptem, pokazując na upatrzoną wcześniej gwiazdę. Potem pokazała na drugą, zaraz obok, znacznie mniejszą.- A to ty.
Paul fuknął oburzony, nieszczególnie jakimiś głupimi gwiazdami zainteresowany. Przecież był cały brudny z piasku i nieszczęśliwy!
Czarownica zaśmiała się jednym zaklęciem oczyszczając podopiecznego.
- Niedługo będziesz duży i silny i będziesz zanosił listy pośród tych gwiazd. Powinieneś się uczyć.
Paul spojrzał na nią jakby oszalała.
Może rzeczywiście tak było - może udzielało jej się szaleństwo stąpające pośród tutejszych komnat i pomników krzyżowców wzniesionych z piaskowca? Zaśmiała się do swoich myśli. To nie byłby taki zły koniec - zniknąć i nawiedzać po wsze czasy zimne mury starej twierdzy. Co prawda zawsze wydawało jej się, że będzie to Azkaban, ale z braku laku i Al-Karak się nadawało.
Przymknęła oczy, próbując zapaść w sen nim piasek wychłodzi się na dobre.
Koniec sesji