• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence

[12.1957] I think I’m prone to getting blinded when it’s bright | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
19.12.2025, 15:50  ✶  
Było jeszcze przed północą… A może po północy… Czas tutaj biegł dziwnie, zupełnie nielinearnie, śnieg robił z Hogwartu kulę śnieżną, którą ktoś potrząsał zbyt długo. Siedziałem na parapecie z nogami podkurczonymi jak idiota, czapka z rogami renifera na mojej głowie była przekrzywiona, a w dłoni trzymałem prawie pustą butelkę, która absolutnie nie była tylko sokiem dyniowym, chociaż tak ją nazwałem na samym początku i tej wersji trzymałem się konsekwentnie.

- Heeeej, a wiesz… - Mruknąłem, kręcąc butelką i mrużąc jedno oko. Śnieg za oknem sypał gęsto, świat wyglądał sennie i trochę nieprawdziwie, a ja byłem w doskonałym nastroju, co samo w sobie było podejrzane. Mówiłem za dużo, wiedziałem o tym - wiedziałem też, że nie mówię o tym, o czym naprawdę myślałem. O tym, że patrzenie na nią było jak trafienie idealnego rzutu, kiedy tłum krzyczy, a ręce same wiedzą, co zrobić.

Głowę miałem lekko przechyloną, świat był przyjemnie miękki na krawędziach, a ja byłem zdecydowanie zbyt szczęśliwy jak na kogoś pokroju mojego nazwiska. Poważny ród, poważna krew, a ja wyglądałem jak choinkowa dekoracja, która urwała się z gałęzi i postanowiła zostać Gryfonem. Byłem szczęśliwy. Bezczelnie, głupio szczęśliwy.

- …i mówię ci, że to wcale nie jest astronomia stosowana, tylko zwykłe oszustwo optyczne, bo jakbyś naprawdę policzyła te wszystkie… Te… No te punkty - machnąłem ręką w stronę sufitu, trafiając mniej więcej w nic - to by się nie zgadzało, wiesz? Zupełnie by się nie zgadzało.

Oparłem czoło o zimną szybę, zostawiając na niej mglisty ślad oddechu i rysując palcem ciąg run. Nie dokończyłem. Straciłem koncentrację. Śnieg za oknem wyglądał jak zaczarowana tapeta, ktoś musiał ją poruszać palcem, bo wszystko płynęło.

Kamień pod plecami był chłodny, ale nieprzyjemnie przyjemny, a światło świec rozmazywało się w złote plamy, jakby ktoś przeciągnął po nim pędzlem. Śmiałem się chyba z niczego, z własnych myśli albo z tego, że naprawdę siedzieliśmy tu razem, jakby ostatnie lata były tylko kiepskim żartem.

- …mówię ci, że to absolutnie nie był plan. - Mamrotałem, oparty plecami o ścianę przy oknie, a świat kiwał się ze mną w bardzo uprzejmym tempie. - To znaczy był, ale taki… Luźny. Planopodobny.

Zapasy. Ktoś skitrał butelki w tubach po mapach przy astrolabium, a ja, naturalnie, odkryłem je pierwszy. Sok dyniowy był mój, brandy była znaleziona, a znalezione rzeczy, jak powszechnie wiadomo, nie mają właściciela. Poza tym była noc Yule, Merlin by mi wybaczył.
- …móóówię ci, że to nie on, on by to na pewno chował gdzieś indziej, bo kto normalny trzyma brandy obok Andromedy, co nie, a on to jest… No, ten, no… Wiesz… - Urwałem sam sobie, bo język zaplątał mi się o własne myśli, a te i tak były już daleko przed nami.

Śnieg przyklejał się do szyb, a ja wystukiwałem palcami jakiś bezsensowny rytm, próbując udowodnić światu, że nadal mam kontrolę nad kończynami. Nie miałem. Miałem za to doskonałe poczucie, że to jest dokładnie to miejsce, w którym powinienem być, nawet jeśli jutro będę się tego wypierał.

- Ej… Uważaj. - Mruknąłem, kiedy butelka brandy przechyliła się niebezpiecznie. - To jest…Strategiczny alkohol. W tym domu nie rozlewamy strategicznego alkoholu. - Podkreśliłem. Symetria czy tam równowaga była ważna, zawsze była, dlatego pozwoliłem jej oprzeć głowę na moim ramieniu, bo ciężar się rozkładał, a ja byłem stabilny - przynajmniej w teorii, w praktyce byłem schlany jak stodoła, ale to detal.

Prudence miała na sobie granatowy sweter z nietoperzem. Ręcznie robiony, co było widać po tym, że nie był idealny. Idealne rzeczy zawsze były podejrzane. To było ważne, nawet jeśli nie umiałem wytłumaczyć dlaczego. Nietoperz wyglądał, jakby wiedział więcej niż my oboje. Śnieg tańczył za jej plecami, a ja pomyślałem, że astronomia to oszustwo, bo prawdziwe gwiazdy trzymają się ludzi.

Śmiałem się za głośno. Oparłem się o ścianę przy oknie i udawałem, że patrzę na zaczarowane sklepienie, chociaż gwiazdy śmigały mi przed oczami jak znicze na wietrze.

- …nie, nie, to wcale nie tak, bo widzisz, psor od astronomii na pewno nie liczył tych butelek, on tylko udaje, że liczy, a jak udaje, to się nie liczy, to… To jest logika, Sun, czysta logika… - Wypiłem kolejny łyk i zaśmiałem się sam do siebie, za głośno, zdecydowanie za głośno.

Czapka z rogami renifera zsunęła mi się na jedno ucho. Nie poprawiłem jej. Była idealna dokładnie taka, jaka była. Brandy psora smakowała jak zdrada regulaminu i zwycięstwo jednocześnie, zważywszy na robienie tego z kimś, kto zazwyczaj do bólu szanował regulamin, a ja byłem wystarczająco schlany, żeby uznać to za poezję.

Śmialiśmy się jak idioci, jakby trzeci rok nigdy się nie wydarzył, jakby listy nie urwały się nagle, jakby rywalizacja była tylko kiepskim snem po obiedzie.

Kamienna posadzka lekko falowała, jak jezioro przy brzegu, a gwiazdy za oknem wyglądały, jakby ktoś je dopiero co powiesił i nie zdążył dobrze przymocować. Pachniało kurzem, zimą i tym podejrzanie porządnym alkoholem, który absolutnie nie powinien znajdować się w szkolnej wieży. Psor od astronomii był albo geniuszem, albo alkoholikiem. Stawiałem na obie opcje naraz.

- Widzisz. - Powiedziałem, patrząc na sufit, bo gwiazdy na zaklętym nieboskłonie wewnątrz były mniej ruchliwe niż te za oknem. - To jest… Hy. To jest prawdziwa nauka. Astronomia. Obserwacja. Praktyczna. Otwarty umysł.

Świece w kandelabrze w wieży astronomicznej dogorywały powoli, a ja siedziałem przy oknie, jak król idiotów, w czapce z rogami renifera przekrzywionej o dobre trzydzieści stopni, z butelką, która zdecydowanie nie była sokiem dyniowym, chociaż jeszcze godzinę wcześniej mógłbym przysiąc, że była. Długie nogi nie mieściły mi się sensownie na tym przeklętym parapecie, więc jedna zwisała, druga była jakoś podwinięta. Prue, mniejsza, lżejsza, idealnie pasowała w tę dziwną konfigurację. Oparła się o mnie mocniej, a ja bez zastanowienia objąłem ją ramieniem, jakby to było oczywiste rozwiązanie problemu architektonicznego.

Pamiętałem za dużo rzeczy jak na kogoś, kto twierdził, że „to przeszłość”.
- Pamiętasz… - Powiedziałem i parsknąłem śmiechem. - Nie, nieważne. Pamiętasz wszystko. Ty zawsze pamiętasz wszystko. - Parsknąłem śmiechem sam do siebie, bo to było szalenie trafne, a świat zdecydowanie doceniał trafne obserwacje. Oparłem policzek o jej skroń na krótką sekundę, bo mi się zakręciło i kamień był zimny, a ona była ciepła. To też było logiczne.

- Ej, nie wierć się… - Mruknąłem niewyraźnie, kiedy poruszyła się odrobinę. Kręciłem sobie jej włosy na palcu, bo były miękkie i ciemne, i idealnie mieściły się między palcami, a ona opierała głowę o moje ramię, bo tak było wygodniej podawać butelkę. Logiczne. Bardzo logiczne.

- Nie ruszaj się. - Mruknąłem z koncentracją. Jeden pukiel. Ciemny. Miękki. Absolutnie fascynujący problem manualny. - To… To jest ważne. Węzeł. Magiczny. Na szczęście. Albo na… Na coś. - Czapka znów mi opadła na oczy. Poprawiłem ją bez sensu.

Byłem absolutnie przekonany, że to najlepsza rozmowa, jaką prowadziłem od miesięcy. A może od lat. Śnieg za oknem padał gęsto, wielkie płatki kleiły się do szyb, a ona była obok. Za blisko. Albo dokładnie tak blisko, jak powinno się siedzieć. To była duszna myśl, nagle zrobiło mi się gorąco.

Ciągnęło mnie do niej w sposób zupełnie nieakademicki. Nie jak do rywalki, nie jak do dawnej przyjaciółki, tylko jak do kogoś, przy kim zapomina się o całej tej rodowej sztywności. Udawałem, że to tylko alkohol i święta, i ta wieża, która zawsze sprzyjała złym decyzjom.

- Chodź. Choooodź. Tu jest… - Machnąłem ręką w stronę drzwi na taras, prawie tracąc równowagę. - Tam jest lepiej. Gwiazdy są… Bardziej. Bardziej gwiaździste. Tak się mówi. - Zanim zdążyłem to przemyśleć, złapałem ją za rękę, po prostu, naturalnie, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - ciepła dłoń w mojej, sekundę później już ciągnąłem ją za sobą w stronę wyjścia, potykając się o własne nogi, bo były za długie, a sale Hogwartu ewidentnie projektowano dla ludzi o rozsądniejszych proporcjach. - Chodź. Chodźchodźchodź. - Mamrotałem szybko, słowa skleiły mi się w jedno, gdy ciągnąłem ją ku drzwiom. Sok dyniowy z procentami brzmiał niewinnie, brandy już taka nie była. Kamień na podłodze zrobił się śliski, jak lód na błoniach, i nagle nogi pamiętały inne prawa fizyki.

Śmiałem się pod nosem, otwierając drzwi barkiem. Zimno uderzyło mnie w twarz, ale było dobre, orzeźwiające. Taras wieży astronomicznej tonął w bieli, a niebo wyglądało, jakby ktoś je wypolerował na święta, śnieg skrzypiał pod butami, noc była tak czysta, że aż bolały oczy.
- Zobacz. - Powiedziałem miękko, wskazując niebo, chociaż nie bardzo wiedziałem, co dokładnie. - One naprawdę tam są. Wszystkie. I żadna nie spada. To uspokajające. - Śnieg sypał, ale niebo było ciemne, ogromne. Świat na zewnątrz był pusty, wyludniony. Oczywiście, że był. Kto normalny wychodzi na taras po północy w środku zimy?

Śnieg osiadał mi na rzęsach, otarłem go rękawem, chybocząc się krok w bok, zdecydowanie zbyt blisko krawędzi tarasu. Zrobiłem półobrotu, jakbym był na boisku, nie na wieży.
- Spokojnie, Bletchley… Sun… Sunny, nie spadnę, Słoneczko, mam przecież doskonałe wyczucie przestrzeni. - Dodałem, chociaż świat właśnie wykonał piruet bez mojej zgody. Parsknąłem śmiechem, bo to było obiektywnie zabawne.

Dzwony.
Zadzwoniły dzwony. Najpierw jeden ton, potem drugi, aż dotarło do mnie z opóźnieniem, że to północ. Teraz. Wcześniej musiało jej jeszcze nie być. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak. Stałem chwilę bez ruchu, mrużąc oczy, jakby to miało pomóc mi policzyć cokolwiek.
Północ. Yule. Święta.
- O, kurwa. - Powiedziałem zupełnie szczerze, prostując się gwałtownie, aż rogi czapki podskoczyły.
Odwróciłem się do niej z miną człowieka, który właśnie zrozumiał, że zapomniał o czymś kosmicznie ważnym. Śnieg osiadał jej na ramionach, a ja uznałem, że to bardzo niesprawiedliwe, że świat potrafi tak dobrze ustawić kadr bez pytania mnie o zdanie.
- Okej. Okej, słuchaj. - Uniosłem palec wskazujący, chyba miałem coś bardzo ważnego do zakomunikowania. Zmrużyłem oczy, próbując zebrać myśl. - Jest… Jest Yule. Było. Jest. Kurwa. - Zmarszczyłem czoło, skupiony. - I ja… Ja nie dałem ci prezentu. To… To nie tak, że zapomniałem. To znaczy zapomniałem, ale… Ja… Ja nic ci nie dałem. - Wymamrotałem. Zamilkłem na dokładnie dwie sekundy, wyraźnie oburzony sobą samym. - To znaczy… Nie że musiałem, bo technicznie to… To my jesteśmy… No, wiesz… Skomplikowani. - Spojrzałem na nią z wyraźnym poczuciem winy, które było absolutnie nieadekwatne do naszej oficjalnej relacji. - To znaczy… Wiem, że technicznie rzecz biorąc to nie jest… No, że my… Ale to nie ma znaczenia, bo to było Yule. To nie tak, że nie chciałem. Ja po prostu… - Prychnąłem. - No, dobra, nie pomyślałem. Ale! - Nachyliłem się do niej, zbyt blisko, znowu z tym głupim, szerokim uśmiechem. - Na urodziny. Na urodziny dostaniesz prezent. Najlepszy. Przysięgam na… - Spojrzałem na swoje ręce. Uśmiechnąłem się do niej szeroko, ciepło, bezczelnie, zupełnie jakby to było oczywiste, że będę kupował jej prezenty, jakby to była normalna kolej rzeczy. - Na miotłę. Na dwie miotły! Ale miotły ci nie dam, rozumiesz? - Pochyliłem się bliżej, mówiąc ciszej, jakby to była tajemnica. - Nie chcę ci zrobić… No, wiesz… - To by było niedopuszczalne. Katastrofa. Koniec świata.

- Zimno ci? - Mruknąłem. - Taras jest głupi. Ale ładny. Ty też jesteś… To znaczy… Nie jesteś… To znaczy… Jesteś, ale… Rozumiesz? - Machnąłem ręką, gubiąc sens, po czym znów się zaśmiałem. - Chodź bliżej. - Zrobiłem coś głupiego - zsunąłem czapkę z głowy i założyłem ją jej na głowę, zdecydowanie zbyt ostrożnie jak na pijaka, a jednocześnie zbyt szybko, jakby ktoś mógł mnie złapać za nadgarstek. - Tak jest lepiej. - Uśmiechnąłem się do niej krzywo, miękko, zupełnie bezbronnie.

Taras był śliski, gwiazdy migotały, a ja rozłożyłem ręce, jakbym miał zamiar objąć pół Szkocji. Nawet nie zauważyłem, kiedy zamiast tego objąłem ją ramieniem, zupełnie naturalnie, jakby tak było od zawsze. Przyciągnąłem Prue bliżej do siebie, bo wiatr był bezczelny.
- Nie zimno ci. - Powtórzyłem, bardziej stwierdzając fakt niż pytając, i poprawiłem jej pozycję przy sobie.

Śnieg osiadał na ramionach Prudence, więc odruchowo strzepnąłem go dłonią, poprawiając jej sweter z nietoperzem, bardzo uważnie. Parsknąłem śmiechem, nachylając się bliżej, żeby mu się przyjrzeć, i zupełnie zapomniałem o dystansie, byliśmy za blisko, ale to było w porządku. Przecież zawsze byliśmy blisko. Tak?

- Weso–wesołego… Tego tam. - Skinąłem głową, jakbym właśnie wygłosił coś niezwykle ważnego. Przyciągnąłem ją bliżej, patrząc w niebo, gdzie gwiazdy faktycznie wydawały się bardziej gwiaździste niż zwykle. Potem opuściłem spojrzenie. Drobne śnieżynki osiadały na jej swetrze, tym granatowym z nietoperzem. Pomyślałem, że to najładniejsza rzecz, jaką dziś widziałem, a widziałem gwiazdy. W tym jednym momencie miałem absolutną pewność, że to najlepszy moment w całym 1957 roku. Stałem tam, osiemnastoletni, pijany, zbyt pewny siebie i kompletnie nieświadomy, że zachowuję się jak chłopak, który właśnie znalazł swoją dziewczynę, nawet jeśli w mojej głowie to wciąż była tylko noc, święta i dawna przyjaźń, która nagle wróciła cała, ciepła i niebezpiecznie blisko.



[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
19.12.2025, 17:20  ✶  

Czas mijał, tak naprawdę to nie miała pojęcia, ile siedzieli w tej Wieży, nie wiedziała, ale, czy to było ważne? Jednego była pewna, nadal była noc, bo gwiazdy rozświetlały nieboskłon swoim blaskiem, tak zabawnie mieszały się ze sobą, rozmazywały, kiedy na nie spoglądała przez szybę uśmiechała się sama do siebie. Świat tańczył, to znaczy wirował, odrobinę, nie bardzo, nie, aż tak, żeby musiała z niego wysiąść. Dawno nie czuła się tak lekko, jakby nic, zupełnie nic się nie liczyło. To było bardzo przyjemnym uczuciem, brak ciężaru, który zazwyczaj ciągnął ją w dół.

Parapet okazał się być całkiem odpowiednim miejscem do spędzenia Yule, nigdy nie spodziewała się tego, że będzie jej tutaj tak wygodnie, że towarzystwo intruza okaże się najlepszym, co ją tej nocy spotkało, już dawno przestał być intruzem, okazał się być najlepszym kompanem jakiego mogła sobie wymarzyć i miał ten śmieszny sok dyniowy, który smakował nieco ostro, ale był smaczny, sięgała więc po tę butelkę i czuła, że coś się zmienia, oni się zmieniali, otoczenie się zmieniało, a ciepło rozlewało jej się po całym ciele. Było jej dziwnie błogo.

- Trudno byłoby to policzyć, bo ziemia się kręci, świat się kręci, gwiazdy się ruszają, nie wiem jak można to policzyć, ale wszyscy w to wierzą, dlaczego więc miałoby być inaczej? Dlaczego od razu uważasz, że to oszustwo, być może nie, można to pewnie jakoś sprawdzić. Tak właściwie to nie musi się zgadzać, po co ma się zgadzać? - Patrzyła na gwiazdy, próbowała się skupić, ale gubiła wątek i nie do końca wiedziała o czym rozmawiają, nie była w najlepszej formie, nie kiedy świat wokół wirował, a myśli, myśli uderzały w nią bardzo mocno i nic nie mogła z tym zrobić, obrazy pojawiały się przed jej oczami, i wcale nie było w nich nieba, czy gwiazd, pojawiał się uśmiech, ciemna czupryna, słyszała nawet śmiech. Niedobrze, mieszało jej się wszystko.

- Nawet jak nie był, to i tak był, Ty zawsze masz plan, nawet jak jeszcze go nie ma, to on i tak gdzieś jest i czeka. -  Oczywiście, że w tej chwili wydawało jej się, iż to wszystko było zaplanowane. Nie miała pojęcia, skąd mógł wiedzieć o ukrytych zapasach alkoholu w wieży astronomicznej, miał na pewno swoje sposoby, zawsze miał, zawsze wszystko wiedział, chociaż tego nie pokazywał.

- No wiem, ale skoro to nie był on, to kto? Przecież nie ta jego, ta to co się tutaj czasami kręci... - Zatoczyła ręką krąg w powietrzu próbując wytłumaczyć o którą dokładnie jej chodzi, po chwili ręka jej jednak opadła, była taka ciężka, że nie mogła jej dłużej utrzymać nad sobą.

Co skłoniło ją do tego, aby sięgnąć po brandy? Nie miała pojęcia, nie było nawet smaczne, chociaż całkiem przyjemnie rozgrzewało, przynosiło ciepłe, które w murach wieży astronomicznej było przydatne, dzięki temu zupełnie nie czuła chłodu, wcale, a wcale, nie do końca była przygotowana na to, że spędzi w tym miejscu tyle czasu, ale nie narzekała, bo było miło i tak przyjemnie się im gawędziło, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.

Próbowała przekazać mu butelkę, kiedy upiła z niej kolejny łyk, miała wrażenie, że każdy był coraz bardziej odważniejszy, jakby już zupełnie nie bała się tego, co może spowodować, bo była przecież bezpieczna, było tak przyjemnie i miło, i ciepło, co mogło pójść nie tak? No mogła przypadkiem przechylić butelkę i zmarnować ich zapasy alkoholu, które w tej chwili były naprawdę istotne, na szczęście czuwał, przez co od razu poprawiła chwyt, by nie wylać chociaż odrobiny. - Dobra, dobra, będę uważać. - Głowa wydawała się jej ciężka, dlatego przechyliła ją w jego stronę i oparła na ramieniu Aloysiusa, tak było lepiej, nie musiała już martwić się tym, że powinna trzymać ją prosto, a on był taki ciepły, i miękki, mogłaby tak opierać się bez końca, i ładnie pachniał, chociaż zapach brandy wszystko psuł.

- To liczył, czy nie liczył? Pewnie nie liczył, a jak liczył i pił, to i tak źle liczył, więc możesz mieć rację. - Wolała faktycznie trzymać się myśli, że liczba była nieznana i nikt nie zauważy braku jednej, czy dwóch butelek, jakoś spokojniej się jej dzięki temu siedziało, jedna buteleczka nie powinna zrobić różnicy, dla niego, dla nich robiła wielką.

Uniosła głowę do góry, zmrużyła oczy, próbowała złapać kontrast, ale wszystko jej się rozmazywało przed nimi, miała wrażenie, że czapka Wisha żyła swoim własnym życiem, poruszała się to w jedną stronę, to w drugą, te rogi ciągle się poruszały, chyba przypadkiem zrobiła zeza, kiedy tak na niego spoglądała.

Nie wydawało jej się to jednak dziwne, ona oparta o niego, on w tej śmiesznej czapce, z butelką odnalezioną zupełnie przypadkiem, nie, żeby spodziewała się, że coś takiego może się jej przytrafić, ale skoro już się przytrafiło i było fajnie, to bez sensu było zastanawiać się, czy jako prefektka powinna doprowadzać się do takiego stanu w wieży astronomicznej. Hogwart spał, wszyscy spali, byli tu tylko oni, więc nikt się nie dowie o tym, jak minęły jej święta, a były to może inne święta od wszystkich, a jednak równie fajne, może nawet lepsze?

- To nie jest prawdziwe, zaklęte niebo nie może się równać z tym tam. - Pokazała palcem za okno. - Jasne, możesz sobie je policzyć, ale co z tego? Wolę te na zewnątrz, nie zawsze trzeba znać liczby, one nie są ważne, można sobie tak po prostu patrzeć, nie liczyć, nie myśleć, nie wiem po co w ogóle ktoś to robi, niektórych rzeczy nie powinno się ruszać, bo są fajne takie niezbadane, wiesz o co mi chodzi? Nie trzeba wszystkiego wiedzieć. - Jak na osobę, która lubiła wiedzieć wszystko, mieć zawsze rację, łatwo zmieniła swoje podejście, oderwała się nieco od rzeczywistości, rozmarzyła się i było to całkiem przyjemnym uczuciem.

Kiedy mocniej się o niego oparła, objął ją ramieniem, przez co przesunęła się jeszcze odrobinę, aby wygodniej się ułożyć, przymknęła na chwilę oczy, nie wiedziała czemu czuje się tak błogo, niczym zupełnie się nie przejmowała, to było naprawdę niesamowite, ta brandy była niesamowita i ten wieczór też był niesamowity, rozmazywało się trochę jak sen, ale czuła obok siebie jego ciepło, więc to nie był sen, to się działo naprawdę, no musiało, nie było innej opcji, czyż nie? Tak to sobie przynajmniej tłumaczyła w swojej pijanej głowie, która była wyjątkowo ciężka.

- Tak jest, pamiętam wszystko, wszystko Wish i nigdy nie zapomnę. - Prosta sprawa, nie musiała nawet odpowiadać na jego pytanie, sam to zrobił, przypomniał sobie jak to z nią wyglądało. Czasem chciałaby zapomnieć, ale mogła o tym tylko pomarzyć, o wiedziała, że na pewno ten wieczór zajmie specjalne miejsce w jej wspomnieniach, bo takich rzeczy się nie zapomina zazwyczaj, a ona na pewno jeszcze wyraźniej go zapamięta, uśmiechnęła się na samą myśl o tym, że tak będzie. W tym wypadku warto było pamiętać wszystko.

- Przepraszam, nie będę, musiałam na chwilę, tak trochę... - Co musiała? Sama nie wiedziała tak do końca, przesunęła się nieco, bo chciała być bliżej, bo był ciepły, nie wiedziała dlaczego, nie było to ważne, bo miała tego nie robić, bo mu przeszkodziła, chociaż nie wiedziała w czym. Czuła dotyk na włosach, ale był przyjemny, więc mógł tak dalej się nimi bawić. - Na coś na pewno, nie rozplączę go nigdy. - Rzuciła lekko, bo skoro miał być na coś, to było to ważne, robił to tak precyzyjnie, że musiało mieć to jakiś większy sens, prawda?

Wyjątkowo dobrze się jej tutaj z nim siedziało, śmiała się, dawno nie śmiała się tak dużo, ale to nie było nic nadzwyczajnego w jego towarzystwie, on zawsze tak robił, powodował, że z jej twarzy nie schodził uśmiech, jakby nie umiała być smutna obok niego. Dziwna iskra przeszła przez jej ciało, bo chciała, żeby tak było już zawsze, czy mogli tu zostać na zawsze? Chyba nie, nie byli nietoperzami, ktoś kiedyś zainteresuje się tym dlaczego siedzą w tej wieży, no i prędzej, czy później wypiją cały zapas alkoholu profesora, to na pewno zmusi ich do wyjścia na zewnątrz.

Nie zdążyła zareagować, kiedy ciągnął ją za rękę w stronę tarasu, bo gwiazdy tam były bardziej gwiaździste - naprawdę doskonały argument, z którym nie mogła walczyć, chwiała się nieco, na szczęście trzymał ją za rękę, dzięki czemu nie odbiła się chyba od żadnej ściany, szła za nim, chociaż nie musiała tego robić, bo i tak wyciągnąłby ją na zewnątrz.

- No idę, idę, idę, idę, próbuję iść. - Szła przecież, trochę miała z tym problem, ale próbowała być dzielna, nie spodziewała się tego, że brandy może jej, aż tak utrudniać koordynację.

Chłód uderzył w nią, gdy znaleźli się na zewnątrz, na tym tarasie, jednakże nadal jej ciało było nie najgorzej rozgrzane przez wypity alkohol, nie wydawało się być, aż tak zimno, jak było naprawdę. Zrobiła więc kolejny krok do przodu. Rozejrzała się wokół, śniegi nie przestawał prószyć, gwiazdy jasno lśniły na niebie, to był naprawdę ładny widok, bardzo ładny, szkoda, że nieco tracił na swojej ostrości, a może to dodawało mu uroku?

- No, tak sobie wiszą na niebie i nic, wiszą i będą wisieć. - Uniosła głowę w górę, obróciła się wokół własnej osi, nogi miała miękkie, nieco zbyt miękkie, ale się nie przewróciła.

Wtedy zauważyła, że jak zawsze robił coś głupiego, był zbyt blisko krawędzi, jakby stąd spadł, to już by nie wstał.

- Nie obchodzi mnie Twoje wyczucie przestrzeni, masz się odsunąć, nie chcę, żebyś poleciał. - Tym bardziej, że nie mogła przecież go złapać, to było niebezpieczne i nawet alkohol nie sugerował jej, że nie.

Później rozbrzmiały się dzwony, Prue skrzywiła się nieco, bo nie spodziewała się tego dźwięku, dochodził z każdej strony, to było w ogóle możliwe, dlaczego były, aż takie głośne?

- No, o kurwa, głośno. - Nie wiedziała dlaczego sięgnął po ten epitet, ale być może pomyślał to samo, co ona, a może dzwony go otrzeźwiły i chciał uciec, nie, chyba nie, dobrze się przecież bawili.

Znalazł się tuż przy niej, uniosła głowę nieco, by na niego spojrzeć, mrużyła oczy, bo nie mogła ciągle złapać ostrości, nie było to wcale takie łatwe, śnieg spadał mu na te śmieszne rogi, w sumie to znowu zaczęła się patrzeć na nie, łatwo przyciągały jej uwagę.

Uniosła pytająco brew. No tak, było Yule, właściwie, technicznie, to chyba właśnie się skończyło? Dzwony sugerowały nadejście kolejnego dnia, więc mieli północ.

- Jesteśmy skomplikowani... - Pokiwała głową twierdząco, bo to do niej dotarło. Zawiesiła się na moment, bo tak przeżywał ten prezent, że nie wiedziała co zrobić, to tylko prezent, no i przecież i tak nie miał jej go dawać, bo jeszcze jakieś kilka godzin wcześniej się bardzo, ale to bardzo nie lubili, a przynajmniej tak sobie powtarzali.

- Cicho, szszaaa, ciszaaaa. - Próbowała zebrać myśli, szło jej to jednak bardzo opornie. Chwiała się to w przód, to w tył i wyśmienicie się przy tym bawiła.

- Technicznie rzecz biorąc dałeś mi prezent, znalazłeś tę butelkę, którą razem wypiliśmy, a nie musiałeś się dzielić, więc  trochę możesz mieć to z głowy, wiesz? - Próbowała jak zawsze myśleć racjonalnie, skoro tak się tym przejął, to trzeba było zrobić coś, by zapomniał o problemie.

- Żadnych mioteł, nie lubię mioteł, miotły są przeklęte, nie, nie, nie, dobrze, że nie chcesz. - Niby próbowała zrozumieć, co miał na myśli, ale te miotły... nienawidziła ich, nienawidziła latać, nie chciała się zabić przypadkiem.

- Nie musisz mi nic... nie musisz mi nic na urodziny. - Nic dawać, nic kupować, cokolwiek, nic nie musiał.

- Ważne, że jesteś, wiesz? - Uśmiechnęła się, jej wzrok był nieco zamglony, nie przejmowała się zupełnie tym, co mówiła, ale była szczera, naprawdę w tej chwili cieszyła się z tego, że po prostu tu był, obok niej.

Nie zdążyła się odezwać, nie było jej zimno, może było, może nie było, nie czuła tego teraz. - Wszystko rozumiem, tak jasne, głupi, ale nie, ładny ale nie, ja też tak, ale nie. - Prosta sprawa, najjaśniejsza pod słońcem, znaczy księżycem, nie słońcem.

Zrobiła krok w przód, bo powiedział, że ma się znaleźć bliżej i nie wiedziała, czemu miałaby tego nie robić. Skrzywiła się trochę, kiedy założył jej na głowę tę czapkę, nie spodziewała się tego zupełnie, poruszyła odruchowo głową to w lewą, to w prawą stronę, by poruszyć rogami. Musiała wyglądać głupio, ale fajnie, czy głupio i fajnie może być razem?

Przyciągnął ją do siebie, dzięki czemu nie chwiała się już w miejscu, nie bujała się to w przód to w tył, oparła się o niego całkiem wygodnie, był taki stabilny i ciepły, to było miłe uczucie znaleźć się znowu tuż obok Aloysiusa, naprawdę niesamowite.

- Tamtego też wesołego, pomyśl życzenie Wish, bo właśnie spadła gwiazda. - Może spadła, może nie, nie miała pewności, bo świat rozmazywał jej się dość mocno, a jednak chciała, żeby pomyślał to życzenie i żeby się spełniło, ona również pomyślała, uśmiechnęła się przy tym szeroko, sama do siebie, po czym uniosła znowu głowę, aby na niego spojrzeć, śnieg nie przestawał prószyć, stali tutaj zupełnie bez celu, a jednak nie wydawało jej się, aby gdzieś w tej chwili mogło być jej lepiej.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
19.12.2025, 20:38  ✶  
Parsknąłem śmiechem dokładnie w tym momencie, w którym kazała mi się odsunąć od krawędzi, i ku własnemu zdziwieniu…
- Ej, ej, dobra, dobraaaa. - Mruknąłem posłusznie, unosząc ręce w geście kapitulacji, i faktycznie… Odsunąłem się. Trochę za bardzo, trochę krzywo, ale odsunąłem się, rzeczywiście się odsunąłem, przynajmniej na tyle, na ile pozwalał mój aktualny stan równowagi i fakt, że stała przede mną, a ja wyraźnie miałem problem z rozróżnieniem „bezpieczna odległość” od „czemu miałbym nie być bliżej”. - Zaufaj mi, jeszcze się nie zabiłem ani razu. Statystyka działa na moją korzyść. -  Zareagowałem zadziwiająco grzecznie, jak na stan, w jakim się znajdowałem - posłuchałem, może dlatego, że mówiła tym tonem, którego nie dało się zignorować nawet po alkoholu, a może dlatego, że była tak blisko, że wystarczyło zrobić pół kroku i już byłem bardziej przy niej niż przy przepaści. To było coś w rodzaju instynktu samozachowawczego, który w moim przypadku zwykle przychodził spóźniony, ale tym razem naprawdę się postarał. Zbliżyłem się do niej automatycznie, zupełnie bez planu, bo tak było łatwiej stać. Śnieg osiadał na rogach czapki, a ja próbowałem je strząsnąć, trafiając ręką w powietrze.
Dzwony uderzyły nagle, z każdej strony naraz, jakby ktoś próbował rozłupać mi czaszkę od środka - skrzywiłem się teatralnie.
- No, o kurwa, głośno. - Zgodziłem się z nią bez wahania, jakby to było najzabawniejsze zdanie świata. - Kto im pozwolił…? Przecież to… Noc. Ludzie śpią. No, poza nami, bo ja i tak nie śpię od… - zawiesiłem się, próbując policzyć na palcach, po czym machnąłem ręką.  - Od zawsze. - Zawyrokowałem, i może dlatego zapominałem o oczywistych oczywistościach - byłem niewyspany, zareagowałem bardziej przejęcie niż planowałem, ale planowanie już dawno przestało być częścią tej nocy. Patrzyłem na nią z tej mojej wysokości, a potem nachyliłem się trochę, bo łatwiej było złapać ostrość, gdy świat nie był aż tak bardzo pod kątem.
Zaczęła mnie uciszać, a ja posłusznie zamilkłem, bo jej „szszaaa” było dziwnie skuteczne. Stałem chwiejnie, słuchając jej wywodu o prezencie, o butelce, o dzieleniu się, i kiwałem głową, bo to wszystko miało sens, ogromny sens.
- Ej. - Przerwałem jej, mrużąc oczy, głosem lekko podszytym niezrozumiałym dla mnie wyrzutem, który w rzeczywistości wcale nim nie był. Uśmiechałem się coraz szerzej, coraz miękcej, bo było w tym coś rozbrajającego, jakby naprawdę próbowała mnie uspokoić, a ja byłem wzruszony tym bardziej, im mniej rozumiałem. - Ty jesteś… Strasznie rozsądna. Nawet teraz. To nie fair. - Nie wiedziałem, co dokładnie rozumiem, ale wszystko wydawało się jasne - świat był prosty, śnieg biały, ona blisko, to wystarczyło. Ostatecznie skinąłem głową na jej „prezentowe” wyjaśnienie, wyraźnie uspokojony, ale wewnątrz odnotowałem, oczywiście, te dwa prezenty, które jej od teraz zalegałem, po prostu tego nie mówiłem na głos.
Na wzmiankę o miotłach zareagowałem natychmiast, bez żadnego filtra, dokładnie tak, jak robiłem to w szatni.
- Ej, no tak! - Machnąłem ręką, szukając wersji akceptowalnej, nie było takiej, ale uznałem to za marginalny problem, praktycznie żaden. - „Oszczędzaj kij, polataj na ścigającym.” To też dobra opcja. - Urywane zdania, chaos, który brzmiał dziwnie znajomo i bezpiecznie, to była domena tego wieczoru, skinąłem głową, gorliwie, bo w tym momencie to było jedyne, co potrafiłem zrobić sensownie. Miotły dostały bana, zaśmiałem się cicho pod nosem, głupio, ciepło, a potem mój wzrok wrócił tam, gdzie wracał cały wieczór bez pytania - do niej.
Prue mówiła coś o tym, że nic nie muszę, o tym, że ważne, że jestem, ledwo łapałem sens jej słów, ale akurat to zdanie wpadło mi do głowy jak kamyk do wody i rozlało się ciepłem, które zupełnie nie pasowało do zimy.
- No, przecież. - Mruknąłem, starając się brzmieć poważnie i dojrzale, jakby to było jasne i wynikało samo z siebie, że musieliśmy być tu teraz razem, skoro oboje zostaliśmy w Hogwarcie przy okazji świąt. - Gdzie miałbym być. - Uśmiechnąłem się do niej tak, jakby to było najoczywistsze na świecie - nie było, ale zupełnie miałem to w dupie, bo w tym momencie wszystko, co się działo, wydawało mi się niezmiernie logiczne i usprawiedliwione tą „magią świąt”.
Założyłem jej czapkę na głowę, zanim zdążyłem się zastanowić, czy to dobry pomysł. Nie był, był świetny.
- Pasuje. - Stwierdziłem z zadowoleniem. Poruszyła głową, rogi dygnęły, a ja parsknąłem. Śnieg osiadał jej na włosach, na tej czapce, przez moment gapiłem się na nią bezwstydnie - tak jak ona wtedy, w wieży, byliśmy kwita, racja - mrużąc oczy, próbując złapać ostrość, która nie chciała ze mną współpracować. Była blisko, zdecydowanie bliżej, niż planowałem, jakoś wcale mi to nie przeszkadzało. - Absolutnie. Jesteś… - Machnąłem ręką, szukając słowa. - Świąteczna.
Wyglądała… Cholernie dobrze, głupio i fajnie naraz, dokładnie tak, jak powinno się wyglądać w środku nocy po Yule, na wieży astronomicznej, z gwiazdami nad głową i procentami we krwi. Zanim zdążyłem to przemyśleć, przyciągnąłem ją do siebie, obejmując ją ramieniem, bardziej żeby nas „ustabilizować”, jak to sobie natychmiast nazwałem w głowie, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Przestała się bujać, a ja poczułem ten znajomy ciężar jej ciała oparty o moje, jakby to nigdy nie przestało być normalne, jakbyśmy robili to od zawsze. A potem spojrzała mi z bliska w oczy.
„…pomyśl życzenie Wish, bo właśnie spadła gwiazda.”
Rozejrzałem się posłusznie, jak idiota, który właśnie dostał bardzo ważne zadanie. Zmrużyłem oczy, jakby to miało zwiększyć moje szanse na namierzenie jednego konkretnego punktu w tym całym, cholernie bogatym asortymencie nieba. Naprawdę próbowałem - zadarłem głowę tak gwałtownie, że świat lekko mi się obrócił, ba, cały był przesunięty w bok, jak gdyby ktoś źle wyregulował teleskop, wszystkie gwiazdy rozmazały mi się w jasne smugi, a padający śnieg wpadł za mój kołnierz.
- Gdzie… - Zacząłem, po czym zgubiłem resztę zdania, bo mój wzrok wrócił do niej. Rogi czapki poruszyły się, kiedy przechyliła głowę, a ja poczułem, jak coś we mnie pękło, cicho, bez ostrzeżenia, bez planu. - Aha. - Mruknąłem bez sensu. - Widzę. - Powiedziałem głupio, zupełnie tracąc wątek. Nie widziałem żadnej gwiazdy, widziałem tylko ją.
Miałem ją przy sobie - za blisko, żeby udawać, że to przypadek - trzymałem ją jedną ręką przy sobie, bo inaczej by się bujała, a tak… Tak była stabilna, ciepła, prawdziwa. Stała tuż przede mną, bliżej niż wcześniej, w mojej czapce, z tymi rogami przekrzywionymi trochę w bok. Miała czerwone policzki od zimna i alkoholu, na brązowych puklach osiadł śnieg, jakby ktoś specjalnie ją nim obsypał, a na jej rzęsach zbierały się drobne kropelki. Wyglądała… Jak coś, czego nie powinno się ruszać, bo jest za dobre, żeby było prawdziwe. Wyglądała jak coś, co nie powinno istnieć poza bardzo dobrym snem. Pomyślałem, że to jest… Że to jest nieuczciwe, żeby ktoś tak wyglądał, kiedy człowiek jest tak bardzo niezdolny do logicznego myślenia.
- Życzenie… Tak. - Powtórzyłem wolno, jakby to było bardzo skomplikowane słowo. - Jasne. Życzenie.
Życzenie, tak, gwiazda, Yule - to wszystko było bardzo ważne - miałem życzenie, miałem je dokładnie w tej samej chwili, w której przestałem myśleć. Było tak oczywiste, że aż śmieszne, tylko że nie zdążyłem go nawet porządnie wypowiedzieć, bo zanim mózg zdołał mnie dogonić, pochyliłem się do przodu.
Nie było żadnego wielkiego planu, żadnego „teraz nie wypada” żadnego liczenia sekund. Po prostu… Nachyliłem się i pocałowałem ją. Najpierw powoli, trochę niepewnie, jakbym sprawdzał, czy to w ogóle ma sens, czy to się wydarza naprawdę, bo mimo całej tej brawury ręce miałem nagle zbyt ciężkie, a oddech za krótki. Pocałunek był nierówny, trochę niezdarny, ale cholernie prawdziwy. Świat nie eksplodował, więc poszedłem dalej. Śnieg skrzypnął pod butami, a potem przestał mieć znaczenie, pogłębiłem ten pocałunek, zupełnie zapominając, że stoję na śliskim tarasie w idiotycznej czapce. Pociągnąłem ją bliżej, aż praktycznie stanęła na moich butach, objąłem ją ramionami, mocno, pewnie, jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, jak gdyby zawsze tak było. W tej jednej sekundzie zupełnego zaskoczenia pocałowałem ją zachłanniej, z tym pijackim przekonaniem, że to dokładnie to, co powinno się wydarzyć, nawet jeśli kompletnie nie było w planach.
- Mm… - Mruknąłem głupio, kompletnie bez sensu, bo język mi się plątał, a myśli nie nadążały. Zimne powietrze, jej ciepłe usta, śnieg topniejący gdzieś na policzku - zrobiło mi się strasznie jasno w głowie i jednocześnie zupełnie pusto.
Oplotłem ją ramionami, całując już zupełnie bez planu, bez strategii, bez jakiejkolwiek gry, tylko śnieg, jej usta i to głupie, dudniące uczucie w klatce piersiowej. Oderwałem się dopiero wtedy, gdy zabrakło mi powietrza, serce waliło mi jak po sprincie po boisku. Śnieg dalej padał, gwiazdy świeciły jak szalone, a ja, schlany po same uszy, trzymałem ją w ramionach, kompletnie nieprzygotowany na to, że życzenia czasem spełniają się bez pytania, bo instynkt wyprzedza myśli.
- Ja… - Zacząłem, kompletnie niegotowy na to, że ten moment tak szybko się skończy i trzeba będzie coś powiedzieć. - To… To jest przez… To jest… Tradycja. - Machnąłem ręką gdzieś nad nami, w absolutnie pustą przestrzeń. - Nie ma tu jemioły. - Zawiesiłem głos, mrugnąłem kilka razy. - Ale to jest technicznie… Bardzo jemiołowy moment. A… To jest… To ważne, żeby to zrobić… W… No, wiesz, w święta. - Zamilkłem, bo nawet pijany wiedziałem, że to brzmi jak najgorsza wymówka w historii Hogwartu. Przełknąłem ślinę, spojrzałem na nią, na te rogi, na jej oczy, i zamiast brnąć dalej w idiotyzmy, doszedłem do jedynego logicznego wniosku dostępnego w tym stanie. - Nieważne. - Zamiast mówić dalej, pochyliłem się znowu i znów ją pocałowałem, tym razem szybciej, bardziej zdecydowanie, mniej ostrożnie, za to bardziej chaotycznie, jakby to miało zamknąć temat, którego nie umiałem wytłumaczyć. Chybiłem trochę, trafiłem bardziej w kącik ust, zachwiałem się przy tym, próbując jednocześnie ją przytrzymać i utrzymać równowagę, co było z góry skazane na porażkę. Było w tym coś dziecinnego, coś niezdarnego, zupełnie nieprzemyślanego, ale też ciepłego i prawdziwego.
- Czekaj, ja mam… Mam to… - Wymamrotałem jej w usta, między jednym a drugim pocałunkiem, kompletnie nie wiedząc, co „to” właściwie oznaczało. Na pewno nie była „to” koordynacja ruchowa, o tak, tej nie miałem, zupełnie plącząc sobie nogi. Zachwiałem się, śnieg przesunął mi się pod butami i nagle cały majestat tej chwili przestał być majestatyczny. - O, nie, nie, nie—


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
19.12.2025, 21:38  ✶  

- Wiesz, zawsze może być ten pierwszy raz, a wolałabym, żeby jednak go nie było. - Statystyka statystyką... tak właściwie niby dlaczego prowadził statystyki momentów, kiedy uniknął śmierci, pijana Prue widziała to jako coś bardzo złego, zmartwiło ją to, jak często mu się coś podobnego przytrafiało? Gdyby była przy nim na co dzień, to na pewno to ryzyko by zmalało, musiała to przemyśleć, jutro, gdy będzie myśleć jasno, nie mogła o tym zapomnieć. Skupiła się więc na tej myśli Pamiętaj, pamiętaj, pamiętaj, jakby najbardziej oczywistą rzeczą było to, że jutro też to tak będzie wyglądało, że jutro nic się nie zmieni, że nie był to tylko chwilowy moment, gdy wrócili do tego co dobre.

Ku jej zaskoczeniu posłuchał się. Odsunął się od krawędzi, nie udawał, że nie słyszy, to był dobry znak, nie straci go tej nocy, ulżyło jej, bardzo jej ulżyło, aż odetchnęła z ulgą. Nie chciałaby go stracić w taki głupi sposób, a to był naprawdę głupi sposób, spaść z tarasu na wieży astronomicznej, bo wypiło się brandy profesora, nie mógł istnieć głupszy.

- Powinni coś z tym zrobić, nie można tak, tak straszyć niewinnych ludzi, to nie przystoi. - Prue była zdecydowanie oburzona tym dźwiękiem, który się rozległ, nie przygotowała się na to, zaskoczył ją. - Jak nie śpisz od zawsze? Jak to możliwe? Kiedyś spałeś, pamiętam, że spałeś, coś się stało? - Przejęła się tym chyba za bardzo, najwyraźniej w stanie mocnego upojenia łatwo przychodziło jej panikowanie, szczególnie, gdy chodziło o jej bliskich, a on był jej bliski, kiedyś był, teraz nie, znaczy teraz teraz tak, mogła się przejmować, musiała się przejmować, prawda? To było całkiem oczywiste, najbardziej oczywiste na świecie, kto jeśli nie ona. W duchu przeklęła te wszystkie lata kiedy trzymali się z dala od siebie, dowiadywała się coraz to gorszych ciekawostek, co zupełnie się jej nie podobało, gdyby była obok, to by spał, nie próbowałby nie zginąć, to znaczy, nie musiałby walczyć o życie, czy coś, kto wie, co jeszcze u niego się zmieniło.

Zaczął opowiadać o tych prezentach, zupełnie niepotrzebnie, nagle go olśniło, no trudno, ona też nie miała dla niego prezentu, bo nie wiedziała, że powinna mieć, a zawsze wiedziała wszystko, no trudno, tak bywa, no bywa czasem, że zdarza się coś nieplanowanego i jest trochę głupio, ale to nic takiego, nic wielkiego, no nie musiał tak się tym przejmować, przeżywać, no więc postanowiła go uciszyć, przynajmniej spróbowała i zdarzył się cud, przymknął się, posłuchał, święta miały jednak magiczną moc. Uśmiechnęła się sama do siebie, zadowolona, sukces, kolejny sukces tej zimowej nocy, niesamowite, wszystko było niesamowite, oni byli niesamowici, otoczenie było niesamowite, to słowo nie chciało się od niej odsunąć, ciągle mieliła je w głowie niesamowite, aż w końcu padło i w głos. - Niesamowite - Nie powiedziała jednak kto, czy co, po prostu musiała je z siebie wyrzucić, jakby nie mogła tylko trzymać go w sobie.

Wzruszyła ramionami i potknęła się przy tym odrobinę, dość szybko jednak złapała równowagę, to nieco podważyło jej rozsądek, ale zrobiła dobrą minę do złej gry. - Ty jesteś super szybki, ja jestem super rozsądna, każdy ma swoje super moce, to jest bardzo, bardzo fair. - Każdy miał jakieś ukryte umiejętności, czyż nie? Prosta sprawa, ich nieco się od siebie różniły, ale wiedzieli o ich istnieniu, co też było w porządku, zdawali sobie sprawę z tego, czego mogli się po sobie spodziewać, nigdy nie ukrywali przed sobą swoich zdolności.

- Mam na Tobie latać? Ty jesteś ścigającym? Jesteś, czy nie? Jesteś? - Nie był to moment, w którym potrafiła rozróżnić poszczególne funkcje w drużynie quidditcha, musiał jej to wybaczyć, to nigdy nie był jej konik, a teraz, teraz było tylko gorzej, wychodziła na jaw jej ignorancja, musiała nadrobić braki, wziąć nieco lekcji, trochę zainteresować się tematem, bo zdecydowanie wypadła z obiegu.

Jakby się uprzeć to zdecydowanie wolała latać na nim, nie na miotle, ale chyba wolała tego nie mówić na głos, bo to było dziwne, jak mogłaby na nim latać, Merlinie umysł płatał jej ogromne figle w tej chwili.

- No nie wiem gdzie, gdzieś indziej? Ale jednak jesteś tu, więc dobrze, naprawdę dobrze, że nie tam. - Gdzie konkretnie? Nie miała pojęcia, po prostu cieszyła się, że byli tu razem, tej nocy, wyjątkowej nocy i że wszystko było inaczej, nie do końca inaczej, trochę jak dawniej, a jednak inaczej, no było fajnie.

Później założył jej czapkę na głowę, zareagowała od razu, zaczęła nią kręcić, żeby sprawdzić jak funkcjonowały te rogi, w które wcześniej się tak wpatrywała niczym zaczarowana, ciekawa jak działają i czy w ogóle jakoś działały, czy po prostu żyły własnym życiem, jak ten wieczór. - Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz? Nie ma tu lustra, może wyglądam głupio, bardzo głupio, a tak mówisz, że pasuje? - On zdecydowanie nie wyglądał w tej czapce głupio, znaczy trochę, ale jak na niego patrzyła nie skupiała się na tej głupocie, tylko na tym, że dobrze na nim leżała, może też tak to widział? Oby tak to widział, nie chciała, żeby uznał ją za głupio wyglądającą, nie wiedzieć czemu, zależało jej na tym, żeby widział ją dobrze.

- Dobra, niech Ci będzie, świąteczna nie brzmi źle. - Musiała mu uwierzyć, bo nie miała w czym się obejrzeć, chociaż ważne było to, że czapka dała jej nieco ciepła, osłoniła uszy przed wiatrem, jak głupie by to nie było - to działało.

Przyciągnął ją do siebie, nie miała nic przeciwko temu, bo przyniosło to stabilność, której przed chwilą jej brakowało, całkiem dobrze było odzyskać równowagę i przestać się bujać, no i znaleźć się blisko, tak blisko, że mogła dostrzec śnieżynki, które lądowały na jego ramionach, drobniutkie, urocze śnieżynki.

Uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy, i wspomniała o tej gwieździe, bo chciała, żeby pomyślał życzenie, ona pomyślała, w sumie nie wiedziała, czy gwiazda spadła, ale miała życzenie, jedno, jedyne życzenie, i chciała, żeby się spełniło, nigdy nie prosiła gwiazd o spełnienie życzeń, czy to mogło pomóc? To była jej pierwsza taka prośba, powinna zadziałać, prawda? Nie korzystała z tej mocy sprawczej zbyt często.

Rozejrzał się, zamiast pomyśleć życzenie, to zaczął jej szukać, niedobrze, przecież to była sekunda, a co jeśli ona zniknie? Jeśli już była, ulżyło jej, kiedy ją znalazł, musiał znaleźć, skoro jej o niej powiedział. Uff, być może i jego marzenie się spełni, wspaniale, chciała, żeby spełniali swoje marzenia, bo czemu by nie, bo przecież o to chodziło w życiu.

- Wspaniale, że widzisz, cudownie, że widzisz! - Odparła z wcale nieudawanym entuzjazmem, może faktycznie gdzieś na tym niebie była jakaś spadająca gwiazda.

- Tylko szybko, żeby nie było zbyt późno. - Natychmiast najlepiej, musiał je pomyśleć, aby się spełniło, to było bardzo proste, bardzo jasne.

Nachylił się wtedy do przodu, a ona wpatrywała się w niego bardzo intensywnie, nie do końca wiedziała do czego zmierza, - och.. - wymsknęło jej się z ust, gdy ją pocałował. No, tego się nie spodziewała, zupełnie, ale się stało i było miłe i przyjemne i może nieco niezdarne, ale nie odepchnęła go, odwzajemniła ten pocałunek, jakby nie było w ogóle innej możliwości. Chciała tego, chciała poznać smak jego ust, już dawno o tym myślała, chociaż wtedy nie powinna, teraz mogła, bo na moment zawiesili topór wojenny, to było niesamowite.

Oparła na jego klatce piersiowej swoje dłonie, dzięki czemu łatwiej było jej utrzymać równowagę, co w tej chwili było naprawdę istotne, bo po pierwsze była podchmielona, a po drugie, nogi jej miękły kiedy się całowali. Dużo emocji, dużo wrażeń, dużo wszystkiego, i bardzo jej się to podobało. Przyciągnął ją jeszcze bliżej, chyba stanęła na jego butach, albo prawie stanęła, znajdowała się tak blisko, że bliżej się nie dało, tak samo jak ich usta, które rozpoczęły właśnie wspólny taniec, którego nie chciała przerywać.

- Yhy.. - Odparła równie elokwentnie co on, brakowało jej słów, wyjątkowo, bo zawsze miała coś do powiedzenia, to  było jednak trochę za dużo, jak na nią, ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. Śnieg padał, miała na głowie głupią czapkę z rogami renifera, a on ją pocałował. Jej serce biło tak szybko, że byłoby w stanie chyba wyskoczyć z klatki piersiowej, niesamowite, znowu miała ochotę sięgnąć po to słowo, ten wieczór był naprawdę niesamowity.

Nie musieli nic mówić, to nie było w tej chwili potrzebne, czasem gesty wyrażały wszystko, a ten kolejny pocałunek, cóż, spowodował, że już zupełnie zaczynała się w tym wszystkim gubić, wiedziała tylko tyle, że sprawiało jej to przyjemność, że nie mogło się jej dzisiaj przytrafić nic piękniejszego. Faktycznie musiała wysłuchać jej jakaś gwiazda, a była pewna, że one nie spełniają życzeń, będzie musiała je przeprosić za swój brak wiary.

- Tak, to bardzo ważne, żeby tak zrobić w święta, trzeba dzień święty święcić, czy coś. - Paliły ją policzki, było to na pewno dobrym wytłumaczeniem na to, że postanowili się pocałować. Chociaż gdyby zapytał, to w tym stanie pewnie nie miałaby problemu, aby przyznać mu się do tego, że to z nim chciałaby się znaleźć pod jemiołą, z nikim innym, mimo tego wszystkiego, co ostatnio sobie robili, nie było bardziej właściwej osoby, nikt nie budził w niej tych wszystkich, dziwnych emocji, których nie umiała nazwać. Tylko on. To chyba nie miało się zmienić, nigdy, w tej chwili miała co do tego okropną pewność.

Znowu się nad nią nachylił, tym razem wspięła się na palcach, aby ułatwić mu dostęp do swoich ust, chciała więcej, chciała kolejnych pocałunków, najlepiej, aby ten moment nigdy się nie kończył, by trwał wiecznie, to było cholernie miłym uczuciem, mieć go tak blisko siebie, czuć pod opuszkami palców jego ciepłe ciało, mieć go znowu dla siebie, chociaż na chwilę, i bardziej niż dawniej.

Później się odezwał, nie wiedziała, co ma, ale to chyba dobrze, że to miał? Czymkolwiek by nie było, nie, żeby im czegoś brakowało... a jednak, nie zdążyła zareagować, usłyszała to jego O, nie, nie, nie. Wiedziała, że to nie wróży niczego dobrego, wymknął się jej spod palców, właściwie to gdy tylko tak się stało straciła równowagę i runęła razem z nim, na bardzo zimną posadzkę, która była pokryta śniegiem. Roześmiała się w głos, kiedy wylądowała na ziemi, w sumie to nie wylądowała na ziemi, tylko na nim, miała nadzieję, że go to nie zabolało, oby tak było, tak czy siak - nie mogła przestać się śmiać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
20.12.2025, 21:21  ✶  
Alkohol zrobił wyłom w murze, który budowałem latami, zamiast go łatać, tylko wzruszyłem ramionami. Granice tej nocy były płynne, rozmyte jak moje spojrzenie, chociaż w dalszym ciągu miałem mgliste wrażenie, że jej troska była lepka, niebezpieczna. Pamiętałem ją aż za dobrze, dlatego spróbowałem się migać.
- Nic się nie stało. - Skłamałem automatycznie, bo do tego byłem trenowany. - Po prostu… Przestałem tracić czas. Sen jest luksusem, a ja nigdy nie byłem rozrzutny. - To nie była cała prawda, ale procenty sprawiały, że półprawdy wychodziły mi zaskakująco gładko. Odwróciłem głowę, spojrzałem na nią w końcu, na jej zmarszczone brwi, to znajome napięcie w oczach, kiedyś je wygładzałem żartem, głupim komentarzem, byle tylko przestała się martwić. Chciałem, żeby uwierzyła, bo jej wiara była ciepła i prosta, jak kiedyś, i nie pytała o rachunki za bezsenność.
- Nie panikuj. - Mruknąłem ciszej, tonem, który pamiętał inne czasy, zanim staliśmy się rywalami, zanim świat postanowił nas ustawić po przeciwnych stronach planszy. - Jeszcze żyję. Jak widać. - Zatrzymałem słowa w gardle, zanim mogły się potknąć o resztę zdania, jakie cisnęło mi się na usta, wolałem, żeby zapamiętała mnie stojącego tutaj, pijanego i żywego, z gwiazdami nad głową, a nie z nocami, które nie chciały się kończyć.
Zrobiłem pół kroku w tył, jakby to miało coś zmienić, po czym znów wróciłem na to samo miejsce, bo przecież nie było powodu, żeby stać dalej, śnieg skrzypnął pod moimi butami. Zawiesiłem na niej spojrzenie na sekundę za długo, po czym odchrząknąłem. Zorientowałem się za późno, że mówię za dużo, plączę się w szczegółach, których nikt ode mnie nie chciał, a ona wtedy, jak na zawołanie, zrobiła to - uciszyła mnie, jak dawniej, jakby świat znowu miał instrukcję obsługi.
Zamknąłem usta posłusznie, aż sam się temu zdziwiłem, święta faktycznie miały dziwną władzę nad rzeczami, które normalnie mi się nie przydarzały. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek.
- Niesamowite. - Powtórzyłem cicho, bardziej w mroźną noc niż do niej, bo to słowo zawisło między nami, jak ciepła para z ust w grudniowym chłodzie. Zawiesiłem głos, pozwalając mu zniknąć w zimnym powietrzu, razem z dźwiękami zamku i tym jednym słowem, które nadal pulsowało mi w skroniach. „Niesamowite”. Nie pytałem, czy chodziło o noc, o nią, czy o to, że wciąż staliśmy tu obok siebie, jakby przerwa nigdy nie miała miejsca. Stałem przed nią zbyt blisko, zdecydowanie w jej przestrzeni, ale w mojej głowie to wciąż mieściło się w kategorii „normalne”, bo tej nocy wszystko takie było. „Niesamowite” i „normalne” zarazem, jakby nakładające się na siebie, „wyjątkowe”.
Gdy się zachwiała, odruchowo przesunąłem dłoń bliżej, alkohol sprawiał, że granice wyglądały jak kredowe linie na kamieniu, niby wciąż wiedziałem, gdzie są, ale nie wydawały mi się już takie sztywne.
- Super szybki, super rozsądna. - Odburknąłem z krzywym uśmiechem. - Brzmi jak fatalnie dobrany duet z taniego komiksu. - Spojrzałem na nią bokiem, z tym półironicznym błyskiem w oczach, który zawsze był moją tarczą. Zaśmiałem się, krótko i ochryple, pijanym śmiechem - takim, który wyrywa się zanim rozum zdąży sprawdzić konsekwencje - pod spodem było coś miększego, ale nie zamierzałem tego nazywać.
Zaraz potem znowu parsknąłem, zaskakująco głośno jak na siebie, a śmiech odbił się od kamieni wieży i poleciał w noc, pijany i beztroski. Yule rozplątywało mi język szybciej niż pojawiał się rozsądek, a jej słowa wpadły mi do głowy i zrobiły tam mały chaos, zbyt obrazowy jak na tę godzinę. Uniosłem brew, przekrzywiając się lekko w jej stronę, chwytając balustradę mocniej, bo świat znowu próbował zrobić obrót bez mojej zgody.
- Jestem - powiedziałem z naciskiem, kiwając głową z przesadną dumą - ścigającym. Od zawsze. To ta wersja mnie, w której nie spadam… Zbyt często. - Pokiwałem głową, potwierdzając samemu sobie, że to się zgadza, że to nadal ja, nawet jeśli reszta rzeczy była dziś podejrzanie miękka na krawędziach. Spojrzałem na nią z boku, mrużąc oczy, jakbym próbował złożyć w całość jej słowa, ton i to wszystko, czego nie powiedziała, a co i tak wisiało w powietrzu. Gwiazdy nad nami przekrzywiły się jeszcze bardziej, albo to ja się przekrzywiłem, jedno z dwojga. Odepchnąłem się lekko od balustrady i zrobiłem pół kroku w jej stronę, zdecydowanie bliżej, niż wymagała rozmowa o quidditchu.
- Latać na mnie… - Powtórzyłem wolno, krzywiąc usta w uśmiechu, który nie powinien się pojawić, ale już był. - Widzisz, technicznie rzecz biorąc, to nie jest to, co miałem na myśli, kiedy składałem obietnicę. - Uniósłem dłoń, jakbym chciał ją uspokoić, albo zatrzymać świat w miejscu, i zaraz potem opuściłem ją obok jej palców. Blisko, za blisko, idealnie. - Ale obiecałem. - Dodałem, tym pijanym tonem, w którym prawda i żart miały ten sam smak. - Ja dotrzymuję takich obietnic. Zawsze. - Uniósłem brew, jakbym właśnie zaproponował coś zupełnie niewinnego, a nie pozwalał nam wejść na bardzo śliski grunt. - Jak tylko zechcesz. - Mruknąłem. - Potrenujemy razem. Nauczę cię latać. Powoli. Bezpiecznie. A jeśli będziesz się bała… - Wzruszyłem ramionami. - To cóż, wtedy możesz się trzymać mnie, nie miotły. - Spojrzałem na nią spod rzęs, z tym błyskiem, którego nie potrafiłem już kontrolować. Leciałem na nią, to było aż żałośnie oczywiste, więc nie udawałem, że chodzi tylko o miotły i regulamin. Zatrzymałem się w pół kroku od powiedzenia czegoś głupszego, niż już powiedziałem, pozwalając zimnemu powietrzu ugasić resztki odwagi. Stałem jednak dalej obok niej, pijany, rozbawiony i niebezpiecznie świadomy, że w tej chwili wolałem, żeby myliła miotłę z wszystkim innym.
- „Gdzieś indziej” to bardzo pojemne miejsce. - Mruknąłem, zanim zdążyłem się powstrzymać, a potem uśmiech sam mi się przykleił do twarzy. Pokręciłem głową powoli, jakby to, że byłem tu, a nie gdzieś indziej, naprawdę było decyzją świadomą, a nie cudem logistycznym połączonym z alkoholem i uporem.  - I zwykle niezbyt przyjazne. Tu jest lepiej. Zdecydowanie. Tegoroczne Yule jest najlepsze ze wszystkich. - Powiedziałem od razu, bez tej zwyczajowej zwłoki, bez kombinowania, alkohol robił ze mnie fatalnego stratega, ale świetnego świadka chwili.
Założyłem jej czapkę bez ceremonii, bo pijana odwaga była praktyczna. Patrzyłem, jak kręci głową, jak te rogi żyją własnym życiem, i parsknąłem śmiechem, krótkim, ciepłym, zupełnie nie arystokratycznym. Wyglądała… Właściwie. Inaczej, dobrze, nie tym szkolnym „dobrze”, tylko tym, które trafiało w brzuch i zostawało tam na dłużej. Jak element tej nocy, który powinien tu być od początku.
- Nie kłamię. - Powiedziałem od razu, zbyt szybko. - Gdybym kłamał, to bym się bardziej starał. - Dodałem z uporem, ale też ze szczerością, która zawsze wychodziła mi najłatwiej po alkoholu. Przechyliłem głowę, mrużąc oczy, jakbym naprawdę ją oceniał z fachową powagą, chociaż w środku wszystko miałem już dawno rozbrojone.
- Nawet jeśli trochę… - Zawiesiłem głos, po czym uśmiechnąłem się szerzej. - To tylko dodaje uroku. Tobie wolno. - Zapewniłem, więc kiedy zgodziła się bez dalszej walki, poczułem tę drobną, idiotyczną satysfakcję, jakby wygrał ktoś zupełnie inny, młodszy, głupszy ja. Wiatr był ostry, więc bez zastanowienia przyciągnąłem ją do siebie - stabilność była dobrym pretekstem, bliskość jeszcze lepszym.
Uniosłem wzrok odruchowo, bardziej dlatego, że ona go uniosła, niż dlatego, że naprawdę wierzyłem w spadające gwiazdy. Noc była rozmazana, niebo pływało jak atrament wlany do wody, a mimo to przez chwilę naprawdę próbowałem coś zobaczyć, jakbym mógł przeoczyć jedną sekundę i stracić coś ważnego. A potem pochyliłem się w jej stronę, bardziej instynktownie niż świadomie, a świat skurczył się do jej twarzy, do oczu, które patrzyły na mnie tak, jak kiedyś, zanim wszystko się skomplikowało.
Nie pomyślałem życzenia w głowie, nigdy nie byłem dobry w myśleniu na zawołanie, zamiast tego nachyliłem się jeszcze odrobinę, czując zapach zimy, alkoholu i czegoś znajomego, czego nie umiałem nazwać bez ryzyka. Moje czoło prawie dotknęło jej czoła, oddech splótł się z jej oddechem, a w tej jednej, rozciągniętej sekundzie wiedziałem dokładnie, czego chcę.
Jeśli gwiazdy naprawdę słuchały, właśnie dostały swoje życzenie.
Te błyszczące, rozgwieżdżone oczy były blisko, zbyt blisko, a potem już nie było żadnego „potem”, tylko jej usta i to krótkie, zaskoczone westchnienie, które poczułem bardziej, niż usłyszałem. Najpierw było trochę krzywo, trochę za blisko, trochę za szybko, zderzenie nosa z nosem, jej ciche „och”, moje nierówne westchnienie, potem nasze usta znalazły się dokładnie tam, gdzie powinny, i nagle zniknęła cała ta niezręczność. Nie było w tym żadnej strategii, planu, żadnego „zaraz się wycofam”, był tylko ten moment, kiedy jej usta znalazły się pod moimi i wszystko nagle kliknęło, jakby od dawna czekało na ten dokładny kąt, odległość, dokładnie ten błąd w ocenie równowagi. Przestałem się spieszyć, a ona przestała się wahać, i nagle było głębiej, pewniej, tak, jakbyśmy robili to od zawsze, tylko świat potrzebował kilku lat, żeby się ogarnąć. Przyciągnąłem ją bliżej, odruchowo, dłonie same znalazły jej plecy, a ja przestałem udawać, że to przypadek. Chciałem tego. Bardzo. To było intensywne, ciepłe, namiętne w sposób, którego kompletnie się nie spodziewałem, a który w tej chwili wydawał się oczywisty. Chciałem tego, ona chciała tego, i to wystarczało. Oddychałem nierówno, trochę za szybko, śnieg topniał gdzieś na mojej twarzy, ale nawet tego nie rejestrowałem. Liczyło się tylko to, że całowałem ją naprawdę, nie jak żart, nie jak impuls, tylko jak coś, co czekało na swój moment i w końcu się doczekało, tym razem już bez wahania, jakbyśmy robili to od lat, a nie od kilku sekund. Czułem jak miękną mi kolana, co było absolutnie niedorzeczne, biorąc pod uwagę, że byłem Gryfonem, ścigającym i generalnie uważałem się za niezniszczalnego. Przyciągnąłem ją bliżej, instynktownie, bezmyślnie. Parsknąłem krótkim, śmiechem, kompletnie bez sensu, bo byłem pijany i szczęśliwy, i absolutnie nie w miejscu, w którym powinienem być. Oderwałem się na sekundę, bardziej z potrzeby oddechu niż czegokolwiek innego, przygryzłem własną wargę i spojrzałem na nią, kompletnie rozbrojony. To był najlepszy pocałunek, jaki kiedykolwiek miałem - nie dlatego, że był perfekcyjny, właśnie dlatego, że nie był. Śnieg padał, dzwony dawno ucichły, a ja miałem absurdalne wrażenie, że nic poza tym momentem nie istnieje.
- Okej… - Bąknąłem głupio, jakby to cokolwiek wyjaśniało, a potem… Znowu do niej wróciłem, bo czemu niby miałbym nie wrócić. Jemioła, brak jemioły, wszystko jedno - było święto, to było coś świątecznego, w dodatku z jedyną osobą, o której mógłbym pomyśleć, by tak po prostu to teraz zrobić. Zanim zdążyłem dokończyć tę katastrofę logiczną, znów zamknąłem jej usta swoimi, bo to było jedyne słuszne rozwiązanie. Znowu się pochyliłem, a ona wspięła się na palcach i wtedy już przestałem nawet udawać, że kontroluję sytuację. Czułem jej ciepło, śnieg pod stopami, gwiazdy gdzieś nad nami i jedną, bardzo wyraźną myśl, która nie miała żadnych słów - tak właśnie powinno być.
To był najlepszy pocałunek mojego życia, nie musiałem się zastanawiać, było tylko ciepło między nami i zimno wokół, kontrast, który kręcił w głowie mocniej niż alkohol. Całowałem ją zachłannie, ale nie brutalnie, raczej tak, jakby ten moment miał się zaraz skończyć i trzeba było z niego wycisnąć wszystko, ślizgałem się, traciłem równowagę, ale nie puszczałem jej ani na chwilę. Zaśmiałem się cicho przy jej ustach, bardziej oddechem niż dźwiękiem, potem było tylko to moje genialne wyczucie równowagi, które zawiodło dokładnie wtedy, kiedy nie powinno. Zachwiałem się, mruknąłem swoje ostrzegawcze „nie, nie, nie”, a chwilę później leżałem już na plecach w śniegu, z nią na sobie, patrząc na nią z dołu, z zupełnie nowej perspektywy.
Wylądowałem na plecach, z głuchym „uff”, ona na mnie, prosto na mój bok, dokładnie tam, gdzie był siniak, zabolało, zignorowałem to kompletnie. Śmiałem się jak głupi, głośno, bez wstydu, patrząc na nią z tej absurdalnej perspektywy, z czapką z rogami przekrzywioną i gwiazdami nad jej głową.
- No patrz. - Wydyszałem cicho, między rżeniem, ledwie słyszalnie. - Idealnie wylądowałaś. - Przygryzłem dolną wargę, próbując przestać się śmiać, i posłałem jej spojrzenie, które mówiło znacznie więcej, niż bym był w stanie wybełkotać, nie próbując nawet tego ukryć. Zimno uderzało mnie w plecy, śnieg wsypywał się za kołnierz, a ja tylko leżałem, trzymając ją instynktownie, żeby się nie stoczyła.
- To… To było zaplanowane. - Bąknąłem, zupełnie niewiarygodnie, a potem znowu parsknąłem śmiechem, nie mogąc przestać. Śmiałem się dalej, bez opamiętania, aż wreszcie musiałem wciągnąć łyk zimnego powietrza, w tym samym momencie zrobiłem jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy - zanurzyłem wolną dłoń w śniegu, zebrałem jego garść i z triumfalnym „ha!” rzuciłem prosto w jej czapkę z rogami. Puch rozprysł się wszędzie, jakbyśmy byli znowu dzieciakami na błoniach, tylko starszymi i znacznie głupszymi. Śnieg wylądował wokół nas, a ja spróbowałem dołożyć jeszcze trochę na jej włosy, kompletnie nie trafiając tam, gdzie planowałem, koordynacja była pojęciem czysto teoretycznym, nabierałem śnieg na oślep, część trafiła w nic, część w moje własne rękawy.
- Nie tylko ja. - Wymamrotałem, kompletnie bez ładu i składu, pijany, szczęśliwy jak nigdy. - Ma być fair. - Złapałem Prue mocniej, by bez ostrzeżenia zarzucić na nią jedną nogę - udem przygniotłem jej biodro, zupełnie niezdarnie, żeby mi nie uciekła, śmiejąc się przy tym jak kretyn, przytrzymując ją w kompletnie nieporadny sposób, który w mojej głowie był szczytem taktycznej przewagi, a w rzeczywistości był po prostu plątaniną długich i krótkich kończyn - zupełnie bez finezji, bardziej z entuzjazmem niż z koordynacją.
Leżeliśmy tak, w śmiechu, w zimnie, w tym jednym momencie, który był wszystkim, nie myślałem o wrogach ani o przyjaźniach, wiedziałem tylko, że wrogowie się tak nie zachowują, ale przecież ja nie chciałem wrogości - chciałem tej nocy, chciałem jej śmiechu nade mną i tego, żeby to trwało, choćby tylko do momentu, kiedy śnieg przestanie padać.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
20.12.2025, 23:54  ✶  

Prue nie należała do osób, które jakoś specjalnie okazywały swoją troskę, czy zmartwienie, tylko ci na którym faktycznie jej zależało mieli szansę zobaczyć z czym się to je. Wish był jedną z takich osób, kiedyś byli bardzo blisko, wtedy nie miała problemu z tym, aby pokazać mu z czym się to łączy. Nie obawiała się jego reakcji, przychodziło jej to całkiem naturalnie, ta troska, zainteresowanie i teraz również nieco ją to zaniepokoiło.

- Sen to podstawowa potrzeba, a nie luksus. - Miała co do tego zupełnie inne zdanie niż on i wcale, ale to wcale się z tym nie kryła. Martwiło ją to, że nie sypiał, naprawdę, bo przecież to było bardzo ważne. Szczególnie, że przecież potrzebował być w wyjątkowo dobrej formie fizycznie, a to łączyło się ze snem, to było bardzo proste, dlaczego tego nie widział?

- Jak mam nie panikować? Skoro mówisz mi, że nie  śpisz? Niby jak? - Łatwo było mu mówić, naprawdę łatwo, tymczasem Prue zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę postąpiła odpowiednio, że pozwoliła mu sobie radzić samemu, zwłaszcza, że w jej oczach to co mówił było potwierdzeniem tego, że sam nie radził sobie zupełnie. - Jeszcze, naprawdę wolałabym nie sprawdzić do kiedy będziesz żył z takimi przyzwyczajeniami. - Oczywiście, że życzyła mu aby żył, jak najdłużej tyle, że trochę jak najdłużej nie pasowało do tych przyzwyczajeń i całościowo ją to ogromnie zmartwiło.

Nie musiała powtarzać, wystarczyło jej jedno słowo, a on przestał gadać, przestał skupiać się na tym, co nie było istotne, to było całkiem satysfakcjonujące, że nadal zdarzało mu się jej słuchać, do tego nie była przyzwyczajona, nie ostatnio, ale jednak zadziałało.

- Tak, niesamowite, tak. - Zgadzali się co do tego, tylko sama póki co nadal nie wiedziała do czego odnosi się to słowo, ale idealnie pasowało do sytuacji - to było najważniejsze, to co się między nimi działo było niesamowite, niesamowite było to, że potrafili ze sobą rozmawiać, niesamowity był ten wieczór, to mogło być jej nowe ulubione słowo - niesamowite.

Znajdowali się blisko siebie, ale to wydawało się jej właściwe, nie chciała stać dalej, chciała stać jak najbliżej, by móc dostrzec ten kącik jego ust, który unosił się niemalże niewidoczne, chciała być właśnie tutaj i móc się w niego wpatrywać.

- Czy ja wiem, czy tak fatalnie dobrany? Przecież przeciwieństwa się przyciągają, to może być idealnie dobrane dla czytelników. - Oczywiście, że i na ten temat miała swoje zdanie. Wiedziała jak to wygląda, czytający książki, szczególnie pewien, bardzo specyficzny rodzaj uwielbiali, kiedy w książkach znajdowały się osoby o zupełnie odmiennych charakterach, czy umiejętnościach.

Zaśmiał się znowu, jej wcale nie było tak do śmiechu, bo nie znała się zupełnie na quidditchu, chodziła na mecze tylko wtedy, gdy on grał, a do tego nadal nie rozróżniała od siebie danych pozycji, naprawdę była laikiem w tym temacie, a dla niego wydawało się to być bardzo ważne.

- Gubię się w tym. - Powiedziała cicho, trochę było jej za to głupio, ale tylko trochę, wiedziała, że nie może się znać na wszystkim, a ten sport już dawno przestał ją interesować, bo przestała bywać na jego meczach, miał wystarczającą ilość fanek.

- Wiesz, że ja i latanie, to nic dobrego, nigdy, nigdy nie powinnam próbować. - Głos jej nieco zadrżał, ale to było prawdziwe, niczego chyba nie bała się tak jak latania na miotle, to nie leżało w jej zakresie zainteresowań. - Nie sądzę, żebym zamiast miotły mogła wybrać Ciebie, ale jeśli kiedyś miałabym spróbować, to chciałabym, abyś Ty mi to pokazał. - To było całkiem szczere, wiedziała, że nikt nie zadbałby o nią tak bardzo jak on, bo zdawał sobie sprawę z jej lęku, nie mówiła o nim wszystkim, tylko nielicznym, w sumie tylko jemu, mało istotne.

Spoglądał na nią spod tych swoich długich, ciemnych rzęs i wiedziała, że mogłaby z nim tego spróbować, ale to nie oznaczało niczego dobrego, nie powinna myśleć w ten sposób, czemu miał w sobie tyle uroku, czemu patrzyła na niego w ten sposób? Przecież była asertywna, tak, jasne.

- Bardzo pojemne, ale chyba trafione, ktoś taki jak Ty... nigdy nie wiadomo, gdzie będzie. - Prosta sprawa, miał na pewno sporo obowiązków, sporo miejsc, które musiał odwiedzać. - Dla mnie też jest wyjątkowe, wiesz? - Nie mogła udawać, że tak nie było. To Yule... może nie było jej wymarzonym, ale z czasem zaczęło być jednym z takich, naprawdę nie spodziewała się tego, że tak spodoba się jej jego towarzystwo, bo ostatnio nie rozmawiali ze sobą w ten sposób, nie byli dla siebie tacy, to było wyjątkowe.

[a[ - Tak, to Yule jest bardzo wyjątkowe. - Bo spędziła je z nim, jakby nigdy nic złego się nie wydarzyło, jakby ich więź była całkiem normalna, jakby nikt nie mógł temu przeszkodzić.[/a]

- Och, jasne, mnie wolno. - Wolała nie skupiać się zbytnio nad tym, jak wyglądała w tej czapce, bo raczej była skłonna uwierzyć, że dojdą do konsensusu głupio i uroczo? Coś w ten deseń.

Później przeszli do tej części która dotyczyła życzeń, to znaczy gwiazd spadających i życzeń, niby nic wielkiego, ale jednak, ale jednak. Pocałowali się, ten pierwszy raz. Być może nieco niezdarnie, niepewnie, ale to zrobili, on się nachylił, ona uniosła głowę i ich języki zaczęły się ze sobą splatać, jakby nie było nic bardziej prostego, bo czemu miałoby być. Oparła się o niego nieco pewniej, był stabilny, dużo bardziej stabilny niż wszystko wokół i do tego ciepły, nie mogła marzyć o czymś bardziej przyjemnym. I odetchnęła cicho w jego usta, bo nie mogła inaczej.

Nie mogła się powstrzymać, to było całkiem proste, on ją pocałował, ona odwzajemniła pocałunek, prosta sprawa, której pragnęła, chociaż nie powinna.

Jeden pocałunek, później następny i chyba kolejny? Nie liczyła, to nie było istotne, ważne, że tak po prostu nagle postanowili sięgnąć właśnie po to, jakby to była najbardziej prosta z możliwych konfiguracji, chciała znaleźć się blisko i to robiła, całowała go, oddychała, jej dłonie opierały się na nim, bo wydawał się jej być najbardziej stabilną rzeczą w okolicy, do czasu, do momentu w którym nie runął na ziemię, a ona nie runęła na ziemię, co zakończyło się jej perlistym śmiechem. Naprawdę była w doskonałym humorze.

Nie myślała o pocałunkach - na pewno powinna, nigdy takich nie przeżyła, bardzo chciałaby to powtórzyć, ale sytuacja była wyjątkowa, czy w innej też tak by ją całował, czy to ich po prostu łączyło? Nie mogła stwierdzić, chciała wierzyć, że tak.

Nadal się śmiali, kiedy uderzyli ciałami o ziemię nie przestawali się śmiać, to było zwyczajne, a jednak nie. Nie umiała do końca się w tym odnaleźć. On poleciał pierwszy, a Prue potknęła się chwilę później i rozwaliła się na nim, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie, bo niby gdzie indziej miałaby wylądować?

- Oczywiście, że idealnie wylądowałam, jakże mogłoby być inaczej? - Przecież była taka idealna, całkiem oczywiste, że skoro się potknął, to potknęła się też i wylądowała na nim.

- Nie wierzę, że masz wszystko zaplanowane, mogę być pijana, ale w to nie wierzę. - To by było trochę zbyt wiele, bo przecież wiedziała, że ten upadek był przypadkowy, to, że do niego dołączyła też - nic z tego nie było zaplanowane, ale nie przestawała się śmiać, ta sytuacja była naprawdę abstrakcyjna.

Śnieg był wszędzie, znajdował się wokół nich, leżała na nim, na ziemi, ale jednak bardziej na nim, i poczuła, że jego noga jedna znalazła się na niej, to było miłe, bardzo miłe - to, że znajdował się tak blisko, tylko nadal nie do końca umiała się w tym odnaleźć. - Zawsze jest fair, na ile się da, Wish. - Wiedziała, że to nie było takie proste, jak mogło się wydawać, bo sporo ich łączyło, jeszcze więcej dzieliło, ale skoro już znajdowała się nad nim, to chyba mogła po to sięgnąć, mogła, na pewno.

Tym razem to ona - korzystając z okazji, że znajduje się na górze, postanowiła zniżyć się odrobinę, zbliżyć usta do jego i go pocałować - bo mogła, więc chciała.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
21.12.2025, 14:01  ✶  
Machnąłem ręką, niechlujnie, trochę za szeroko, po czym praktycznie od razu przewróciłem oczami z przesadą, jakbym właśnie usłyszał wstęp do wykładu, który znałem na pamięć, chociaż wcale nie chciałem go zaliczać. Alkohol sprawiał, że wszystko wydawało się prostsze, lżejsze, mniej śmiertelne, śnieg skrzypiał pod nami, zimno podchodziło pod kołnierz, a ona martwiła się tak intensywnie, że aż mnie to ogrzewało, niezręczne, nie na miejscu, a jednak prawdziwie. Słuchałem, zawsze jej słuchałem, nawet jeśli potem robiłem dokładnie odwrotnie. Ta obawa nie była głośna, była szczera, to było w niej najgorsze. Prue nie oskarżała mnie o nic, a ja wolałem, kiedy celowała we mnie, nie wokół mnie, nie w czynniki zewnętrzne, o których nie rozmawialiśmy, zdecydowanie łatwiej było mi to wtedy odeprzeć. Stałem więc cicho, z dłoniami wsuniętymi w kieszenie, czując, jak upojenie powoli ustępowało miejsca czemuś cięższemu, czego nie chciałem dopuścić do głosu - bardzo mocno pokręciłem głową, przez co trochę straciłem równowagę.
- Pruuuu—eyyyy… - Mruknąłem, przeciągając jej imię, jakbym mógł nim wygładzić jej panikę. Alkohol robił ze mnie dyplomatę bez planu. - Toniejesttakjakmyślisz. Każdy czasem… Nie śpi. Treningi, mecze, stres… - Wzruszyłem ramionami, zbyt lekko. - To nie znaczy, że… Że zaraz się rozpadnę… Czy… Czy coś. - Widziałem jednak, że to do niej nie trafiało, jej oczy były zbyt czujne, zbyt zaangażowane. Martwiła się. O mnie. To było gorsze niż bezsenność, bo tego nie umiałem unieść bez kombinowania. - Nie przejmuj się mną. - Dodałem ciszej, prawie prosząco. - Naprawdę. Żyję. Mam się dobrze. Jeszcze długo będę cię wkurzał. - Wyciągnąłem rękę i dotknąłem jej nadgarstka, lekko, jakby to miało nas zakotwiczyć w tej chwili. Czułem, że gdybym powiedział prawdę, rozsypałoby się coś delikatnego, coś, co dopiero co udało nam się poskładać z lodu, śmiechu i śniegu. - Dbam o siebie. - Skłamałem spokojnie. - Może nie idealnie, ale… Wystarczająco. - Nie powiedziałem, że noce bywają długie, nie powiedziałem, że cisza potrafi być głośniejsza niż trybuny. Patrzyłem tylko na nią i miałem nadzieję, że mi uwierzy, bo jej troska była ciepła, a ja nie chciałem, żeby ta noc zamieniła się w raport medyczny. Chciałem ją rozbroić, zanim zacznie rozkładać mnie na czynniki pierwsze. - Przestań się martwić. - Mruknąłem, lżej, niemal czule. - Jeszcze będziesz miała mnie dość. Obiecuję na… Na coś. Na coś obiecuję. - Nie powiedziałem, jak bardzo jej troska wbijała się we mnie jak klin, bo ważyła więcej niż moja szczerość, nie powiedziałem, że właśnie dlatego nie mogłem pozwolić jej zobaczyć prawdy. Stałem więc przed nią, pijany, żywy, uśmiechnięty, dokładnie taki, jakiego chciała zobaczyć tej nocy. - Gdyby było źle, wiedziałabyś. Mamy umowę, racja? - Powiedziałem, chociaż wiedziałem, że to nie do końca prawda. Uśmiechnąłem się do niej tym uśmiechem, który zawsze działał jak plaster, nawet jeśli rana była głębiej.
Zaśmiałem się pod nosem, cicho, bo jej pewność siebie miała w sobie coś, co zawsze trafiało mnie prosto w mostek - przeciwieństwa, czytelnicy, idealnie dobrane - brzmiało, jakby opisywała nas z bezpiecznej odległości, jak historię, którą da się zamknąć między okładkami i odłożyć na półkę, a ja wcale nie czułem się jak metafora.
- Czytelnicy są okrutni, lubią katastrofy. - Mruknąłem trochę pijanie, trochę z przekonaniem. - Im gorzej dobrane, tym lepiej się czyta. Konflikt, tarcie, iskry. Lubią patrzeć, jak wszystko się sypie, a potem magicznie składa w całość. - Uniósłem dłoń i zatoczyłem w powietrzu nieporadny gest, jakbym rysował mapę fabularną, która wymknęła się autorowi spod kontroli. - Rozsądna bohaterka, szybki idiota z kompleksem bohatera. - Dodałem, krzywiąc usta w uśmiechu. Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, a alkohol sprawił, że filtr między myślą a słowem był już czysto dekoracyjny. - Tragiczne decyzje, napięcie, kilka rozdziałów pod tytułem „to nie może się udać”. Potem się udaje, a potem trzeba kogoś zabić. Bestseller murowany. - Westchnąłem krótko, bez ciężaru, bardziej jak ktoś, kto właśnie pogodził się z fabułą. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to nie jest rozsądne, że ten urok, to spojrzenie, ta bliskość nie prowadzą w bezpieczne rejony. Przesunąłem wzrok z jej oczu na usta, na moment, zbyt długi, żeby dało się to nazwać przypadkiem - jeśli ktoś by to opisał, pewnie rzeczywiście by się sprzedało - tak, widziałem fabułę książki, której nikt jeszcze nie napisał, a ja już znałem zakończenie.
- Tylko że oni potem zamykają książkę. - Dodałem ciszej, z tym pijanym namysłem, który sprawiał, że słowa brzmiały prawdziwiej niż powinny. - A my… No cóż. My z niej nie wychodzimy tak łatwo. - Uśmiechnąłem się do niej, bez ironii, bez maski. W tej chwili naprawdę wierzyłem, że przeciwieństwa nie tyle się przyciągają, co uczą oddychać w tym samym rytmie, nawet jeśli tylko na jedną, zimową noc.
Zaśmiałem się jeszcze raz, ale kiedy powiedziała, że się gubi, śmiech ugrzązł mi w gardle jak źle połknięte słowo. Przestało to być zabawne w tej samej sekundzie, zobaczyłem to zawahanie, to ciche przyznanie się do niewiedzy, i nagle cała ta moja quidditchowa pewność siebie wydała mi się podejrzanie mała. Jej „gubię się w tym” trafiło mnie bardziej, niż powinno, bo ja też się gubiłem. W niej, w nas, w tym, jak łatwo wracało coś, co dawno powinno być ułożone do snu i przykryte kurzem. Przesunąłem palcami po śniegu na barierce, rysując bez sensu jakąś linię, tylko po to, żeby nie robić nic głupszego.
- Hej. - Mruknąłem, już bez śmiechu, pochylając się w jej stronę. - Nie mów tego reszcie, ale to tylko gra, naprawdę, nie musisz tego rozumieć. Wystarczy, że wiesz, kiedy krzyczę z radości, a kiedy z wkurzenia. - Powiedziałem od razu, zbyt szybko, jakbym chciał przykryć jej zawstydzenie własnym głosem. - Quidditch to tylko hałas i powody do siniaków. Nie trzeba się na tym znać, żeby… - Urwałem, bo nie chciałem powiedzieć „żeby mnie rozumieć”. - Ja też gubię się w połowie rzeczy, które są dla ciebie oczywiste. Wystarczy, że wiesz, że latam szybko i czasem robię głupie rzeczy. Reszta to szczegóły dla ludzi z trybun. - Uniosłem ramiona, z tą nonszalancją, która tym razem nie była udawana, chociaż zaraz przesunąłem dłonią po karku, nerwowo, jak zawsze, gdy nie chodziło o refleks, tylko o ludzi. A kiedy dodała, że jeśli kiedykolwiek miałaby spróbować, to tylko ze mną… Coś we mnie kliknęło, cicho, ale nieodwracalnie. Nie triumf, odpowiedzialność, ta dziwna, ciężka myśl, że faktycznie bym o nią zadbał. Bardziej niż o siebie.
Stałem blisko, za blisko jak na rozsądek, i wiedziałem, że to właśnie jest problem - ten urok, to spojrzenie, ta noc, wiedziałem też, że gdyby przyszło co do czego, złapałbym ją mocniej niż cokolwiek innego w życiu. Nie dlatego, że była słaba, dlatego, że mi na niej zależało. Latanie - dla mnie wolność, dla niej czysta groza - pamiętałem to aż za dobrze, bo niewiele rzeczy mówiła takim głosem. Alkohol nie zabierał mi instynktu, tylko maski. Nie zamierzałem jej chronić przed całym światem, ale przed tym, co naprawdę brzydkie, przed tym, co nie powinno się zdarzyć, przed tym, co zostawia ślady, owszem, to było oczywiste. Tym bardziej, że wiedziałem też, jak łatwo zamienia się „spróbuj” w „powinnaś”, a potem w „musisz”.
- Poza tym, nic nie musisz. Ani latać, ani się znać, ani niczego sobie udowadniać, ani próbować czegokolwiek tylko dlatego, że ktoś uważa, że wypada. - Powiedziałem ciszej, poważniej, niż planowałem. Wypowiedziałem to wolno, wyraźnie, alkohol krążył mi we krwi, ale to akurat było trzeźwe jak zimny poranek. Spojrzałem na nią spod rzęs, ale już bez tego drażniącego błysku, raczej uważnie, ochronnie. - Jeśli latanie jest dla ciebie złe, to jest złe. Koniec. To nie jest wada charakteru ani brak ambicji. To jest, yyy…. Granica. A jeśli kiedykolwiek… Yyyyh— - Podjąłem, ważąc słowa jak ktoś, kto naprawdę nie chciał ich zmarnować. Zawahałem się na ułamek sekundy, pijany, ale szczery. Westchnąłem i przetarłem twarz dłonią, jakbym próbował ogarnąć samego siebie. Miałem młodsze siostry, wiedziałem, jak brzmią obietnice składane zbyt lekko i jak łatwo potrafią się zmienić w nacisk. Nie powiedziałem tego wprost, nie musiałem. Zacisnąłem szczękę na sekundę, bo to była ta część, w której myśli robiły się mniej eleganckie. Miałem siostry. Wiedziałem, jacy potrafią być chłopcy. Wiedziałem też, że jej brat nie był typem, który staje między kimś a problemem. Ja byłem.
- Jeśli kiedykolwiek… - Zawiesiłem głos, szukając słów, które nie zabrzmią jak groźba, tylko jak obietnica. - Jeśli cokolwiek będzie nie tak, źle, dziwnie, nie w porządku… Przychodzisz do mnie, okej, yy… Zawsze. - Spojrzałem jej prosto w oczy. - Nawet jeśli akurat się kłócimy. Nawet jeśli mnie nie lubisz. Nawet jeśli uznasz, że jestem ostatnią osobą, do której powinnaś iść. - Prychnąłem krótko. - Szczególnie wtedy. To, co jest między nami, zostaje między nami. Nie jestem idiotą. - Krzywy uśmiech pojawił się na sekundę, ledwie cień. - Troglodytą bywam, to fakt, ale nie w tym sensie. - Powiedziałem w końcu, trochę głupio mądrze, jak potrafiłem najlepiej, przesunąłem dłonią po karku, kolejny raz, nerwowo, po czym spojrzałem jej prosto w oczy. Nie mówiłem o tym głośno, ale było oczywiste - ktoś inny mógłby próbować być jej koszmarem, ja miałem na to wyłączność i nie zamierzałem jej oddawać, jeśli ktoś miał ją przestraszyć, zranić albo przekroczyć granicę, to najpierw musiałby przejść przeze mnie, a ja potrafiłem być bardzo nieprzyjemny. Zapadła krótka cisza, więc oczywiście mój mózg uznał, że trzeba ją wypełnić czymś głupim i bezpiecznym. Zanim zrobiło się zbyt poważnie, zanim spojrzenia zaczęły mówić za dużo, wróciłem myślami do czegoś bezpieczniejszego. Myśl o prezentach powróciła nagle, jakby ktoś zapalił światło w bocznym korytarzu.
- Wiesz co… - Rzuciłem nagle, z tym błyskiem w oczach, który oznaczał decyzję podjętą bez konsultacji z rozsądkiem, nagle z powrotem bardziej pijany niż mądry. - Kupię ci książkę, jakąś naprawdę dobrą, zajebistą. Taką, po której będziesz mi wypominać, że nie da się jej odłożyć. To akurat ogarniam. - Wzruszyłem ramionami lekko, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Byłem schlany jak stodoła po żniwach, naprawdę, i w tym stanie „gdzieś indziej” brzmiało dla mnie wyjątkowo nieprzekonująco. Pokręciłem głową, jakbym próbował strząsnąć z niej cały ten świat, obowiązki, nazwiska, terminarze. Yule było enklawą, kapsułą czasu, miejscem, gdzie mogłem udawać, że nie jestem rozsypany na przyszłe decyzje. „Gdzieś indziej”. Parsknąłem krótkim śmiechem, bo słowo było pojemne, a ja nawet w tej chwili nie mieściłem się w nim w całości, razem z bałaganem w głowie. Uśmiechnąłem się głupio, szczerze, jak ktoś, kto zapomniał, że powinien uważać.
- No, widzisz. - Mruknąłem, machając ręką gdzieś w noc, jakby „gdzieś indziej” wisiało nad Zakazanym Lasem albo nad kuchniami. Rozłożyłem ręce szerzej, niż trzeba, obejmując nimi noc, taras, śnieg i ją, choć fizycznie wcale jej nie dotykałem. - „Gdzieś indziej” zawsze brzmi, jakbym miał plan. - Powiedziałem, bełkotliwie mądrze, kiwając głową, która zdecydowanie nie współpracowała. - Wiesz. - Mruknąłem, patrząc w niebo, które ledwo trzymało się pionu. Alkohol robił ze mnie filozofa o zerowej koordynacji. - To Yule jest wyjątkowe. Ale… - Znowu machnąłem ręką nieprecyzyjnie, wskazując między nami. - To jest bardziej. Jak diabli. - Zamilkłem, bo dalej już bym się zapętlił albo powiedział coś zbyt mądrego jak na stan, w jakim byłem. Świat był krzywy, lekko rozmazany na krawędziach, ale ona była ostra, wyraźna, jak punkt odniesienia.
- Oczywiście, że tobie wolno. - Mruknąłem z absolutnym przekonaniem człowieka, który w tej chwili był gotów podpisać to krwią i pieczęcią rodową. Yule robiło ze mnie zdrajcę samego siebie. A może właśnie przeciwnie? - Tobie zawsze. To się jakoś… Liczy inaczej. - Brzmiało jak żart, jak pijana przesada, ale wypłynęło z miejsca, które nie znało ironii. Czapka z rogami kiwała się, kiedy poruszała głową, balansując gdzieś pomiędzy „głupio a uroczo”, dokładnie w tym punkcie, w którym przestaje się to analizować, a zaczyna akceptować jako fakt.
Potem były gwiazdy, a raczej idea gwiazd, bo niebo falowało mi przed oczami, a ja byłem już daleko poza precyzją astronomii, mimo to słuchałem jej o życzeniach z uwagą godną najważniejszego egzaminu. Spadające, niespadające, prawdziwe czy tylko wymyślone przez alkohol i mróz - nieważne, ważne było to, że stała blisko i mówiła o czymś, w co chciałem wierzyć. Życzenia miały sens tylko dlatego, że ona chciała, żebym je miał, to wystarczało. Alkohol zrobił ze mnie idealnego wyznawcę cudów, więc uniosłem wzrok razem z nią, jakbym naprawdę wierzył, że niebo ma dla nas instrukcję obsługi. Stałem obok niej i udawałem, że szukam jednej konkretnej, chociaż tak naprawdę wszystko, co istotne, było dokładnie nieco poniżej wysokości mojego wzroku.
Nie zdążyłem pomyśleć życzenia - może to i lepiej, bo zamiast tego w jednej, krótkiej, ale dostatecznie długiej chwili dotarło do mnie, że była bliżej, niż od lat, więc nachyliłem się odruchowo, jakbym znał ten ruch od zawsze. Pierwszy pocałunek był nieporadny, lekko spóźniony, to było zderzenie zamiaru z rzeczywistością - śnieg, zimno, ciepło jej ust i to krótkie zawieszenie, w którym wszystko inne przestało mieć znaczenie. Nie było fanfar, nie było już nawet dzwonów, był oddech, był drugi pocałunek, już mniej ostrożny, jakbyśmy oboje uznali, że skoro już się potknęliśmy, to nie ma sensu łapać równowagi. Odsunąłem się na ułamek sekundy, tylko po to, żeby spojrzeć na nią spod rzęs, zupełnie bezbronnym spojrzeniem, którego normalnie bym jej nie pokazał. Pomyślałem wtedy, że jeśli gwiazdy faktycznie spełniają życzenia, to właśnie jedno spełniło się bez pytania. Serce waliło mi jak po sprincie, tylko tym razem nie było linii mety, którą chciałbym zobaczyć.
Nie liczyłem kolejnych pocałunków, nie byłbym w stanie, świat nie nadawał się do liczenia, rozmywał się i wracał falami, a jedyną stałą była jej bliskość i to, że za każdym razem, gdy jej usta wracały do moich, coś we mnie puszczało z cichym trzaskiem, jak zamek, który i tak od dawna trzymał się na słowo honoru. Czułem jej wargi, ciepły oddech, dłonie opierające się o mnie z tą ufnością, która była jednocześnie prezentem i zagrożeniem.
Zachwiałem się pierwszy, bo oczywiście że ja poleciałem pierwszy, jak idiota, jak ścigający bez miotły, zawsze byłem szybszy niż stabilny. Noga uciekła mi na śniegu, głupio, bez godności, bez żadnej epickiej narracji, kamień przesunął mi się spod buta, śmiech wyrwał się z piersi, zanim zdążyłem przeklnąć, a potem już leciałem, bardzo niegodnie, bardzo nieheroicznie. Śnieg przyjął mnie zaskakująco miękko, jakby Hogwart uznał, że tej nocy można nam trochę odpuścić.
A potem ona, spóźniona o ułamek sekundy, idealnie nieidealna, wylądowała dokładnie tam, gdzie powinna, na mnie, z tym swoim perlistym śmiechem, który uderzył we mnie mocniej niż sam upadek. Dołączyła do mnie z rozmachem, którego nie dało się zaplanować nawet przy najlepszych chęciach. Zaśmiałem się razem z nią, głupio, bezwstydnie, aż w płucach zabrakło mi powietrza.
- Oczywiście. - Wydyszałem, między śmiechem, próbując zebrać myśli i nie bardzo mi to wychodziło, bo nie byłem w stanie powiedzieć nic mądrzejszego. - Idealne lądowanie. Dziesięć na dziesięć. Absolutnie perfekcyjnie.
Śnieg był zimny, ale ciężar przyjemnie realny, a jej obecność zaskakująco kojąca. Jedna z moich nóg zaplątała się o jej, zupełnie przypadkiem, jak wszystko tej nocy, i nie zamierzałem jej cofać. Leżała na mnie, patrzyła na mnie z góry, a ja pomyślałem, że to jest bardzo zła konfiguracja dla kogoś, kto obiecał sobie kontrolę.
Serce zrobiło mi koziołka dokładnie w chwili, w której ziemia zniknęła spod nóg, nie był to jednak ten elegancki, wyuczony obrót, tylko dziki fikołek, nie do końca dozwolony, a jednak idealnie trafiony. Leżałem na plecach, oddychając za szybko, z głową pełną gwiazd, które teraz były wszędzie, nie tylko na niebie. Patrzyłem na nią z dołu, z rozbawieniem, z czymś miękkim pod nim, z tym ciepłem, którego nie dało się zrzucić na alkohol ani na Yule. Było w tym coś absurdalnego i coś niebezpiecznie prawdziwego, niewłaściwego i właściwego jednocześnie, dokładnie takiego, jakie zawsze były sprawy z Prue, jak zaklęcie rzucone w złym momencie, które i tak trafiało dokładnie tam, gdzie powinno. Upadliśmy w śnieg jak dzieci, które zapomniały, że nie wypada. Spojrzałem w bok, na niebo nad nami, na gwiazdy, które wirowały leniwie, jeśli jakaś spadała, to przegapiłem moment - a może nie, może to ona była tą gwiazdą, moją Sun, Sunny, która spadła prosto na mnie i już nie chciałem, żeby ktokolwiek ją podnosił z powrotem na swoje miejsce. Śmiałem się, bo inaczej serce wyskoczyłoby mi z klatki piersiowej i zostawiło mnie tam, na lodzie, samego z własną głupotą. Leżała na mnie, naturalnie, jakby świat od zawsze był tak ustawiony, jakby grawitacja miała ją zapisaną w regulaminie specjalnym, tylko dla mnie, jej ciężar był lekki, znajomy, absurdalnie dobry.
Jedna z moich nóg zaplątała się o jej biodro zupełnie bezwstydnie, jakby ciało podjęło decyzję szybciej niż głowa. Śnieg chłodził moje plecy, ale tam, gdzie była ona, było ciepło, za ciepło jak na przypadek.
A potem to Prudence się poruszyła - zniżyła się, powoli, świadomie, wykorzystując tę przewagę wysokości, jakby była najnaturalniejszą rzeczą na świecie - zobaczyłem to zbyt wyraźnie, jej twarz nad moją, cień rzęs, skupienie, decyzję. Nie cofnąłem się, nie powinienem był, kolejny raz tego wieczoru, ale nie cofnąłem się nawet o milimetr.
Kiedy jej usta dotknęły moich, odpowiedziałem odruchowo, dłonią przesuwając po jej plecach, przytrzymując ją, jakby znów groziło nam runięcie, chociaż wcale nie chciałem się podnieść. Świat mógł poczekać, rywalizacja, rozsądek, jutro - tak samo. W tej chwili leżeliśmy w śniegu, splątani jak źle zapisane życzenie, i to było dokładnie to, czego chciałem. Oddałem pocałunek odruchowo, zachłannie, jak ktoś, kto nagle zrozumiał zasadę gry, w którą grał całe życie na ślepo. Leżałem w śniegu, z nią na sobie, śmiejąc się jeszcze chwilę temu, a potem nagle już wcale nie było mi do śmiechu, bo dotarło do mnie to jedno, ostre jak gwóźdź wbity prosto w klatkę piersiową.
Chciałem więcej, nie więcej teraz, nie więcej tej nocy, chociaż ta noc była idealnie rozbita i krzywa. Chciałem więcej zawsze. Ją. Ten ciężar jej ciała, ten chaos, tę katastrofę, która układała się we mnie w coś zaskakująco prostego.
- Sun… - Mruknąłem, głosem rozbitym, nie do końca posłusznym. - Sunny… - Słowa plątały mi się w ustach, sens rozlewał się jak grzane wino, chciałem powiedzieć więcej, chciałem zapytać, chciałem upewnić się, zatrzymać ją, nazwać to poprawnie, ale zamiast tego wyszło tylko ciche, pijane wyznanie, jak fakt, nie prośba.
- Jesteś… - wymamrotałem gdzieś między jednym oddechem a drugim, słowa gubiły mi się w ustach i w jej włosach - …my… - To nie było o posiadaniu, to było o rozpoznaniu. Jakby coś we mnie od dawna znało odpowiedź, tylko nikt nie zadał pytania.
Chciałem zapytać. Chciałem powiedzieć to normalnie, jasno, jak człowiek, który wie, co robi. Czy chce być ze mną. Czy chce być moja w tym samym sensie, w jakim ja byłem już jej, ale myśli rozpadały mi się jak śnieg pod palcami, a usta wracały do jej ust szybciej, niż umiałem je zatrzymać. Nie spytałem, nie potrafiłem, byłem zbyt zajęty tym, że ona była tu, nade mną, i nasz świat zwinął się do tej jednej chwili na śniegu na tarasie na wieży astronomicznej.
Jeszcze zdążę - jutro, potem, kiedyś - mieliśmy czas, czułem to z dziwną, pijanie trzeźwą pewnością, z sercem bijącym jak oszalałe, patrząc na tę noc, na śnieg, na gwiazdy, które mogły spadać albo nie, to już nie miało znaczenia.
To była moja Sun, moja Sunny, jej włosy łaskotały mnie w nos, śnieg topniał gdzieś za kołnierzem, a ja na ślepo odgarnąłem brązowe, miękkie kosmyki, nieporadnie, jakbym bał się, że zniknie, jeśli przestanę ją dotykać. Jeśli istniały pięknie skonfigurowane tragedie, właśnie w jednej leżałem i nie miałem najmniejszej ochoty się podnosić. Spadająca gwiazda mogła właśnie przeciąć niebo, albo mogło jej wcale nie być, to nie miało znaczenia. W tym całym chaosie, wiedziałem jedno - nawet jeśli będę „gdzieś indziej”, ta noc już zawsze będzie dokładnie tutaj.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
23.12.2025, 21:38  ✶  

Miała tendencje do skupiania się na pewnych rzeczach, to nie tak, że chciała psuć tę beztroska chwilę, tylko naprawdę przejęła się tym, że nie sypiał najlepiej - strasznie łatwo jej to przyszło, tak jak kiedyś najzwyczajniej martwiła się o niego. Oczywiście, że chciał ją zbyć, próbował sprawić, że przestanie się przejmować, to wcale nie było jednak takie proste, bo Prue zamartwianie się przychodziło bardzo lekko.

- Obiecujesz? - Wymsknęło jej się. Mógł jej mówić, że ma się dobrze, że to nic takiego, mógł twierdzić swoje, ale obietnice, obietnice trzeba było dotrzymywać, dlatego też właśnie postanowiła uderzyć z tej strony, jeśli obieca jej, że faktycznie będzie ją jeszcze długo wkurzał, to wtedy mu uwierzy, potrzebowała tego jednego słowa, dzięki któremu będzie miała pewność.

No i obiecał, nie powiedział na co, ale obiecał, co spowodowało, że mu uwierzyła, bo obietnic nie można było łamać ot tak, czy się lubili, czy się nie lubili, obietnice rządziły się swoimi własnymi prawami, w tej chwili, całkiem mocno pijana naprawdę w to wierzyła. Kiwnęła więc głową, że do niej dotarło, skoro obiecywał, to nie miała nic więcej do gadania na ten temat, nie chciała mu teraz prawić morałów, bo był to całkiem wyjątkowy wieczór, inny od wszystkich ostatnich, bez sensu było go marnować na umoralnianie go.

- Mamy umowę, to prawda, chociaż nie do końca mogłam ją ostatnio wery... wery... weryfikować. - Trudne słowo się trafiło, zanim je w końcu z siebie wyrzuciła minęła dłuższa chwila, ale wreszcie jej się udało. Uff, ulżyło jej, kiedy to z siebie wypluła.

- Masz rację, czytelnicy tak już mają, im więcej spięć, im bardziej kręta droga, tym ciekawiej. Lubią jak wszystko się komplikuje, plącze, a na sam koniec rozplątuje. Bohaterowie nie mają lekko, ale w końcu sięgają po szczęśliwe zakończenie, nie wiem dlaczego tak lubią, może przez to, że sami mogą uwierzyć w to, że zawsze jest nadzieja? - Gdybała, trudno jej było póki co wyciągnąć jakieś wnioski, nie była specjalistką od gustów czytelniczych, chociaż, może ktoś przeprowadził na ten temat jakieś badania, na pewno tak się stało. Będzie musiała ich poszukać.

- No nie, w naszym przypadku tak się nie dzieje, historia może się komplikować na nowo, albo nie, wszystko zależy od czasu i przestrzeni i momentu, wiesz jak jest. - Niby myślała już, że nie ma dla nich żadnego zakończenia, a jednak trafił się taki wieczór jak ten, kiedy wszystko się odmieniło, jakby wróciło na początek ich znajomości, chociaż nie do końca, bo nie byli już dziećmi.

- Niby tak, ale chciałabym wiedzieć, tak po prostu a chyba jednak nie umiem. - Miała świadomość, że quidditch był dla niego ważny i właśnie przez to wolałaby się w tym nieco bardziej orientować, nigdy jednak nie była w stanie tego zrobić, z tym jej lękiem wysokości to się nie do końca spinało, okropnie denerwowała się, gdy widziała ludzi latających pod chmurami na miotłach, na tyle się denerwowała, że nie była w stanie pojąć zasad gry, przez wiele lat.

- Tak właściwie, to może naprawdę wystarczy. - Uwierzyła mu na słowo, był całkiem przekonujący w tym, co mówił, chciała mu wierzyć, nie okłamałby jej przecież, może faktycznie istotne było tylko to, że wiedziała, kiedy się cieszy, kiedy jest wkurzony, nic więcej, tylko on się liczył, a nie jakaś głupia gra. Złapała się na tej myśli i nieco przeraziła, nie powinna o nim myśleć w ten sposób, bo przecież to nie mogło się skończyć dobrze, a jednak to robiła, jednak całkiem łatwo przychodziło jej błądzenie w te miejsca.

- To nie jest takie proste, sam wiesz jak to jest, czasem trzeba robić rzeczy przez to, że wypada, nawet jeśli się nie chce. - Na pewno wiedział, jak wyglądało życie i że bywały momenty, w których należało zacisnąć zęby i po prostu jakoś sobie radzić z tym, co się działo, udawać, że wszystko jest w porządku, że tak dokładnie ma być.

Zmrużyła oczy kiedy wspomniał, że to do niego ma przyjść jak coś będzie źle, strasznie dużo obietnic, czy tam umów wymagali od siebie tej nocy, nadal odrobinę się chwiała w przód i tył, minęła krótka chwila, nim mu odpowiedziała.

- Dobrze, niech Ci będzie, chociaż jak się kłócimy to trochę się boję, że możesz mnie ugryźć, wiesz, musisz mi obiecać, że tego nie zrobisz, to wtedy przyjdę. - Nie, żeby faktycznie uważała, że będzie taka potrzeba, ale dobrze było myśleć, że może do niego przyjść ze wszystkim, naprawdę dawno nie słyszała podobnej deklaracji, kiedyś to było dla nich typowe.

- Próbuj, jestem ciekawa, czy trafisz w mój gust. - Czytała naprawdę wiele książek i raczej trudno było ją zaskoczyć, więc to mogło być dla niego wyzwanie, była ciekawa, czy faktycznie uda mu się zrealizować plan, właściwie to przecież dawno nie wymieniali się książkami, więc mogło to być problematyczne.

- Zawsze masz plan, nawet jak nie masz... - W sumie miała wrażenie, że coś zawsze kiełkowało się w jego głowie, nie było momentu, kiedy była tam pustka, dlatego lubiła z nim rywalizować, bo myślał bardzo szybko.

- Tak myślisz? Serio, serio? - Musiała się upewnić, bo trochę się tego nie spodziewała, fakt, ona też czuła, że jest to wyjątkowe, jednak nie sądziła, że i dla niego, jak widać może nie tylko jej brakowało jego obecności.

- Teraz tak mówisz, tak normalnie, to pewnie nie, ale niech Ci będzie, że Ci wierzę, dobrze jest usłyszeć, że w moim przypadku liczy się inaczej. - Jakby naprawdę była jakaś wyjątkowa. Ta rozmowa była bardzo dziwna, budziła w niej tęsknotę do czegoś, czego przecież tak naprawdę nigdy do końca nie miała. Łatwo było przepaść w tych wszystkich słowach, które padały z jego ust, szczególnie, że nie zdarzało się to nigdy, nie rozmawiali już w ten sposób.

Jakoś doszło do tego, że spadająca gwiazda doprowadziła ich do pocałunku, pierwszego, później kolejnego i następnego, jakby to było to, czego faktycznie chcieli, nie dało się ukryć, że okoliczności były nie najgorsze, a oni nieźle podchmieleni, co powodowało, że nie zastanawiali się nad tym, czy postępowali słusznie, ba - gdyby ją ktoś w tej chwili o to zapytał, to nie mogłaby postąpić lepiej.

Czas mijał, nie miała pojęcia ile tak stali i całowali się w tym blasku księżyca, aż Wish się potknął i wylądował na ziemi, jej też to nie ominęło, ledwie ułamek sekundy później wylądowała na nim, jakby tylko on jeszcze trzymał ją w pionie. Lądowanie było bardzo miękkie, bo znalazła się na nim, dzięki czemu nie leżała teraz na śniegu.

Śmiała się, a on jej wtórował z tej niezdarności, która ich zaskoczyła, ale nie było w tym nic złego, pasowało to do tej beztroski, do tego wyjątkowego wieczoru, a, że znalazła się nad nim, to wykorzystała kolejną okazję, jej usta znalazły te jego, nie odsunął się, czuła, że ich nogi zaczęły się ze sobą plątać i to było całkiem w porządku, wszystko było w porządku, było doskonałe, jego ciało pod jej ciałem, ona nad nim, śnieg tuż obok, naprawdę jakby znajdowali się w jakiejś bajce, tylko, że nie było im pisane dobre zakończenie, czego byli świadomi, doskonale zdawali sobie z tego sprawę.

- Jesteśmy... - Czuła, że wie do czego zmierza, rozumiała go, a przynajmniej tak się jej wydawało, nie mogło być inaczej, wszystko wydawało się w końcu wrócić do normy, gdy była tak blisko czuła, że wreszcie może być właściwie.

- Jesteśmy i będziemy. - Wydawała się nie mieć co do tego żadnych wątpliwości, naprawdę w to wierzyła, że są i będą i było dla nich pisane coś więcej niż ta jedna, skradziona noc, nie czułaby się tak przy nim, gdyby to było coś innego.

Wygodnie jej było na nim, kiedy odgarniał jej włosy, gdy czuła jego oddech na swoim policzku, to było miłe, prawdziwe, pierwsze ich, ale nie mogli tak leżeć na śniegu w nieskończoność.

Zaczęła podnosić się na nogi, złapała przy tym jego dłoń, chciała, aby wstał z nią, coś głupiego przyszło jej na myśl i chciała to zrobić to teraz, już, mógł zobaczyć nawet w ciemności, że w oczach pojawił się jej błysk, że na coś wpadła, coś okropnie sprytnego, to musiało być sprytne. - Ulepimy bałwana! Musimy, bo to Yule, w Yule lepi się bałwana. - Nie czekała, zaczęła zbierać śnieg, aby nie wątpił w to, że zamierzała zrealizować ten plan. Zbierała śnieg i toczyła go po ziemi, aby zrobić z niego piękną i równą kulkę.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
25.12.2025, 04:46  ✶  
Nie byliśmy już dziećmi - wiedziałem to aż za dobrze, czułem to w kościach, w tym miejscu pod żebrami, gdzie kiedyś mieszkała beztroska, a teraz rezydował upór - nie byliśmy też swoimi najlepszymi przyjaciółmi, nawet nie wiedziałem, kto nim był dla Prudence. Byłem tylko pewny tego, że ja już nie mogłem zajmować tego miejsca w jej życiu, nieważne, co miało być jutro czy pojutrze, nawet jeśli miałem nim być zawsze, bo tak sobie kiedyś obiecaliśmy, jakby obietnice złożone na błoniach Hogwartu miały dożywotnią ważność. Rozpadło się to dawno temu, cicho i skutecznie, została rywalizacja, chłód, te wybuchy żarliwości, które myliliśmy z irytacją, bo łatwiej było tak je nazwać, a jednak tej nocy było inaczej.
Było po północy, po Yule, śnieg sypał gęsto i cierpliwie, jakby ktoś na górze miał nieskończone zapasy białych, chłodnych płatków. Staliśmy na tarasie wieży astronomicznej, kamień wokół nas był zimny, powietrze ostre, a mnie było ciepło, naprawdę ciepło, tak absurdalnie, że aż śmiesznie. Byłem schlany, bez dwóch zdań, dawno nie byłem tak bardzo pijany, jednak tym razem to nie był ten rodzaj pijaństwa, który robił z człowieka całkowitego idiotę. Raczej ten, który zdzierał maski z rzeczy niewypowiedzianych. Zachowywałem się inaczej niż zwykle przy Prue, ona też, oboje byliśmy dorośli, a mimo to coś w nas wróciło do tamtych dzieci, które potrafiły stać obok siebie bez planu i bez kalkulacji. Z jedną, zasadniczą różnicą - teraz to nie było już aż tak niewinne, teraz było między nami też coś cięższego, co wyszło dziś na wierzch, bez udawania, bez chowania tego za docinkami.
Gdybyśmy byli tylko rywalami, byłoby łatwiej, rywalizacja byłaby czysta, miałaby jasne reguły, tyle tylko, że ja byłem aż nazbyt świadomy, iż dołożyłem do tego tłumienie czegoś więcej, latami, jakby dało się to upchnąć pod dywan z rodzinnych oczekiwań. Dołożyłem wyrzut sumienia, że przestaliśmy być dla siebie ważni, zupełnie bez sensu, bo i tak, już jakiś czas temu, dotarło do mnie, że nie chcę żyć według życzeń mojej rodziny. Dotarło to do mnie z opóźnieniem, jak większość ważnych rzeczy, jak to, że byłem pijany, ale myśl miałem zadziwiająco trzeźwą - chciałem jej, nie na jedną noc, nie jako błąd po święcie, nie jako dowód na to, że wciąż potrafię wygrywać. Chciałem jej wbrew temu, co ode mnie oczekiwano, wbrew temu, co sam sobie wmawiałem. Stałem tam, szczęśliwy jak idiota, i wiedziałem, że cokolwiek wydarzy się potem, tej jednej rzeczy już nie cofnę. Patrzyłem na nią, na śnieg osiadający na jej włosach, na ten znajomy upór w spojrzeniu, i myślałem, że świat potrafi być okrutny tylko po to, żeby czasem dać coś nieoczekiwanie dobrego. Nieważne, kim byliśmy dla siebie wczoraj, tej nocy było mi szczęśliwie, to uczucie, raz dopuszczone do głosu, nie miało zamiaru zamilknąć.
Uśmiechnąłem się krzywo, kiedy męczyła to słowo, z tym skupieniem godnym egzaminu z transmutacji, i w końcu odniosła zwycięstwo.
- Weryfikować. - Powtórzyłem wolno, wyraźnie, z przesadną dbałością o każde „r”, jakbym jej pomagał, a nie droczył się w ten nasz dawny sposób. - Tak, to zdecydowanie nie jest słowo na Yule. Ani po północy. Ani po… -  Machnąłem ręką nieprecyzyjnie, wskazując na wszystko, co krążyło mi we krwi, a potem skinąłem głową z powagą, której absolutnie nie powinno się brać na serio, ale która w tej chwili była najuczciwszą wersją mnie.
Przesunąłem się bliżej, instynktownie, jakby dystans był teraz tylko technicznym błędem. Była ciepła, prawdziwa, a ja w tym stanie miałem alergię na udawanie, śnieg osiadał mi na ramionach, świat był lekko przechylony, a mimo to byłem dziwnie pewny tego jednego - nie było żadnego oficjalnego rozwiązania naszej umowy, a rzeczy nierozwiązane miały paskudny zwyczaj wracać dokładnie wtedy, kiedy znów zaczynają coś znaczyć.
Granice tej nocy były umowne jak wszystko inne, świat był miękki i biały, a ja czułem się zaskakująco pewnie w tej swojej nietrzeźwości. Śnieg osiadał na jej włosach, na ramionach, na moich dłoniach, kiedy były za blisko, by udawać przypadek. Patrzyłem na nią i wiedziałem, że to ciepło nie jest chwilowe, nie pochodziło z Yule ani z promili, to było to uczucie, które znałem kiedyś, zanim nauczyłem się je chować. Teraz wracało, nie pytając o pozwolenie.
- Umowa jest umową. - Dodałem, z tym pijanym logicznym ciągiem, który nagle wydawał mi się absolutnie niepodważalny. - Nie podpisaliśmy żadnego aneksu. Nie było renegocjacji. Żadnych dopisków drobnym drukiem. - Wzruszyłem ramionami, jakby to rozstrzygało sprawę definitywnie. - Czyli… Chyba nadal obowiązuje. - Spojrzałem na nią spod rzęs, spokojniej niż wcześniej, bez napięcia, bez tej starej potrzeby sprawdzania, kto ma przewagę. - A jeśli coś obowiązuje - dodałem ciszej - to nie musi być ciągle sprawdzane. Wystarczy, że jest. Umowy się nie przedawniają tylko dlatego, że jest bałagan. - Pokiwałem głową, trochę za wolno, bo każde zdanie musiało przejść dłuższą drogę, zanim dotrze tam, gdzie trzeba.
Parsknąłem śmiechem, zanim zdążyłem się powstrzymać, takim niskim, rozlanym, który zdradzał dokładnie to, w jakim byłem stanie. Czytelnicy, nadzieja, kręte drogi, brzmiało mądrze i niebezpiecznie znajomo, jak rozmowy, które kiedyś prowadziliśmy na schodach. Słuchałem jej, jakby opowiadała historię, którą już kiedyś znałem, tylko zapomniałem zakończenia, albo udawałem, że zapomniałem, bo tak było bezpieczniej.
- Tak. - Przyznałem cicho. - Lubią cierpienie z obietnicą sensu. Komplikacje, które mają znaczenie, bo wtedy można uwierzyć, że to wszystko… Po coś. - Uśmiechnąłem się krzywo, bez ironii - alkohol robił ze mnie fatalnego stratega, za to całkiem niezłego szczerego człowieka. Spojrzałem w bok, na śnieg zbierający się na krawędzi balustrady, w noc, która była cierpliwa i niczego od nas nie wymagała. - Może to dlatego - dodałem - że łatwiej wierzyć w cudze szczęśliwe zakończenia niż w swoje.
Poczułem to znajome ukłucie, ale tym razem nie uciekłem od niego w ironię, byłem zbyt schlany, żeby udawać. Alkohol rozwiązywał mi język, lecz tym razem nie ciągnął mnie w stronę kpiny. Śnieg padał dalej, my nie byliśmy już dziećmi, tej nocy to wcale nie przeszkadzało wierzyć, że nadzieja nie jest tylko chwytem literackim. Spojrzałem na nią, na tę dorosłą wersję dziewczyny, którą kiedyś znałem na pamięć, i pomyślałem, że to właśnie było najbardziej niebezpieczne - to, że to wciąż ona.
- Książki mają luksus struktury. - Spojrzałem na nią uważnie, próbując zapamiętać tę wersję świata, nie dziecięcą, nie naiwną, tylko tę dorosłą, która wciąż pozwalała nam na chwilę miękkości. - Rozdziały, rytm, autora, który wie, dokąd to zmierza. Życie… - Machnąłem ręką w noc, w śnieg, na Hogwart oddychający po Yule. - Życie improwizuje. - Powiedziałem, bo może nie mieliśmy gwarantowanego zakończenia, może nawet nie powinniśmy go teraz szukać. - Ten wieczór… - Zawiesiłem głos, czując, ciepło wciąż trzymające mnie od środka. - To nie jest nic. To coś.
Może to nie chodziło o samo szczęśliwe zakończenie, tylko o to, że ktoś w końcu decydował się po nie sięgnąć. Po drodze można było się pogubić, pokłócić, wszystko poplątać… Ale ten moment wyboru zawsze robił różnicę.
- Zawsze byliśmy dobrzy w komplikowaniu. - Dodałem krzywo. - Jakby… To jedyna dziedzina, w której naprawdę się nie… Rozjechaliśmy. - Mówiąc to poczułem coś na kształt irracjonalnej ulgi. Tak, ulgę, bo nie padło słowo „koniec”.
Skinąłem głową, powoli, bo to, co mówiła, było uczciwe, nie dało się tego zbić żartem, nawet jeśli bardzo bym chciał. Lęk wysokości to nie była fanaberia, tylko mur, a ja wiedziałem, kiedy nie próbować przez niego przeskakiwać.
- Serio. Nie musisz znać wszystkiego naraz ani wcale. - Wzruszyłem ramionami z tym pijanym skupieniem, które sprawiało, że nawet najprostsze myśli układały się w dłuższe zdania. Widziała w tym problem, a ja widziałem w tym tylko kolejny dowód, że próbuje sięgnąć po coś, co było moje. I to było… Cholernie miłe.
- Ale jak już chcesz wiedzieć, w quidditchu są cztery role. Obrońcy pilnują, żeby nikt nie wpakował kafla do obręczy. Szukający gania jedną, małą kulkę i wszyscy wariują, bo od niej zależy koniec meczu. Pałkarze… Pałują. - Uśmiechnąłem się pod nosem. - A ścigających jest trzech. - Uniosłem trzy palce, jak na lekcji, tylko że lekcja była po północy i po alkoholu. - Ja jestem jednym z nich. Jako ścigający… - Kontynuowałem wolno, spoglądając na nią spod rzęs, jakbym miał jej zdradzić jakąś wielką tajemnicę, a to była w gruncie rzeczy bardzo prosta sprawa. - Latam z kaflem, staram się go dostać, podać, czasem wpakować przez obręcz. Dziesięć punktów, dużo manewrów w powietrzu, jeszcze więcej kombinowania. To taka… Gra w szachy, tylko szybciej i wyżej. Możemy to obejść. - Dodałem. - Kiedyś. Na spokojnie. Może na stole, z czymś do picia i czymś, co udaje piłki. Bez chmur, bez mioteł. Mogę ci to rozrysować, wytłumaczyć jak dziecku albo jak komuś bardzo inteligentnemu, kto po prostu nie lubi wysokości. - Spojrzałem na nią z tym ciepłem, które tej nocy uparcie wracało. - A jeśli nigdy nie będziesz się w tym orientować idealnie… - Machnąłem ręką. - To też w porządku. Wystarczy, że wiesz, że to robię. Reszta to szczegóły. - Przesunąłem dłonią po karku, trochę niepewnie, już bardziej miękko niż butnie. - Przerwa świąteczna jest długa. Zostało nam trochę czasu do… Zabicia, a w Hogsmeade mają piwo kremowe, które nawet ja potrafię docenić, a to już coś mówi. - Uśmiechnąłem się, ciepło, bez nacisku, bo jeśli były rzeczy, których nie dało się zaprezentować w powietrzu, to zawsze można je było postawić na stole między dwoma kubkami i pozwolić im wreszcie przestać straszyć.
A potem przeszliśmy do bardziej skomplikowanych wniosków. Parsknąłem cicho, bez wesołości, bardziej jak ktoś, komu trafiło się zdanie zbyt celne jak na tę porę nocy, i znowu przesunąłem dłonią po karku, tym razem nerwowym gestem, którego zwykle pilnowałem przy innych. Alkohol poluzował straż, więc skinąłem głową, bo wiedziałem - wiedziałem aż za dobrze, jak to jest robić rzeczy dlatego, że wypada, jak to jest zaciskać zęby tak mocno, że potem długo nie czuje się szczęki. Aż za dobrze wiedziałem, jak to jest, kiedy „wypada” staje się argumentem nie do podważenia. To było jedno z tych zdań, których się nie tłumaczy, tylko rozpoznaje po ciężarze. „Wypada”, słowo-klucz, którym okłada się ludzi, aż przestają pytać, czego chcą.
- Tak. - Przyznałem od razu, bez wahania, to było jedno z tych zdań, które nie potrzebowały doprecyzowania, bo człowiek rozumiał je ciałem, nie głową. - Czasem robi się rzeczy nie dlatego, że się chce. Tylko dlatego, że ktoś bardzo pilnuje, żebyś zrobił dokładnie to, czego oczekuje. Bo tak trzeba. Bo ktoś patrzy. Bo konsekwencje są… Nieprzyjemne. - Wzruszyłem ramionami, jakby to była błahostka, chociaż w środku poczułem znajome, tępe napięcie - to, które przychodziło zawsze wtedy, gdy za długo udawałem, że wszystko jest w porządku. Człowiek się uczył - uczył się, kiedy lepiej nie dyskutować, lepiej stanąć prosto i zrobić swoje, nawet jeśli to „swoje” nie ma z nim nic wspólnego. - Czasem „wypada” tak długo, że człowiek zapomina, kiedy przestał chcieć. - Nie spojrzałem na nią od razu, bałem się, że zobaczy w mojej twarzy za dużo, alkohol rozluźniał język, ale nie do końca kontrolę nad tak głęboko zakorzenionymi instynktami, nawet w moim przypadku - a może zwłaszcza?
- Tylko że… - Westchnąłem, przeciągając to słowo, bo to wszystko nawet po pijaku było dosyć śliskie. - Na dłuższą metę to nie działa. Takie życie na „wypada” i „trzeba” kończy się tym, że człowiek przestaje wiedzieć, czego chce naprawdę, albo zaczyna myśleć, że ból to normalna część układanki. - Uśmiechnąłem się krótko, krzywo, tym uśmiechem, który nie dochodził do oczu, na ułamek sekundy wbiłem wzrok w śnieg pod stopami.
Odwróciłem głowę w jej stronę, w końcu, bez ostentacji.
- Nie mówię, że trzeba od razu rzucać wszystko w diabły. - Dopowiedziałem zadziwiająco zachowawczo. - Tylko że zaciskanie zębów nie powinno być planem na całe życie. Bo szczęki kiedyś puszczają. A wtedy… Jest gorzej niż wcześniej. - Zamilkłem, bo więcej nie było trzeba, śnieg padał dalej, a ja miałem wrażenie, że powiedziałem i tak o kilka słów za dużo, jak na kogoś, kto całe życie uczył się mówić między wierszami.
Zmrużyłem oczy dokładnie tak jak ona, z tym samym pijanym skupieniem, jakbyśmy właśnie negocjowali traktat pokojowy o ogromnym znaczeniu. Jej chwianie się było niemal rytmiczne, a ja przesunąłem stopę odruchowo, żeby w razie czego złapać ją w pół, zanim świat uzna, że to dobry moment na kolejny numer. Słuchałem, jak mówiła, i pomyślałem, że tej nocy naprawdę rozrzucaliśmy słowa jak monety na szczęście - jedne cenne, inne trochę na wyrost, ale wszystkie szczere.
Parsknąłem śmiechem na wzmiankę o gryzieniu, krótkim i zaskakująco miękkim.
- Ugryźć. - Powtórzyłem, kręcąc głową. - Merlin mi świadkiem, że mam różne wady, ale kanibalizm do nich nie należy. - Uniósłem dłoń, dwa palce, jakbym składał przysięgę, trochę karykaturalnie, ale z intencją absolutnie na serio. - Nie ugryzę cię jakoś strasznie, nawet jak się kłócimy, nawet jak jestem wredny, nawet jak mam ochotę trzaskać drzwiami i mówić rzeczy, których potem żałuję. - Uśmiechnąłem się z przekąsem, tym swoim półuśmiechem, który zwykle zwiastował kłopoty, a teraz był raczej znakiem pokoju, który pojawiał się u mnie stosunkowo rzadko. - Jeśli już, to potrafię warczeć. -  Dodałem. - Ale to wszystko. Zęby trzymam dla świata, nie dla ciebie. - Zawiesiłem głos na ułamek sekundy, spojrzałem na nią spod rzęs, już bez żartu. Na moment spoważniałem, ton sam mi się obniżył. - Jak będzie źle - ciągnąłem - naprawdę źle, to nie musisz się zastanawiać, czy akurat jesteśmy po dobrej stronie kłótni. Przyjdź i już. Reszta to szczegóły. - Patrzyłem na nią uważnie, jak kiedyś, dawno temu, zanim nauczyliśmy się komplikować wszystko, co proste. - Dobra. - Powiedziałem cicho. - Mały palec. Obiecuję, że cię nie wyśmieję. I nie ugryzę. Nawet jak będziemy się kłócić. Nawet jak będziesz miała rację, a ja będę udawał, że nie. Nawet kiedy będę wredny. Nawet kiedy będę zasługiwał na to, żeby mnie kopnąć w kostkę. Zero gryzienia. Naprawdę. - Wyciągnąłem mały palec bez większej ceremonii, pijanie, ale z pełnym przekonaniem, jakby to była najpoważniejsza forma magii, jaką znałem. - Mamy sojusz… - Kiwnąłem mniej żartobliwie. - Reszta to już mój problem. Nie raz ktoś już próbował przekraczać przy mnie nieprzekraczalne granice, z tym akurat mam doświadczenie. - Uśmiechnąłem się do niej krzywo, ale ciepło, nie rozwinąłem myśli, nie musiałem, wystarczyło, że wzruszyłem ramionami w ten sposób, w jaki robiło się to po czymś, co już się wydarzyło i nie wymagało komentarza. Ktoś kiedyś mówił za dużo, ktoś kiedyś zapomniał, czyjej sprawy dotyka, nie raz.
Stanąłem tak u jej boku z wyciągniętym palcem, schlany, szczery, dziwnie stabilny jak na tę noc, z poczuciem, że ta jedna, głupia dziecięca obietnica znaczy więcej niż wszystkie dorosłe deklaracje świata.
Prawda była taka, że w mojej głowie nigdy nie było ciszy, tylko zmieniały się priorytety i ciężary, teraz jednym z nich była ona, stojąca przede mną, chwiejna, szczera, uważna. Nie odpowiedziałem od razu, skinąłem głową dopiero po chwili, wolno, zdecydowanie. Przesunąłem dłonią po karku, gestem zdradzającym więcej, niż bym chciał. Ta rozmowa była dziwna, tak, ale dobra w tym niepokojącym sensie, jak coś, co dotyka miejsca, którego się nie ćwiczy.
- Wiem, że to brzmi… - Machnąłem ręką nieprecyzyjnie. - Ale serio. - Powiedziałem cicho. - I to nie jest kwestia tej nocy. Ona tylko… Wyciągnęła to na wierzch. Rozumiesz. Rozumiesz? - Spojrzałem na nią jeszcze raz, z tą pijano-trzeźwą uważnością. Gdybyśmy byli całkowicie sobą, pewnie zdążylibyśmy to zepsuć analizą, a tak… Doszliśmy tam, gdzie najwyraźniej mieliśmy dojść.
Gwiazda zrobiła swoje, a czy spadła naprawdę czy tylko w naszych głowach, nie miało już znaczenia. Ten wieczór robił ze mnie człowieka, który nie widział przeszkód, tylko ciąg przyczynowo-skutkowy prowadzący dokładnie tu, a skoro tu było ciepło, spokojnie i dobrze, to znaczyło, że naprawdę tak było, koniec analizy. Pierwszy pocałunek był niepewny, drugi już nie, trzeci jakbyśmy wreszcie trafili w rytm, którego szukaliśmy od lat, upojenie zrobiło swoje, noc zrobiła swoje, a ja przestałem się zastanawiać, czy to ma sens. W tej chwili nie istniało nic, co byłoby lepszym wyborem, czas rozciągnął się w coś miękkiego i nieostrego, aż w końcu potknąłem się jak idiota i runąłem na ziemię. Ledwie zdążyłem zarejestrować zimno kamienia i śniegu, kiedy ona wylądowała na mnie, dokładnie tam, gdzie powinna. Śmiech wyrwał mi się z piersi bez pytania, jej też, a ta niezdarność była idealna, jakby pasowała do całej tej nocy lepiej niż jakikolwiek plan, nie przyszło mi do głowy, żeby to analizować. Fakt, że byliśmy schlani, wydawał się raczej sprzymierzeńcem niż przeszkodą, gdybyśmy byli całkowicie przytomni, pewnie zadręczalibyśmy się pytaniami, jutrem, listą rzeczy, które „wypadało” albo „nie wypadało”, teraz było prościej, doszliśmy do czegoś, co miało sens, więc uznałem to za wystarczający dowód, bardzo praktyczny stan skupienia. Trzeźwi ludzie komplikują, pijani docierają do sedna, a sedno leżało teraz na mnie, oddychało mi przy policzku i było tak oczywiste, że aż śmieszne, że wcześniej tego nie widziałem. Leżałem pod nią i myślałem, że to jest zaskakująco logiczne, nie eleganckie, nie rozsądne, nie do obrony przed żadną komisją etyki ani rodziną, ale logiczne w tym prostym, pijanym sensie, który nagle porządkował cały mój świat - gwiazda, pocałunek, upadek, ona na mnie, jej usta na moich, ciepły dotyk, koniec dowodu.
„Jesteśmy i będziemy” nie brzmiało to jak obietnica rzucana na wiatr, raczej jak stwierdzenie faktu, które wreszcie do mnie dotarło, kiedy byliśmy razem, w ten sposób, w mojej głowie robiło się jasno i równo, jakby ktoś w końcu wyłączył hałas, żadnych wyrzutów sumienia, żadnych planów awaryjnych, tylko ten spokój, którego nie pamiętałem, żebym kiedykolwiek wcześniej doświadczył.
Dałem się pociągnąć bez oporu, śmiejąc się pod nosem, nadal bardzo chwiejny, ale jednocześnie w pełni kupiony przez ten błysk w jej oczach - ten sam, który pamiętałem sprzed lat, gdy wpadała na coś „okropnie sprytnego” i nie było sensu nawet udawać sprzeciwu. Wiedziałem, że cokolwiek właśnie wymyśliła, i tak już przepadłem.
- Bałwana. - Powtórzyłem głupio, z pełnym przekonaniem, jakby to była najrozsądniejsza decyzja tej nocy. - Oczywiście. Jak moglibyśmy nie.
Śnieg był miękki, posłuszny, idealny do rzeczy absolutnie nieistotnych i przez to najważniejszych, alkohol robił z zimna drobny szczegół, a z Yule niepodważalny argument.
- Robimy porządnego. - Mruknąłem, skupiony bardziej niż przy niejednym treningu, tym bardziej, że koordynacja była dziś pojęciem umownym. - Nie jakiegoś żałosnego frajera. Solidny fundament. Bez fundamentu wszystko się wali. - Stwierdziłem z pijanym profesjonalizmem. Patrzyłem na ten błysk w jej oczach i poczułem coś znajomego, tę dawną ekscytację, gdy wpadała na pomysł i natychmiast wcielała go w życie, bez planu B, bez oglądania się na rozsądek. To było… Nasze. Nawet jeśli udawaliśmy przez lata, że już nie.
Schyliłem się obok niej i zacząłem zbierać śnieg, dłonie szybko zrobiły się czerwone i mokre, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Co chwilę zerkałem na Prue, gdy pracowała nad swoją kulą, pochylała, całym ciałem angażując się w tę kompletnie niepotrzebną, a przez to idealną czynność. Pomagałem jej, dokładając śnieg, dociskając, wygładzając powierzchnię, jakby od tego zależała konstrukcyjna stabilność świata. Toczyliśmy kule po kamieniach tarasu, jedna rosła powoli, druga szybciej, trzecia była krzywa, bo ktoś się zagapił albo zaśmiał w złym momencie. Śnieg skrzypiał, kleił się do rękawów, a ja czułem się absurdalnie lekko, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Kilka razy prawie poleciałem znowu na plecy, ale tym razem udawało mi się utrzymać pion, głównie dlatego, że ona śmiała się tak głośno, że nie chciałem tego przegapić. Ustawiliśmy największą kulę na dole, druga kula poszła na nią, była mniejsza, bardziej foremna, ułożyłem ją na tej większej z namaszczeniem, jakbym stawiał fundament pod coś naprawdę ważnego. Głowa bałwana wyszła zaskakująco równa, choć nos był… Umowny. Cofnąłem się o krok, przekrzywiłem głowę, jakbym oceniał dzieło sztuki.
- Brakuje mu charakteru. - Mruknąłem, mrużąc oczy, po czym bez wahania uniosłem różdżkę i rzuciłem krótkie, leniwe accio w stronę wieży. Coś stuknęło, coś zaszurało i po chwili w mojej dłoni wylądował stary, żółto-złoty, wełniany szalik, zapomniany, ale wreszcie przydatny. Owinąłem nim bałwanowi „szyję”, poprawiając końce z przesadną starannością. Zimno szczypało mnie w policzki i palce, ale w środku miałem ciepło, głupie i szczere.
- Zamarzasz. Chodź do ciepła. - Stwierdziłem cicho, jakby to była jedyna rzecz na świecie, która naprawdę wymaga reakcji. Stanąłem za nią i objąłem ją ramionami od tyłu, odruchowo, jakby to było najbardziej naturalne miejsce na świecie. Oparłem podbródek na jej głowie i przykryłem jej dłonie swoimi, od razu czując, jakie są zimne, zbyt zimne, palce miała zaczerwienione od śniegu. Pociągnąłem ją więc delikatnie w stronę drzwi, z powrotem do wnętrza wieży, a gdy tylko znaleźliśmy się tuż za nimi, w cieple i półmroku, odwróciłem ją do siebie i pocałowałem, tym razem bez sprawdzania gruntu. Po prostu nachyliłem się z większą pewnością niż wcześniej - głębiej, mocniej, jak ktoś absolutnie przekonany, że robił dokładnie to, co powinien. Dokładnie tak.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (12560), Prudence Fenwick (6517)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa