• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [10.10.1972, sen] Well, it​’s one for the money, two for the show | Benjy, Prudence

[10.10.1972, sen] Well, it​’s one for the money, two for the show | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
25.02.2026, 21:12  ✶  
Wczesnowiosenny wieczór na przedmieściach Londynu był chłodny, wilgotny i wietrzny, zapach mokrej ziemi i benzyny mieszał się z aromatem smażonej cebuli z budki obok. Stałem na samym szczycie stromej ulicy, tam, gdzie chodnik gwałtownie załamywał się w dół, otwierając widok na migotliwe morze świateł North Kensington, które z tej perspektywy wyglądało na spokojną, niemal luksusową okolicę, co było totalnym kłamstwem, ale za to jakim ładnym. W dole miasto mrugało do mnie tysiącem migotliwych punkcików - neonowe reklamy kina w oddali mieszały się z żółtawym blaskiem gazowych latarń, tworząc świetlistą poświatę, która obiecywała wszystko i nic jednocześnie - mgła, typowa dla tej pory roku, zmiękczała kontury budynków, nadając wszystkiemu nierealny, niemal filmowy charakter.
Nie traciłem jednak czasu na kontemplację aury, tylko łapczywie wpakowałem sobie do gęby kolejnego hot doga, praktycznie w całości, ledwo przeżuwając poprzedni gigantyczny kęs i bezmyślnie gapiąc się w dół ulicy, gdzie tylne światła jakiegoś autobusu rozmywały się właśnie w wieczornej mżawce, tworząc długie, czerwone smugi na mokrym asfalcie. Bułka była tania i miękka, parówka podejrzanie różowa, cebula miała w sobie zbyt wiele pieprzu, by to nie było podejrzane, ale nie dbałem o to, delektując się każdą kalorią - głodny facet to zły facet, a ja nie zamierzałem psuć sobie tej wyjątkowo przyjemnej chwili - mój żołądek zawsze mieścił więcej, niż podpowiadał rozsądek, natomiast po tym całym cyrku w kowenie domagał się daniny, której nie potrafiłem mu odmówić. Spalanie miałem równie wysokie, co moja tankująca się maszyna, szczególnie po zmroku, w dodatku byłem pewien, że po takim dniu jakiekolwiek przejawy nienasycenia z pewnością stałyby się nie do zniesienia. Zawsze byłem głodny, a dzisiejszy wieczór, mimo swojej dziwności, tylko ten głód zaostrzył, wymagając spalenia sporej dawki kalorii, choćby po to, by nie zacząć dygotać z zimna w samej koszuli. Oparłem się ciężko o nagrzaną skórę siedzenia, ignorując fakt, że metal pod moim biodrem okazał się - zaskakujące, nie - przenikliwie zimny, silnik wciąż jeszcze pykał cicho, oddając resztki ciepła.
Zacząłem żuć wolniej, bo mój wzrok przykuł kolorowy plakat naklejony na murze tuż za głową Prudence stojącej pod jaskrawym, biało-niebieskim neonem stacji benzynowej, wyglądającej jak zagubiony duch, który przez pomyłkę trafił do świata żywych - jej dłonie ledwo wystawały z rękawów co najmniej cztery rozmiary za dużego okrycia wierzchniego, a rąbek czarnej od błota sukni wystawał spod płaszcza, zamiatając brudny beton stacji benzynowej. Spojrzałem na nadal-Bletchley, lekko marszcząc czoło na tempo, w jakim jadła swój przydział fastfoodu.
- Wszystko okej? - Odezwałem się, mój głos brzmiał chrapliwie w rześkim powietrzu, pomimo ilości jedzenia, które jeszcze przed chwilą umieściłem w ustach. Musztarda skapnęła mi na palce, ale zupełnie się tym nie przejąłem, tylko wsadziłem je sobie pomiędzy wargi, zlizując mieszankę tłustych sosów. Mój wzrok znowu powędrował na ceglaną ścianę warsztatu przylegającego do stacji - naderwany plakat, trzepotał na wietrze - zmrużyłem oczy, próbując rozczytać wyblakłe litery w słabym świetle jarzeniówek, litery tańczyły mi przed oczami, ale w końcu ułożyły się w sens. „Szalona misja panny Fifi” - brzmiało jak coś, przy czym nie trzeba za dużo myśleć, a plakat obiecywał dużo biegania w bieliźnie.
Przełknąłem ostatni kęs hot doga i otarłem usta wierzchem dłoni, marszcząc brwi w skupieniu, po czym sięgnąłem po papierosa, którego wetknąłem za ucho „na później”, za nim mając sobie wyraźnie widoczny znak mówiący o zakazie palenia przy dystrybutorach. Parsknąłem cicho, bo - jasne - od kiedy ktokolwiek przejmował się takimi duperelami, zwłaszcza w miejscu, w którym pięć kroków dalej stała buda z otwartym ogniem do smażenia burgerów podłej jakości i parowania jeszcze gorszych kiełbasek. W papierowej, zatłuszczonej torbie miałem jeszcze cztery buły - zapas na czarną godzinę, która w moim przypadku następowała zazwyczaj co dwadzieścia minut - ale teraz przede wszystkim potrzebowałem zapalić.
- Chcesz iść? - Zapytałem, wracając spojrzeniem do Prudence, tym razem przez chwilę nie spuszczając z niej wzroku - wyglądała komicznie i tragicznie jednocześnie, ale w tym całym bałaganie z jej niedoszłym ślubem była najpiękniejszą rzeczą, jaką widziało to wzgórze. Kiwnąłem w stronę afiszu i przyglądając się jej z troską, której starałem się nie okazywać zbyt wylewnie. - Zaraz zaczynają seans. W środku jest przynajmniej ciepło, nie to co na tym wygwizdowie. Mogłabyś tam w końcu zdjąć te swoje przeklęte łamignaty. - Wskazałem podbródkiem na białe, satynowe szpilki, które kompletnie nie pasowały do ryczącego motocykla, zapachu etyliny i smaru, ale jakimś cudem dały radę, co było jednocześnie przerażające i imponujące. Przecież i tak nie mieliśmy dziś nic lepszego do roboty, skoro ona nie była teraz na własnym weselu, a ja zupełnie olałem własne sprawy. Co nam szkodziło zgromadzić zapasy popcornu, słodkich przekąsek, kilka litrów jakiejś sody i może butelkę czegoś mocniejszego, by przeżyć najbardziej fantastyczny seans tej dekady?


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
25.02.2026, 22:15  ✶  

Udało im się uciec. To było sporym sukcesem, jakoś przetrwała też tę podróż, która nie należała do jej ulubionych. Wszystko działo się szybko, bardzo szybko, aż w końcu mogli złapać oddech. Ona mogła złapać oddech. Jej myśli nie uciekały zbyt daleko, skupiała się na tej chwili, momencie w czasie, w którym właśnie się znajdowali. Miasto wyglądało pięknie pod całunem nocy, światła migotały w ciemności. Być może nie miała w tej chwili tutaj być, ale kto by się tym przejmował. Ona nie zamierzała. Oczy miała zmrużone, ciężko jej było skupić się na czymś innym niż na jej towarzyszu, który nie mógł przestać jeść. Zgubiła rachubę, przestała liczyć, nie miała pojęcia ile hot dogów pochłonął, w sumie wyglądał na kogoś kto sporo w sobie mieści, zapomniała jednak, że jego żołądek był niczym studnia bez dna. Wpatrywała się w niego, chociaż nie chciała być szczególnie nachalna, ale nie mogła się oprzeć temu, by nie spojrzeć na niego chociaż kątem oka, kiedy kolejna buła zbliżała się do jego ust. Niesamowite.

Sama Prue połasiła się jedynie na jednego hot doga, nie skupiała się na jego smaku, wolała nie wiedzieć z czego był zrobiony, dzięki temu miała spać spokojniej, na szczęście keczup całkiem nieźle go zabijał. Nie była głodna, ale jadła z rozsądku, wiedziała, że jej organizm tego potrzebował.

Neon tuż nad jej głową rozświetlał mrok swoim blaskiem, przyciągał ludzi do tego miejsca, starała się go ignorować, bo wcześniej zwróciła na niego uwagę i wyglądał okropnie niedorzecznie, a może to ona tak wyglądała stojąc tuż pod nim, z białą suknią wystającą spod zdecydowanie zbyt wielkiego płaszcza. Kiedy skończyła jeść, a robiła to raczej powoli, przetarła twarz wierzchem dłoni, aby nie pozostawić na niej śladów posiłku, keczup bywał zdradliwy - doskonale zdawała sobie z tego sprawę.

Czy wszystko było w porządku? Wzruszyła ramionami, gdy usłyszała to pytanie. Nie do końca wiedziała, jak powinna na nie odpowiedzieć. Nie mogło być lepiej? Nie powinno mnie tu być, miałam być gdzieś indziej, podjęłam impulsywną decyzję, której echo będzie wybrzmiewało za mną latami i nie do końca wiem, jak sobie z tym poradzić? Chciała mu zadać wiele pytań, naprawdę wiele, jednak do tego też jeszcze nie doszła. Nadal uważała, że to, co zrobiła było właściwe, nie chciała znaleźć się nigdzie indziej, z nikim innym, jednak jeszcze nie wiedziała, czy jest okej. Musiała to przetrawić, powoli, jakoś ułożyć sobie w głowie to, że została uciekającą panną młodą, która właśnie wylądowała na stacji benzynowej i jadła hot doga, który mimo swojego parszywego smaku wydawał się jej smakować wolnością.

Spojrzała na Benjy'ego, który właśnie sięgał po swojego papierosa, po czym przeniosła wzrok na znak informujący o zakazie palenia, który znajdował się obok. Nie skomentowała tego nawet słowem, co też nie było do niej podobne, bo miała w zwyczaju przestrzegać zasad, nie mogła tego zrobić, nie dzisiaj, dzisiaj miała gdzieś swoje przyzwyczajenia i nawyki.

- Tak, wszystko jest w porządku. - Powiedziała w końcu, przypominając sobie o tym, że nie odpowiedziała na zadane przez niego pytanie, tak właściwie to nie kłamała, tak w zasadzie, można było uznać, że wszystko jest okej.

Przeniosła wzrok na papierową torbę, w której Benjy miał zapasy, pokręciła przy tym głową. - Jakim cudem wepchniesz w siebie to wszystko, zapomniałam, że lepiej Cię ubierać, niż karmić. - Nie mogła się nadziwić, ile był w stanie pożreć, jakby się zastanowić nad jej słowami, to w sumie z ubieraniem go pewnie też był problem, z tymi gabarytami raczej nie mógł korzystać z większości sklepów.

- Czemu nie? - Spojrzała na plakat, który wisiał na murze, zachęcający do obejrzenia seansu. Nie mieli żadnych planów, tam przynajmniej mogliby przycupnąć na chwilę, zniknąć w murach budynku, schować się przed światem. Było to nie najgorszym pomysłem.

- Przepraszam, mam Twój płaszcz. - Dopiero, kiedy wspomniał o tym, że w środku było ciepło przypomniała sobie, że ma ubrany jego płaszcz, czuła jego ciepło, ale przywykła do tego ciężaru w ciągu tych kilkunastu minut, czy może nawet więcej, wypadało jej z głowy, że okrycie wierzchnie nie należało do niej, mimo, że w nim pływała.

Pokiwała głową, bardzo chętnie, chociaż na chwilę pozbędzie się tych nieszczęsnych butów, nie mogła ich ściągnąć, ziemia była jeszcze zbyt chłodna, żeby poruszać się boso, musiała więc jakoś przetrwać ten czas, poradzić sobie z niewygodnym obuwiem. W kinie będą mogli odsapnąć, tak, to naprawdę był dobry pomysł. Nawet zbytnio nie interesował ją film, który miał być grany, bardziej zależało jej na tym, aby na moment mogli odpocząć.

- Chętnie się ich pozbędę ze stóp, chociaż na chwilę, nie masz nic ważnego do zrobienia? - Zapytała jeszcze, bo przecież mógł mieć coś zaplanowane, na wieczór, na jutro, wcale nie musiał jej zabawiać, nie musiał tu z nią zostać, to nie tak, że tego nie chciała, ale nie miała szansy wcześniej się o to zapytać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
26.02.2026, 04:27  ✶  
Zimny wiatr znad Tamizy smagał nas po twarzach, ale tutaj, na szczycie wzgórza, smakował inaczej - jak ozon i wolność, może z lekkim posmakiem karmelizowanej cebuli, prawdopodobnie przemrożonej, subtelnie nieświeżej, za to piernej jak cholera - zdecydowanie lepiej niż lilie z kadzidłem w kowenie Whitecroft. Wbiłem zęby w kolejną bułę, czując na sobie badawcze spojrzenie towarzyszki, na które tylko wzruszyłem ramionami. Kątem oka dostrzegałem to niedowierzanie w jej oczach, to nieme pytanie „gdzie ty to mieścisz?”, doskonale wiedziałem, co widziała - faceta, który pochłaniał jedzenie, jakby jutra miało nie być, i w sumie nie była to nieprawda, skoro w moim świecie „jutro” zawsze było opcjonalne. Przełknąłem potężny kęs czegoś, co było bardziej pszenno-tekturowym zapchaczem, niż wartościowym posiłkiem, nie licząc, która to była sztuka, tylko sięgając po kolejną ofiarę mojego nienasycenia - raptem pół sekundy później ponownie przeżuwałem ten „skarb” brytyjskiej gastronomii, jakbym naprawdę głęboko delektował się smakiem każdej dokładki.

Wiesz, co jest najgorsze w byciu facetem, który zawodowo ugania się za rzeczami, o których inni boją się śnić? To, że kiedy w końcu stajesz przed największą zagadką swojego życia, jedyne, co potrafisz zrobić, to zapchać usta tanią parówką z przydrożnej stacji.

Wyciągnięcie jej spod kowenu, sprzed ołtarza w samym sercu Londynu, spomiędzy tych wszystkich sztywniaków w wykrochmalonych kołnierzykach, było najbardziej brawurowym zleceniem, jakie kiedykolwiek sam sobie przydzieliłem, tyle że to nie było zlecenie - to był odruch. Słysząc lakoniczne „tak, wszystko jest w porządku”, tylko mruknąłem coś twierdząco, pod nosem, chociaż w duchu zakląłem, bo przecież widziałem, że nic nie było w porządku. Patrzyłem na nią, mrużąc oczy przed natrętnym blaskiem neonu, widząc, jak walczyła z myślami - wiedziałem, co czuła - to musiał być ten specyficzny rodzaj zawieszenia, kiedy stary świat już spłonął, a nowy jeszcze nie zdążył się wyłonić z popiołów. Dla niej to był skok w przepaść. Dla mnie? Dla mnie to był wtorek, tyle że z najbardziej zawziętą pasażerką, jaką kiedykolwiek gościła ta maszyna. Poczułem ukłucie gdzieś pod żebrami, którego nie uśmierzyłby nawet tuzin hot dogów - dla kogoś obeznanego z realiami naszego świata, niestety, jedno było zatrważająco jasne - najgorsze demony to nie te, które wyciąga się z antycznych grobowców, ale te, które nosi się pod żebrami, a moim demonem, od lat, była właśnie Pruey. Patrzyłem, jak przeżuwała tego nędznego hot doga z taką godnością, jakby siedziała na uroczystej kolacji w Savoy’u, nie stała na brudnej stacji benzynowej w oparach etyliny - była panna młoda, która jedną decyzją zamieniła życie w luksusach na parówę spożytą na stacji benzynowej w towarzystwie faceta, który zawodowo uganiał się za cieniami. Ciężka, ciemna wełna kontrastowała z nieskazitelną biela jej sukni, tworząc obraz, który przypominał mi stare, czarno-białe filmy, tylko że to nie był film, to była rzeczywistość - brudna, zimna i cholernie skomplikowana.
Słowa o tym, że łatwiej mnie odziać niż wykarmić, bez wątpienia były w punkt, chociaż z tym ubieraniem trafiła kulą w płot - większość krawców dostawała stanów lękowych na sam widok szerokości moich barów, myśląc, że przyszedłem wynieść im kasę fiskalną, a ja chciałem po prostu portki, w których nie pękną mi szwy, gdy kucnę, by narysować coś kredą. Potem też nie było łatwo się dogadać, w końcu szyli te swoje modne, wąskie garniturki dla chłopców, którzy wyglądali, jakby żywili się wyłącznie powietrzem i herbatą, więc gdy przychodziłem ja - na szczęście nie cały na biało, bo w jasnych kolorach nie było mi do twarzy - pojawiał się problem. „Panie, na pana to trzeba zużyć materiału jak na żagiel do fregaty!”
- Skarbie, ubierać mnie też nie jest łatwo. -  Odparłem, oblizując palce z resztek musztardy. - Poza tym zaraz zamykają, a nie chcę, żeby te wszystkie parówki się zmarnowały. To lokalna stacja, więc to byłby brak lojalności wobec korony. - Klepnąłem się po brzuchu, chociaż pod warstwami ubrań były tam głównie twarde jak skała mięśnie i kilka blizn, o których wolałbym, żeby nigdy się nie dowiedziała.
Spojrzałem na nią uważnie - stała tam, przy tym instrybutorze, oświetlona trupim, drgającym błękitem neonu - i poczułem to znajome szarpnięcie w piersi, którego nie potrafiły uciszyć żadne zaklęcia ani lata spędzone na neutralizacji rzeczy, o których zwykli zjadacze fastfoodów bali się śnić. Wyglądała tak krucho w tym moim płaszczu, a jednocześnie tak cholernie dzielnie. Wiedziałem, co zostawiła za plecami, wiedziałem też, co ja powinienem teraz robić, ale kiedy zobaczyłem ją stojącą na ołtarzu, w tej białej, absurdalnej sukni i w pozycji, w której zdecydowanie nie pragnęła się znajdować… Cóż, klątwy mają to do siebie, że trudno je złamać, a ta, która wiązała mnie z nią, była najsilniejszą, jaką znałem. Przez ułamek sekundy poczułem ciężar biletu w kieszeni, nie musząc nawet sprawdzać godziny, by wiedzieć, że niedługo statek odpłynie, zlecenie na kontynencie przepadnie, ktoś inny zgarnie fortunę za odczynienie uroku nad winnicami we Francji, a ja zostanę tu, na wyspie, którą obiecałem sobie opuścić na zawsze, ale gdy tylko spojrzałem na zmęczone oczy Prudence, na te nieszczęsne ślubne pantofelki na obcasach, które musiały ją piekielnie uciskać, poczułem też narastającą we mnie tę przeklętą, cichą lojalność, której nie potrafiłem zabić przez dekady.
Chciałem jej powiedzieć, że w moich łachmanach wygląda lepiej niż w tej całej eleganckiej, zdecydowanie za ciasnej i duszącej farsie, którą jej zgotowali, ale tylko wzruszyłem ramionami, udając, że mróz mnie nie ruszał. Neon nad nami bzyczał natarczywie, zalewając jej bladą skórę martwo-niebieskim światłem, ale dla mnie i tak promieniała.
- Daj spokój. Niczym się nie przejmuj. - Powiedziałem, machnąwszy ręką, jakby to była najmniej istotna rzecz na świecie, moja noga, obuta w ciężki but, mimowolnie zaczęła wystukiwać nerwowy rytm o mokry asfalt. - Trzymaj go tak długo, jak będziesz chciała. Mnie jest względnie ciepło, mam grubą skórę i wystarczająco dużo zapasów tłuszczu po tych wszystkich hot dogach, żeby przetrwać w gorszych warunkach, niż byle wiaterek. - Uniosłem brwi, uśmiechając się do niej z ukosa. - Poza tym, pasuje ci styl „ukradłam łachy starszemu bratu”. - Tylko że ja nie byłem jej bratem - i nigdy nie chciałem nim być.
Zauważyłem jej wzrok wędrujący na znak zakazu palenia i przez ułamek sekundy spodziewałem się reprymendy - tej jej uroczej, pouczającej miny, którą pamiętałem z czasów, gdy jeszcze sypialiśmy pod jednym dachem, chociaż zazwyczaj w osobnych łóżkach, i dzieliliśmy marzenia o wielkim świecie, ale Prue milczała, dzisiejsza noc najwyraźniej pozbawiła ją nawet chęci do bycia strażniczką zasad, co było wyjątkowo dezorientujące. Sam zawsze uważałem, że reguły były dla ludzi, którzy mieli coś do stracenia, albo dla tych, którzy wierzyli, że świat ma jakieś normy - ja od dawna wiedziałem, że jedyną prawdą wartą uwagi jest prawo przetrwania za wszelką cenę i fakt, że benzyna pali się cholernie dobrze, jeśli tylko dać jej powód.
Wyciągnąłem papierosa, wsadzając go sobie w usta, kompletnie ignorując tabliczkę z przekreślonym petem i przypaliłem tytoń, osłaniając płomień zapalniczki przed wiatrem, a dym natychmiast zmieszał się z chłodnym, marcowym powietrzem. Przez chwilę blask ognia rozświetlił moje świeże blizny na knykciach - pamiątki po ostatnim „spotkaniu” z pewnym upartym poltergeistem w Highgate - zlecenie na Wyspach było zamknięte, a przynajmniej powinno być. Zaciągnąłem się, pozwalając, by chłód nocy nieco ostudził moje myśli, czułem na sobie jej wzrok, to badawcze spojrzenie, którym zawsze potrafiła prześwietlić moje intencje. Czy miałem coś ważnego do zrobienia? Pytanie uderzyło mnie mocniej, niż powinno - w porcie czekał na mnie kontakt, nowe życie, nowe zlecenia, ucieczka od przeszłości, która deptała mi po piętach, samotna, bezpieczna egzystencja mężczyzny, który nikomu nie musiał się tłumaczyć. A jednak stałem tutaj, na szczycie stromej ulicy, brudząc sobie ręce tłuszczem z papierowej torebki, patrząc na kobietę, która była jedynym powodem, dla którego kiedykolwiek rozważałem złożenie broni.
- Ważnego? - Powtórzyłem, uśmiechając się krzywo, wypuszczając dym bokiem, by nie leciał w jej stronę, i wrzucając papierową torbę do bocznej sakwy Harleya, chociaż w piersi czułem znajomy skurcz, ten sam, który towarzyszył mi przez wszystkie lata naszej przyjaźni - dla niej byłem po prostu Benjym, starym przyjacielem, który zawsze zjawiał się w niewłaściwym czasie, by zrobić coś właściwego, ona dla mnie… Zamrugałem, przenosząc wzrok z jej zmęczonych oczu na ciemniejący horyzont Londynu - tam, gdzie światła zlewały się w jedną, wielką łunę. Świat i tak był przeklęty, jeden dzień w tę czy w tamtą nie zrobi różnicy. - Pruey, spójrz na mnie. Wyglądam na kogoś, kto ma napięty grafik? Nie mam nic ważniejszego od sprawdzenia, czy ta panna w błękitnym kabriolecie faktycznie jest taka szalona, jak obiecują na plakacie. Nic mnie nie goni. Absolutnie nic. - No, może poza jej narzeczonym, o ile odzyskał jaja. - Moje jedyne plany na dziś to dopilnować, żebyś nie zamarzła w tej białej firance i żeby nikt nie kazał nam płacić za dwa bilety, co teoretycznie ma szansę zadziałać, bo w obu przypadkach już teraz praktycznie znikasz cała w moim płaszczu. - Skłamałem z taką łatwością, że aż sam siebie zadziwiłem, ale przecież nie mogłem jej powiedzieć, że właśnie dla niej rzuciłem jedyną rzecz, jaką potrafiłem robić dobrze - uciekanie. Paradoksalnie, bo przecież jednocześnie ona uciekła ze mną gościowi, który pewnie właśnie teraz płakał w mankiet swojego tatusia - to była nieoczekiwana zamiana ról, bez wątpienia, chociaż tylko ja to widziałem, prawda?
Przez głowę przemknął mi obraz wściekłego zleceniodawcy i porzuconego kontraktu, który właśnie oficjalnie uznałem za niebyły - może nie uciekłem komuś spod obrączki, ale jako wolny strzelec nie mogłem sobie pozwolić na sentymenty, więc tego wieczoru najwyraźniej ja też paliłem za sobą mosty, niespecjalnie przejmując, a nawet ciesząc się tym, że jedyne, co mi zostało na najbliższe godziny, to ten motocykl i dziewczyna w za dużym płaszczu. Odepchnąłem się od Harleya, prostując swoje blisko dwa metry wzrostu, po czym wyciągnąłem w jej stronę dłoń, tę samą, która jeszcze wczoraj zaciskała się na rękojeści noża i sztywniała od kreślenia znaków ochronnych, a teraz drżała lekko na samą myśl o dotknięciu znajomego ramienia. Prawda była taka, że widok Pruey w moich rzeczach robił mi z mózgu papkę, szczególnie wtedy, gdy czułem z bliska zapach jej perfum zmieszany z nutami orientalnych przypraw i tytoniu - to była woń wszystkiego, od czego miałem uciec. Powinienem był olać to miasto i wszystko, co mnie z nim łączyło, lecz nagle cały mój profesjonalizm, całe to doświadczenie „samotnego wilka”, wylądowało w śmietniku obok pustego opakowania po batonie z masłem orzechowym i papierowego kubka od cienkiej kawy. Zlecenia mogły poczekać, Europa mogła poczekać, moja wolność mogła poczekać, skoro ona właśnie smakowała swojej.
- Zresztą, kino to nie tylko film. - Dodałem, mrugając do niej i wskazując na torbę z zapasami, którą właśnie dopchnąłem nogą bliżej motocykla. - Zamierzam kupić największy kubeł przesolonego popcornu z masłem, jaki posiadają. Do tego weźmiemy tę syntetyczną, różową sodę o smaku truskawki, która farbuje język. I precle w czekoladzie. Dużo precli. I żelki w kształcie misiów. - Zrobiłem krok w jej stronę, starając się nie wyglądać zbyt groźnie w tym półmroku. Widok poruszanego wiatrem fragmentu sukni, pod tym obskurnym neonem, był jak nóż wbity w żebra - przypominał mi o wszystkim, czego nigdy nie mogłem jej zaoferować, i o wszystkim, co właśnie porzuciła, postanowiłem więc uderzyć w ton, który zawsze ją rozbrajał, wracając do tematu bycia biologicznym ewenementem w kwestii żarcia. - No i cukierki czekoladowe z orzechami w środku, takie w twardych skorupkach, żebyśmy mogli nimi rzucać w ekran, jeśli film okaże się zbyt nudny. - Pochyliłem się nieco, by zajrzeć Prue w oczy, wyciągnąłem rękę, wahając się przez ułamek sekundy, po czym delikatnie musnąłem palcem czubek jej nosa, tak jak robiłem to lata temu. Chciałem, żeby się uśmiechnęła, naprawdę potrzebowałem jeszcze raz zobaczyć ten szczery uśmiech, zanim noc do reszty nas pochłonie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
02.03.2026, 23:45  ✶  

Nie mogła oderwać od niego wzroku, kiedy wgryzał się w kolejną, a później kolejną bułę. Pochłaniał ich horrendalną ilość, zauważył to spojrzenie, nie miała co do tego wątpliwości, bo dostrzegła to wzruszenie ramionami. Nie skomentowała tego, przynajmniej na początku, wróciła do przegryzania swojego hot doga. Nie był to może wybitny posiłek, znajdowali się przy stacji benzynowej, ale smakował wyjątkowo, bardzo wyjątkowo. Nie spodziewała się na pewno nigdy, że smak nieco twardej bułki z parówką w środku będzie miał całe życie przypominać jej smakuje wolność.

Nie miała żadnych oczekiwań związanych z tym, gdzie mieli się znaleźć, nie miała żadnego planu, ucieczka nie była przemyślana. Nie uważała jednak, że znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, był to jej nowy początek, nowa droga, którą miała podążać i nie miała pojęcia, co na niej spotka. Nie wiedziała, co przyniesie jutro, skupiała się więc na tym, co działo się teraz. Nie do końca miała ochotę wracać do wydarzeń sprzed chwili. Nie chciała się nad tym zastanawiać, rozmyślać, to nie był na to odpowiedni moment, nie wątpiła w to, że nadejdzie. Póki co jednak wolała zająć się czymś innym. Powolne przeżuwanie i skupianie się na tym, żeby za bardzo nie myśleć o smaku było idealnym zajęciem.

Nie ciągnął jej za język. Nie dopytywał, i dobrze. Na pewno zdawał sobie sprawę, że nic nie było w porządku, że pojawiały się pytania, coraz więcej pytań, na które pewnie chciałaby poznać odpowiedzi, jednak to nie był na to czas. Aktualnie wolała nie myśleć o tych wszystkich ludziach, którzy zostali w katedrze, którzy mogli poczuć, że ich zawiodła. Nie spełniła oczekiwań, ten jeden, jedyny raz była okropnie egoistyczna, nie przejmowała się niczym, nie zastanawiała się nad konsekwencjami, po prostu podążyła za tym, co podpowiadało jej serce. Nie przywykła do tego, aby go słuchać, to nie było w jej stylu, a jednak niczego nie żałowała. Czuła, że było to właściwe, że właśnie w ten sposób powinna postąpić.

Myślała o tym, czy jest na nią zły, że zignorowała jego wiadomość, czy miał do niej żal, że się do niego nie odezwała, że zniknęła bez słowa. Dosyć szybko jednak udało im się odnaleźć w dawnym rytmie, do którego przywykli. Potrafili współpracować jak nikt inny, nie zadawali pytań, po prostu działali. Niektórych rzeczy przychodziły bardzo naturalnie, jakże mogłaby sądzić, że to nie było właściwe, kiedy odnajdywała się w tym bez najmniejszego problemu, instynkt ją prowadził.

- Fakt, nie przemyślałam tego do końca. - Nie wątpiła w to, że miewał problemy ze zdobyciem nowych części garderoby, był przecież taki, nie mieścił się w standardach, chociaż uważała to raczej za jego urok. Nigdy nie zastanawiała się nad tym, ile musiały zajmować jego zakupy, pewnie szył większość swoich ubrań na miarę. - Kto by się spodziewał, że lojalność wobec korony będzie dla Ciebie taka istotna. - Nie odrywała od niego spojrzenia nawet na moment, pozwalała sobie się w niego wpatrywać, bo nic ich już nie goniło, a przynajmniej tak się jej wydawało, a dawno nie miała takiej możliwości, więc korzystała z okazji, kto bowiem wiedział, kiedy pojawi się kolejna. Na pewno miał jakieś pilne zlecenie na końcu świata do zrealizowania, jak zawsze.

- Tja, właśnie widzę te Twoje cale zapasy tłuszczu. - Pozwoliła sobie ostentacyjnie zmierzyć go wzrokiem od stóp do głów. Nie wydawało jej się, aby to co mówił miało jakieś przełożenie na rzeczywistość. Skoro jednak stwierdził, że nie potrzebuje w tej chwili swojego płaszcza to nie zamierzała mu go oddawać. Wieczór robił się coraz chłodniejszy, a tak głupia sukienka, którą miała na sobie nie była w stanie uchronić jej przed tym orzeźwiającym wiatrem. - Zawsze było Ci cieplej. - Niż jej. To nie było też niczym nowym, ile w tym było faktycznie prawdy, a ile tego, że wolał zadbać o to, aby ona czuła się lepiej. Nie wiedziała, nie wątpiła jednak w to, że nieraz zdarzyło mu się podzielić z nią czymś, co również było mu potrzebne. Zmrużyła oczy i zawiesiła wzrok na jego twarzy, kiedy wspomniał o tym, że pasuje jej ten styl po starszym bracie.

Pamiętała, że zawsze ją chronił, brał na siebie odpowiedzialność za jej bezpieczeństwo. Byli najlepszymi przyjaciółmi, tylko, czy naprawdę miała być mu nadal niczym młodsza siostra? Od lat jej to nie odpowiadało. Nie znalazła w sobie nigdy odwagi, aby na to reagować. Tkwiła w tych ramach, które sami sobie narzucili. Czy naprawdę chciała dalej to robić? Wierzyła, że nie znalazł się w tej katedrze bez przyczyny, przynajmniej jeszcze przed chwilą, miała nadzieję, że może to było coś więcej, może niepotrzebnie, aż tak odbiegała od rzeczywistości. Zrobił to co zawsze, zachował się, jak jej przyjaciel, uratował ją przed zgubą. Nie powinna temu dopisywać niczego innego.

- Mój starszy brat wcale nie jest ode mnie aż tyle wyższy. - Bo przecież miała swojego bliźniaka, nie potrzebowała kolejnego brata, nie chciała wyglądać w ten sposób w jego płaszczu. Te uczucia, które powodowała jego obecność były bardzo dalekie od tego, co czuło się w stosunku do rodzeństwa.

Nie odezwała się ani słowem na temat tego, że postanowił właśnie zapalić fajkę pod znakiem zakazu palenia. Nie skomentowała tego, chociaż jej wzrok powędrował to tego nieszczęsnego symbolu, a później do jego osoby. Nie miała jednak dzisiaj siły pilnować zasad, jakże by mogła, kiedy sama bardzo wiele złamała. Nie było więc sensu zwracać uwagi na taką drobnostkę, chociaż zazwyczaj pewnie by sobie tego nie odmówiła. Prudence uważała, że reguły istnieją po coś i warto jest ich przestrzegać, przynajmniej w większości. Były bowiem dziedziny, w których zupełnie się tym nie przejmowała, jednak wierzyła, że robi to dla większego dobra.

- Tak, ważnego. - Powtórzyła raz jeszcze. Miała świadomość przecież jak wyglądało jego życie. Ciągle się gdzieś spieszył, miał coś do załatwienia, zawsze na niego gdzieś, ktoś czekał. Miała uwierzyć w to, że tym razem było inaczej? Nie chciała być kimś, kto go tutaj zatrzyma, bo na pewno nie planował takiej eskapady, nie lubiła być czyimś problemem, dlatego więc zadała to pytanie i wolała się upewnić, że faktycznie nie ma nic przeciwko temu, aby dotrzymać jej towarzystwa. Nie wydawało jej się, aby był z nią szczery, jednak skoro tak twierdził, to nie miała zamiaru z tym dyskutować.

- Skoro tak twierdzisz, to możemy to sprawdzić. - Kamień spadł jej z serca, bo chciała spędzić z nim jeszcze trochę czasu, nie do końca byłaby szczęśliwa, gdyby zniknął w mroku, a tak mogli chociaż jeszcze przez chwilę potrwać przy sobie, spędzić razem kilka godzin, to na pewno by jej wystarczyło. Wolała nie myśleć o tym, co będzie później, bo wiedziała, czego powinna się spodziewać. Byli pod tym względem okropnie różni, on musiał być w drodze, a ona nie chciała być kimś, kto będzie go zatrzymywał wbrew jego naturze, to byłoby krzywdzące.

- Pierwszy plan możesz odhaczyć jako zrealizowany, co do drugiego, to pewnie w przeciągu kilku minut uda nam się sprawdzić. - Wolałaby tego nie robić, jednak, co właściwie mieli do stracenia, ta noc miała być inna niż wszystkie, nie zamierzała usilnie trzymać się swoich typowych zachowań, mogła nieco przekroczyć wcześniej nieprzekraczalne granice, mogła się bawić, i tak nic, co miałaby zrobić nie pobije tego, że wcześniej uciekła sprzed ołtarza ze swoim bardzo dawno niewidzianym przyjacielem. Nie dało się tego osiągnięcia w żaden sposób prześcignąć.

Słuchała tego, co miał do powiedzenia bardzo uważnie. Kiedy tak o tym opowiadał to propozycja wydawała jej się być coraz bardziej atrakcyjna, nie sądziła, aby znalazł się ktoś, kto mógłby mu jej odmówić. - Myślisz, że mają tam też watę cukrową? - Jakby jeszcze jej potrzebowali. - To wszystko o czym wspomniałeś i wata cukrowa, to byłby idealny pomysł na spędzenie tego wieczoru. - Musiała postawić jakiś warunek, czyż nie, więc jej drobnym warunkiem miała być okropnie słodka wata cukrowa, która pewnie poskleja jej palce. Doskonale pasowała do całej reszty asortymentu, w który mieli się zaopatrzyć.

- Ty będziesz rzucał, ja będę Ci podawała amunicję, wiesz, jak jest. - Obawiała się, że mogłaby nie podołać temu zadaniu. - Brzmi to jak plan, całkiem niezły plan. - Mogli się schować w budynku kina, udać, że cały świat nie istnieje, nie mogło być lepiej. Nie do końca była bowiem gotowa, aby zderzyć się z rzeczywistością, jeszcze nie, wolała pozostać w tym zawieszeniu, ukryciu.

Uśmiechnęła się, kiedy musnął palcem jej nos, nie mogła nie zareagować na ten gest, który niósł ze sobą wiele ciepłych wspomnień. Jako, że mieli plan, pozwoliła sobie wsunąć rękę pod jego ramię, tak jak robili wiele razy. - To co, idziemy, jeszcze seans nam ucieknie. - Nie przestawała się uśmiechać, jakby wcale nie zostawiła za sobą całego znanego sobie świata, jakby nie zburzyła tego porządku, który sobie układała od lat.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
06.03.2026, 16:53  ✶  
Pruey zawsze potrafiła przejrzeć mnie na wylot, a przynajmniej tak mi się wydawało. Czułem na sobie jej wzrok - ten sam, który kiedyś, lata temu, sprawiał, że zapominałem języka w gębie, natomiast teraz wywoływał we mnie plątaninę różnych skomplikowanych emocji - gdy stała tu w moim płaszczu, z tym błąkającym się po twarzy uśmiechem, czułem, jak w piersi rośnie mi coś, czego nie potrafiłem zdusić nawet kolejnym papierosem. Zupełnie nie wiedziałem, co powinienem myśleć o ostatnich wydarzeniach, czy i co one dla nas znaczyły, czy tak naprawdę cokolwiek zmieniały. To, że nie dopytywałem, nie oznaczało, iż nie widziałem tych wszystkich kół zębatych obracających się w jej głowie w tempie zbliżonym do mojego własnego toku myślenia. Znaliśmy się zbyt długo, bym nie potrafił wyczuć tego specyficznego napięcia, nie musząc nawet fizycznie dotykać napiętych barków kobiety - stała tu, między dystrybutorami paliwa, osłonięta od wiatru, pozornie całkiem spokojna, lecz pod grubą wełną z pewnością biło serce dziewczyny, która była w pełni świadoma, iż właśnie spaliła most prowadzący do bezpiecznej, choć nudnej przystani. Szczerze wątpiłem w to, by mogła go kiedykolwiek odbudować, nie po tym wszystkim, i zupełnie nie wiedziałem, w jaki sposób mogłem zareagować, by ułatwić jej dojście do siebie po podjęciu takiej decyzji - to Prudence zawsze była tą rozsądną, tą, która przestrzegała reguł, podczas gdy ja byłem gościem od brudnej roboty, wiecznie w drodze, jednak dzisiaj z nas dwojga to ona zagrała va banque. Wiedziałem, że całkowicie celowo milczała o katedrze, o kowenie, o tych wszystkich ludziach, których zostawiła za sobą, gdy wypadliśmy stamtąd bez słowa wyjaśnienia, więc i ja nie zamierzałem usilnie próbować rozmawiać z nią na ten temat. Czasem milczenie jest najbezpieczniejszym schronieniem, zwłaszcza gdy przed paroma chwilami wyciągnęło się kogoś z samego środka ceremonii, która miała zdefiniować resztę jego życia.
Czułem się tak, jakbym balansował na krawędzi klifu, lecz to, co zrobiliśmy w kowenie, nie było za to w całości odpowiedzialne - nie miałem wyrzutów sumienia z powodu własnego wkładu w dramatyczną scenę ucieczki przed przysięgą małżeńską niedoszłej pani nie-Bletchley, w końcu zdawałem sobie sprawę z tego, że to była jej świadoma decyzja i nie zrobiłaby tego, gdyby naprawdę nie chciała opuścić ze mną tamtego miejsca - chodziło raczej o nas i o to, w jaki sposób powinienem podchodzić do sytuacji, jaką mieliśmy teraz między nami. Moje myśli mimowolnie powędrowały do ostatniej wiadomości, którą do niej wysłałem tygodnie temu, a którą zignorowała. Nie miałem o to żalu, przynajmniej tak sobie wmawiałem, gdy pakowałem sprzęt na kolejne zlecenie, ale teraz, kiedy staliśmy tu razem i ten dawny rytm wrócił tak naturalnie, jakbyśmy nigdy nie przestali być partnerami w fachu, nagle zupełnie już nie wiedziałem, co powinienem czuć. Byliśmy dwojgiem uciekinierów, którzy rozumieli się bez słów, jednak cena tego zrozumienia była dla nas obojga cholernie wysoka. Nie pytałem, co będzie jutro, za tydzień, za miesiąc albo nawet za godzinę, Prudence także tego nie poruszała, ale z pewnością oboje wiedzieliśmy, że nie mogliśmy wiecznie tkwić w tej bańce, rzeczywistość miała nas wreszcie dopaść, czy tego chcieliśmy, czy nie.
Patrzyła na mnie rozszerzonymi źrenicami, dokładnie takim spojrzeniem, jakie kazało mi wrócić w te deszczowe rejony, by na własne oczy zobaczyć to, co wydawało mi się nieuniknionym końcem naszej wspólnej historii. Zrobiłem to, chociaż nienawidziłem Wysp - nienawidziłem tutejszego błota, mgły, chłodu i szarości, nienawidziłem tego, jak bardzo Londyn dusił mnie swoją ciasnotą, a jednak, gdy tylko dostałem wieści o ślubie, całkiem bezmyślnie pokierowałem swoją ścieżką w taki sposób, by znaleźć się jak najbliżej tego miasta, bo jeszcze bardziej nienawidziłem tej wieloletniej tęsknoty za czymś, co - jak chciałem sobie udowodnić - najwyraźniej nigdy nie było nam pisane. Skończyłem więc w jedynym miejscu na świecie, w którym jednocześnie chciałem i nie chciałem przebywać, tylko przez chwilę wmawiając sobie, że to zupełnie nic nie znaczyło, i że w razie czego wcale nie musiałem pojawiać się nieproszony na ślubie, nawet jeśli byłbym tuż obok koweny Whitecroft. Nie udało mi się zbyt długo utrzymać kłamstwa, które sobie stworzyłem - na szczęście - stałem tu przecież tylko dlatego, że nie potrafiłem znieść myśli o przegapieniu ceremonii, na którą moja była przyjaciółka nawet mnie nie zaprosiła. Przyjechałem jako cień, obserwator własnej uczuciowej klęski, a skończyłem jako wspólnik w ucieczce.
- Lojalność wobec korony, Pruey, to jedyne, co trzyma ten kraj w kupie. - Odmruknąłem, a w moim głosie wybrzmiała nuta kpiarskiej autoironii - w końcu dzisiaj oboje udawaliśmy, że ta tafla lodu, po której stąpamy, jest wystarczająco gruba, by utrzymać naszą wspólną ucieczkę, więc mogliśmy jeszcze udać, że w dalszym ciągu miałem w sobie odrobinę dawnej wiary w tradycję i klasycystyczne podwaliny naszej brytyjskiej tożsamości. Prawda była taka, że nigdy nie wierzyłem w te wszystkie brednie dotyczące „najwyższych wartości” - nie byłem magicznym ani niemagicznym patriotą, trudno było mnie nawet nazwać „przykładnym przedstawicielem czarodziejów wyższej klasy”, bo zawsze bardziej interesowali mnie ludzie, niż oklepane, wydumane wartości.
Widok tej konkretnej kobiety w moich rzeczach zawsze sprawiał, że chciałem ją objąć i nigdy nie puszczać - od lat pragnąłem być dla niej kimś więcej, ale widziałem w jej oczach to pragnienie normalności, którego nie potrafiłem spełnić. To, że chciała zostać ze mną, chociaż przez te kilka godzin, było więc dla mnie największą i zarazem jedyną nagrodą za dzisiejsze szaleństwo. Nie chciałem zbyt wiele o tym myśleć, woląc skupić się na tu i teraz, niż na przyszłości.
Pracując w terenie i stale zmieniając miejsce pobytu, naprawdę ciężko było znaleźć kogoś, który był w stanie tak po prostu dopasować coś na szybko do gościa o większych niż standardowo gabarytach, zwykle kończyło się na tym, że brałem co dawali, byle szwy nie trzeszczały przy każdym geście różdżką. Tak, ubieranie mnie było wyzwaniem dla każdego krawca, napełnienie mi żołądka było równie trudne, a moja obecność tutaj była kpiną z jakiegokolwiek porządku - pełen pakiet. Stałem nieruchomo, pozwalając, by chłodny wiatr targał moimi włosami, podczas gdy Prudence analizowała sytuację, stojąc w tym swoim-moim płaszczu-namiocie i dokonując weryfikacji swoich spostrzeżeń, prawdopodobnie również woląc to ponad myślenie o rzeczywistości. Zawsze była tą, która niosła na ramionach ciężar oczekiwań całego świata, dzisiaj te ramiona po prostu odmówiły posłuszeństwa - widziałem to w jej oczach - to nie było załamanie, to była świadoma decyzja wycofania się przed czymś, co na nią nie pasowało, jeszcze bardziej od mojego okrycia wierzchniego. W nim przynajmniej mogła schować się przed światem, w przeciwieństwie do sukni, w której była boleśnie wystawiona na spojrzenia i bycie w centrum niechcianej uwagi.
Oczywiście - zauważyłem, że zmierzyła mnie wzrokiem, zatrzymując się na moment tam, gdzie pod koszulą napinały się mięśnie, więc zaśmiałem się krótko na ostentacyjność tego spojrzenia, odruchowo napinając bicepsy. Ja nie miałem nic przeciwko prezentacji, tym bardziej przed Prue, po której spojrzeń byłem całkowicie przyzwyczajony - zawsze robiła to bez wstydu, jakby oglądała mapę terenu, który znała prawie na pamięć, chociaż nie dało się ukryć, że przez te wszystkie lata, jakie minęły, co nieco się we mnie zmieniło, tak samo jak w niej, więc weryfikacja była wskazana. Widziałem, jak jej oczy sunęły w dół i w górę, w górę i w dół, i tak kilka razy, czułem to spojrzenie niemal fizycznie, odwdzięczając się równie swobodnym zmierzeniem wzrokiem jej sylwetki przykrytej grubymi połami za dużego płaszcza. Uniosłem brwi.
- To wszystko jest starannie rozlokowane. Strategiczne rezerwy. - Odparłem, uśmiechając się - zupełnie tak, jakbym nie zrozumiał ironii - nie byłem próżny, ale byłem świadomy własnego ciała. Poczułem jednak ukłucie irytacji, skierowanej wyłącznie w stronę samego siebie, gdy powtórzyła moje słowa o „starszym bracie”. Tak, wiedziałem, że miała rację - Elias był moim przyjacielem, ale porównywanie mnie do niego było jak porównywanie niedźwiedzia do sarny. Ja nie byłem członkiem ich rodziny, byłem tylko obok, bliżej lub dalej obojga z nich, od pierwszego roku, od pierwszego wspólnego wagonu w pociągu, od momentu, gdy jej brat próbował mnie przekonać, że żaby czekoladowe są walutą przyszłości. Byliśmy dziećmi, kiedy zaczęliśmy budować nasze skomplikowane więzi, i nawet jeśli przez chwilę wszystko było niewinne, potem przestało, więc zasłanianie się czymś takim nie było niczym słusznym - nigdy nie była dla mnie siostrą, nawet kiedy sami wcisnęliśmy się w jedną, drugą czy trzecią etykietę. Bycie „zastępczym starszym bratem” było najlepszą z najgorszych łatek, jakie sobie przykleiłem, przede wszystkim chroniło mnie przed konsekwencjami własnego braku odwagi, nie wymagało poruszania trudnych tematów dotyczących moich oczekiwań dotyczących naszej relacji, która - jak świadomie wybierałem myśleć - od początku nie miała przyszłości, bo nasze spojrzenia na świat diametralnie się od siebie różniły. Nawet jeśli dzisiaj mogłoby się wydawać, iż Prue zrezygnowała ze swojego białego plotku i stabilnego życia w Anglii, przecież tak naprawdę wcale nie chodziło o to, że zupełnie tego nie chciała - prawda? Być może patrząc na tamtego nieznanego mi mężczyznę, który miał się stać jej mężem, uświadomiła sobie, iż nie chciała dzielić z nim przyszłości, lecz to w dalszym ciągu nie świadczyło o tym, że chciała zupełnie ją sobie zrujnować, wracając na drogę, którą wspólnie podążaliśmy, zanim rozdzieliły nas dramatyczne wydarzenia na australijskiej plaży. A ja?
To było moje największe przekleństwo - przez lata byłem dla niej tak oczywisty, tak wpisany w krajobraz jej życia, że mogłem być bratem, kumplem, ochroniarzem, ale nigdy kimś, kogo trzyma się za rękę, bo chce się z nim budować dom. Ja nie budowałem domów, ja byłem człowiekiem od burzenia murów i uciekania przed świtem. Jeśli byłem kolegą, „najlepszym przyjacielem”, mogłem być blisko - jeśli byłbym kimś innym... Cóż, wtedy mógłbym ją stracić na zawsze. Oczywiście, setki, jeśli nie tysiące razy myślałem o tym, co by mogło być, gdybym spróbował postąpić inaczej, ale jak miałem to powiedzieć, zwłaszcza teraz? Gdy wokół nas unosił się zapach benzyny, a ona uciekła sprzed ołtarza innemu? Byłbym hieną, wykorzystując tę chwilę, szczególnie że byłem tym gościem, który pojawia się w nocy, rozwiązuje problemy, których inni nie chcą dotykać, i znika, zanim wstanie słońce. W jakimś sensie nie wróciłem tu nawet dla niej, tylko dla siebie - żeby zobaczyć, jak odchodzi z kimś innym, los miał jednak inne plany.
Zauważyłem jej wzrok wędrujący ku tabliczce z bardzo wyraźnym komunikatem słownym i piktogramowym, ale i tak zaciągnąłem się tytoniem, wypuszczając gęstą smugę dymu, która natychmiast rozmyła się w chłodnym powietrzu. Zawsze było mi cieplej, to prawda, moje ciało lepiej znosiło chłód, ale oddałem Prue płaszcz nie z powodu temperatury - zrobiłem to, bo chciałem, żeby było jej wygodnie, to był odruch, jedyny właściwy. Wzruszyłem ramionami, słysząc ciche syknięcie papierosa, gdy z daszku spadła kropla wilgoci, w dalszym ciągu ignorując jaskrawy znak zakazu palenia, który rzucał na naszą dwójkę swój czerwony, ostrzegawczy blask. To było wymowne - stać tu, prawie w sercu Londynu, łamiąc zasady bezpieczeństwa publicznego, podczas gdy obok mnie znajdowała się kobieta, która właśnie podpaliła cały swój dotychczasowy świat. Czekałem na reprymendę, na to jej urocze zmarszczenie brwi, które mówiło mi, że znów przeginam. Spodziewałem się bury, spodziewałem się, że zacznie mnie pouczać o dyscyplinie, o porządku publicznym, o tym, że Londyn to nie jest dzicz, po której zwykłem się włóczyć, ale milczała - i to milczenie było bardziej wymowne niż tysiące słów. Zawsze była nieoficjalną strażniczką porządku, a dzisiaj... Po prostu na mnie patrzyła, w pewnym sensie to spojrzenie było gorsze niż najcięższa klątwa, bo widziałem w nim pytania, których bałem się usłyszeć - począwszy od tego, którego znaczenie powtórzyła. Czy miałem coś ważnego do roboty? Miałem bilet w kieszeni, miałem kontrakt na kontynencie, miałem życie uciekiniera, które nie przewidywało przystanków w Londynie, lecz zamiast o tym mówić, wbiłem wzrok w niebieski neon, starając się nie patrzeć na jej usta. W końcu żaden brat czy kolega nie patrzyłby na wargi przyszywanej siostry, zastanawiając się, czym smakowały, i nie dusiłby w sobie dzikiej ochoty, by sprawdzić to osobiście. To było trudne, zawsze było trudne, od czasu naszych wspólnych chwil w Hogwarcie, aż po zlecenia, na które wpadaliśmy na siebie w najbardziej zapadłych dziurach świata - a to, że nasza współpraca zawsze była instynktowna, niemal telepatyczna, tylko pogarszało sprawę mojego nieszczęsnego zadurzenia.
Pokręciłem głową, dym unosił się między nami, jak cienka zasłona, za którą łatwiej było mówić prawdę w połowie. Nie byłem z nią do końca szczery - zawsze coś na mnie czekało, zresztą, czułem ten cały ciężar w klatce piersiowej, bo wiedziałem, że nasz czas jest pożyczony, ale tego wieczoru naprawdę nic nie było ważniejsze.
- Rzeczywiście, nieźle nam idzie. - Przytaknąłem, nie utrzymując z nią kontaktu wzrokowego - patrzyłem przed siebie, bo gdybym spojrzał w dół, zobaczyłbym jej twarz zbyt blisko, a gdybym znowu wypatrzył się w jej usta, kolejny raz pomyślałbym o tym, o czym nie wolno mi było myśleć. Kino jako schronienie brzmiało kusząco - ciemność, rzędy foteli, ekran większy niż nasze problemy, świat sprowadzony do dwóch godzin fikcji - potrzebowałem tego tak samo jak ona.
- Jak za dawnych czasów. - Stwierdziłem, a moje oczy na moment zatrzymały się na jej oczach. Nie powiedziałem, że gdy zobaczyłem ją, kiedy ruszyła w moim kierunku, łapiąc mnie pod ramię i mówiąc bez słów „chodź”, poczułem coś na kształt ulgi, tak gwałtownej, że aż zabolało, i teraz też nadal to czułem, jednocześnie mierząc się z zupełnie innym ciężarem. Znów wchodziliśmy w rytm partnerów, w rytm, który dawał nam obojgu złudne poczucie normalności. Nie wiedziałem, co stanie się po filmie, nie wiedziałem, czy odprowadzę ją do domu, czy do hotelu, czy do… nikąd - wiedziałem tylko, że ten wieczór był pożyczony, jakbyśmy ukradli go światu i trzymali dla siebie, licząc, że nikt się nie upomni. Tego wieczoru miałem być jej wspólnikiem, ochroną, towarzyszem przy wacie cukrowej i kiepskim filmie, to wszystko brzmiało jednocześnie całkiem znajomo i zupełnie nieoczekiwanie, biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich się działo. - Zawsze byłaś moim najlepszym wsparciem logistycznym. - Dodałem, tym razem zupełnie nie myśląc nad tym, czy powinienem był to mówić. Prawda była taka, że ufałem jej bardziej niż komukolwiek innemu w terenie - ona wiedziała, kiedy się cofnąć, kiedy mnie zatrzymać jednym słowem, ja wiedziałem, kiedy stanąć przed nią, kiedy zaś za nią. Prudence nie była impulsywna, była chodzącym rozsądkiem w ludzkiej skórze, jeżeli więc serce wygrało z rozumem, to znaczyło, że rozum przestał mieć argumenty - tyle chwilowo wystarczało, byśmy mogli ruszyć dalej.
- Na pewno mają tam watę cukrową. - Rzuciłem, pełen przekonania, że ten sposób wspólnego spędzenia czasu, ze wszystkich możliwych opcji, rzeczywiście miał być idealny - jakby kilka godzin w ciemnej sali kinowej mogło zawiesić wszystkie nasze dramaty. Wiedziałem, że wata cukrowa będzie tam na nas czekać. Wiedziałem, że Prue zje ją z zapałem uczennicy, która właśnie uciekła z lekcji. Wiedziałem, że ja będę patrzył na jej usta o sekundę za długo, co w ciemnościach może ujdzie mi na sucho.
Musnąłem jej nos palcem, zanim zdążyłem się powstrzymać, ten gest był stary jak my, bezpieczny, niewinny, a jednak, kiedy się uśmiechnęła, coś kolejny raz ścisnęło mnie w klatce piersiowej - kiedy natomiast tak swobodnie wsunęła rękę pod moje ramię, ponownie poczułem ten niefizyczny ciężar tej nocy. Czas uciekał, statek zaraz miał odbić od nabrzeża, a ja zamiast być na środku kanału La Manche, stałem na szczycie stromej ulicy, karmiąc uciekającą pannę młodą najgorszymi hot dogami w dzielnicy, i dawno nie czułem się bardziej pewny podejmowanej decyzji. Wiedziałem bowiem, że tam, w tej dusznej katedrze, zostawiła nie tylko kowen i narzeczonego, ale całą wizję siebie, którą mozolnie budowała przez lata - widziałem, jak kurczowo trzymała się tej chwili, jakby puszczenie jej oznaczało natychmiastowy upadek w przepaść konsekwencji, więc nie zamierzałem tego pogorszyć, nawet jeśli to oznaczało wycofanie się z własnych planów dla dwóch godzin seansu w kinie studyjnym i niepewnego poranka.
- Chodźmy. - Kiwnąłem głową, miała rację - „Szalone perypetie panny o psim imieniu” nie zamierzały na nas czekać, a ja miałem dziwne przeczucie, że to arcydzieło kinematografii zmieni nasze życie na przynajmniej kilka chwil. - Musimy zdążyć na kroniki filmowe. Chcę zobaczyć, co tam u królowej, zanim zaczniemy się śmiać z tej głupiej komedii. - Rzuciłem, jak przystało na lojalistę wobec korony, którym rzekomo byłem. Ruszyliśmy przed siebie, nie odwlekając już dłużej dalszego ruszenia w drogę. Wiedziałem, że nie mogę teraz zrobić nic, co by to zepsuło, nie mogłem jej pocałować, nie mogłem powiedzieć, że ją kocham, bo to byłoby nieuczciwe, musiałem być tym Benjym, którego znała - wielkim, głodnym, opiekuńczym przyjacielem, tymczasowym wspólnikiem w buncie przeciwko rzeczywistości, nikim więcej, ale nie żałowałem ani sekundy. Moment później znowu czułem ciepło jej ciała przy swoim boku, zapach włosów, przebijający się przez smród spalin, tę nutę truskawek, którą pamiętałem z czasów, gdy byliśmy młodsi i wszystko było prostsze - wtedy myślałem, że wystarczy być obok, że to minie. Nie minęło. To był nasz rytm - nasza bliskość, która zawsze balansowała na krawędzi.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (5395), Prudence Fenwick (2205)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa