Nie traciłem jednak czasu na kontemplację aury, tylko łapczywie wpakowałem sobie do gęby kolejnego hot doga, praktycznie w całości, ledwo przeżuwając poprzedni gigantyczny kęs i bezmyślnie gapiąc się w dół ulicy, gdzie tylne światła jakiegoś autobusu rozmywały się właśnie w wieczornej mżawce, tworząc długie, czerwone smugi na mokrym asfalcie. Bułka była tania i miękka, parówka podejrzanie różowa, cebula miała w sobie zbyt wiele pieprzu, by to nie było podejrzane, ale nie dbałem o to, delektując się każdą kalorią - głodny facet to zły facet, a ja nie zamierzałem psuć sobie tej wyjątkowo przyjemnej chwili - mój żołądek zawsze mieścił więcej, niż podpowiadał rozsądek, natomiast po tym całym cyrku w kowenie domagał się daniny, której nie potrafiłem mu odmówić. Spalanie miałem równie wysokie, co moja tankująca się maszyna, szczególnie po zmroku, w dodatku byłem pewien, że po takim dniu jakiekolwiek przejawy nienasycenia z pewnością stałyby się nie do zniesienia. Zawsze byłem głodny, a dzisiejszy wieczór, mimo swojej dziwności, tylko ten głód zaostrzył, wymagając spalenia sporej dawki kalorii, choćby po to, by nie zacząć dygotać z zimna w samej koszuli. Oparłem się ciężko o nagrzaną skórę siedzenia, ignorując fakt, że metal pod moim biodrem okazał się - zaskakujące, nie - przenikliwie zimny, silnik wciąż jeszcze pykał cicho, oddając resztki ciepła.
Zacząłem żuć wolniej, bo mój wzrok przykuł kolorowy plakat naklejony na murze tuż za głową Prudence stojącej pod jaskrawym, biało-niebieskim neonem stacji benzynowej, wyglądającej jak zagubiony duch, który przez pomyłkę trafił do świata żywych - jej dłonie ledwo wystawały z rękawów co najmniej cztery rozmiary za dużego okrycia wierzchniego, a rąbek czarnej od błota sukni wystawał spod płaszcza, zamiatając brudny beton stacji benzynowej. Spojrzałem na nadal-Bletchley, lekko marszcząc czoło na tempo, w jakim jadła swój przydział fastfoodu.
- Wszystko okej? - Odezwałem się, mój głos brzmiał chrapliwie w rześkim powietrzu, pomimo ilości jedzenia, które jeszcze przed chwilą umieściłem w ustach. Musztarda skapnęła mi na palce, ale zupełnie się tym nie przejąłem, tylko wsadziłem je sobie pomiędzy wargi, zlizując mieszankę tłustych sosów. Mój wzrok znowu powędrował na ceglaną ścianę warsztatu przylegającego do stacji - naderwany plakat, trzepotał na wietrze - zmrużyłem oczy, próbując rozczytać wyblakłe litery w słabym świetle jarzeniówek, litery tańczyły mi przed oczami, ale w końcu ułożyły się w sens. „Szalona misja panny Fifi” - brzmiało jak coś, przy czym nie trzeba za dużo myśleć, a plakat obiecywał dużo biegania w bieliźnie.
Przełknąłem ostatni kęs hot doga i otarłem usta wierzchem dłoni, marszcząc brwi w skupieniu, po czym sięgnąłem po papierosa, którego wetknąłem za ucho „na później”, za nim mając sobie wyraźnie widoczny znak mówiący o zakazie palenia przy dystrybutorach. Parsknąłem cicho, bo - jasne - od kiedy ktokolwiek przejmował się takimi duperelami, zwłaszcza w miejscu, w którym pięć kroków dalej stała buda z otwartym ogniem do smażenia burgerów podłej jakości i parowania jeszcze gorszych kiełbasek. W papierowej, zatłuszczonej torbie miałem jeszcze cztery buły - zapas na czarną godzinę, która w moim przypadku następowała zazwyczaj co dwadzieścia minut - ale teraz przede wszystkim potrzebowałem zapalić.
- Chcesz iść? - Zapytałem, wracając spojrzeniem do Prudence, tym razem przez chwilę nie spuszczając z niej wzroku - wyglądała komicznie i tragicznie jednocześnie, ale w tym całym bałaganie z jej niedoszłym ślubem była najpiękniejszą rzeczą, jaką widziało to wzgórze. Kiwnąłem w stronę afiszu i przyglądając się jej z troską, której starałem się nie okazywać zbyt wylewnie. - Zaraz zaczynają seans. W środku jest przynajmniej ciepło, nie to co na tym wygwizdowie. Mogłabyś tam w końcu zdjąć te swoje przeklęte łamignaty. - Wskazałem podbródkiem na białe, satynowe szpilki, które kompletnie nie pasowały do ryczącego motocykla, zapachu etyliny i smaru, ale jakimś cudem dały radę, co było jednocześnie przerażające i imponujące. Przecież i tak nie mieliśmy dziś nic lepszego do roboty, skoro ona nie była teraz na własnym weselu, a ja zupełnie olałem własne sprawy. Co nam szkodziło zgromadzić zapasy popcornu, słodkich przekąsek, kilka litrów jakiejś sody i może butelkę czegoś mocniejszego, by przeżyć najbardziej fantastyczny seans tej dekady?
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)