• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[29/30.08.1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin

[29/30.08.1972] Jedną kawę z łyżeczką mugolaka poproszę | Lorraine & Baldwin
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#11
06.02.2026, 21:52  ✶  
Zamknij drzwi.
- Przecież wiem!- Odszczeknął, wściekły ciężko powiedzieć na kogo. Na nią, skoro traktowała go, jakby był Ojcem? Na siebie, bo dokładnie tak samo się zachowywał? Alkohol czule przyćmiewał narastające poczucie winy i gorycz nienawiści do samego siebie. Powstrzymał się przed zatrzaśnięciem kuchennych drzwi. Nie. To mogłoby ją przywołać. Mogłoby ją tu ściągnąć. Zamiast tego zamknął je ostrożnie. Oparł czoło o chłodne drewno, oddychając ciężko. Nie chciał wytrzeźwieć. Musiał wytrzeźwieć. Drzwi pachniały starym lakierem i kadzidłami - zapach, który lepił się do wszystkich rzeczy w Necronomiconie. Do wszystkich ludzi.
Oddech rwał mu piersi. Wódka krążyła w żyłach, a wraz z nią lepki wstyd, strach i chorą tęsknotę.

Namaluj mnie.
Rozkaz za rozkazem.
Malował ją całe swoje życie, a jej wciąż było mało. Wiecznie zbyt mało. Bo gdy Lorraine przeglądała się w lustrze, sprawdzając czy jest odpowiednio chuda, on przeglądał się w jej oczach. Dobierał odcienie szarości na jej włosy, fiolety na sińce i zielenie na żyły, w których płynęła błękitna krew. Nigdy nie była piękniejsza niż w chwilach, gdy wplatał nici wspomnień nadając jasnoniebieskim oczom wili blask. Znał każdą jej kość, każdą zadrę na papierowej skórze, każdą suknię, pod którą skrywała swoje ciało. Bo przecież je też znał. Czasami po prostu nie rozumiał różnicy między tym ciałem, a martwą naturą.
Zawsze chcesz więcej i więcej. Zupełnie jakbyś nie wiedziała jak głęboką darzę cię miłością. W tej chwili nie potrafił myśleć o niczym innym jak jej przepiękne, przysłonięte łzami oczy.

- Powinienem cię sprzedać McKinnonowi. Wtedy może przynajmniej ktoś by cię chciał zerżnąć. Czystokrwiste dewoty mają tam branie.- Warknął, czując jak złość powraca. Dlaczego ona cały czas walczyła? Cały pierdolony czas walczyła, bo wiedziała, że nazajutrz to on padnie do jej stóp błagając o przebaczenie, którego i tak mu udzieli. Dlaczego nie mógł powstrzymać gniewu? Dlaczego ją krzywdził? Były takie chwile, w których Baldwin Malfoy pragnął nienawidzić swojej siostry stryjecznej. A jednak tłumił pragnienie, by rozszarpać ją na strzępy tak jak wściekłe menady rozszarpały grajka. Jej ojciec. Jej Orfeusz. Jej pieśń.
Był zmęczony. Kurewsko zmęczony całym światem, a ta, która powinna otulić go ramionami, matka jego córki, lała oliwę na jego gorejące rany. Dopiero w takich chwilach do niego docierało jak bardzo podobna jest do Mirandy. Jak podobna jest do Viseny’i. Do Eden. Do każdej kobiety, która wżeniła się w rodzinę. Do każdej, którą ta chora rodzina zrodziła. Prostowały się dumnie, unosiły podbródki i odrzucały włosy nieświadome, że od kundli wuja Fortynbrasa różni je tylko długość kłaków. Chwała bogom, że jej wila matka znalazła ucieczkę. A może to udręczony tą przerażającą miłością Armand przygotował stryczek? Przecież wiedział, że w naturze wodnych istot leży wolność. A Malfoy’owie nigdy nie mieli prawa być wolni. Ich więzieniem była socjeta, a kajdanami - srebro włosów.

Nie odpowiedział na jej słowa o matce. Nie zniżył się do tego poziomu.
Po prostu przymknął oczy, pozwalając tylko kuchennej ciszy być świadkiem przysiąg i wyrzutów. Maluj i módl się, bym umarła pierwsza. Kącik jego ust drgnął w stłumionym uśmiechu. Naprawdę wciąż wierzyła, że pozwoli jej odejść. Przecież już raz wyrwał swoją umiłowaną siostrę z ramion śmierci. Wystarczyło zaprzedać swoją duszę, by usidlić jej. Zrobiłby to bez wahania, bez targowania się z przeznaczeniem i modlitwy o rozgrzeszenie.
Śmierć nigdy nie była przecież granicą. Była tylko drzwiami, do których klucz mieli nieliczni. Znał słowa, inkantacje, rytuały. Uczył się jak sprawić, by ciało odzyskało oddech, którego nie potrzebowało. Jak przywrócić krążenie krwi, by wypełniła na nowo żyły. Jak przywrócić martwemu życie. Nawet mugole znali historię o nekromancie, który wskrzesił Łazarza. Nazywali go Bogiem, nazywali Prorokiem. A był przecież tylko szlamą.
Wolałby ją przekląć i przywrócić do znanego sobie świata, niż pobłogosławić i pochować. Więc może o to modliła się Lorraine Malfoy każdej nocy? Może wznosiła błagania o śmierć dla swojego brata, wiedząc, że jest zbyt słaby by pozwolić jej odejść na dłużej niż parę pociągnięć pędzla. Czy było coś bardziej przerażającego niż dotknięcie wieczności tylko po to, by zostać z niej chwilę później gwałtem wyrwanym?
Były rytuały, których nie spisywano. Przekazywane szeptem między uwięzionymi w podziemiach duszami kapłanów.
Złożenie jej w grobie byłoby poświęceniem, na które Baldwin nie był gotowy.
Wyobrażał to sobie niemal z czułością - nakreślony na kamiennej posadzce krąg, płomień świec otulający jej nagie, zamarłe w stężeniu pośmiertnym ciało, słowa starej inkantacji. "Kości matki dana nieświadomie, odnów ciało swojej córy. Ciało służki oddane z ochotą, ożyw swą panią. O krwi wroga odebrana siłą, wskrześ swego przeciwnika.” I jego własne skrwawione dłonie, brudne od ziemi, krwi i kurzu. Rozkopałby grób, zarżnął jej informatorów i polał swoją krew, by ją odzyskać. Spaliłby świat, a i to byłoby zbyt małą ofiarą.
Nie modliłby się. Jego modlitwy nie miałyby już żadnej wartości. Nie błagałby jej o powrót - wezwałby ją tak jak mąż przyzywa do siebie żonę, wezwałby ją imieniem, które nosiła przed przed nim. Scałowałby trupi jad z jej zsiniałych ust powtarzając proste słowa. A gdyby przyszła do niego pod postacią ghoula - z pustką w jasnych oczach i chłodem pod skórą - przyjąłby ją i tak. Pokochałby ją na nowo, choć miłość była zarezerwowana dla żywych; wierność - dla nich.

Otworzył oczy. Kuchnia była wciąż tak samo mała, źle oświetlona. Przed nim leżała kartka wyrwana z zeszytu Fridy. Sięgnął po jedną z kredek i docisnął ją do powierzchni papieru. Zatrzymał się. Podniósł znów spojrzenie na swoją siostrę, zupełnie jakby widział ją po raz pierwszy. Wiele było w nich gniewu. Tak wiele bólu. Gdyby spytała go wprost jak długo ma cierpieć, wzruszyłby ramionami i stwierdził, że i wieczność zbyt krótka, a sekunda zbyt długa. Ale przecież to wiedziała - czuła jego miłość w każdym pocałunku i dotyku. Nawet teraz, rozwalony w krześle Baldwin kochał Lorraine mocniej niż ktokolwiek na świecie.
Ale jej nie rysował. Nie teraz.
Pozwalał jej cierpieć, jak gdyby w tym cierpieniu tkwiła prawda objawiona. Nie przyjął jej warunków, nie spełnił prośby. Gdy już się napatrzył na zmęczoną bólem i płaczem twarz siostry, spojrzał na stojącą przed nią szklanicę. Nawet gdy okazuję ci miłość to nią wzgardzasz. Nawet miłość musi być zawsze na jej zasadach, prawda? Wystarczył jeden ruch ręką, a naczynie poleciało na podłogę, roztrzaskując się na drobne kawałki. Odwrócił głowę w stronę pokruszonego szkła. Patrzył jak alkohol wymieszany z tą niewielką ilością eliksiru, który wciąż mieli w szafkach, wsiąka w zbutwiałe deski.
Na stole wylądowała kartka, na której miał malować - brudna od potu. Ale nie było na niej nic, więcej ponad krzywo narysowanymi przez Fridę literkami alfabetu, która najwyraźniej poznawała właśnie “L” jak Lorraine.

Podniósł się z krzesła.
- Idź się obmyj.- W jego tonie nie było rozkazu, ale nie była to czuła prośba. Przeczesał palcami przetłuszczone włosy, ignorując fakt, że to jemu znacznie bardziej przydałaby się kąpiel. - Zmyj z twarzy kurz nocy.
Nie czekał na jej odpowiedź. Przywołał do siebie Rozalindę, która w międzyczasie zdążyła pożreć z trzy herbatniki nieszczególnie przejmując się tym co zaszło między Malfoy’ami.
- Ja też już pójdę.- Dodał bez podnoszenia wzroku ze szczura, który ułożył się wygodnie do snu na jego dłoni. Mówił cicho, już bez gniewu. Zupełnie jakby mówił do samego siebie. Ale przecież Baldwin zawsze szedł tą granicą między przyzwoleniem, a przymusem.- Bo jeśli dziś zostanę… Zapomnę, że jesteś moją siostrą.
Owinął się nieco mocniej całunem, po czym z trzaskiem teleportował się do siebie. W końcu miał obraz do namalowania.
Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (6481), Lorraine Malfoy (9633)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa