Miałam jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, zawsze miałam, praca nad utrzymaniem ogrodu tak naprawdę nigdy nie była całkowicie skończona, to był nieustanny proces, który ponoć albo się kochało, albo nienawidziło, natomiast ja - nawet jeśli nie uważałam się za ekspertkę w zakresie pielęgnacji flory, czasami celowo łamiąc reguły ogrodnictwa, tak dla odrobiny eksperymentu, co nie zawsze odpowiadało moim sąsiadom - balansowałam gdzieś pomiędzy. Uwielbiałam moje grządki z szałwią, rozmarynem i innymi pachnącymi roślinami, umiarkowanie dbałam o zieleń trawnika, za to zupełnie ignorowałam wszystkie żywopłoty, pozwalając im rosnąć, jak chciały. To samo tyczyło się drzew i krzewów innych, niż te owocowe, które otrzymywały ode mnie okazjonalną, nieplanowaną uwagę. Wszystko zależało od aury.
Unosząc głowę, przymknęłam oczy na moment, wsłuchując się w przestrzeń. Przesunęłam palcami po łodygach lawendy, zbierając kilka ostatnich kwiatów, które zostawiłam na później do suszenia. Właśnie wtedy ją poczułam - choć nie od razu w wyraźny sposób, najpierw pod skórą, na pograniczu świadomości, niczym delikatne rezonowanie, brzęczenie w uszach - tę zmianę w powietrzu, która zakłóciła senny spokój zmierzchu otulającego londyńskie przedmieścia. Rośliny mówiły, jeśli tylko ktoś potrafił słuchać, nie słowami, oczywiście, raczej ciężarem powietrza, sposobem, w jaki poruszały się ich pędy, tym drobnym napięciem, które pojawiało się w karku bez wyraźnego powodu wraz z zapachem ozonu w nozdrzach. Najpierw był tylko wiatr przesuwający się między gałęziami starej jabłoni, potem szum liści, wszystkie te subtelne dźwięki, które znałam na pamięć - dopiero po chwili pojawił się cichy, metaliczny odgłos, który w niczym nie przypominał dzwonków wietrznych zawieszonych na werandzie z tyłu domu i w głównych, przednich drzwiach. Powoli podniosłam się z kolan, opierając dłoń o drewnianą skrzynkę, zawias furtki zaskrzypiał jeszcze raz, już ciszej, jakby ktoś zamykał ją ostrożnie za sobą. Uśmiechnęłam się pod nosem, strzepnęłam ziemię z dłoni i potarłam palce o fartuch, odwróciłam się dopiero wtedy, gdy usłyszałam znajomy rytm kroków na ścieżce wzdłuż bocznej ściany - doskonale, akurat poczułam ochotę, by napić się gorącej herbaty, najlepiej z wkładką.