18.03.2026, 21:13 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.03.2026, 21:17 przez Lorien Mulciber.)
Mulciber Manor, West Yorkshire. Poranek.
Obudziła się dzisiaj przed świtem.
Nie w swoim łóżku, nie ze swoim mężem. Ale przynajmniej też nie z cudzym, więc mogło być gorzej - poklepała się mentalnie po ramieniu, obserwując skąpaną w półmroku twarz Aarona. Lubiła na niego patrzeć. Nie lubiła się sama przed sobą do tego przyznawać, ale lubiła kiedy nie marszczył gniewnie brwi, a lekko rozluźniony tracił te okropne zmarszczki na czole. I nawet podniosła się co by go ucałować, ale oczywiście wszystko musiał zepsuć mamrocząc, że “strasznie głośno myśli”. Serce jej zabiło mocniej. Czemu jej serce biło mocniej? To było tylko… Co to było? Nie potrafiła znaleźć na to żadnej sensownej odpowiedzi. Był tylko starym, nudnym aurorem. Ale mógłby być jej starym, nudnym aurorem.
- Muszę już iść.- Odpowiedziała więc i szybko umknęła. Nim zdołał ją zatrzymać, choć podświadomie czuła, że wcale tego nie zamierza robić. Oboje musieli pobyć sami, przetrawić co się zadziało. Coś co nigdy nie powinno się zadziać.
Teraz Lorien musiała wrócić do domu, do codzienności, która spadła na nią odkąd zgodziła się zamieszkać na nowo w przeklętej posiadłości pośród wrzosowisk. Nie była im niczego winna - ni zamieszkującym je duchom, ni wyrytym na strychu imionom. Dlaczego więc czuła się jak niewierna żona, lepka od nieswojego grzechu? Pani na włościach, które nigdy nie należały do niej.
Wiele było w niej emocji, gdy teleportowała się z powrotem do Mulciber Manor.
Może dlatego wpierw skierowała kroki na cmentarz? Ze złością zauważyła, że zostawiła swoją różdżkę na szafce nocnej pana Moody’ego. Jak bardzo była roztrzepana, skoro zapomniała przedłużenia swej dłoni? Nie zamierzała wracać, zresztą za parę godzin spotkają się przy automacie w Ministerstwie Magii.
Odpaliła papierosa od jedynego palącego się znicza na grobie Roberta. Richard musiał go zostawić. Sentymentalny dureń. Stwierdziła sama do siebie, przysiadając na chwilę na zimnej ławeczce. Ale był ładny. Znicz, nie Richard. Nawet nie zdążyła się przebrać więc pod ciepłym futrem wciąż miała krzywo, na szybko przewiązaną w gorsecie suknię po Selinie. Milczała. Bo i co miała opowiadać trupowi? Po prostu spaliła do końca papierosa, pogrążona w tych wszystkich głośnych myślach, oglądając jak popiół opada na zamarzniętą ziemię. Gdyby żył, gdyby nadal czuł, chciałaby, żeby każdy gorący okruch palił jego skórę. Czy tak się czuli śmierciożercy, gdy płonęli mugole w Spaloną Noc? Wdeptała obcasem niedopałek w grób męża i ruszyła w stronę domu.
Nie spotkała po drodze żadnego służącego. I dobrze. Sama sobie potrafiła naszykować kąpieli, choć znów bez różdżki, woda była uciążliwie zimna.
Zanurzyła się w niej i tak, czując jak chłód otula jej ciało.
Zacisnęła powieki, pozwalając, by zimno wpełzło pod skórę. Woda szczypała skórę, jakby ktoś przykładał do niej tysiące drobnych igieł, ale nie cofnęła się. Zasłużyła na to. Na ten dyskomfort, drżenie mięśni, na oddech rwący się w piersi. Każdy wdech był cięższy od poprzedniego. Dobrze. Przynajmniej czuła, że wciąż żyje.
Oparła głowę o krawędź wanny; mokre kosmyki włosów kleiły się do jej policzków. Przez chwilę miała wrażenie, że gdyby zanurzyła się całkiem, zniknęłaby - rozpuściła się w tej lodowatej wodzie.
Palce u rąk zbielały, zesztywniałe. Poruszyła nimi powoli, sprawdzając, czy wciąż ma nad nimi władzę. Miała. Jeszcze.
Wyszła, gdy umysł zaczął szeptać podstępne zachcianki. Zanurz się. Zejdź pod taflę. Zmyj z siebie brud życia. Przecież chodziło tylko o to, żeby cokolwiek poczuć. Nawet jakby miało to być zwykłe zimno. Nie pachniała już tanią wodą kolońską, tylko znajomą mieszanką jaśminu i bergamotki. Sfrustrowana odcisnęła nadmiar wody z włosów, ale nie miała czym je wysuszyć. Musiała poczekać aż same wyschną, pozwalając im moczyć plecy.
Zignorowała porzucone na podłodze wczorajsze szaty. Mabon przeminęło. Nie była już panią na Mulciber Manor, nie musiała się nosić jak ona. Mała dziewczynka w matczynej sukience.
Więc nałożyła swoją ulubioną koszulę nocną. Chciała udawać, że spędziła tu całą noc. Mogła udawać. Nikt nie będzie dociekać prawdy. A ci co wiedzą i tak będą wiedzieć.
Wślizgnęła się do sypialni Alexandra wraz z nastaniem poranka. Tak jak kiedyś, gdy przyjeżdżała z rodzicami bladym świtem, a waszmość Mulciber wciąż jeszcze drzemał. Poczuła się niczym mała dziewczynka. Nie była już dziewczynką. A on nie był tym chłopcem, którego zawsze zastawała śpiącego nad jakąś kolejną nudną książką do wróżbiarstwa. Może gdyby wtedy interesowała się nieco bardziej…
Przeciągnęła się leniwie aż skrzyknęły obolałe kości. Och, obudziła Łajkę. No tak, praktycznie o niej zapomniała.
Suczka, mieszanka kundelka z kundelkiem, leżąca u stóp swojego pana zadarła głowę, wyrwana ze snu i zamachała leniwie ogonem, uderzając miarowo o kołdrę. Lorien podeszła powoli, gestem uspokajając zwierzaka. Ćśś Łajka, nie trzeba szczekać. Ćśś Łajka, proszę nie budź go.
Kucnęła przy łóżku, przesuwając palcami po psim łbie, poprawiając ucho, które odwinęło się podczas nocy. Zazdrościła jej. Tak bardzo zazdrościła temu nieszczęsnemu szczeniakowi. Nastawiła nawet policzka, by ów mógł ją polizać w serdecznym geście przywitania. Zawsze wolała koty, ale było coś szczególnego w psiej miłości - takiej niewymuszonej, pięknej w swojej prostocie. Łajka nie znała krzywdy, nie znała ludzkiej nienawiści. Nie kuliła się, gdy Lorien wyciągała w jej stronę dłoń, a łańcuch porzucony na dworze obwąchiwała jak każdą inną zabawkę.
Ona też się kiedyś nie kuliła ze strachu przed samą sobą i własnym odbiciem. A teraz?
Jak wiele zostało w niej z tej Lorien Mulciber Crouch Prewett… Po prostu Lorien? Przysiadła na kolanach dalej miziając spragnionego miłości szczeniaka.
Łajka polizała ją jeszcze dwa razy, po czym zeskoczyła z łóżka na podłogę, zwabiona zapachami dobiegającymi z kuchni. Służący wypuszczą ją na dwór, by mogła załatwić swoje psie potrzeby.
Czarownica oparła przedramię o ramę łóżka, a podbródek na przedramieniu. Skóra wciąż była nieprzyjemnie chłodna i szorstka po kąpieli. Spojrzała w milczeniu na śpiącego Alexandra. Brata. Głowy rodu. Pana na Mulciber Manor. Był piękny, gdy tak spał i śnił bogowie jedni wiedzą o czym. Wyciągnęła ostrożnie wolną dłoń i ogarnęła mu z czoła targane przez nocne sny loki. Miał je coraz dłuższe. Jak jakiś żul z Nokturnu! Okropieństwo
- Chodź.- Szepnęła cicho. Nie ruszył się. Oczywiście. Jak bardzo wierzył, że jest jedną z jego sennych mar? Miała nadzieję, że jeśli była marą, to nie tą gniewną, niosącą koszmary. Nie chciała. Podniosła się na kolanach, nachylając nad prorokiem. Parę zimnych kropel wody opadło na jego policzek, ale przynajmniej złapała mokre loki nim pacnęły go w twarz.
- Chodź ze mną.- Szepnęła znów, tym razem składając krótki pocałunek na płatku ucha jasnowidza, łaskocząc go przy okazji czubkiem nosa.- Śniadanie ci wystygnie, Alex.
Wreszcie podniosła się na nogi, ostatecznie ściągając z Mulcibera kołdrę. Nie będzie się wylegiwał pod ciepłą pierzyną, kiedy jej jest zimno i w dodatku wcale się nie wyspała.
Gwizdnęła przeciągle. Ptasio. Tylko tak potrafiła.
-Le Chat! All’attacco! - Zawołała śpiewnie, a czający się na wysokiej szafie kot natychmiast dokonał abordażu, zrzucając całe swoje grube jestestwo na Alexandra. Ewidentnie na to czekał.
Wyszła z sypialni nucąc pod nosem jakąś włoską pieśń zwycięstwa.
Koniec sesji