Ambrosia McKinnon & Stanley Andrew Borgin
Czy po wydarzeniach z początka września, Borgin wysuwał swój nos gdzieś dalej, niż Głębina? Bardzo rzadko. Prawdę mówiąc to trochę się zaszył i musiał powyjaśniać parę spraw, które gdzieś mu zalegały - trochę na sercu, a trochę na liście obowiązków. Nie mógł jednak długo zwlekać i czym prędzej skupił się na nich do tego stopnia, że nawet ograniczył wizyty w Ataraxii, chociaż był tam częstym bywalcem.
Może nie do końca był klientem, bo przychodził tam w celach czysto społecznych, aby pomóc Rosie, spędzić z nią trochę czasu czy po prostu zgarnąć na obiad, bo tak wypadało. Oczywiście do tego zaliczało się również podnoszenie ciśnienia McKinnon, bo podejmując się współpracy ze Stanleyem, zgadzała się na cały pakiet, który przybywał wraz z nim - od śmiechu, przez łzy, a na zdenerwowaniu kończąc. Wszystko było tak wyważone, aby jednak nie kazała mu się więcej nie pojawiać na jej oczach.
W końcu znalazł trochę wolnego i korzystając z faktu, że Mabon było za pasem, postanowił wpaść w jakieś odwiedziny do Ataraxii. Zostawić prezent, który na jego prośbę przygotował Francis, bo miał dostęp i znajomości z różnymi śmiesznymi produktami z różnych kierunków Europy. Borgin był pełen podziwu dla swojego Czecha, który miał smykałkę do interesu i załatwiał różne ciekawe ciekawostki od swoich kolegów z którymi kiedyś pływał na statkach. Ten to miał żywot...
- Rosie? - odezwał się po przekroczeniu nieformalnej granicy jaką było tajne przejście w piwnicy, które łączyło Ataraxię z Głębiną. Stanley nie chciał aby mu tu zeszła na zawał serca jakby miał się zakraść, więc postawił na bezpieczne zakomunikowaniu swojego przybycia.
- Przyniosłem dary losu - kontynuował swój wywód, pokonując kolejne kroki w poszukiwaniu swojej krewnej - Mam dla Ciebie prezent na Mabon. Może nie jest to coś szczególnie wyszukanego ale pomyślałem, że może Ci posmakuje. Jakieś zagramaniczne wino - i chciał nawet spróbować przeczytać jego nazwę ale Tokaji Aszú było kategorycznie za ciężkie - Tokażji Aszuuu...? - wzruszył ramionami, łamiąc przy okazji swój język. Miał nadzieję, że Rosie zrozumiała i wie o co chodzi, a jak nie wie o co chodzi, to przeczyta i zrozumie. Borgin nie rozumiał, bo język na butelce był jakimś losowym szlaczkiem literek i dziwnych znaków. Francis coś mówił o jakichś Węgrach ale może chodziło mu o bycie głodnym? Nie do końca go słuchać kiedy to wszystko tłumaczył - krzyżóweczka była ważniejsza.
- Ty, Rosie. Jeszcze jedno - zwrócił się ponownie do niej, gdziekolwiek była - A takie luźne pytanie, nie? - zapytał retorycznie, bo i tak miał zamiar zapytać - Zbigniew i Zbyszek to jest to samo imię? - dokończył, a jego wzrok mówił, że teraz pytał już całkowicie na serio. Borgin przygryzł nawet wargę, bo jej odpowiedź była na wagę złota w tej chwili...
Istniała szansa, że mógł niekoniecznie poprawnie zrozumieć Francisa i zrobić coś, czego nie powinien był robić... Ale to miało się okazać dopiero za chwilę, bo najpierw należało sprawdzić czy to było to samo imię.
W końcu jaka była możliwość, że na tyłach Głębiny leżał jakiś poskładany koleś, który miał coś dostarczyć do tego przybytku, ale się niefortunnie przedstawił? No właśnie - jaka była na to szansa? W teorii niska. W praktyce? No cóż...
"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina
"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972