• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu Biały Wiwern [17/10/72] Who knew Knockturn Alley did gift wrapping? | Benjy, Prue

[17/10/72] Who knew Knockturn Alley did gift wrapping? | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
15.04.2026, 01:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.04.2026, 01:13 przez Benjy Fenwick.)  
Skupiałem się na wymienianych przez nas słowach, nawet kiedy wszystko wokół zaczynało się rozmywać w hałasie, śmiechach i tym charakterystycznym półchaosie Wiwernu świadczącym o zbliżającym się końcu dnia. Patrzyłem na nią uważnie, kiedy mówiła, kiedy tak spokojnie, z tą swoją charakterystyczną pewnością, budowała wokół siebie obraz kontroli, który znałem aż za dobrze, i który zawsze, prędzej czy później, pękał w najmniej spodziewanym momencie. Nie dlatego, że był fałszywy, o nie, tylko dlatego, że ona sama była czymś więcej niż tym, co próbowała sobie narzucić.
Uśmiechnąłem się lekko, gdy wspomniała o docenianiu towarzysza, unosząc brew, jakbym rozważał, czy to przypadkiem nie była kolejna próba ustawienia mnie w tej małej rozgrywce - w końcu już nie chodziło wyłącznie o samą torbę, chodziło o to, jak daleko jej właścicielka była gotowa się posunąć, jak bardzo była w stanie nagiąć swoje własne zasady tylko po to, żeby mnie przechytrzyć i… Cholera, przecież znałem tę odpowiedź aż za dobrze.
- Och, zawsze cię doceniałem. - Kącik ust drgnął mi samoistnie, bo oboje wiedzieliśmy, ile w tym było prawdy. W naszych słownych przepychankach każde słowo miało znaczenie, każdy niuans był istotny, każde to charakterystyczne podkreślenie, które niby było lekkie, jednak niosło za sobą coś więcej i… Nigdy, ale to przenigdy nie świadczyło o bagatelizowaniu możliwości drugiej strony, nawet jeśli z pozoru mogło to tak wyglądać. - Po plostu nie zawsze mówiłem to w sposób, któly ci się podobał.
Moje kolano zahaczyło o jej nogę, przypadkiem albo nie, trudno było powiedzieć, ale nie cofnąłem go od razu - całość była zbyt chaotyczna, zbyt bliska, zbyt… Znajoma w tej swojej absurdalności. Pamiętałem dokładnie, jak brzmiało to „wyjątkowy” kiedyś, gdy było ostrzem, nie komplementem, jak używała go przeciwko mnie, a ja… Robiłem wszystko, by udowodnić, że miała rację, zamiast się z tym kłócić - żeby tylko potwierdzić wszystkie te założenia, aby było nam prościej odciąć się od łączącej nas przeszłości, łatwiej udawać, że nic nas już to nie obchodzi. Byłem wtedy niemożliwym, ostentacyjnie niewrażliwym palantem, świadomie, z wyboru, z czystej przekory, z… Wielu innych powodów, których nie chciałem punktować ani teraz, ani tym bardziej wtedy, kiedy wypierałem się wszystkiego, co było niewygodne, a jednocześnie kręciłem się wokół niej jak idiota, zaczepiałem, prowokowałem, ciągnąłem ją za słówka tylko po to, żeby nie musieć powiedzieć wprost, że mi zależy… Byłem w tym cholernie dobry - w byciu upierdliwym, w podważaniu wszystkiego, w udawaniu, że mnie to nie rusza, kiedy w rzeczywistości… Ruszało bardziej, niż chciałem przyznać, toteż… Tym intensywniej, im bardziej męczyły mnie sprawiane pozory, robiłem dokładnie to, co potrafiłem najlepiej, by nie dopuścić do tego, żeby to cokolwiek znaczyło. To była pętla i jednocześnie błędne koło, znajome, lecz duszące. Kiedyś „wyjątkowy” brzmiało jak wyrok, jak coś, co miało mnie sprowadzić na ziemię, pokazać mi, że jestem trudny, że jestem problemem, że jestem kimś, kogo lepiej trzymać na dystans. Ile musiało się wydarzyć, by teraz siedziała naprzeciwko mnie i mówiła to samo zupełnie inaczej.
„Mój problem.”
- Tak. To się laszej nie zmieni. - Westchnąłem cicho przez nos, jakbym sam się z siebie śmiał. Nie było w tym jednak już tej samej ostrości, co wcześniej, tego dystansu, który kiedyś był automatyczny. - Zabawne - dodałem praktycznie od razu, przechylając lekko głowę - nie wyjasniałem, nie potrzebowałem tego robić, przez lata oboje robiliśmy wszystko, żeby tak tego nie nazwała. Każdy ten głupi tekst, każda zaczepka, każdy moment, kiedy specjalnie się podpuszczaliśmy tylko po to, żeby zobaczyć reakcję drugiej osoby - to wszystko było jednocześnie najlepszym i najgorszym sposobem radzenia sobie z tym, że nie potrafiliśmy sobie nawzajem odpuścić i im bardziej próbowaliśmy się zdystansować, tym bardziej wracaliśmy do punktu wyjścia. - A i tak skończyło się dokładnie tym - kontynuowałem, wpatrując się w Prudence, jakbym nigdy nie urwał po tamtym jednym słowie, ciągnąc dalej to, co niewypowiedziane - sze jestem. - Nie dopowiedziałem „twój”, nie musiałem, było w tym coś, co nie do końca pasowało do miejsca, w którym siedzieliśmy, ani do gry, którą właśnie prowadziliśmy, a jednak nie mogło być prawdziwsze.
Prychnąłem cicho, kręcąc lekko głową, ale nie odwróciłem od niej wzroku ani na moment.
- Wiesz, sze bszmisz, jakbyś była s tego dumna? - Rzuciłem, wracając do tej lżejszej warstwy, bezpiecznej przestrzeni, w której zawsze było nam… Mi… Najłatwiej funkcjonować. - Uwaszaj… - Mruknąłem, poprawiając się minimalnie na krześle, jakbym w ogóle nie był zaangażowany w tę całą małą wojnę pod stołem. - Zalas znowu się losbestwię. Jeszcze tlochę i pomyślę, sze naplawdę mnie lubisz. - Nie zdążyłem nic więcej powiedzieć, bo nagle…
Zniknęła. Nie tak metaforycznie - dosłownie. Gdzieś na peryferiach percepcji, na pograniczu świadomości zarejestrowałem moment, w którym straciła równowagę, ale było już za późno, żeby zareagować - krzesło poleciało, ona razem z nim, a ja przez ułamek sekundy tylko patrzyłem, jak to się dzieje, jakby mózg potrzebował chwili, żeby nadążyć za tym, co właśnie zobaczył. Przez krótką chwilę siedziałem nieruchomo, spoglądając w pustkę z tym samym wyrazem twarzy, który jeszcze sekundę temu był czystą samokontrolą, prowokacyjną maską, a teraz powoli pękał pod naporem czegoś znacznie bardziej pierwotnego.
- Kulwa, Bletchley. - Wymamrotałem, kręcąc lekko głową, zanim bez większego zastanowienia zsunąłem się z krzesła, schodząc do parteru, bo oczywiście, że nie zamierzałem siedzieć jak idiota przy stole, kiedy ona leżała pod nim. „No, kurwa, nie wierzę” - rzuciłem jeszcze do siebie bezgłośnie, bezmyślnie przeczesując dłonią włosy, które i tak stały się możliwie jeszcze bardziej rozczochrane, gdy znalazłem się naprzeciwko niej, prawie pod tym cholernym stołem, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyła i… Wtedy ją zobaczyłem - pod blatem, patrzącą na mnie… nadal… kurwa… w grze… - oczy zwęziły mi się lekko, kiedy zrozumiałem, że w dalszym ciągu kombinowała, w jaki sposób wykorzystać sytuację na własną korzyść, bo a jakże - tylko ona była w stanie zrobić coś takiego w środku tej całej akcji i… Być tak zawziętą, tak nastawioną na wygraną, aby nie odpuścić, zignorować wszystko inne, włącznie z syfiastym podłożem i własnymi poobijanymi kolanami. Zmiana perspektywy zdecydowanie jej nie przeszkadzała, świadczył o tym ten błysk, ten moment zawahania, który nie był zawahaniem, tylko szybką,  wewnętrzną weryfikacją podejścia.
- Selio? To ten twój wielki plan? - Spytałem, raczej nie oczekując odpowiedzi, od razu kręcąc głową, głos miałem niski, rozbawiony, niemal prowokujący. Zamiast cofać swoją nieswoją torbę, puściłem ją na sekundę i przesunąłem się jeszcze bliżej, chcąc przyblokować Prue barkiem i ramieniem, jakbyśmy świadomie znaleźli się w drugiej turze tej absurdalnej wersji walki, tylko że w poziomie, pod stołem, w miejscu, gdzie nie powinniśmy się w ogóle znajdować. Całe szczęście, to miejsce widziało tyle starć w ciągu jednego tygodnia, iż z pewnością nie mieliśmy być wyjątkami. Podłoga była dokładnie tak obrzydliwa, jak się spodziewałem, nosząc ślady wielu dziwniejszych akcji, ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia. - Naplawdę myślałaś, sze… - Zacząłem, ale urwałem, bo była już za blisko, za szybka, za bardzo…
- Nawet nie wasz się— - zacząłem, ale było już za późno… Rzuciła się, co lepsze, w całkowicie nieprzewidzianym przeze mnie kierunku… I cholera, to było dobre. Nie spodziewałem się tego, nie w ten sposób, nie tak szybko. Prawie parsknąłem śmiechem pod nosem, tłumiąc go jedynie poprzez przygryzienie wnętrz policzków, kiedy nasze ręce niemal jednocześnie sięgnęły w tę samą stronę, i gdy przez moment wszystko sprowadziło się do tego jednego punktu - kto pierwszy, kto szybciej, kto sprytniej.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
15.04.2026, 21:02  ✶  

- Fakt, robiłeś to raczej w sposób, który wzbudzał we mnie ogromną irytację. - Uśmiechnęła się, kiedy sobie to przypomniała, bo w sytuacji w której teraz się znajdowali naprawdę ją to bawiło. Od zawsze wzbudzał w niej silne emocje, nie potrafiła być wobec niego obojętna, teraz mogła spoglądać na ich wspólną przeszłość całkiem lekko, chociaż wtedy zupełnie inaczej to odbierała. Byli młodzi, buzowały w nich różne uczucia, z którymi radzili sobie tak jak potrafili, a że raczej średnio to potrafili... to przy okazji zdarzało im się nawzajem ranić, by tylko odsunąć od siebie opcję, która mogła być najprostszą. Nigdy nie wybierali najłatwiejszych rozwiązań, to nie było w ich stylu, nie mogli pogodzić się z tym wzajemnym przyciąganiem, zamiast tego starali się pokazać sobie jak bardzo się nienawidzą. Młodość rządziła się swoimi prawami, grunt, że w końcu poszli po rozum do głowy i ogarnęli to wszystko. Teraz bez żadnego oporu mogła patrzeć na przeszłość z przymrużeniem oka, naprawdę bawiły ją ich nastoletnie wersje siebie.

Nieco zmrużyła oczy, gdy poczuła jego kolano zahaczające o jej nogę. Nie dała się zwieść, wiedziała, że w jego przypadku mógł to być sposób na rozproszenie jej, a ona zdecydowanie nie miała zamiaru mu na to w tej chwili pozwolić. Wiedziała, że akurat Benjy potrafił sięgać po wszystkie możliwe metody, zbyt dobrze go znała, aby uznać to za przypadek. W tej chwili tak właściwie, czego by nie zrobił to widziałaby w tym jakiś podstęp. Musiała być bardzo czujna, nie pozwolić sobie nawet na najdrobniejsze rozproszenie, bo w ich przypadku mogło ono zadecydować o przegranej tego drobnego starcia, a jak wiadomo Prudence nie znosiła przegrywać, ani odpuszczać. Starała się więc bardzo mocno skupić na tym, co robiła.

- Raczej się nie zmieni? - Uniosła nieco prawą brew. Zamierzała sama odpowiedzieć na to krótkie pytanie, które padło z jej własnych ust. - Na pewno się nie zmieni. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości, bo skoro już udało im się zmienić podejście, wziąć ślub to nie brała pod uwagę innej możliwości. Byli na siebie skazani, nie, żeby na to narzekała, co zresztą potwierdzał uśmiech, który pojawił się na jej twarzy. Naprawdę cieszyło ją to, jak się to wszystko między nimi potoczyło. Teraz każdy dzień był wyjątkowy, tak samo jak i wyjątkowy był jej mąż, miała niesamowite szczęście, że mogła tego doświadczyć.

- Można walczyć z niektórymi rzeczami, a i tak nic to nie daje. - Walczyli całkiem dzielnie i zaciekle, jednak nic to nie dało, nie udało im się nic zrobić z tym, co ich łączyło. Tak właściwie to może nie nic, bo przecież siedzieli tutaj razem, przy tym stole jako małżeństwo, ale podejrzewała, że żadne z nich nie zakładało w tamtych latach, że w ogóle istnieje taka opcja. Jak to dobrze, że życie było pełne niespodzianek.

- Być może jestem z tego odrobinę dumna. - Nie miała problemu z tym, aby się do tego przyznać. Naprawdę była zadowolona z tego, że teraz oficjalnie mogła uznawać go za swojego. Droga, która do tego doprowadziła była bardzo wyboista, ale udało jej się osiągnąć swój cel. Nie można było im na pewno zarzucić braku determinacji, co też w oczach Prudence było powodem do dumy. Alkohol, który wypiła spowodował, że odrobinę rozplątał jej się język i całkiem ochoczo się tym dzieliła, zresztą i bez niego, akurat jeśli chodziło o Benjy'ego niespecjalnie się krępowała. - Bez przesady, aż tak to nie... - Dodałaby coś jeszcze, gdyby nie to, że pod stołem wydarzyło się zbyt wiele.

Próbowała przejąć swoją torbę, nie skończyło się to zbyt dobrze, bo w przeciągu krótkiej chwili zniknęła pod stołem. Nie udało jej się uniknąć tego, jakże spektakularnego upadku. Na szczęście nie miała szansy zobaczyć, że spowodowało to, że przez chwilę oczy innych bywalców tego miejsca odwróciły się w ich kierunku. Trudno było zignorować to, co działo się w ich kącie. Zupełnie się tym nie przejęła, bo wiedziała, że nadal jest w grze, jeszcze jej nie przegrała, nie powiedziała ostatniego słowa.

Usłyszała to jego Kurwa Bletchley przez co tylko cicho westchnęła. Najwyraźniej udało jej się go zaskoczyć, co już mogło być drobną przewagą, bo nie było opcji, żeby spodziewał się tego, że zaatakuje go z zupełnie innej strony. Nie, żeby uważała to za powód do dumy, nie zaplanowała tego, stało się to zupełnym przypadkiem... ale jednak mogło wpłynąć pozytywnie dla niej. Oczywiście, że starała się szukać pozytywów, co innego pozostawało jej w sytuacji w której się znalazła.

Starała się nie myśleć o tym, kto siedział tutaj przed nimi, co mógł przynieść na swoich butach, co przez lata istnienia tego miejsca mogło znajdować się na deskach drewnianej podłogi. Nie sądziła, aby właściciel jakoś specjalnie skupiał się na tym, aby dbać o czystość. Poruszyła odrobinę ręką - nie przykleiła się, to był całkiem dobry znak, mogło być zdecydowanie gorzej. To całkiem miłe, że Benjy postanowił sprawdzić co u niej, naprawdę doceniała gest, ale nie zamierzała się do tego przyznać, nie teraz, oczy jej błyszczały, nadal była gotowa toczyć to starcie. Nie przejęła się zbytnio swoją bardzo słabą pozycją, nie mogła tego zrobić, bo wiedziała, że to byłby koniec, ona by przegrała, a co jak co, ale do tego nie miała zamiaru dopuścić tak łatwo.

- Nie mówiłam, że mój plan jest wielki... miał być sprytny. - To była duża różnica, przynajmniej dla Prue. Nie, żeby uważała to co robiła za jakoś zbytnio sprytne... ale nie miała już żadnej innej karty, którą mogła wyciągnąć. Los trochę zadecydował o tym, w jaki sposób to wszystko się potoczyło - zaakceptowała to, nie poddała się, grała dalej.

Postanowiła zareagować jak najszybciej, żeby nie dać mu nawet sekundy na to, żeby zrozumiał, co chciała zrobić. Właśnie dlatego rzuciła się na jego papierową torbę pod stołem, bo wydawał się być bardziej zainteresowany próbą przejęcia tej jej. Nie mógł się rozdwoić, jasne był super szybki, super zwinny, ale ona była bardzo zdeterminowana.

Chwyciła ją i przyciągnęła do siebie nim zdążył jej zagrozić. Na jej twarzy widać było triumf, wcale nie ukrywała tego, że nie cieszy się z tego, co udało jej się zrobić. - Bo co? - Odezwała się wreszcie chowając torbę w swoich ramionach - jakby miało to spowodować, że już nie będzie mógł odebrać jej tej zdobyczy.

Był to odpowiedni moment, aby w końcu wyjść spod stołu. Nie miała pojęcia ile czasu spędziła pod nim, jednak czuła, że może już wrócić na poprzednie miejsce.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
Wczoraj, 12:23  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: Wczoraj, 12:36 przez Benjy Fenwick.)  
Słuchałem jej i przez moment naprawdę miałem wrażenie, że wszystko wokół przycichło, mimo że Wiwern już dawno przestał być miejscem, w którym dało się mówić o ciszy - ktoś znowu zawył przy barze, ktoś się roześmiał, szkło stuknęło o drewno, ale to wszystko było gdzieś dalej, jakby za cienką ścianą, która oddzielała nas od otoczenia. Zawsze tak było, nawet kiedy próbowaliśmy robić wszystko, żeby było inaczej, podświadomie skupiałem się głównie na naszych interakcjach, całą resztę monitorując wyłącznie na pograniczu świadomości.
Nie powstrzymałem nieznacznego, porozumiewawczego uśmieszku, kiedy wspomniała o tej irytacji, którą kiedyś w niej wywoływałem, było w tym coś niemal sentymentalnego, chociaż nigdy nie nazwałbym tego w ten sposób na głos. Nie mogłem nie domyślać się, jak się wtedy czuła, to wszystko, co się między nami działo było w końcu szczerą prawdą, najbardziej podręcznikową wersją niezrozumienia intencji drugiej osoby i swoich własnych odczuć, bo dokładnie tak samo działało to w drugą stronę - ona była dla mnie dokładnie tym samym - irytująca, nie do zniesienia, zbyt bystra, zbyt uparta, zbyt obecna, żeby dało się ją zignorować. Pamiętałem dokładnie, że nazywała mnie „wyjątkowym” szczególnie wtedy, kiedy chciała mnie sprowadzić na ziemię, kiedy próbowała mnie zmusić do przyznania, że jestem problemem i… Miała rację - byłem wtedy upierdliwym dupkiem - wiedziałem to, Prue wiedziała to jeszcze lepiej, nawet jeśli potwierdzenie tego na głos było ostatnią rzeczą, jaką mógłbym wtedy zrobić. Pamiętałem to wszystko aż za dobrze, bo przecież działałem jej na nerwy z premedytacją, potrafiłem ciągnąć nasze spory do granic absurdu tylko po to, żeby zobaczyć reakcję, pęknięcie na szkle oprawiającym idealny obraz poważnej Pani Prefekt Ravenclawu, żeby sprawdzić, gdzie dokładnie jest ta linia, której nie powinienem przekraczać. Najgorsze - lub najlepsze, perspektywa zmieniała się z czasem - było to, że wiedziałem, zawsze wiedziałem, po prostu nie zamierzałem się zatrzymywać. Byłem cholernym problemem, dla niej, dla siebie, dla każdego, kto wchodził ze mną w coś więcej niż powierzchowną rozmowę - uciekałem emocjonalnie, prowokowałem, podpuszczałem ją, robiłem wszystko, żeby tylko nie musieć przyznać, że to, co między nami było, miało znaczenie większe niż jakakolwiek gra, którą udawaliśmy, a jednocześnie nie potrafiłem przestać.
Była moją przyjaciółką, zanim zaczęła być kimś, kto doprowadzał mnie do szału jednym spojrzeniem. Była siostrą bliźniaczką jednego z niewielu ludzi, którym ufałem, a to tylko komplikowało wszystko bardziej. Była pierwszą osobą, przy której coś we mnie drgnęło inaczej, ostrzej, bardziej niebezpiecznie. I była tą samą osobą, z którą później walczyłem, jakbyśmy byli wrogami, tylko po to, żeby nie musieć przyznać, że to wszystko było znacznie prostsze i jednocześnie trudniejsze. A mimo to nigdy nie przestaliśmy wracać do siebie w tej czy innej formie.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc o tej irytacji, którą w niej wzbudzałem, i nie było w tym ani grama skruchy, raczej coś na kształt satysfakcji z tego, że nawet wtedy nie byłem dla niej obojętny - to było jedyne, co się liczyło w tamtym czasie.
- Wiem. Taki był plan.
I przez moment naprawdę zobaczyłem nas takich, jakimi byliśmy wtedy - młodszych, głupszych, bardziej zajadłych w tym, żeby nie przyznać się do rzeczy oczywistych - słuchałem jej i widziałem to wszystko jednocześnie… Tę dziewczynę z Hogwartu, która potrafiła mnie zgasić jednym spojrzeniem, tę samą, która później była w stanie doprowadzić mnie do granic cierpliwości tylko dlatego, że nie chciała odpuścić ani na krok, i tę, która teraz siedziała naprzeciwko mnie i mówiła o tym wszystkim tak, jakby to była tylko jedna z wielu historii, które można opowiadać przy alkoholu. Pamiętałem dokładnie, jak bardzo potrafiłem ją wyprowadzić z równowagi i jak cholernie mnie to wtedy bawiło, nawet jeśli gdzieś pod tym wszystkim było coś znacznie bardziej skomplikowanego, czego nie chciałem nazwać - miała rację, nawet jeśli wtedy nie przyjąłbym tego do wiadomości - byłem dupkiem, i to takim świadomym, wybierającym najgorszą możliwą drogę tylko dlatego, że była trudniejsza, bardziej niewygodna, bardziej… Bezpieczna w swojej destrukcji. Łatwiej było ją wkurwiać niż przyznać, że wszystko, co robiłem, kręciło się wokół niej, łatwiej było ją podpuszczać niż powiedzieć wprost, że nie potrafiłem przestać jej szukać wzrokiem, nawet kiedy robiłem wszystko, żeby ją od siebie odsunąć.
Teraz mogłem na to patrzeć inaczej - z dystansu, którego wtedy nie miałem - w tamtym czasie wolałem być trudnym przypadkiem niż kimś, kto nie miał kontroli, a ona była jedyną osobą, przy której tej kontroli nigdy nie miałem w pełni. I cholera, było w tym coś absurdalnie zabawnego. Byłem upierdliwy, byłem bezczelny, byłem dokładnie tym typem człowieka, którego powinno się omijać szerokim łukiem, a jednak Prue nigdy tego nie zrobiła.
- Na moją oblonę mam tyle, sze ilytasja naplawdę ci pasowała. - Dodałem, zerkając na nią spod lekko opuszczonych powiek. - Masz wtedy szywsze policzki.
Byliśmy w tym wszystkim beznadziejnie konsekwentni, nawet jeśli, gdyby ktoś zapytał mnie wtedy, dlaczego to robię, pewnie nie potrafiłbym odpowiedzieć niczego sensownego. Teraz było to aż zbyt oczywiste - zawsze chodziło o nią, nawet jeśli robiłem wszystko, żeby to zakopać pod toną głupich tekstów i jeszcze głupszych decyzji. Przeszłość była jaka była, ale nie żałowałem jednak jej tak, jak mógłbym - gdybyśmy wtedy poszli łatwiejszą drogą, może nie siedzielibyśmy teraz tutaj, w tym samym miejscu, po tej samej stronie.
- Laszej. - Powtórzyłem, bardziej z przekory niż z założenia, że gdzieś tam mogła być wersja przyszłości, w której nie bylibyśmy w stosunku do siebie tacy jak teraz. Miała rację - nie zmieni się - nie to, co było między nami. Może forma, może sposób, w jaki to nosiliśmy, ale nie sama istota, nasza najbardziej naturalna dynamika była jasna już dłuższej chwili, od momentu, w którym przestaliśmy udawać, że to wszystko nic nie znaczyło. Obserwowałem moją żonę, ten charakterystyczny uśmiech, tę pewność, która pojawiła się na jej twarzy, kiedy sama sobie odpowiedziała, po czym kiwnąłem głową. Zawsze taka była, kiedy już podjęła decyzję, nie było w niej wahania, nie było miejsca na cofnięcie się, nawet jeśli wcześniej potrafiła kręcić się wokół tematu godzinami, analizować każdy możliwy scenariusz. - Na pewno. - Nie było w tym zaczepki, nie tym razem, kiedyś pewnie bym to podważył, rzucił coś pełnego podwójnych znaczeń, spróbował wytrącić ją z tego przekonania, iż cokolwiek może być na zawsze, ale teraz nie widziałem powodu.
Słuchałem dalej, naprawdę słuchałem, co samo w sobie było czymś, co kiedyś nie przychodziło mi tak łatwo. „Można walczyć z niektórymi rzeczami, a i tak nic to nie daje” - nawet nie próbowałem niczego wtrącać, bo to zdanie trafiało trochę za celnie, trochę za bardzo w punkt.
Pod stołem sytuacja wymknęła się spod kontroli szybciej, niż zakładałem. Przez chwilę miałem przewagę, wszystko szło dokładnie tak, jak powinno, aż nagle… Przestało. Nie spodziewałem się tego - jasne, wiedziałem, że próbowała coś ugrać, kombinowała, szukała jakiegoś wyjścia z sytuacji, w której była na przegranej pozycji przez swoje fizyczne predyspozycje, ale nie spodziewałem się, że skończy się to tym, że zniknie mi nagle spod stołu. Zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zsunęła się z krzesła w sposób, którego nie dało się nazwać inaczej niż spektakularnym, a ja zszedłem za nią bez większego zastanowienia. To była oczywista kolej rzeczy, przynajmniej w moim odczuciu, dla innych może mógł to być impulsywny odruch, może coś więcej, może ta legendarna małżeńska solidarność - jeśli ona wylądowała pod stołem, to ja też powinienem tam być - ale ja sam nie analizowałem tego, po prostu to zrobiłem, znalazłem się na podłodze, opierając jedną rękę o deski, drugą o krawędź blatu, żeby utrzymać równowagę w tej absurdalnej pozycji. Pachniało tu inaczej - ciężej, bardziej surowo, mniej przyjemnie niż nad stołem - ale w tym momencie nie miało to znaczenia. Liczyła się tylko ona i ta cholernie zacięta gra, którą prowadziliśmy.
Spojrzałem na nią, kiedy poprawiła mnie, mówiąc o tym swoim „sprytnym planie”, i nie mogłem się powstrzymać od krótkiego parsknięcia.
- Splytny, hm? - Powtórzyłem cicho, unosząc brew. - Muszę kolejny las pszyznaś, sze masz cholelnie kleatywne podejście do definicji. Wiesz, sze właśnie zjebałaś się s kszesła, plóbując go zlealizowaś? - Nie musiałem dodawać, że na glebę, na której było jakieś pierdylion bakterii, zdecydowanie nie wartych kilkusekundowego zaskoczenia, jakim mnie obdarzyła - szczególnie, że teraz w dalszym ciągu miałem lepszy zasięg od niej - ale zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej, zanim zdążyłem faktycznie wykorzystać tę przewagę, którą miałem jeszcze chwilę temu i którą odzyskałem teraz…
Ruszyła.
Zaskoczyła mnie, znowu, nie tym, że spróbowała, tylko tym, jak szybko to zrobiła... Bez zawahania, bez analizy, bez tej całej warstwy, którą zwykle budowała wokół swoich decyzji. Po prostu rzuciła się… Po moją torbę. Złapała ją, przyciągnęła do siebie… Parsknąłem głośniej, bardziej z niedowierzania niż z frustracji, bo cholera… To było dobre - proste, bezczelne, skuteczne, błyskawicznie wdrożone - ona też to wiedziała, zobaczyłem to na jej twarzy, ten cholerny triumf, który znałem aż za dobrze, który widziałem setki razy, kiedy udawało jej się mnie przechytrzyć, kiedy miała choćby minimalną przewagę.
- Bo nic. - Odparłem, chociaż klasyczne „jajco” cisnęło mi się na usta, mierząc wzrokiem pakunek w ramionach kobiety. Być może powinienem był na tym zakończyć, wstając, by odzyskać chociaż fragment godności po - połowicznej! - porażce, ale przecież nie byłbym sobą, gdybym na tym poprzestał. - Na lasie. - Kącik ust uniósł mi się wyżej. - Właśnie zaczęłaś glaś moimi zasadami. - Nie pytałem, czy wkalkulowała to w swoją strategię, czy o tym wiedziała, nie mówiłem również, co to oznaczało, po prostu stwierdziłem fakt. Nie próbowałem też odzyskać swojej własności, zamiast tego cofnąłem się po torbę z moim prezentem, po czym podniosłem się powoli, unosząc przedramię, żeby oprzeć się o blat i znowu usiąść.
Wysunąłem się spod stołu i wróciłem na swoje miejsce, poprawiając krzesło, jakby nic się nie stało, jakbyśmy przed chwilą nie wylądowali na podłodze w środku Nokturnu, jak para idiotów. Oparłem się wygodnie, sięgając po swoją szklankę i biorąc spokojny łyk, zanim spojrzałem na nią z góry.
- Idziesz, czy planujesz tam zamieszkaś? - Rzuciłem lekko, wyciągając w jej stronę rękę, chociaż wiedziałem, że równie dobrze mogła ją zignorować, ale zanim to zrobiłem, zatrzymałem się jeszcze na moment, jakbym coś sobie przypomniał…
- Spokojnie… I tak wyglam… - Dodałem cicho, zdecydowanie nie pod nosem, nawet jeśli gwar sprawiał, iż moje słowa były trudniejsze do zrozumienia, przekaz był jasny - tak - miałem w sobie tę pewność… Nie dlatego, że wierzyłem, że mam lepszy prezent, tylko dlatego, że ona już była moja. A to była największa wygrana.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#14
Wczoraj, 22:00  ✶  

- Jak na to, że nie masz w zwyczaju planować, to wyszło Ci doskonale. - Przyznała mu jeszcze, specjalnie nieco go zaczepiając, bo przecież wiedzieli, że on nie działał w ten sposób. Raczej robił wszystko bardzo spontanicznie, nie rozmyślał nad tym, jaki powinien być kolejny krok. Najwyraźniej w jej przypadku musiał nieco zmienić swoje sposoby, poniekąd to też był powód do dumy, że przez nią to robił. Naprawdę musiała mocno na niego oddziaływać, skoro zaplanował jak skutecznie i wieloetapowo ją irytować. Zresztą ona wcale nie była lepsza. Zazwyczaj nie angażowała się w podobne sytuacje, raczej trzymała się z boku, często udawała, że nie widzi niektórych zaczepek rzucanych w jej kierunku, a tych było wiele zważając na to w jaki sposób zachowywała się w szkolnych czasach, wobec niego nigdy jednak nie potrafiła być obojętna, a wręcz sama czasem go prowokowała czepiając się o coś zupełnie niepotrzebnie. Jakakolwiek uwaga była lepsza od obojętności. Teraz, po latach, gdy spoglądała na to z przymrużeniem oka dostrzegała jak to wyglądało, nie pozostawało jej nic innego jak się z tego śmiać. Naprawdę walczyli z tym, jak tylko potrafili, udowadniali sobie swoje racje, starali się trzymać od siebie z daleka, ale to nigdy nie miało im się udać.

- Czyli robiłeś to dlatego, żebym wyglądała żywej, nieźle, zawsze potrafisz znaleźć jakiś sensowny argument. - Pokręciła jeszcze odrobinę głową, jakby nie mogła uwierzyć w to, że faktycznie podobne słowa padły z jego ust. Nie mogła temu tak do końca zaprzeczyć, bo faktycznie w jego towarzystwie nabierała koloru, z tej irytacji bardzo często robiła się różowa, czy tam czerwona, nie umiała zapanować nad emocjami, a więc pokazywała się z zupełnie innej strony, niż miała w zwyczaju. Naprawdę był wyjątkowy, bo sporo było trzeba aby doprowadzić ją do takiego stanu, a jemu udawało się to praktycznie za każdym razem, gdy dochodziło między nimi do interakcji. Nie mogła mu tego odmówić. Z perspektywy czasu to było naprawdę całkiem zabawne, że też wtedy nie domyśliła się tego, co dokładnie działo się między nimi, nie była najwyraźniej, aż taka bystra jak jej się wydawało. Co do swoich uczuć miała pewne podejrzenia, starała się je jednak tłamsić, bo nie sądziła, że da się z tym zrobić cokolwiek innego, tak było bezpieczniej.

Wbiła w niego swoje spojrzenie, kiedy po raz kolejny usłyszała to raczej, a kiedy chciała potrafiła naprawdę nim mrozić, był to jeden z tych momentów, bo definitywnie sobie z niej właśnie żartował. Jakie raczej... to nie było tylko raczej, ten pociąg odjechał jakiś czas temu, w pewną październikową noc, kiedy postanowili złączyć ze sobą swoje drogi. Droczył się z nią, najwyraźniej brakowało mu tego, nic się jednak zbytnio nie zmieniło. Prue nadal była cholernie uparta, i kiedy jej na czymś zależało potrafiła stawiać na swoim. Nie skomentowała tej zagrywki, nie musiała tego robić, jej wzrok i postawa mówiły same za siebie. Wypuściła jednak powietrze z ust, gdy usłyszała to na pewno. No, mieli jasność, na szczęście nie musiała nic mówić, dobrze, że i w tym się zgadzali. Nie było już odwrotu dla żadnego z nich.

Walka... walka pod stołem zrobiła się trochę nieprzewidywalna. I ona i Benjy zdawali sobie sprawę z tego, że coś się tam działo, każde z nich próbowało na swój sposób, bez zwracania na siebie uwagi coś ugrać, tyle, że ta przestrzeń nie należała do szczególnie dużych, więc prędzej, czy później ich nogi musiały na siebie trafić, w ten sposób dotknęła jego kolana. Wyraz jej twarzy jednak się nie zmienił, nadal próbowała udawać, że ma wszystko pod kontrolą, że niczego nie kombinuje.

Później jednak sprawa się rypnęła, tak właściwie to Prudence się rypnęła. Nie planowała tego, że wyląduje pod stołem, jej warunki fizyczne jednak nie do końca były sprzyjające podczas takiej konfrontacji. Mimo tego, że zdawała sobie sprawę iż to było głupie, naprawdę głupie, to nie miała zamiaru się poddać, musiała na szybko wymyślić jakąś możliwość, tak właściwie to nie miała nawet czasu myśleć, o zgrozo musiała działać spontanicznie. Kto by się tego po niej spodziewał... na pewno nie ona sama. Przy Benjy'm i podczas potyczek z nim to nie było jednak niczym nowym, tutaj często trzeba było improwizować, chociaż uważała to raczej za swoją słabość.

- Kto powiedział, że realizowałam go spadając z krzesła? - Oczywiście, że wlazł tam za nią, w sumie to nie wlazł, tylko zajrzał i sprawdził jak się miewa, pewnie nie zmieściłby się sam pod tym stołem, był na to zbyt wielki - kolejna przewaga, której nie brała pod uwagę. - On pojawił się po tym, jak wylądowałam pod stołem, nie wcześniej. - Dostosowała się do sytuacji. Jej plan na pewno nie zawierałby w sobie siedzenia, czy tam prawie leżenia na tej okropnej podłodze. Nie zrobiłaby tego celowo, ciągle starała się nie myśleć o tym, co mogło znajdować się na parkiecie, na pewno będzie musiała wziąć porządny prysznic gdy wrócą do domu, aby pozbyć się wszystkich zarazków, które mogły właśnie zaczynać się do niej przyklejać, nie mogły, na pewno któreś już się na niej znajdowały.

Nie siedziała tu jednak dla swojej przyjemności, właśnie dlatego od razu postanowiła wykonać ruch, skoro już pojawiła się taka możliwość, to musiała zaatakować, nie mogła odpuścić. Gra nadal się toczyła, właśnie dlatego rzuciła się przed siebie, aby odebrać mu jego własność, która tymczasowo była niespecjalnie odpowiednio chroniona. Udało jej się to - a jakże, miała drobną przewagę związaną z jej chwilową niestabilnością, nawet jej mąż nie mógł się tego spodziewać, ona sama nie wpadłaby na to, że może być skłonna zrobić coś takiego.

- Prędzej, czy później musiało do tego dojść. - To spontaniczne działanie było nawet zabawne, w sumie nie najgorzej się bawiła, jak na to, że znajdowała się pod wiwernowym stołem. - Zresztą, Twoje zasady? To znaczy przecież brak zasad, to nie jest takie najgorsze. - Dodała jeszcze, chociaż pewnie nie powinna tego robić, bo znając jego na pewno postanowi to wykorzystać w wcale nie tak dalekiej przyszłości, po raz kolejny sama dawała mu karty do ręki. Najwyraźniej to też nie miało się zmienić, zresztą teraz w przeciwieństwie do przeszłości nie oznaczało to pętli, którą sama by sobie zaciskała na szyi, to było czymś zupełnie innym.

Prychnęła słysząc jego kolejne słowa. - Tak, zaczęłam już tu wić swoje nowe gniazdko, przykro mi nie zmieścisz się w nim... - Wylazła jednak wreszcie spod stołu, jedną ręką bardzo mocno ściskała papierową torbę Benj'ego, drugą zaś powoli zaczęła otrzepywać swoje ubranie, wolała nie myśleć o tym, co w tej chwili się na nim znajdowało, będzie dzięki temu spokojniejsza. W końcu usiadła znowu na krześle, najpierw oczywiście je podniosła. Nie przestała kurczowo trzymać przy sobie papierowej torby, bo obawiała się, że Benjy bardzo łatwo mógłby ją od niej przejąć, zresztą to, że jeszcze tego nie zrobił było raczej tylko i wyłącznie jego dobrą wolą. Wiedziała, że bardzo szybko mógłby odwrócić sytuację.

- Jasne, powtarzaj to sobie, będziesz przez to jednak bardziej rozczarowany. - Nadal próbowała iść w to, że jej prezenty są fajniejsze, chociaż wiedziała, że to wcale nie było takie oczywiste.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#15
4 godzin(y) temu ✶  
Uśmiechnąłem się pod nosem, zanim jeszcze skończyła mówić, i tym razem nie próbowałem tego ukrywać - to nie była ta maska, którą zakładałem w pracy, ani ta zaczepna mina, którą wyciągałem przy byle okazji, żeby ją sprowokować, to było coś prostszego, bardziej prywatnego - ten fragment o nieplanowaniu był zbyt trafny, zbyt bliski prawdy, żeby udawać, że mnie nie bawił. Nigdy nie byłem typem, który siadał i rozpisywał kolejne ruchy, analizował, kalkulował, nie trzeba było znać mnie aż tak dobrze, by wiedzieć, iż zawsze działałem impulsem, instynktem, operując tym, co akurat przyszło mi do głowy. Funkcjonowałem tak od wielu lat, przez całe dekady, i jakoś to… Działało, mniej lub bardziej skutecznie, ale działało. Prawda była jednak taka, że przy niej czasem naprawdę się starałem, nawet jeśli nie wyglądało to jak planowanie, nawet jeśli nadal było chaotyczne, czasami zbyt ostre, podszyte tą samą potrzebą podpuszczania jej przy każdej okazji. Słuchałem Pruey, opierając się wygodniej o oparcie krzesła, obserwując każdy drobny ruch, każdy cień emocji, który przemykał przez jej twarz - było coś cholernie satysfakcjonującego w tym, że mogłem teraz patrzeć na to wszystko bez tej dawnej frustracji, bez potrzeby odwracania wzroku, bez udawania, że mnie to nie rusza.
- Wyszło mi, bo chodziło o ciebie. - Rzuciłem lekko, kiedy tylko to powiedziała, nie było w tym ani odrobiny skrępowania, ani nawet przelotnej potrzeby udawania, że coś z tego nie było celowo dedykowane właśnie jej - nikomu innemu nie robiłem aż tak bardzo pod górę, w żadne inne interakcje nie wkładałem aż tyle energii, nikt inny nie potrafił aż tak bardzo mnie rozjuszyć i zaintrygować jednocześnie. - Pszy nikim innym bym się asz tak nie wysilał. - Dodałem zaraz zresztą, przechylając lekko głowę, jakby to było najprostsze wyjaśnienie na świecie, bo… Było. Może nie planowałem moich niegodziwych zagrywek tak jak ona mogłaby uznać to za zasadne - Prudence z pewnością by to rozrysowała, gdyby miała ku temu okazję, ale byliśmy na to zbyt nieprzewidywalni - nie siedziałem z kartką i nie układałem kolejnych kroków naszego planu wymiany artylerii, ale wiedziałem dokładnie, co robię, bo byłem zdecydowany, co do tego, jaki efekt chciałem osiągnąć i robiłem wszystko, by zobaczyć go na żywo, nie tylko oczami wyobraźni. Uczyłem się jej reakcji, jej spojrzeń, tych momentów, kiedy coś ją ruszało bardziej niż powinno, i potem naciskałem dokładnie tam - zawsze działało.
Teraz też wciąż nie zdradziłem wszystkiego, nie powiedziałem, że jednym z moich ulubionych widoków było to, jak się przy mnie rumieniła, jak traciła kontrolę nad tym swoim opanowaniem, jak emocje przebijały się przez tę całą jej poukładaną powierzchnię. Nie powiedziałem, że wolałbym wtedy zamknąć jej usta w zupełnie inny sposób niż słowami… Ale to i tak zawisło gdzieś między nami. Nigdy nie planowałem, nigdy nie analizowałem tak jak ona, zawsze działałem szybciej, bardziej instynktownie, często głupiej - i może właśnie dlatego tak dobrze wychodziło mi wyprowadzanie Prudence Madison Bletchley z równowagi. Jej spojrzenie, to zmrużenie oczu, ten upór - wszystko było dokładnie takie samo jak kiedyś i, cholera, działało na mnie równie mocno - może nie przewidywałem sześciu kroków do przodu, ale z Prudence dostosowywałem się szybciej niż zwykle, intuicyjnie łapałem jej rytm, odpowiadałem na niego, przy niej wszystko układało się w ciągi, które wyglądały jak plan, nawet jeśli powstawały w locie, w połowie zdania, w trakcie spojrzenia.
- No co? - Przekrzywiłem głowę, spoglądając na nią, jakbym naprawdę nie rozumiał, o co jej chodziło, gdy tak wlepiła we mnie swoje mroźne ślepia. - Zostawiam sobie malgines błędu. - Uniosłem lekko brew, wzruszając ramionami, jakby to było coś zupełnie normalnego, kącik ust drgnął mi jednak ciut wyżej, bo oboje wiedzieliśmy, że to była półprawda - nie było żadnego marginesu, nie dla niej, nie dla mnie - to „na pewno” wybrzmiało między nami wystarczająco jasno i nie potrzebowało komentarza. Zawsze była kimś, przy kim nie dało się działać na pół gwizdka, przy niej trzeba było być czujnym, przy niej trzeba było się postarać, chyba właśnie dlatego nigdy nie byłem w stanie jej do końca rozgryźć, nawet jeśli przez lata byłem przekonany, że mam ją „już prawie” rozpracowaną na wylot.
Pod stołem było gorzej.
Albo lepiej.
Zależy, jak na to spojrzeć.
- Oczywiście. - Kiwnąłem głową, jakbym przyjmował to do wiadomości, nie odrywając od niej wzroku. - Implowizasja. Twoja najmocniejsza stlona. - Nie wierzyłem w to ani trochę, ale podobało mi się, gdy próbowała obronić własną nagłą zmianę strategii, jednak zanim zdążyłem to rozwinąć, zanim zdążyłem odzyskać przewagę, której byłem pewien…
Przez chwilę byłem przekonany, że mam to pod kontrolą, że fortuna jest po mojej stronie, że brak zasięgu mojej żony, jej pozycja, wszystko to działało na moją korzyść, a potem sytuacja eskalowała… Pruey rzuciła się na moją torbę i tym razem była szybsza - zaskoczyła mnie, wykorzystała moment, który sam jej dałem, i zanim zdążyłem zamknąć ruch, już miała ją przy sobie. Zatrzymałem się na moment, patrząc na nią, kiedy przyciskała ją do siebie z tym triumfem, którego nawet nie próbowała ukryć, i coś w moim spojrzeniu zmieniło się minimalnie - było w nim więcej zaintrygowania, więcej… Satysfakcji. Tej płynącej z momentu, kiedy przestawała być tą uporządkowaną, analityczną wersją siebie i pokazywała coś więcej, i może kiedyś próbowałem to wyciągnąć z niej na siłę, głupio, jak dzieciak, który nie rozumie, co właściwie robi, ale… Teraz już rozumiałem i, bynajmniej, nie znaczyło to, że zamierzałem przestać.
- Selio? - Mruknąłem z rozbawieniem, odchylając się lekko na krześle, mierząc żonę wzrokiem, gdy wstawała, otrzepując się i poprawiając ubrania. Nie wierzyłem ani przez sekundę w to, co mówiła, ale cholera, podobało mi się, że nawet teraz nie odpuszczała. - Wspaniale. Nie minął nawet miesiąc, a ty jusz wijesz sobie gniazdko beze mnie. - Uniosłem brew, zerkając na nią z tą charakterystyczną zaczepką, moje spojrzenie nabrało tego znajomego błysku, który zawsze oznaczał, że zaraz powiem coś, czego może nie powinienem. - I to tutaj? - Powoli przesunąłem wzrokiem po sali, po tych wszystkich typach spod ciemnej gwiazdy, którzy kręcili się po Wiwernie, po ich sylwetkach, twarzach, spojrzeniach, sposobie bycia… Zdecydowanie nie wyglądali jak materiał na spokojne, domowe życie, ale z drugiej strony - kim byłem, by to oceniać? Cóż. Właśnie. - Jestem… Zawiedziony, ale w sumie… - Dodałem, wracając do niej wzrokiem. - Zawsze miałaś słabość do podejszanych typów, więc właściwie nie powinienem się dziwiś. - Nawet nie mrugnąłem, pozwalając, żeby to wybrzmiało dokładnie tak, jak powinno, a potem oparłem się jeszcze wygodniej, splatając palce luźno na blacie. - Masz tu całkiem spoly wyból. - Parsknąłem cicho, było w tym coś równie zaczepnego, co także z tamtego starego mnie, który nie potrafił przejść obojętnie obok faktu, że ktoś mógłby spojrzeć na nią choćby sekundę za długo.
- Ależ spokojnie. - Dodałem po chwili, lekko, zupełnie nieprzejęty groźbą bycia rozczarowanym. - Jeszcze nie powiedziałem ostatniego słowa. - Zerknąłem znacząco na torbę, którą trzymała. - I na twoim miejscu nie czułbym się zbyt pewnie. - Bo jeśli czegoś byłem pewien, to tego, że ta runda dopiero się rozkręcała.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (6840), Prudence Fenwick (4598)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa