Uśmiechnąłem się lekko, gdy wspomniała o docenianiu towarzysza, unosząc brew, jakbym rozważał, czy to przypadkiem nie była kolejna próba ustawienia mnie w tej małej rozgrywce - w końcu już nie chodziło wyłącznie o samą torbę, chodziło o to, jak daleko jej właścicielka była gotowa się posunąć, jak bardzo była w stanie nagiąć swoje własne zasady tylko po to, żeby mnie przechytrzyć i… Cholera, przecież znałem tę odpowiedź aż za dobrze.
- Och, zawsze cię doceniałem. - Kącik ust drgnął mi samoistnie, bo oboje wiedzieliśmy, ile w tym było prawdy. W naszych słownych przepychankach każde słowo miało znaczenie, każdy niuans był istotny, każde to charakterystyczne podkreślenie, które niby było lekkie, jednak niosło za sobą coś więcej i… Nigdy, ale to przenigdy nie świadczyło o bagatelizowaniu możliwości drugiej strony, nawet jeśli z pozoru mogło to tak wyglądać. - Po plostu nie zawsze mówiłem to w sposób, któly ci się podobał.
Moje kolano zahaczyło o jej nogę, przypadkiem albo nie, trudno było powiedzieć, ale nie cofnąłem go od razu - całość była zbyt chaotyczna, zbyt bliska, zbyt… Znajoma w tej swojej absurdalności. Pamiętałem dokładnie, jak brzmiało to „wyjątkowy” kiedyś, gdy było ostrzem, nie komplementem, jak używała go przeciwko mnie, a ja… Robiłem wszystko, by udowodnić, że miała rację, zamiast się z tym kłócić - żeby tylko potwierdzić wszystkie te założenia, aby było nam prościej odciąć się od łączącej nas przeszłości, łatwiej udawać, że nic nas już to nie obchodzi. Byłem wtedy niemożliwym, ostentacyjnie niewrażliwym palantem, świadomie, z wyboru, z czystej przekory, z… Wielu innych powodów, których nie chciałem punktować ani teraz, ani tym bardziej wtedy, kiedy wypierałem się wszystkiego, co było niewygodne, a jednocześnie kręciłem się wokół niej jak idiota, zaczepiałem, prowokowałem, ciągnąłem ją za słówka tylko po to, żeby nie musieć powiedzieć wprost, że mi zależy… Byłem w tym cholernie dobry - w byciu upierdliwym, w podważaniu wszystkiego, w udawaniu, że mnie to nie rusza, kiedy w rzeczywistości… Ruszało bardziej, niż chciałem przyznać, toteż… Tym intensywniej, im bardziej męczyły mnie sprawiane pozory, robiłem dokładnie to, co potrafiłem najlepiej, by nie dopuścić do tego, żeby to cokolwiek znaczyło. To była pętla i jednocześnie błędne koło, znajome, lecz duszące. Kiedyś „wyjątkowy” brzmiało jak wyrok, jak coś, co miało mnie sprowadzić na ziemię, pokazać mi, że jestem trudny, że jestem problemem, że jestem kimś, kogo lepiej trzymać na dystans. Ile musiało się wydarzyć, by teraz siedziała naprzeciwko mnie i mówiła to samo zupełnie inaczej.
„Mój problem.”
- Tak. To się laszej nie zmieni. - Westchnąłem cicho przez nos, jakbym sam się z siebie śmiał. Nie było w tym jednak już tej samej ostrości, co wcześniej, tego dystansu, który kiedyś był automatyczny. - Zabawne - dodałem praktycznie od razu, przechylając lekko głowę - nie wyjasniałem, nie potrzebowałem tego robić, przez lata oboje robiliśmy wszystko, żeby tak tego nie nazwała. Każdy ten głupi tekst, każda zaczepka, każdy moment, kiedy specjalnie się podpuszczaliśmy tylko po to, żeby zobaczyć reakcję drugiej osoby - to wszystko było jednocześnie najlepszym i najgorszym sposobem radzenia sobie z tym, że nie potrafiliśmy sobie nawzajem odpuścić i im bardziej próbowaliśmy się zdystansować, tym bardziej wracaliśmy do punktu wyjścia. - A i tak skończyło się dokładnie tym - kontynuowałem, wpatrując się w Prudence, jakbym nigdy nie urwał po tamtym jednym słowie, ciągnąc dalej to, co niewypowiedziane - sze jestem. - Nie dopowiedziałem „twój”, nie musiałem, było w tym coś, co nie do końca pasowało do miejsca, w którym siedzieliśmy, ani do gry, którą właśnie prowadziliśmy, a jednak nie mogło być prawdziwsze.
Prychnąłem cicho, kręcąc lekko głową, ale nie odwróciłem od niej wzroku ani na moment.
- Wiesz, sze bszmisz, jakbyś była s tego dumna? - Rzuciłem, wracając do tej lżejszej warstwy, bezpiecznej przestrzeni, w której zawsze było nam… Mi… Najłatwiej funkcjonować. - Uwaszaj… - Mruknąłem, poprawiając się minimalnie na krześle, jakbym w ogóle nie był zaangażowany w tę całą małą wojnę pod stołem. - Zalas znowu się losbestwię. Jeszcze tlochę i pomyślę, sze naplawdę mnie lubisz. - Nie zdążyłem nic więcej powiedzieć, bo nagle…
Zniknęła. Nie tak metaforycznie - dosłownie. Gdzieś na peryferiach percepcji, na pograniczu świadomości zarejestrowałem moment, w którym straciła równowagę, ale było już za późno, żeby zareagować - krzesło poleciało, ona razem z nim, a ja przez ułamek sekundy tylko patrzyłem, jak to się dzieje, jakby mózg potrzebował chwili, żeby nadążyć za tym, co właśnie zobaczył. Przez krótką chwilę siedziałem nieruchomo, spoglądając w pustkę z tym samym wyrazem twarzy, który jeszcze sekundę temu był czystą samokontrolą, prowokacyjną maską, a teraz powoli pękał pod naporem czegoś znacznie bardziej pierwotnego.
- Kulwa, Bletchley. - Wymamrotałem, kręcąc lekko głową, zanim bez większego zastanowienia zsunąłem się z krzesła, schodząc do parteru, bo oczywiście, że nie zamierzałem siedzieć jak idiota przy stole, kiedy ona leżała pod nim. „No, kurwa, nie wierzę” - rzuciłem jeszcze do siebie bezgłośnie, bezmyślnie przeczesując dłonią włosy, które i tak stały się możliwie jeszcze bardziej rozczochrane, gdy znalazłem się naprzeciwko niej, prawie pod tym cholernym stołem, żeby sprawdzić, czy jeszcze żyła i… Wtedy ją zobaczyłem - pod blatem, patrzącą na mnie… nadal… kurwa… w grze… - oczy zwęziły mi się lekko, kiedy zrozumiałem, że w dalszym ciągu kombinowała, w jaki sposób wykorzystać sytuację na własną korzyść, bo a jakże - tylko ona była w stanie zrobić coś takiego w środku tej całej akcji i… Być tak zawziętą, tak nastawioną na wygraną, aby nie odpuścić, zignorować wszystko inne, włącznie z syfiastym podłożem i własnymi poobijanymi kolanami. Zmiana perspektywy zdecydowanie jej nie przeszkadzała, świadczył o tym ten błysk, ten moment zawahania, który nie był zawahaniem, tylko szybką, wewnętrzną weryfikacją podejścia.
- Selio? To ten twój wielki plan? - Spytałem, raczej nie oczekując odpowiedzi, od razu kręcąc głową, głos miałem niski, rozbawiony, niemal prowokujący. Zamiast cofać swoją nieswoją torbę, puściłem ją na sekundę i przesunąłem się jeszcze bliżej, chcąc przyblokować Prue barkiem i ramieniem, jakbyśmy świadomie znaleźli się w drugiej turze tej absurdalnej wersji walki, tylko że w poziomie, pod stołem, w miejscu, gdzie nie powinniśmy się w ogóle znajdować. Całe szczęście, to miejsce widziało tyle starć w ciągu jednego tygodnia, iż z pewnością nie mieliśmy być wyjątkami. Podłoga była dokładnie tak obrzydliwa, jak się spodziewałem, nosząc ślady wielu dziwniejszych akcji, ale w tym momencie nie miało to żadnego znaczenia. - Naplawdę myślałaś, sze… - Zacząłem, ale urwałem, bo była już za blisko, za szybka, za bardzo…
- Nawet nie wasz się— - zacząłem, ale było już za późno… Rzuciła się, co lepsze, w całkowicie nieprzewidzianym przeze mnie kierunku… I cholera, to było dobre. Nie spodziewałem się tego, nie w ten sposób, nie tak szybko. Prawie parsknąłem śmiechem pod nosem, tłumiąc go jedynie poprzez przygryzienie wnętrz policzków, kiedy nasze ręce niemal jednocześnie sięgnęły w tę samą stronę, i gdy przez moment wszystko sprowadziło się do tego jednego punktu - kto pierwszy, kto szybciej, kto sprytniej.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)