• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence

[1957] Nothing is ever as empty as it seems | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
14.07.2026, 18:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2026, 18:43 przez Benjy Fenwick.)  
Przez te wszystkie lata zdążyłem zauważyć pewną prawidłowość, której nawet nie próbowałem już podważać - wystarczyło, że postanowiłem zrobić coś odrobinę bardziej ryzykownego niż przeciętny uczeń, a prędzej czy później gdzieś z boku wyrastała Prudence z wyrazem twarzy strażnika moralności, który właśnie znalazł kolejne przewinienie do odnotowania - naprawdę zaczynałem podejrzewać, że nie ja miałem pecha, to ona była moją osobistą klątwą. Parsknąłem śmiechem, kiedy usłyszałem, że liczyła na brak następnego razu, i prawie od razu pokręciłem głową, z miną człowieka, który właśnie usłyszał coś całkowicie oderwanego od rzeczywistości - oboje wiedzieliśmy, ile była warta ta deklaracja - gdyby jutro wieczorem znowu wydarzyło się coś podejrzanego, pewnie ponownie spotkalibyśmy się dokładnie w ten sam sposób.
- Jasne. A ja liczyłem, że McGonagall kiedyś pochwali mnie za wzorowe przestrzeganie regulaminu. Wszyscy mamy jakieś marzenia. - Mruknąłem z rozbawieniem, odwracając na moment głowę w jej stronę. Gdyby naprawdę w to wierzyła, nie stałaby właśnie obok mnie pośrodku dziedzińca, w środku nocy, tylko dawno siedziałaby w ciepłym dormitorium z nosem w jakiejś księdze. - Daj spokój, Bletchley. Za tydzień znowu wyskoczysz zza jakiegoś filara i będziesz udawać, że to przypadek, nie kontrola osobista. - Wywróciłem jeszcze oczami, zanim przeniosłem wzrok na fontannę. Naprawdę potrafiła zamęczyć człowieka samym sposobem prowadzenia rozmowy… Właśnie taka była - potrafiła rozłożyć jedną rozmowę na tyle szczegółów, że człowiek pod koniec zapominał, od czego w ogóle się zaczęła.
Prychnąłem, wtórując jej w wydawaniu tak głębokich i dojrzałych dźwięków, kiedy zarzuciła mi, że zawsze wszystko wiedziałem najlepiej - to było jedno z tych oskarżeń, które słyszałem od niej tak często, że właściwie przestałem je traktować jak obelgę.
- Nie wszystko. Tylko więcej od ciebie w wyjątkowo konkretnych momentach. To drobna, acz istotna różnica. - Wzruszyłem ramionami, oczywiście droczyłem się z nią celowo, zawsze robiłem wszystko celowo, słuchałem jednak uważnie dalszych słów o celu fontanny i, choć nie zamierzałem przyznać jej tego z satysfakcją, musiałem przyznać przed samym sobą, że ten tok rozumowania wcale nie brzmiał głupio.
Na jej logiczny wywód o zamarzniętym człowieku skinąłem lekko głową, ale zaraz potem skrzywiłem się z niezadowoleniem.
- Oczywiście, że powinien. - Westchnąłem ciężko. - Tak samo jak ta fontanna nie powinna wyrosnąć z bruku jak grzyby po deszczu, woda nie powinna płynąć pod lodem, a lód nie powinien pukać od środka. Chyba dawno przekroczyliśmy granicę rzeczy, które powinny się wydarzyć w związku z tym… - Urwałem, wskazując ruchem głowy kamienną misę. - No, czymś, kurwa. - Samo wypowiedzenie tych słów sprawiło, że przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, ponieważ tym razem naprawdę nie byłem w stanie logicznie zidentyfikować tego, co znajdowało się tuż przed moim zmarzniętym nosem.
Prychnąłem pod nosem, gdy nazwała mnie nieprzewidywalnym, a potem niemal od razu zapytała, czy tęskniłbym za nią - spojrzałem na nią z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie zapytała mnie, czy hodowałem smoki pod łóżkiem. Uniosłem brwi tak wysoko, że przez krótką chwilę aż zabolało mnie czoło, po czym odwróciłem głowę w jej stronę, obdarzywszy Prue miną człowieka, który właśnie usłyszał coś tak absurdalnego, że nie bardzo wiedział, od którego końca zacząć to rozbierać na części.
- Och, oczywiście. Codziennie chodziłbym pod twoją wieżę, wzdychał do pustego okna i wspominał wszystkie te cudowne chwile, kiedy poprawiałaś moje zdania, wytykałaś mi błędy i próbowałaś udowodnić, że to ja jestem źródłem wszystkich nieszczęść w promieniu kilku mil. - Zawiesiłem głos na krótką chwilę. Nawet w środku tej przeklętej nocy, z czymś stukającym pod lodem i fontanną, której nie powinno tu być, potrafiła zadać pytanie, które aż prosiło się o złośliwą odpowiedź. - Nie rozpędzaj się tak. Powiedziałem tylko, że nie chcę, żeby cię pożarła przeklęta fontanna. Trudno byłoby znaleźć godnego następcę. - Zauważyłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język, przez moment brzmiąc naprawdę… Nie tak jak chciałem, ostatecznie nie skomentowałem tego w żaden sposób, bo nie byłem pewien, czy chciałem przyglądać się zbyt dokładnie wszystkim uczuciom, które kryły się pod powierzchnią podobnych stwierdzeń. Zamiast tego dodałem prawie od razu. - Ktoś musiałby przejąć obowiązek psucia mi humoru, a obawiam się, że nikt nie wykonuje go z takim zaangażowaniem jak ty. - Odwróciłem wzrok z powrotem w stronę fontanny, udając, że cała rozmowa była wyłącznie kolejną wymianą złośliwości, chociaż prawda była taka, iż nawet lód w misie, który przed momentem wydawał mi się największym problemem tej nocy, na chwilę zszedł na dalszy plan. - Więc nie rób mi tej przykrości i nie daj się pożreć. Byłoby strasznie niewygodne szukać sobie nowego nemezis. - To też była prawda.
Kiedy stwierdziła, że czegoś się nauczyłem przez te lata, uniosłem brew.
- Wbrew krążącym plotkom uczę się całkiem szybko. Po prostu zwykle wykorzystuję tę wiedzę do rzeczy, których starzy nie pochwalają. Doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. - Zaraz potem prychnąłem na uwagę o tym, że tylko ja włóczyłem się po takich miejscach, gdyż była ona wyjątkowo daleka od prawdy i oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę. - To nie moja wina, że zakazane miejsca są znacznie ciekawsze od tych dozwolonych. Zresztą nie próbuj wciskać mi kitu. Ty najwyraźniej też tak uważasz, skoro regularnie mnie w nich odnajdujesz. - Nie kłamałem - gdyby ktoś z boku obserwował nasze dotychczasowe osiągnięcia, bez większego problemu postawiłby kilka galeonów na to, że za tydzień znowu będziemy stać naprzeciw siebie w miejscu, w którym żadne z nas nie powinno było się znaleźć. Jeżeli świat byłby sprawiedliwy, pewnie rzeczywiście przestalibyśmy na siebie wpadać, ale najwyraźniej od kilku lat ktoś uparcie uznawał, że najlepszą rozrywką było wrzucanie nas w środek coraz dziwniejszych katastrof, właściwie nie kłamałem, gdy mówiłem o klątwie, zaczynałem podejrzewać, że sam Hogwart robił to specjalnie. - Ale skoro twierdzisz, że to ty jesteś ofiarą, mogę wielkodusznie przyjąć tę wersję. Jest mi bardzo przykro z powodu twojego tragicznego losu. - Co prawda nie brzmiałem, jakbym faktycznie go żałował, ale trudno - dla panien krasomówczyń liczyły się słowa, nie?
Na jej uwagę o różnicy między nami spojrzałem na nią z góry, dosłownie i w przenośni, po czym uśmiechnąłem się szerzej.
- Zaskoczę cię, ale nie wszystkie laski to kurduple, a reszta umie sobie poradzić. - Kącik ust uniósł mi się wyżej. - Część wręcz uważa, że wdrapanie się na mnie to świetny pomysł. Ty, oczywiście, musisz być wyjątkiem od każdej reguły. - Zaraz potem wzruszyłem ramionami. - Sama przed chwilą odrzuciłaś propozycję wejścia mi na barana. Trudno, będziesz musiała dalej cierpieć przez własną dumę. - Odparłem niewinnie, po czym odsunąłem się jeszcze odrobinę, żeby mogła spojrzeć na fontannę. - Korzystaj z tego widoku, zanim znowu uznam, że lepiej cię od niego odgrodzić. - Odczekałem dokładnie tyle, żeby zdążyła się oburzyć.  - I nie udawaj, że przeszkadza ci mój wzrost. Stać cię było na coś bardziej błyskotliwego niż „ty okropny, biologicznie poprawny facecie”. - Wyszczerzyłem zęby w bezczelnym uśmiechu, zamierzałem nie dawać jej taryfy ulgowej, tym bardziej, kiedy sama wcale tego nie potrzebowała, jednak nie dodałem nic więcej, znowu przenosząc wzrok na dziwnie zachowującą się wodę…
Jeszcze przed chwilą żartowałem, ale cała chęć robienia sobie z niej niekoniecznie przyjemnych jaj uleciała ze mnie w jednej chwili, kiedy kolejne, dużo głośniejsze głuche uderzenie zatrzęsło fontanną. Poczułem mocniejszy uścisk ręki Prudence na swojej, moja własna dłoń odruchowo zacisnęła się nieco mocniej na jej palcach, zupełnie bez zastanowienia. Nie próbowałem jej odsunąć ani strząsnąć, ten gest był dziwnie naturalny, przez jedno uderzenie serca wszystko wydało mi się dziwnie znajome, ciepłe, odległe o całe lata, zanim przypomniałem sobie, że przecież od dawna nie byliśmy już dzieciakami, które łaziły razem po zamku…
- Tak, zauważyłem. Dzięki za tę błyskotliwą analizę sytuacji. - Mruknąłem odruchowo z tym samym prześmiewczym tonem, którego zawsze używałem przy niej, ale uśmiech zniknął z mojej twarzy niemal natychmiast. Ciemna woda zaczęła przelewać się przez kamienny brzeg fontanny, choć przecież nie było jej aż tyle, żeby mogła się wylać, płynęła powoli, gęsta i ciemna jak smoła, pełznąc po bruku, nie rozlewając się jednak swobodnie, lecz sunąc cienkimi językami dokładnie w naszym kierunku. Z głębi wyłoniła się blada dłoń z nienaturalnie długimi palcami i paznokciami przypominającymi pożółkłe szpony, a zaraz za nią drugie ramię, poruszające się powoli, jakby właściciel dopiero przypominał sobie, w jaki sposób wydostać się na powierzchnię.
- Wiesz co? - Odezwałem się cicho, nie odrywając wzroku od wynurzającej się ręki. -Wycofuję wszystkie swoje wcześniejsze żarty. To jest dokładnie ten moment, w którym bardzo chciałbym zachować się wyjątkowo niegryfońsko i po prostu spierdalać. - Nie miałem nic więcej do dodania, żadnego błyskotliwego komentarza, niczego takiego. Cokolwiek to było, właśnie oficjalnie przestało mnie interesować, a mogła mi uwierzyć bądź nie, naprawdę niewiele rzeczy potrafi mnie zniechęcić do włażenia tam, gdzie nie powinienem. Liczyłem, że nie zamierzała tego kwestionować, dochodząc do najbardziej słusznego wniosku, iż skoro nawet ja uznałem, że pora się wycofać, to znaczyło, że robiło się naprawdę paskudnie… Niemal nie odnotowałem momentu, w którym wszystkie mięśnie napięły mi się jednocześnie, instynkt przejął kontrolę szybciej niż rozsądek - cofnąłem się o krok, pociągając Prudence razem ze sobą, nie puszczając jej dłoni ani na moment.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
14.07.2026, 20:47  ✶  

- Niektóre marzenia się spełniają. - Rzuciła jeszcze, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, że to nie będzie jedno z nich. Nie dało się nie zauważyć, że coś co chwilę rzucało ich na siebie. Mogli udawać, że tak nie jest, starać się omijać siebie nawzajem szerokim łukiem - ale to nie działało. Ciągle na siebie wpadali, a co najgorsze zawsze wiązało się to z czymś nie do końca regulaminowym. Nie dało się ukryć, że Prue mimo tego, że była prefektką pojawiała się w miejscach, w których nie powinna, tyle, że Aloysius bywał tam pierwszy więc to na tym starała się skupiać, jakby jej obecność była spowodowana tylko i wyłącznie tym, że chciała udzielić mu reprymendy.

- To są przypadki, przecież Cię nie śledzę. - Nieco uniosła ton głosu, bo nie podobały jej się te spekulacje. Naprawdę jakimś cudem zawsze znajdowali się w tych samych miejscach, zawsze na siebie wpadali. Nie śledziła go przecież! Nie daj Morgano, żeby sobie tak o niej pomyślał, jeszcze tego jej brakowało.

Nie zaprzeczyłaby temu stwierdzeniu. Lubiła analizować każdy szczegół, rozkładać temat na części, zadawać pytania, które dla niektórych wydawać by się mogły zupełnie zbędne. Wiedziała jednak, że to czasem może przynieść oczekiwany efekt. Kiedy nie weryfikowało się wszystkich informacji pewne dane mogły uciekać, tak mogła spojrzeć na wszystko, nic jej nie umykało - to, że rozmówca gubił się w konwersacji nie do końca było jej problemem. Mało kto zresztą był w stanie nadążyć za jej tokiem rozumowania. Musiała się z tym pogodzić, bo jej mózg działał inaczej niż mózgi większości społeczeństwa.

Prychnęła kiedy znowu się odezwał, oczywiście, że dalej próbował w nią uderzać. Niestety to działało. Widać było, że się zirytowała. - Chciałbyś. - Powiedziała jeszcze, bo nie zamierzała, żeby miał ostatnie słowo, nie mogła do tego dopuścić, chociaż zdecydowanie zabrakło jej już argumentów.

- Mamy więc kolejny niepasujący element. - Nie wydawała się zupełnie przejmować jego westchnięciem, próbowała jakoś ułożyć to wszystko w całość, tyle, że nic się tutaj nie składało. Fontanna pojawiła się znikąd, znajdował się w niej ktoś, kto później gdzieś zniknął, chociaż nie powinien się ruszać bo woda była zamarznięta. Brzmiało to wszystko absurdalnie, ale magia miała swoje sposoby, mogła zrobić wszystko - nie negowała więc tego co stanęło im dzisiaj na drodze.

Widziała, że jej kolejne pytanie nieco wybiło go z pantałyku. Doskonale wiedziała, że miał ją gdzieś, że nie przejąłby się jej nagłą nieobecnością w swoim życiu, pewnie byłby zadowolony, że problem zniknął zupełnie sam, tak jak się pojawił.

- Miałbyś co wspominać. - Zdawała sobie sprawę z tego, że wiele razy stawała mu na drodze, wiele razy przeszkadzała w tym, co akurat robił, czepiała się pierdół, na tym w dużej mierze polegały ich interakcje, do których dochodziło zdecydowanie zbyt często, kiedy tak o tym myślała, to w sumie na pewno zauważyłby jej nieobecność w swoim życiu, ona też odczułaby gdyby go zabrakło, bo zbyt często się ze sobą spotykali.

- Postaram się przeżyć, żeby nie daj Merlinie nie kłopotać Cię szukaniem sobie nowego wroga, faktycznie trudno byłoby zbliżyć się do mojego poziomu, pewnie nikt nie byłby w stanie wkurzać Cię równie mocno co ja. - Uśmiechnęła się promiennie, było to przecież całkiem interesującym osiągnięciem, może nie miała na swoich listach do realizacji takiego celu, jednak nie brzmiało to najgorzej. Cieszyła się, że potrafi mu zaleźć za skórę jak nikt inny, zresztą on robił to samo w drugą stronę, tak to już działało między nimi, ciągle jednak ich coś do siebie przyciągało.

- Zakazane miejsca są takie z jakiegoś powodu, czasem wydaje mi się, że próbują nam nieco ograniczyć tymi zakazami poznawanie świata, a na to niestety nie mogę się godzić. - Wiedza była dla niej najważniejsza, wyjątkowo zgadzała się ze swoim towarzyszem niedoli. Doświadczenie było najlepszym nauczycielem. Prudence chciała czerpać wiedzę, a tej nie dało się wynosić tylko i wyłącznie z nudnych, uczęszczanych przez wszystkich miejsc.

Wiedziała, że on również był ciekawy świata, miał wiele zainteresowań, nie mogła zarzucić mu ignorancji, był cholernie inteligentny i lubił ryzykować, nie musiała szukać zbyt długo w nim podobieństwa do swojego zachowania, oczywiście nie zamierzała mówić w głos jak bardzo blisko im do siebie było, zresztą na pewno wiedział, niezupełnie tak całkiem przypadkowo co chwilę na siebie wpadali w podobnych okolicznościach.

- Nie jest to szczególnie wielka tragedia. - Zawsze mogło być gorzej, istniały naprawdę paskudne klątwy, ona została jedynie skazana na spotykanie go w dziwnych miejscach, nie było więc, aż tak źle - miała też dzięki temu w swoim życiu sporo rozrywki.

- Z Tobą problem mogą mieć też nie kurduple, bo jesteś zbyt wielki. - Zdecydowanie przekraczał normy, na pewno miał tego świadomość, nie było to co mówił więc dla niej jakimś mocnym argumentem. Zresztą nie miała kompleksu wzrostu, była drobna - czasem jej to przeszkadzało, ale nie było to jakoś szczególnie uporczywe. - Tak, doskonały pomysł, który może wiązać się z szybkim spadnięciem, zdecydowanie wolę podziękować za takie doświadczenia. Lubię swoje kończyny takie jakie są. - Wolała sama przypadkiem nie doprowadzać do ich uszkodzenia, kto wie, jak właściwie zareagowałby na ciężar na swoich plecach, jak już wspomniała - uważała, że był nieprzewidywalny i tego zamierzała się trzymać.

- Jak trzeba będzie to Cię przestawię zaklęciem. - Nie zamierzała pozwalać mu na to rządzenie się. Miała różdżkę, gdyby pojawiła się potrzeba to nie miałaby oporu przed tym, żeby jej użyć, jasne - pewnie gdyby ją tylko wyciągnęła wyrwałby ją jej z dłoni, jednak wolała wspomnieć o tym, że istnieją możliwości, aby nieco pokrzyżować mu plany. - Przeszkadza, kiedy włazisz przede mnie! - Wcale nie udawała, no przynajmniej nie w tym momencie. Na pewno doskonale zdawał sobie sprawę, że był atrakcyjny całościowo, nie mogła mu tego odmówić, bo miała oczy, jednak wolała nie skupiać się zbytnio na tym temacie.

Tę kolejną, całkiem uroczą konwersację przerwała im fontanna - dosyć głośno przypomniała o zagrożeniu, które mogło się pojawić. Prue miała wrażenie, że przedmiot miał raczej niecne zamiary, nie pojawiłby się tutaj pod osłoną nocy tak po prostu, do tego zachowywał się dziwnie, bardzo dziwnie. Odruchowo więc, przylgnęła do jedynej osoby, która znajdowała się obok niej, razem mieli większą szansę na przetrwanie, a przynajmniej tak się jej wydawało.

- Nie musisz być teraz taki uszczypliwy. - Mruknęła jeszcze cicho, nie odsunęła się jednak od niego, wolała być tuż obok. Woda zaczynała żyć własnym życiem, lód pękać, powinni się stąd zwijać jak najszybciej. Zwłaszcza, że ręka pojawiła się na powierzchni. Wpatrywała się w nią przez chwilę, zawiesiła się, mrugnęła dopiero wtedy kiedy Rookwood zrobił krok do tyłu i pociągnął ją za sobą.

- Zgadzam się z Tobą, musimy spierdalać natychmiast. - To była nowość, nie miała w zwyczaju przyznawać mu racji, ale znaleźli się w sytuacji podbramkowej i musieli współpracować, to mogła być jedyna opcja, w której wyjdą stąd o własnych siłach. Lód popękał już na całej powierzchni, woda nadal falowała, tyle, że teraz już dwie ręce wystawały ponad taflę wody, jeszcze chwila, a pojawi się głowa, a później jej właściciel.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I’m gonna give you fair warning that I…
I’m not a saint, but I could be if I try
Lord knows I've got habits to break
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
17.07.2026, 17:51  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.08.2026, 20:28 przez Benjy Fenwick.)  
Nie musiałem nawet długo się zastanawiać, żeby dojść do wniosku, że akurat to marzenie nie miało najmniejszych szans się spełnić, miało bowiem również dokładnie takie same szanse powodzenia jak moje zostanie prefektem naczelnym, czyli… Mikre. Trochę jak ich wypowiadaczka…
- To trzymaj kciuki. Może za jakieś pięćdziesiąt lat przestaniemy na siebie wpadać. O ile wcześniej żadne z nas nie zginie. Wtedy rzeczywiście problem rozwiąże się sam. - Popatrzyłem na nią z przekornym półuśmiechem i pokręciłem głową. Naprawdę potrafiła mówić takie rzeczy z kamienną twarzą całkowicie pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu, chociaż oboje doskonale wiedzieliśmy, że prędzej Hogwart przesunąłby się o kilka mil na północ, niż przestalibyśmy wpadać na siebie w najmniej odpowiednich momentach. Odwróciłem ku niej głowę, kiedy oburzonym tonem zapewniła mnie, że mnie nie śledziła - nigdy, przenigdy, na pewno - uniosłem obie dłonie w geście niewinności, ale uśmiech i tak sam cisnął mi się na twarz.
- Oczywiście, że nie. Ty po prostu przypadkiem pojawiasz się dokładnie tam, gdzie jestem ja. Zupełnie przypadkiem wybierasz ten sam korytarz, tę samą wieżę, ten sam loch albo ten sam dziedziniec. Za każdym. Jednym. Razem. - Pokręciłem głową z udawanym zrozumieniem, prawdę mówiąc, byłem w stanie uznać, iż to sam Hogwart najwyraźniej uznał, że nasze życie będzie znacznie zabawniejsze, jeśli regularnie będzie wrzucał nas sobie pod nogi, ale nie miałem zamiaru tego teraz mówić. - Wiesz, gdyby to spotkało mnie dwa razy, uwierzyłbym. Sześdziesiąty raz zaczyna wyglądać podejrzanie. - Oczywiście wiedziałem, że mnie nie śledziła, gdyby naprawdę to robiła, pewnie byłaby w tym znacznie lepsza i nigdy bym jej nie zauważył, drażnienie jej było jednak po prostu zbyt łatwe.
Spojrzałem na nią kątem oka, parskając pobłażliwie, gdy znowu przeszła do ofensywy i rzuciła swoje krótkie „chciałbyś” - nawet w takiej chwili nie potrafiła odpuścić, było w tym coś absurdalnie przewidywalnego, lecz także całkiem wciągającego - nawet teraz nie mogła zostawić mi ostatniego słowa, po prostu taka była - uparcie upierdliwa.
- Tak, oczywiście. Marzę tylko o tym, żeby wygrywać z tobą wszystkie dyskusje. To moje największe życiowe ambicje. - Skrzywiłem się teatralnie. - Problem polega na tym, że nawet gdy przegrywasz, zachowujesz się tak, jakbyś właśnie wygłosiła przemówienie stulecia. - A to trochę psuło mi nastrój. Uważałem wręcz, że gdyby od tego zależało życie, pewnie jeszcze próbowałaby pokłócić się ze śmiercią o definicję zgonu. Z dużym prawdopodobieństwem powinniśmy byli zajmować się teraz zupełnie innymi rzeczami, niż prywatne wojenki, lecz trudno było tak po prostu odpuścić, tym bardziej, kiedy oboje byliśmy nastawieni na wygranie tej dyskusji. 
Słuchałem jej dalszych rozważań, na których dźwięk westchnąłem przeciągle, przeczesując dłonią włosy. W normalnych okolicznościach pewnie przerwałbym jej w połowie tylko po to, żeby się posprzeczać, ale tym razem naprawdę próbowałem znaleźć w tym wszystkim jakiś sens.
- Nienawidzę przyznawać ci racji, natomiast faktycznie nic tutaj do siebie nie pasuje. - Skrzywiłem się. Im dłużej o tym wszystkim rozmawialiśmy, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że logiczne myślenie należało zostawić gdzieś daleko za sobą - jeśli o mnie chodziło, zupełnie przestawała mi się podobać liczba tych elementów, tym bardziej, iż w normalnej zagadce pojedyncze fragmenty puzzli w końcu zaczynały do siebie pasować, lecz tutaj z każdą minutą dochodziły następne i każdy był jeszcze bardziej chory od poprzedniego.
- Ale wiesz, co jest w tym wszystkim seryjnie najgorsze? - Mruknąłem retorycznie. - Ty naprawdę próbujesz to zrozumieć. Ja już dawno przeszedłem do etapu, w którym uznałem, że to coś ma kompletnie w dupie logikę. To prostsze. - Spojrzałem na nią kątem oka, uparcie próbowała składać wszystkie elementy tej układanki w logiczną całość - właśnie taka była - nawet, kiedy świat postanawiał wywrócić wszystkie zasady do góry nogami, ona dalej szukała wzoru, którego mogłaby się złapać, ja zwykle zaczynałem od sprawdzenia, czy da się to szturchnąć patykiem. Nie byliśmy tacy sami, więcej nas dzieliło niż łączyło, lecz to nie oznaczało, że chciałem, by rzeczywiście coś jej się stało.
- „Miałbym co wspominać”, powiadasz? Oczywiście. Może nawet zacząłbym pisać pamiętnik. „Dzień pierwszy bez Bletchley. Nikt nie kwestionował mojego zdania. To dziwne uczucie”. „Dzień trzydziesty. Złapałem się na tym, że specjalnie powiedziałem coś nieprecyzyjnie. Nikt mnie nie poprawił. To dziwne uczucie”. „Dzień trzysta trzydziesty trzeci. Czuję pustkę. Świat już nigdy nie będzie taki sam”. - Pokręciłem głową z teatralnym westchnieniem. - Nie schlebiaj sobie aż tak. Rynek nemezis jest ostatnio wyjątkowo ubogi. Trudno byłoby znaleźć równie… Charakterystyczną osobę. - Ostatnie określenie dobrałem z wyraźną ostrożnością, bo czułem, że każde inne mogłoby zabrzmieć podejrzanie. Wpatrywałem się przez chwilę w jej uśmiech, zanim odwróciłem wzrok.
Nigdy nie rozumiałem ludzi, którzy potrafili całe lata chodzić wyłącznie wyznaczonymi korytarzami, skoro zamek aż prosił się o odkrywanie, ale najwyraźniej… Najwyraźniej rozumiałem się z nią w tej jednej kwestii…
- No proszę. I dlatego właśnie zawsze cię lubi… Znaczy, tolerowałem… Znaczy… Nie schlebiaj sobie. - Urwałem z wyraźnym grymasem. - Chodzi mi o to, że akurat tutaj masz rację. Jak czegoś zakazują, to zwykle właśnie tam znajduje się coś najciekawszego. Na przykład… No.- Machnąłem ręką w stronę fontanny i przez chwilę rzeczywiście próbowałem poukładać to wszystko w głowie, ale im dłużej o tym myślałem, tym mniej miało to sensu.
Na uwagę o klątwie machnąłem lekko ręką.
- Widzisz? Czyli jednak potrafisz patrzeć na świat optymistycznie. Spotykanie mnie nie jest jeszcze najgorszą klątwą, jaka mogła ci się trafić. Mogłaś na przykład ciągle wpadać na Vane’a. To dopiero byłaby tragedia. Wyobrażasz sobie? - Parsknąłem pod nosem. - Ze mną trafiasz przynajmniej na coś ciekawego. Zwykle. Chociaż dzisiaj powoli zaczynam żałować tego słowa… - To było dosyć nieoczekiwane, zdecydowanie mało gryfońskie wyznanie, lecz nie zamierzałem go cofać, skoro już padło.
Spojrzałem na nią z góry z wyraźnie rozbawioną miną, kiedy nazwała mnie „zbyt wielkim” i zagroziła mi rzuceniem we mnie zaklęciem, po czym odchrząknąłem wymownie, zupełnie tym nie zmieszany.
- A więc jednak nie przeszkadza ci moje wielkie cielsko, tylko miejsce, w którym akurat stoi. - Zauważyłem błyskotliwie, byleby tylko ją podkurwić. Uniósłbym brew jeszcze wyżej, gdyby nie fakt, że cała moja uwaga powoli przenosiła się na trzeszczący lód, ale i tak nie mogłem sobie odmówić cichego parsknięcia na te jej komentarze. - Bardzo chcę to zobaczyć. Naprawdę. Dawaj. - Rozłożyłem ręce, doskonale wiedząc, iż - mimo zajmowanej pozycji i rzekomego zaufania społecznego - ona też musiałaby się srogo tłumaczyć McGonagall, zarówno z bycia nocą na dziedzińcu, jak i z tego, dlaczego próbowała rzucać zaklęcia na ucznia z innego domu. - Jesteś po prostu mikra, Bletchley. - Pokręciłem głową, wszystkie inne wyjaśnienia zupełnie mnie nie interesowały - no, może poza tym ostatecznym wnioskiem, jaki wyciągnąłem z tej całej paplaniny o spadaniu i tak dalej. - Zresztą, z tym „zbyt wielki” to kwestia perspektywy. Jakoś żadna inna dziewczyna jeszcze nie zgłaszała reklamacji na moje gabaryty. Wręcz przeciwnie, większość uważa, że te dodatkowe centymetry tu i tam dają całkiem sporo… Ciekawych możliwości. - Nie zdążyłem dodać nic więcej o tym, że „a jeśli by spadła, to tylko ze swojej winy, nie przez moją zajebistą koordynację”, bo fontanna odezwała się kolejnym głuchym hukiem, który sprawił, że cały bruk pod naszymi stopami zadrżał.
Woda poruszała się coraz szybciej, czarna ciecz spływała po kamieniu wbrew wszelkim zasadom, nie rozlewając się, lecz sunąc cienkimi pasmami dokładnie tam, gdzie staliśmy. Wciąż trzymałem jej dłoń, nawet tego świadomie nie rejestrując, a kiedy zrobiłem kolejny krok w tył, pociągnąłem ją za sobą bez najmniejszego zastanowienia.
- Nie muszę? - Odpowiedziałem jej półgłosem, nie odrywając wzroku od wynurzających się dłoni. - To chyba najgorszy moment, żeby próbować zmieniać swoje dobre nawyki. Nie uważasz? - Chociaż mój głos nadal brzmiał odrobinę prześmiewczo, było w nim znacznie mniej pewności niż jeszcze minutę wcześniej. Przez ułamek sekundy miałem ochotę odpowiedzieć jej kolejną złośliwością, bo przecież dokładnie na tym polegała większość naszych rozmów, ale nawet ja wiedziałem, kiedy należało odpuścić - a przynajmniej prawie wiedziałem - parsknąłem więc tylko cicho, cofając się jeszcze o pół kroku, nie odrywając wzroku od fontanny.
Z ciemnej toni, tuż pomiędzy dwiema dłońmi, zaczęło wyłaniać się coś, co z trudem można było nazwać ludzką głową - mokre, posklejane pasma rzadkich włosów oblepiły czaszkę, z której powoli ukazywało się czoło o sinej, gnijącej skórze - wyglądało to tak groteskowo, że nawet we mnie, Gryfonie z krwi i kości, odezwał się rzadko używany głos rozsądku, sugerujący natychmiastową ewakuację. Nadal czułem jej dłoń pod własną i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że wciąż jej nie puściłem - co więcej, nawet nie przyszło mi to do głowy - instynktownie przesunąłem ją jeszcze kawałek za siebie, stając między nią a konstrukcją, choć rozsądek podpowiadał mi, że jeżeli to coś naprawdę postanowi wypełznąć na zewnątrz, niewiele mu tym przeszkodzę.
Słysząc to nagłe, nadzwyczaj nieliterackie „spierdalać” z ust panny prefekt, nie mogłem jednak powstrzymać tego charakterystycznego, rzekomo „parszywego” uśmieszku, który na moment wygrał nawet z nagłym skokiem adrenaliny. Kto by pomyślał, że pod tą całą maską moralnej wyższości i sztywnych reguł kryła się dziewczyna, która potrafiła tak soczyście rzucić mięsem, kiedy grunt zaczynał jej się palić pod stopami - a w tym przypadku: kiedy lód zaczynał pękać pod martwymi łapskami - uniosłem brwi w udawanym szoku, choć sytuacja sekunda po sekundzie robiła się coraz bardziej przejebana. Usłyszeć z ust samej Prudence Bletchley, wzorowej prefektki i strażniczki szkolnego kodeksu moralnego, tak swojskie, soczyste przekleństwo, nawet powtórzone po mnie, to było osiągnięcie, które chętnie zapisałbym na swoim koncie, gdybyśmy tylko mieli gwarancję, że dożyjemy jutrzejszego śniadania.
- Oke. - To przytaknięcie wystarczyło, abym mocniej ścisnął dłoń Prue, ruszając - nie czekałem, aż zacznie się dłużej zastanawiać, bo znałem ją wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, iż za trzy sekundy mogłaby dojść do wniosku, że warto było zostać jeszcze chwilę „dla dobra nauki” - tym razem nie miałem zamiaru dopuścić do żadnego eksperymentu - rozsądek krzyczał mi tylko jedno, i po raz pierwszy od dawna zamierzałem go bez dyskusji posłuchać, jeżeli bowiem istniał moment, w którym należało uznać, że ciekawość przestaje być zaletą, a zaczyna być wybitnie idiotycznym pomysłem, to był dokładnie ten.
Ruszyłem pierwszy, ciągnąc ją za sobą przez zaśnieżony bruk, mając bardzo nieprzyjemne przeczucie, że cokolwiek wydostało się z fontanny, nie zamierzało pozwolić nam odejść tak łatwo. Były sytuacje, w których ciekawość wygrywała z zachowawczością, tym razem, pierwszy raz od bardzo dawna, zachowawczość w końcu postanowiła wygrać. Nie zamierzałem sprawdzać, co stanie się za pięć sekund, przez całe życie pakowałem się w rzeczy, od których rozsądni ludzie uciekali w przeciwnym kierunku, ale nawet ja miałem swoje granice, a te najwyraźniej kończyły się właśnie przede mną, na tym czymś, co próbowało wygramolić się z przeklętej fontanny.
Za naszymi plecami rozległ się przeciągły, ochrypły oddech czegoś, co najwyraźniej właśnie wydostało się spod lodu, mimo wszechobecnego ziąbu, sytuacja robiła się gorąca…

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (9691), Prudence Fenwick (6016)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa