- Jasne. A ja liczyłem, że McGonagall kiedyś pochwali mnie za wzorowe przestrzeganie regulaminu. Wszyscy mamy jakieś marzenia. - Mruknąłem z rozbawieniem, odwracając na moment głowę w jej stronę. Gdyby naprawdę w to wierzyła, nie stałaby właśnie obok mnie pośrodku dziedzińca, w środku nocy, tylko dawno siedziałaby w ciepłym dormitorium z nosem w jakiejś księdze. - Daj spokój, Bletchley. Za tydzień znowu wyskoczysz zza jakiegoś filara i będziesz udawać, że to przypadek, nie kontrola osobista. - Wywróciłem jeszcze oczami, zanim przeniosłem wzrok na fontannę. Naprawdę potrafiła zamęczyć człowieka samym sposobem prowadzenia rozmowy… Właśnie taka była - potrafiła rozłożyć jedną rozmowę na tyle szczegółów, że człowiek pod koniec zapominał, od czego w ogóle się zaczęła.
Prychnąłem, wtórując jej w wydawaniu tak głębokich i dojrzałych dźwięków, kiedy zarzuciła mi, że zawsze wszystko wiedziałem najlepiej - to było jedno z tych oskarżeń, które słyszałem od niej tak często, że właściwie przestałem je traktować jak obelgę.
- Nie wszystko. Tylko więcej od ciebie w wyjątkowo konkretnych momentach. To drobna, acz istotna różnica. - Wzruszyłem ramionami, oczywiście droczyłem się z nią celowo, zawsze robiłem wszystko celowo, słuchałem jednak uważnie dalszych słów o celu fontanny i, choć nie zamierzałem przyznać jej tego z satysfakcją, musiałem przyznać przed samym sobą, że ten tok rozumowania wcale nie brzmiał głupio.
Na jej logiczny wywód o zamarzniętym człowieku skinąłem lekko głową, ale zaraz potem skrzywiłem się z niezadowoleniem.
- Oczywiście, że powinien. - Westchnąłem ciężko. - Tak samo jak ta fontanna nie powinna wyrosnąć z bruku jak grzyby po deszczu, woda nie powinna płynąć pod lodem, a lód nie powinien pukać od środka. Chyba dawno przekroczyliśmy granicę rzeczy, które powinny się wydarzyć w związku z tym… - Urwałem, wskazując ruchem głowy kamienną misę. - No, czymś, kurwa. - Samo wypowiedzenie tych słów sprawiło, że przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz, ponieważ tym razem naprawdę nie byłem w stanie logicznie zidentyfikować tego, co znajdowało się tuż przed moim zmarzniętym nosem.
Prychnąłem pod nosem, gdy nazwała mnie nieprzewidywalnym, a potem niemal od razu zapytała, czy tęskniłbym za nią - spojrzałem na nią z takim wyrazem twarzy, jakby właśnie zapytała mnie, czy hodowałem smoki pod łóżkiem. Uniosłem brwi tak wysoko, że przez krótką chwilę aż zabolało mnie czoło, po czym odwróciłem głowę w jej stronę, obdarzywszy Prue miną człowieka, który właśnie usłyszał coś tak absurdalnego, że nie bardzo wiedział, od którego końca zacząć to rozbierać na części.
- Och, oczywiście. Codziennie chodziłbym pod twoją wieżę, wzdychał do pustego okna i wspominał wszystkie te cudowne chwile, kiedy poprawiałaś moje zdania, wytykałaś mi błędy i próbowałaś udowodnić, że to ja jestem źródłem wszystkich nieszczęść w promieniu kilku mil. - Zawiesiłem głos na krótką chwilę. Nawet w środku tej przeklętej nocy, z czymś stukającym pod lodem i fontanną, której nie powinno tu być, potrafiła zadać pytanie, które aż prosiło się o złośliwą odpowiedź. - Nie rozpędzaj się tak. Powiedziałem tylko, że nie chcę, żeby cię pożarła przeklęta fontanna. Trudno byłoby znaleźć godnego następcę. - Zauważyłem, zanim zdążyłem ugryźć się w język, przez moment brzmiąc naprawdę… Nie tak jak chciałem, ostatecznie nie skomentowałem tego w żaden sposób, bo nie byłem pewien, czy chciałem przyglądać się zbyt dokładnie wszystkim uczuciom, które kryły się pod powierzchnią podobnych stwierdzeń. Zamiast tego dodałem prawie od razu. - Ktoś musiałby przejąć obowiązek psucia mi humoru, a obawiam się, że nikt nie wykonuje go z takim zaangażowaniem jak ty. - Odwróciłem wzrok z powrotem w stronę fontanny, udając, że cała rozmowa była wyłącznie kolejną wymianą złośliwości, chociaż prawda była taka, iż nawet lód w misie, który przed momentem wydawał mi się największym problemem tej nocy, na chwilę zszedł na dalszy plan. - Więc nie rób mi tej przykrości i nie daj się pożreć. Byłoby strasznie niewygodne szukać sobie nowego nemezis. - To też była prawda.
Kiedy stwierdziła, że czegoś się nauczyłem przez te lata, uniosłem brew.
- Wbrew krążącym plotkom uczę się całkiem szybko. Po prostu zwykle wykorzystuję tę wiedzę do rzeczy, których starzy nie pochwalają. Doświadczenie jest najlepszym nauczycielem. - Zaraz potem prychnąłem na uwagę o tym, że tylko ja włóczyłem się po takich miejscach, gdyż była ona wyjątkowo daleka od prawdy i oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę. - To nie moja wina, że zakazane miejsca są znacznie ciekawsze od tych dozwolonych. Zresztą nie próbuj wciskać mi kitu. Ty najwyraźniej też tak uważasz, skoro regularnie mnie w nich odnajdujesz. - Nie kłamałem - gdyby ktoś z boku obserwował nasze dotychczasowe osiągnięcia, bez większego problemu postawiłby kilka galeonów na to, że za tydzień znowu będziemy stać naprzeciw siebie w miejscu, w którym żadne z nas nie powinno było się znaleźć. Jeżeli świat byłby sprawiedliwy, pewnie rzeczywiście przestalibyśmy na siebie wpadać, ale najwyraźniej od kilku lat ktoś uparcie uznawał, że najlepszą rozrywką było wrzucanie nas w środek coraz dziwniejszych katastrof, właściwie nie kłamałem, gdy mówiłem o klątwie, zaczynałem podejrzewać, że sam Hogwart robił to specjalnie. - Ale skoro twierdzisz, że to ty jesteś ofiarą, mogę wielkodusznie przyjąć tę wersję. Jest mi bardzo przykro z powodu twojego tragicznego losu. - Co prawda nie brzmiałem, jakbym faktycznie go żałował, ale trudno - dla panien krasomówczyń liczyły się słowa, nie?
Na jej uwagę o różnicy między nami spojrzałem na nią z góry, dosłownie i w przenośni, po czym uśmiechnąłem się szerzej.
- Zaskoczę cię, ale nie wszystkie laski to kurduple, a reszta umie sobie poradzić. - Kącik ust uniósł mi się wyżej. - Część wręcz uważa, że wdrapanie się na mnie to świetny pomysł. Ty, oczywiście, musisz być wyjątkiem od każdej reguły. - Zaraz potem wzruszyłem ramionami. - Sama przed chwilą odrzuciłaś propozycję wejścia mi na barana. Trudno, będziesz musiała dalej cierpieć przez własną dumę. - Odparłem niewinnie, po czym odsunąłem się jeszcze odrobinę, żeby mogła spojrzeć na fontannę. - Korzystaj z tego widoku, zanim znowu uznam, że lepiej cię od niego odgrodzić. - Odczekałem dokładnie tyle, żeby zdążyła się oburzyć. - I nie udawaj, że przeszkadza ci mój wzrost. Stać cię było na coś bardziej błyskotliwego niż „ty okropny, biologicznie poprawny facecie”. - Wyszczerzyłem zęby w bezczelnym uśmiechu, zamierzałem nie dawać jej taryfy ulgowej, tym bardziej, kiedy sama wcale tego nie potrzebowała, jednak nie dodałem nic więcej, znowu przenosząc wzrok na dziwnie zachowującą się wodę…
Jeszcze przed chwilą żartowałem, ale cała chęć robienia sobie z niej niekoniecznie przyjemnych jaj uleciała ze mnie w jednej chwili, kiedy kolejne, dużo głośniejsze głuche uderzenie zatrzęsło fontanną. Poczułem mocniejszy uścisk ręki Prudence na swojej, moja własna dłoń odruchowo zacisnęła się nieco mocniej na jej palcach, zupełnie bez zastanowienia. Nie próbowałem jej odsunąć ani strząsnąć, ten gest był dziwnie naturalny, przez jedno uderzenie serca wszystko wydało mi się dziwnie znajome, ciepłe, odległe o całe lata, zanim przypomniałem sobie, że przecież od dawna nie byliśmy już dzieciakami, które łaziły razem po zamku…
- Tak, zauważyłem. Dzięki za tę błyskotliwą analizę sytuacji. - Mruknąłem odruchowo z tym samym prześmiewczym tonem, którego zawsze używałem przy niej, ale uśmiech zniknął z mojej twarzy niemal natychmiast. Ciemna woda zaczęła przelewać się przez kamienny brzeg fontanny, choć przecież nie było jej aż tyle, żeby mogła się wylać, płynęła powoli, gęsta i ciemna jak smoła, pełznąc po bruku, nie rozlewając się jednak swobodnie, lecz sunąc cienkimi językami dokładnie w naszym kierunku. Z głębi wyłoniła się blada dłoń z nienaturalnie długimi palcami i paznokciami przypominającymi pożółkłe szpony, a zaraz za nią drugie ramię, poruszające się powoli, jakby właściciel dopiero przypominał sobie, w jaki sposób wydostać się na powierzchnię.
- Wiesz co? - Odezwałem się cicho, nie odrywając wzroku od wynurzającej się ręki. -Wycofuję wszystkie swoje wcześniejsze żarty. To jest dokładnie ten moment, w którym bardzo chciałbym zachować się wyjątkowo niegryfońsko i po prostu spierdalać. - Nie miałem nic więcej do dodania, żadnego błyskotliwego komentarza, niczego takiego. Cokolwiek to było, właśnie oficjalnie przestało mnie interesować, a mogła mi uwierzyć bądź nie, naprawdę niewiele rzeczy potrafi mnie zniechęcić do włażenia tam, gdzie nie powinienem. Liczyłem, że nie zamierzała tego kwestionować, dochodząc do najbardziej słusznego wniosku, iż skoro nawet ja uznałem, że pora się wycofać, to znaczyło, że robiło się naprawdę paskudnie… Niemal nie odnotowałem momentu, w którym wszystkie mięśnie napięły mi się jednocześnie, instynkt przejął kontrolę szybciej niż rozsądek - cofnąłem się o krok, pociągając Prudence razem ze sobą, nie puszczając jej dłoni ani na moment.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)