12.07.2026, 20:47 ✶
Zabawna była z pani Dolohov kobieta i niegroźna zupełnie, co stanowiło miłą odmianę po brutalnych przejściach Helloise z jej narwanym bratem. Mimo że Delyra nie rzuciła na sprawę nowego światła, a wręcz zdawała się wiedzieć mniej niż jej gość, to znajomość z nią mogła w przyszłości zalegitymizować działania wiedźmy wokół ogrodu. Gdyby komuś przyszło do głowy rozliczać niewinną spacerowiczkę ze zdecydowanie zbyt wielu ukradzionych kwiatów czy dziwnych wizyt nocnych, będzie mogła powołać się na kogoś z zarządu Maida Vale. Nie spodziewała się, aby to było konieczne, lecz coraz częściej myślała o swoich krokach ostrożnie.
Mimo skupienia, wyczuła zmianę w zachowaniu drugiej czarownicy i z satysfakcją dostrzegła jej dyskomfort. Nie syciła się nim długo, mając ważniejsze rzeczy na uwadze. Tym razem zapach krwi rozwinął się przed nią z większą klarownością. Rozpoznała komponenty czarnej magii, która eliksir zatruła. To nie było proste działanie alchemiczne, lecz magiczne przekleństwo odciśnięte na drugim człowieku jeszcze za jego życia. Więcej niż jednym człowieku.
Czarne Róże. Czarny Pan. Nie potrafiła strząsnąć tego skojarzenia. Czy to znów on mieszał się w sprawy przyrody? Nie dość mu było tego, co już zniszczył? Na to pytanie znała odpowiedź, lecz nie mogła mieć pewności, czy to Voldemort przyłożył rękę do klątwy Maida Vale… być może nawet działając z Lestrange’ami.
— To jest wyrób z roślin — odparła, otwierając oczy, wciąż w lekkim rozkojarzeniu — lecz nie tylko.
Jeśli pracował z Lestrange’ami, to nie z tą kobietą raczej, co Helloise wnioskowała po jej autentycznym zdziwieniu.
Gdy Delyra odezwała się z pytaniem o pozwolenie na umycie rąk, skupienie na twarzy czarownicy zastąpił nieodgadniony uśmiech, a jej oczy błysnęły drapieżnym rozbawieniem.
— Może mogłabym powiedzieć więcej, gdybym posmakowała. — Rozchyliła lekko wargi, wymownym gestem przechylając głowę w stronę dłoni Dolohov. Pozwoliła jej poczuć swój oddech na koniuszkach palców, po czym tknięta łaskawością puściła dłoń biednej kobiety. Helloise wstała, prostując pomiętą suknię. — Umyj, jeśli potrzebujesz — przyzwoliła.
Dlaczego miałaby pomagać Lestrange’om? William nie odzywał się do niej w sprawie tego ogrodu, widok Louvaina zaś był jej w zupełności obrzydłym. Być może jednak Delyra miała coś jeszcze, co się mogło wiedźmie spod lasu przydać.
— Są tam kwiaty księżycowej rosy, woda różana — zaczęła niespiesznie wymieniać składniki — krew… — urwała tajemniczo, aby wybrzmiało, że to nie koniec tego zdania. Lecz koniec tego, co Dolohov mogła od niej dostać za darmo na zachętę. — Na jaki kolor krwawisz, Lestrange? — zapytała, zamiast kontynuować. — Czy po swojej matce na czarno, czy wdałaś się w ojca?
Mimo skupienia, wyczuła zmianę w zachowaniu drugiej czarownicy i z satysfakcją dostrzegła jej dyskomfort. Nie syciła się nim długo, mając ważniejsze rzeczy na uwadze. Tym razem zapach krwi rozwinął się przed nią z większą klarownością. Rozpoznała komponenty czarnej magii, która eliksir zatruła. To nie było proste działanie alchemiczne, lecz magiczne przekleństwo odciśnięte na drugim człowieku jeszcze za jego życia. Więcej niż jednym człowieku.
Czarne Róże. Czarny Pan. Nie potrafiła strząsnąć tego skojarzenia. Czy to znów on mieszał się w sprawy przyrody? Nie dość mu było tego, co już zniszczył? Na to pytanie znała odpowiedź, lecz nie mogła mieć pewności, czy to Voldemort przyłożył rękę do klątwy Maida Vale… być może nawet działając z Lestrange’ami.
— To jest wyrób z roślin — odparła, otwierając oczy, wciąż w lekkim rozkojarzeniu — lecz nie tylko.
Jeśli pracował z Lestrange’ami, to nie z tą kobietą raczej, co Helloise wnioskowała po jej autentycznym zdziwieniu.
Gdy Delyra odezwała się z pytaniem o pozwolenie na umycie rąk, skupienie na twarzy czarownicy zastąpił nieodgadniony uśmiech, a jej oczy błysnęły drapieżnym rozbawieniem.
— Może mogłabym powiedzieć więcej, gdybym posmakowała. — Rozchyliła lekko wargi, wymownym gestem przechylając głowę w stronę dłoni Dolohov. Pozwoliła jej poczuć swój oddech na koniuszkach palców, po czym tknięta łaskawością puściła dłoń biednej kobiety. Helloise wstała, prostując pomiętą suknię. — Umyj, jeśli potrzebujesz — przyzwoliła.
Dlaczego miałaby pomagać Lestrange’om? William nie odzywał się do niej w sprawie tego ogrodu, widok Louvaina zaś był jej w zupełności obrzydłym. Być może jednak Delyra miała coś jeszcze, co się mogło wiedźmie spod lasu przydać.
— Są tam kwiaty księżycowej rosy, woda różana — zaczęła niespiesznie wymieniać składniki — krew… — urwała tajemniczo, aby wybrzmiało, że to nie koniec tego zdania. Lecz koniec tego, co Dolohov mogła od niej dostać za darmo na zachętę. — Na jaki kolor krwawisz, Lestrange? — zapytała, zamiast kontynuować. — Czy po swojej matce na czarno, czy wdałaś się w ojca?
dotknij trawy