Zmarszczyłem lekko nos, zastanawiając się nad tym, co powiedziała o wyliczeniu mojego maksimum. Brzmiało to poważnie, nawet bardzo, ale jednocześnie okropnie ciekawie - lubiłem mieć coś, do czego mogłem dążyć, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej nie wiedziałem, że w ogóle tego potrzebowałem, a jakoś nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że człowiek mógłby spróbować wyliczyć własne możliwości i potem próbować przesuwać je dalej - ja po prostu próbowałem, raz wychodziło lepiej, raz gorzej, ale przecież ani myślałem się tym łamać. Wizja tego, że mógłbym kiedyś powiedzieć sobie, iż byłem już wystarczająco dobry, wydawała mi się natomiast okropnie nieracjonalna - zupełnie nie odpowiadała temu, w jaki sposób myślałem na swój temat - zawsze chciałem mieć przed sobą jeszcze jakiś wyższy mur, szybszą miotłę albo trudniejszy manewr…
- Dobra. Liczymy. - Skinąłem więc głową, przyklepując nasz plan z całkowitym przekonaniem, bo jeżeli faktycznie miała liczyć, ja mogłem ćwiczyć, byleby nie na zbyt niskich obiektach, co chyba jeszcze musieliśmy dogadać, bo jej wysokie niekoniecznie było moim.
- W ostateczności będę zaciskał szczękę tak… - Demonstracyjnie kłapnąłem zębami. - Baaaaardzo mocno. To chyba zadziała. - Nie miałem pojęcia, czy zaciskanie szczęki naprawdę działało w przypadku potencjalnego zderzenia z ziemią, ale w mojej głowie brzmiało to całkiem rozsądnie, nawet jeśli nie potrafiłem tego niczym poprzeć, w dodatku skoro i tak zapowiedziała, że będzie pilnowała kompletności mojego uzębienia, właściwie nie miałem się czym przejmować. Mimowolnie przesunąłem po nim językiem, jakbym sprawdzał, czy przypadkiem już nie zgubiłem któregoś zęba, bo przecież jeszcze nigdy ich specjalnie nie liczyłem po włażeniu na różne rzeczy, potem już tylko wzruszyłem ramionami.
Właściwie trochę podobało mi się, że pamiętała o takich drobiazgach - nie o samych częściach mojego ciała, tylko o mnie całego, to była różnica - zamiast kolejny raz spojrzeć w dół, spojrzałem więc na nią, posyłając jej szeroki uśmiech. Znacznie częściej łapałem się ostatnio na tym, że robiłem właśnie to… Chociaż… Patrzenie na nią chyba zawsze trochę wiązało się i miało się wiązać ze spoglądaniem w dół, tego akurat nie musieliśmy wyliczać, zawsze mieliśmy patrzeć na świat z innej perspektywy i pod innym kątem.
Potrząsnąłem głową, kiedy powiedziała, że upartość nie była problemem - właściwie miała rację, chociaż tak jak to oznajmiłem, trochę jednak go mieliśmy - ostatecznie, gdyby była taka sama jak ja, pewnie oboje biegalibyśmy po dachach, gdybym natomiast ja był taki sam jak ona, pewnie siedzielibyśmy całymi dniami nad książkami, tak każde z nas ciągnęło drugie w trochę inną stronę. Nigdy nie wydawało mi się to przeszkodą, było raczej czymś, dzięki czemu żadne z nas nie stało w miejscu. Dopóki potrafiliśmy znajdować złoty środek, a tak mieliśmy robić zawsze, wszystko było w porządku.
Uśmiechnąłem się usatysfakcjonowany, słysząc potwierdzenie na to, że nie zamierzała zmieniać warunków naszej umowy, tak było najlepiej, bo skoro coś sobie nawzajem obiecaliśmy, to obiecaliśmy i kropka. W moim domu od zawsze powtarzano, że nazwisko zobowiązywało, a dane słowo miało jakąś wartość tylko wtedy, kiedy nie wycofywało się go przy pierwszej lepszej okazji, i akurat z tym zgadzałem się bez najmniejszego problemu, dlatego nawet nie przyszło mi do głowy, żeby pozwolić Prue zmienić zasady tylko dlatego, że zrobiło jej się mnie szkoda. W drugą stronę wyglądałoby to dokładnie tak samo, i skoro coś ustaliliśmy, należało się tego trzymać.
Tak - nawet wtedy, kiedy mówiło się o czymś, co mogło zająć naprawdę dużo czasu. Właściwie nigdy wcześniej nie próbowałem policzyć, ile to było „bardzo długo”, jak do tej pory, nie miało to dla mnie większego znaczenia.
- Z tobą nigdy się nie nudzę, więc pewnie bez ciebie trochę bym się nudził. - Przyznałem zgodnie z prawdą. W przeciwieństwie do tego, co niektórzy usiłowali gadać, nigdy nie uważałem, żeby moja najlepsza przyjaciółka była nudna, nawet przez chwilę, właściwie trudno byłoby mi znaleźć kogoś ciekawszego. To, że nie wspinała się na dachy i nie skakała przez płoty, niczego nie zmieniało, bo potrafiła opowiadać o rzeczach, o których inni nawet nie pomyśleli, i nagle okazywało się, że chciałem słuchać jej przez następne dwie godziny. Chyba nigdy nie powiedziałem jej tego na głos, bo wydawało mi się to oczywiste, ale dokładnie tak myślałem. - Jak nie będzie co robić, to policzę wszystkie kamienie na cmentarzu. Albo będę przeszkadzał innym duchom. Jakoś wytrzymam. - Odezwałem się po kolejnej chwili namysłu, bardzo powoli wyginając kąciki ust w górę, po czym kwitując to jeszcze wzruszeniem ramionami. - No, to spoko, pani Pr… Dobra, dobra, już nic nie mówię. - Mimo wszystko odetchnąłem z wyraźną ulgą, ponieważ skrycie byłbym naprawdę niezadowolony, gdybyśmy kiedykolwiek musieli zacząć mówić do siebie jakimikolwiek oficjalnymi tytułami, jak to niektórzy dorośli mieli w zwyczaju. Jednocześnie bardzo podobała mi się wersja, w której oboje dożywaliśmy siwych włosów i dopiero później zamienialiśmy się w duchy. Tak było jakoś… Sprawiedliwiej.
- No pewnie. - Odpowiedziałem, jakby chodziło o coś oczywistego, chociaż na moment zamyśliłem się nad tym całym planem dotyczącym duchów, im dłużej o nim jednak rozmawialiśmy, tym mniej wydawał mi się niemożliwy, w końcu w Hogwarcie duchów nie brakowało, a skoro one potrafiły zostać i kręcić się tu w gronadzie, to może naprawdę dało się jakoś zdecydować, że chciało się zostać razem. Nie wiedziałem, czy świat działał w ten sposób, ale bardzo chciałem, żeby działał, perspektywa, że moglibyśmy kiedyś się zgubić, wydawała mi się zwyczajnie niesprawiedliwa, nawet jeśli miało to nastąpić dopiero za bardzo, bardzo wiele lat.
- Może da się to jakoś… Wytenteg… Wyprosić. - Stwierdziłem po namyśle, marszcząc lekko czoło. - Skoro istnieją duchy, to istnieją też jakieś zasady. A jak są zasady, to może są wyjątki. Trzeba będzie znaleźć ducha, który siedzi tu najdłużej. On powinien wiedzieć najwięcej. W końcu one powinny wiedzieć takie rzeczy. Nie mogą wszystkiego trzymać w tajemnicy. - Ta logika broniła się sama. Nie miałem pojęcia, czy wszechświat słuchał podobnych próśb, ani czy zmarli pozostali na ziemi rzeczywiście dysponowali takimi sekretami, ale jeśli istniała choć odrobina szansy, że tak, to warto było spróbować. Nie znałem się na liczbach i statystykach tak jak ona, ale znałem się na próbowaniu, czasami jeszcze raz i znowu, to zwykle wystarczało. W gruncie rzeczy trochę podobało mi się, że tak właśnie nas urządził świat - ja zazwyczaj znajdowałem kolejne głupie pomysły, ona zwykle znajdowała mnie.
- W sumie racja. Byłoby wygodniej. Ojciec też często mieszka u swoich przyjaciółek, jak wyjeżdża służbowo, więc chyba tak się robi, jak się kogoś naprawdę lubi. A my lubimy się najbardziej. Nie widzę problemu. - Powiedziałem to z całkowitą pewnością, nawet przez chwilę nie doszukując się w tym niczego niezwykłego, gdyż najwyraźniej również w świecie dorosłych było to po prostu praktyczne rozwiązanie. - Nie musiałbym codziennie zastanawiać się, gdzie cię szukać, bo wiedziałbym, że jesteś w domu. - Pomysł z zamieszkaniem razem wcześniej wydał mi się tak oczywisty, że aż zdziwiłem się, iż sam nie powiedziałem tego pierwszy. Przecież naprawdę najbardziej lubiliśmy swoje towarzystwo. Po co mielibyśmy mieszkać osobno tylko dlatego, że wszyscy tak robili? Przecież nie byliśmy wszystkimi.
Na wzmiankę o moich przyszłych manewrach na miotle od razu spojrzałem gdzieś przed siebie, jakbym już widział wielkie boisko i tłumy ludzi na trybunach - naprawdę łatwo było mi to sobie wyobrazić, właściwie od dawna to robiłem, nawet jeśli nie dzieliłem się tym z każdym.
- Będą naprawdę dobre. - Mruknąłem bardziej do siebie niż do niej, mimowolnie wzdychając, wystarczyło wspomnieć o miotłach, żebym od razu wyobrażał sobie wielkie stadiony i ludzi skandujących nazwiska zawodników. Potem usłyszałem, że jeśli będzie trzeba, po prostu wejdzie na boisko i nikt jej nie zatrzyma, nie zdziwiło mnie to nawet trochę, właściwie od razu uwierzyłem, że naprawdę by tak zrobiła, w końcu była uparta, a więc i niepowstrzymana.
- Chyba mogą. Nie wiem, czy wszyscy. Ale jak dla mnie ty akurat możesz. I nawet nie musisz nic robić. - Podkreśliłem. Nie znałem odpowiedzi na wszystkie pytania, nie przeszkadzało mi to jednak wierzyć, że jakoś miało nam się udać, w końcu tyle rzeczy na świecie działało w dziwny sposób. Dlaczego akurat to miałoby być niemożliwe? Wystarczyło bardzo chcieć, tak przynajmniej wydawało mi się teraz, kiedy miałem kilkanaście lat i większość problemów wyglądała na możliwe do rozwiązania. Prue po prostu dokładała do moich pomysłów coś, czego sam nie miałem, a później okazywało się, że razem miało to więcej sensu niż osobno. Nie zastanawiałem się nawet, dlaczego tak dobrze nam to wychodziło, dla mnie było to równie naturalne jak to, że słońce codziennie wschodziło nad Hogwartem. Od pierwszego spotkania w pociągu wydawało mi się, że po prostu… Tak miało być. Nie wiedziałem, czy ludzie mogli być talizmanami, nigdy nie czytałem ani nie słyszałem o czymś takim, ale przecież nie wszystko musiało być zapisane w książkach, żeby działało. A tak się składało, iż w tym wypadku właśnie tak czułem - i to było dużo lepsze niż jakaś głupia podkowa.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)