• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[1952] Nothing ventured, nothing exaggerated | Aloysius, Prudence

[1952] Nothing ventured, nothing exaggerated | Aloysius, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#11
07.08.2026, 00:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.08.2026, 00:47 przez Benjy Fenwick.)  
Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego inni tak często przewracali oczami, kiedy ktoś zadawał dziwne pytania. Dla mnie właśnie od takich pytań zaczynały się najlepsze rozmowy. Nigdy nie chciałem, żeby przytakiwała mi tylko dlatego, że się lubiliśmy, właśnie to, że potrafiła powiedzieć „nie”, kiedy naprawdę myślała „nie”, sprawiało, że każdemu jej „tak” ufałem raczej bez głębszego zastanowienia. Wydawało mi się, że właśnie tak wyglądały przyjaźnie - znajdowało się swojego człowieka i później po prostu chciało się robić z nim wszystko, nawet jeśli przez większość czasu polegało to głównie na tym, że to drugie głównie patrzyło, jak pierwsze znowu wpadało na jakiś głupi pomysł. Nie próbowałem nawet udawać powagi, patrząc na nią z tym samym błyskiem w oku za każdym razem, gdy robiliśmy kolejne kółko, kręcąc się po głównym temacie naszej rozmowy i wracając do tego nieszczęsnego woreczka albo zbierania mnie z bruku, ta dyskusja po prostu zrobiła się tak absurdalna, że trudno mi było zachować kamienną twarz.
Zmarszczyłem lekko nos, zastanawiając się nad tym, co powiedziała o wyliczeniu mojego maksimum. Brzmiało to poważnie, nawet bardzo, ale jednocześnie okropnie ciekawie - lubiłem mieć coś, do czego mogłem dążyć, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej nie wiedziałem, że w ogóle tego potrzebowałem, a jakoś nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, że człowiek mógłby spróbować wyliczyć własne możliwości i potem próbować przesuwać je dalej - ja po prostu próbowałem, raz wychodziło lepiej, raz gorzej, ale przecież ani myślałem się tym łamać. Wizja tego, że mógłbym kiedyś powiedzieć sobie, iż byłem już wystarczająco dobry, wydawała mi się natomiast okropnie nieracjonalna - zupełnie nie odpowiadała temu, w jaki sposób myślałem na swój temat - zawsze chciałem mieć przed sobą jeszcze jakiś wyższy mur, szybszą miotłę albo trudniejszy manewr…
- Dobra. Liczymy. - Skinąłem więc głową, przyklepując nasz plan z całkowitym przekonaniem, bo jeżeli faktycznie miała liczyć, ja mogłem ćwiczyć, byleby nie na zbyt niskich obiektach, co chyba jeszcze musieliśmy dogadać, bo jej wysokie niekoniecznie było moim.
- W ostateczności będę zaciskał szczękę tak… - Demonstracyjnie kłapnąłem zębami. - Baaaaardzo mocno. To chyba zadziała. - Nie miałem pojęcia, czy zaciskanie szczęki naprawdę działało w przypadku potencjalnego zderzenia z ziemią, ale w mojej głowie brzmiało to całkiem rozsądnie, nawet jeśli nie potrafiłem tego niczym poprzeć, w dodatku skoro i tak zapowiedziała, że będzie pilnowała kompletności mojego uzębienia, właściwie nie miałem się czym przejmować. Mimowolnie przesunąłem po nim językiem, jakbym sprawdzał, czy przypadkiem już nie zgubiłem któregoś zęba, bo przecież jeszcze nigdy ich specjalnie nie liczyłem po włażeniu na różne rzeczy, potem już tylko wzruszyłem ramionami.
Właściwie trochę podobało mi się, że pamiętała o takich drobiazgach - nie o samych częściach mojego ciała, tylko o mnie całego, to była różnica - zamiast kolejny raz spojrzeć w dół, spojrzałem więc na nią, posyłając jej szeroki uśmiech. Znacznie częściej łapałem się ostatnio na tym, że robiłem właśnie to… Chociaż… Patrzenie na nią chyba zawsze trochę wiązało się i miało się wiązać ze spoglądaniem w dół, tego akurat nie musieliśmy wyliczać, zawsze mieliśmy patrzeć na świat z innej perspektywy i pod innym kątem.
Potrząsnąłem głową, kiedy powiedziała, że upartość nie była problemem - właściwie miała rację, chociaż tak jak to oznajmiłem, trochę jednak go mieliśmy - ostatecznie, gdyby była taka sama jak ja, pewnie oboje biegalibyśmy po dachach, gdybym natomiast ja był taki sam jak ona, pewnie siedzielibyśmy całymi dniami nad książkami, tak każde z nas ciągnęło drugie w trochę inną stronę. Nigdy nie wydawało mi się to przeszkodą, było raczej czymś, dzięki czemu żadne z nas nie stało w miejscu. Dopóki potrafiliśmy znajdować złoty środek, a tak mieliśmy robić zawsze, wszystko było w porządku.
Uśmiechnąłem się usatysfakcjonowany, słysząc potwierdzenie na to, że nie zamierzała zmieniać warunków naszej umowy, tak było najlepiej, bo skoro coś sobie nawzajem obiecaliśmy, to obiecaliśmy i kropka. W moim domu od zawsze powtarzano, że nazwisko zobowiązywało, a dane słowo miało jakąś wartość tylko wtedy, kiedy nie wycofywało się go przy pierwszej lepszej okazji, i akurat z tym zgadzałem się bez najmniejszego problemu, dlatego nawet nie przyszło mi do głowy, żeby pozwolić Prue zmienić zasady tylko dlatego, że zrobiło jej się mnie szkoda. W drugą stronę wyglądałoby to dokładnie tak samo, i skoro coś ustaliliśmy, należało się tego trzymać.
Tak - nawet wtedy, kiedy mówiło się o czymś, co mogło zająć naprawdę dużo czasu. Właściwie nigdy wcześniej nie próbowałem policzyć, ile to było „bardzo długo”, jak do tej pory, nie miało to dla mnie większego znaczenia.
- Z tobą nigdy się nie nudzę, więc pewnie bez ciebie trochę bym się nudził. - Przyznałem zgodnie z prawdą. W przeciwieństwie do tego, co niektórzy usiłowali gadać, nigdy nie uważałem, żeby moja najlepsza przyjaciółka była nudna, nawet przez chwilę, właściwie trudno byłoby mi znaleźć kogoś ciekawszego. To, że nie wspinała się na dachy i nie skakała przez płoty, niczego nie zmieniało, bo potrafiła opowiadać o rzeczach, o których inni nawet nie pomyśleli, i nagle okazywało się, że chciałem słuchać jej przez następne dwie godziny. Chyba nigdy nie powiedziałem jej tego na głos, bo wydawało mi się to oczywiste, ale dokładnie tak myślałem. - Jak nie będzie co robić, to policzę wszystkie kamienie na cmentarzu. Albo będę przeszkadzał innym duchom. Jakoś wytrzymam. - Odezwałem się po kolejnej chwili namysłu, bardzo powoli wyginając kąciki ust w górę, po czym kwitując to jeszcze wzruszeniem ramionami. - No, to spoko, pani Pr… Dobra, dobra, już nic nie mówię. - Mimo wszystko odetchnąłem z wyraźną ulgą, ponieważ skrycie byłbym naprawdę niezadowolony, gdybyśmy kiedykolwiek musieli zacząć mówić do siebie jakimikolwiek oficjalnymi tytułami, jak to niektórzy dorośli mieli w zwyczaju. Jednocześnie bardzo podobała mi się wersja, w której oboje dożywaliśmy siwych włosów i dopiero później zamienialiśmy się w duchy. Tak było jakoś… Sprawiedliwiej.
- No pewnie. - Odpowiedziałem, jakby chodziło o coś oczywistego, chociaż na moment zamyśliłem się nad tym całym planem dotyczącym duchów, im dłużej o nim jednak rozmawialiśmy, tym mniej wydawał mi się niemożliwy, w końcu w Hogwarcie duchów nie brakowało, a skoro one potrafiły zostać i kręcić się tu w gronadzie, to może naprawdę dało się jakoś zdecydować, że chciało się zostać razem. Nie wiedziałem, czy świat działał w ten sposób, ale bardzo chciałem, żeby działał, perspektywa, że moglibyśmy kiedyś się zgubić, wydawała mi się zwyczajnie niesprawiedliwa, nawet jeśli miało to nastąpić dopiero za bardzo, bardzo wiele lat.
- Może da się to jakoś… Wytenteg… Wyprosić. - Stwierdziłem po namyśle, marszcząc lekko czoło. - Skoro istnieją duchy, to istnieją też jakieś zasady. A jak są zasady, to może są wyjątki. Trzeba będzie znaleźć ducha, który siedzi tu najdłużej. On powinien wiedzieć najwięcej. W końcu one powinny wiedzieć takie rzeczy. Nie mogą wszystkiego trzymać w tajemnicy. - Ta logika broniła się sama. Nie miałem pojęcia, czy wszechświat słuchał podobnych próśb, ani czy zmarli pozostali na ziemi rzeczywiście dysponowali takimi sekretami, ale jeśli istniała choć odrobina szansy, że tak, to warto było spróbować. Nie znałem się na liczbach i statystykach tak jak ona, ale znałem się na próbowaniu, czasami jeszcze raz i znowu, to zwykle wystarczało. W gruncie rzeczy trochę podobało mi się, że tak właśnie nas urządził świat - ja zazwyczaj znajdowałem kolejne głupie pomysły, ona zwykle znajdowała mnie.
- W sumie racja. Byłoby wygodniej. Ojciec też często mieszka u swoich przyjaciółek, jak wyjeżdża służbowo, więc chyba tak się robi, jak się kogoś naprawdę lubi. A my lubimy się najbardziej. Nie widzę problemu. - Powiedziałem to z całkowitą pewnością, nawet przez chwilę nie doszukując się w tym niczego niezwykłego, gdyż najwyraźniej również w świecie dorosłych było to po prostu praktyczne rozwiązanie. - Nie musiałbym codziennie zastanawiać się, gdzie cię szukać, bo wiedziałbym, że jesteś w domu. - Pomysł z zamieszkaniem razem wcześniej wydał mi się tak oczywisty, że aż zdziwiłem się, iż sam nie powiedziałem tego pierwszy. Przecież naprawdę najbardziej lubiliśmy swoje towarzystwo. Po co mielibyśmy mieszkać osobno tylko dlatego, że wszyscy tak robili? Przecież nie byliśmy wszystkimi.
Na wzmiankę o moich przyszłych manewrach na miotle od razu spojrzałem gdzieś przed siebie, jakbym już widział wielkie boisko i tłumy ludzi na trybunach - naprawdę łatwo było mi to sobie wyobrazić, właściwie od dawna to robiłem, nawet jeśli nie dzieliłem się tym z każdym.
- Będą naprawdę dobre. - Mruknąłem bardziej do siebie niż do niej, mimowolnie wzdychając, wystarczyło wspomnieć o miotłach, żebym od razu wyobrażał sobie wielkie stadiony i ludzi skandujących nazwiska zawodników. Potem usłyszałem, że jeśli będzie trzeba, po prostu wejdzie na boisko i nikt jej nie zatrzyma, nie zdziwiło mnie to nawet trochę, właściwie od razu uwierzyłem, że naprawdę by tak zrobiła, w końcu była uparta, a więc i niepowstrzymana.
- Chyba mogą. Nie wiem, czy wszyscy. Ale jak dla mnie ty akurat możesz. I nawet nie musisz nic robić. - Podkreśliłem. Nie znałem odpowiedzi na wszystkie pytania, nie przeszkadzało mi to jednak wierzyć, że jakoś miało nam się udać, w końcu tyle rzeczy na świecie działało w dziwny sposób. Dlaczego akurat to miałoby być niemożliwe? Wystarczyło bardzo chcieć, tak przynajmniej wydawało mi się teraz, kiedy miałem kilkanaście lat i większość problemów wyglądała na możliwe do rozwiązania. Prue po prostu dokładała do moich pomysłów coś, czego sam nie miałem, a później okazywało się, że razem miało to więcej sensu niż osobno.  Nie zastanawiałem się nawet, dlaczego tak dobrze nam to wychodziło, dla mnie było to równie naturalne jak to, że słońce codziennie wschodziło nad Hogwartem. Od pierwszego spotkania w pociągu wydawało mi się, że po prostu… Tak miało być. Nie wiedziałem, czy ludzie mogli być talizmanami, nigdy nie czytałem ani nie słyszałem o czymś takim, ale przecież nie wszystko musiało być zapisane w książkach, żeby działało. A tak się składało, iż w tym wypadku właśnie tak czułem - i to było dużo lepsze niż jakaś głupia podkowa.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#12
10.08.2026, 20:40  ✶  
- Chyba nie teraz? - Spoglądała na niego uważnie, bo przecież nie była przygotowana na takie wyliczenia, oczywiście musiała najpierw przeanalizować wszystkie czynniki, które musiała wziąć pod uwagę i dopiero później się tym zająć. To jego dobra, liczymy było zbyt entuzjastyczne. Nie mogła przecież niczego przegapić, tylko odpowiednio potraktować temat, aby całe doświadczenie było przeprowadzone jak najbardziej profesjonalnie. To było dla niej ważne. Miała świadomość tego, że Wish podchodził do podobnych rzeczy zupełnie inaczej, wystarczyło jedno słowo, a on był gotowy wejść w to tu i teraz. U niej niestety to tak nie działało, bardzo lubiła być dokładnie przygotowana do tego, czym miała się zajmować.[/a]

- Nie wydaje mi się, że to mogłoby pomóc, w sensie jak trzaśniesz o ziemię to szczęka ci się otworzy i tak, czy siak zgubisz zęby, chyba, że zakleimy ci ją jakimś zaklęciem, to mogłoby być bardziej pomocne. - Głośno myślała, nie miała pojęcia, czy ten pomysł by się sprawdził, chyba nawet nie znała takiego zaklęcia, ale na pewno ktoś jakieś podobne wymyślił - mogliby to też przetestować, tyle, że nie była pewna, czy Aloysius faktycznie chciałby, aby trenowała na nim swoje zdolności magiczne - to mogłoby być bardzo bolesne. Z drugiej strony kto jak kto, ale jeśli ktokolwiek miałby się na to zgodzić to na pewno byłby to on - nikt inny.

Nie miała za bardzo innego wyjścia niż zgodzić się na dotrzymanie słowa. Skoro już to padło z jej ust, to musiała trzymać się tej obietnicy. To było bardzo ważne. Musieli mieć pewność, że zawsze mogą na sobie polegać, nie wypadało rzucać słów na wiatr w tym wypadku, całkiem to było dla niej logiczne. Zresztą nikt na pewno nie zadbałby o to, aby pozbierać go całego tak jak ona. Prudence należała do bardzo precyzyjnych i dokładnych osób, nic jej nie umykało, mógł więc mieć pewność, że żadna, nawet najmniej istotna część ciała nie zostanie zgubiona, na pewno dopilnowałaby tego, żeby wszystko zostało odpowiednio zabezpieczone, a że potrafiła być też upierdliwa, to nie pozwoliłaby nikomu zakończyć oględzin do momentu, w którym sprawa nie zostałaby doprowadzona do końca. Mógł na niej polegać jeśli o to chodziło.

- Tylko trochę byś się nudził? Ja bez Ciebie bym się pewnie bardzo nudziła. - W sumie to on był prowodyrem większości z jej eksperymentów i doświadczeń, iskrą, która skłaniała Prue do wielu przemyśleń. Kiedy z nim przebywała często wpadała na pomysły, na które pewnie sama by nie wpadła. W sumie byli duetem idealnym - w jej mniemaniu, on miał te swoje ciągoty do przekraczania granic, a ona mogła dbać o to, aby to było w miarę bezpieczne, chociaż on i tak wolał niebezpieczeństwo. Wiele się przy nim nauczyła i wiele jeszcze miała nauczyć, co do tego nie miała najmniejszych wątpliwości.

- Jest to jakieś zajęcie, ale nie wiem, czy się nie zanudzisz, nie do końca widzę Cię liczącego kamienie… - Było to mało fascynujące zajęcie. - Przeszkadzanie innym duchom brzmi lepiej, tylko, żeby nie spróbowały Cię wykurzyć, no i wiem, mogę Cię przecież odwiedzać. - Nie musieli przecież czekać na to, aż i ona będzie duchem, nadal mogła mu towarzyszyć, może nie tak często jak teraz, ale od czasu do czasu przyszłaby mu potowarzyszyć.

Przewróciła oczami, kiedy zaczął mówić. Oczywiście, że musiał zacząć się z nią droczyć. Tak naprawdę to jednak miała nadzieję, że żadne z nich nie zakończy swojego żywota jakoś dużo wcześniej od drugiej osoby, nie do końca umiała sobie wyobrazić świat bez Aloysiusa u swojego boku, zawsze kręcił się gdzieś obok i naprawdę myślała, że tak będzie już zawsze, w końcu się przyjaźnili, a taka przyjaźń jak ich miała trwać zawsze.

- Na pewno istnieją jakieś duchowe zasady, wszędzie są zasady, więc w świecie duchów też muszą być, musimy tylko się dowiedzieć jak to wygląda. - Naprawdę potrzebowali pilnie porozmawiać z jakimś reprezentantem tej grupy społecznej. Warto było wszystko bardzo dokładnie zaplanować skoro już o tym dyskutowali. Hogwart był pełen duchów, któryś z nich na pewno zechce uchylić im rąbka tajemnicy.

- Twój ojciec ma dużo przyjaciółek? Też chciałbyś mieć ich więcej? W sensie, no wiesz, nie miałabym nic przeciwko, tylko, że w sumie ja nie chciałabym mieć więcej przyjaciół, niż Ty, bo po co mi kolejni skoro Ty jesteś najfajniejszy? - Nieco zdziwiło ją to co powiedział, ale może faktycznie dorośli przez całe życie nawiązywali więcej znajomości, tylko po co? Jeśli już trafiła na najlepszego przyjaciela to przecież nie potrzebowała kolejnego, zresztą obawiała się tego, że może później mógłby uznać kogoś za jeszcze lepszą przyjaciółkę niż ona - pewnie byłoby jej przykro, bo ona raczej nie zamieszała szukać nikogo więcej skoro już znalazła najlepszy model.

- Nom, to by naprawdę bardzo wszystko ułatwiło gdybyśmy sobie razem zamieszkali. - Ten pomysł wydawał się jej być idealny, nie musieliby się szukać, zawsze mieliby siebie pod ręką, mogliby od razu dzielić się wszystkim, co przyszło im na myśl, nie było chyba lepszej opcji od tej.

- Będą na pewno najlepsze ze wszystkich możliwych. - Mimo, że zupełnie się na tym nie znała, to nie wątpiła w to, że Wish będzie wykonywał najbardziej skomplikowane manewry, bo przecież niczego się nie bał, gdy wpadł na jakiś pomysł to od razu go realizował, na pewno tak samo byłoby z qudditchem, nikt nie będzie mógł mu dorównać. Ona będzie mogła się chwalić, że jest jej najlepszym przyjacielem, wszyscy na pewno będą jej zazdrościć. Nie mogłaby opuścić jego żadnego meczu, bo tak przecież robią przyjaciele, kibicowałaby najgłośniej ze wszystkich - chociaż nawet nie lubiła quidditcha, tylko dlatego, że to on miał znajdować się na niebie.

- Skoro tak mówisz, to pewnie tak jest. - Zgodziła się z nim, chociaż nie zamierzała tego tak po prostu zostawić, będzie musiała o tym poczytać, z drugiej strony przecież nigdy nie wiadomo, czy nie mogła być też pierwszym ludzkim talizmanem, magia miała swoje zachcianki, niezbadane były jej tajemnice. - Gdybym musiała coś robić, to też bym to wzięła na siebie. - Dla niego była przecież skłonna zrobić naprawdę wiele, bez zawahania - na tym w końcu polegała przyjaźń.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#13
11.08.2026, 01:22  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.08.2026, 01:47 przez Benjy Fenwick.)  
Pokiwałem głową, chociaż mina, którą zrobiłem, wyraźnie mówiła, że w dalszym ciągu kompletnie nie rozumiałem, dlaczego nie mogliśmy policzyć tego od razu - dla mnie sprawa była prosta - mieliśmy wiatr, miałem nogi, mieliśmy wysokość, więc wystarczyło wszystko ze sobą połączyć i już wiedzielibyśmy, co z tego wychodziło. Pruey oczywiście musiała najpierw przemyśleć każdy możliwy szczegół, pewnie zanotować pogodę, rodzaj kamienia, kierunek wiatru, długość mojego kroku i jeszcze kilka rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, że istniały. Właściwie… Im dłużej na nią spoglądałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, iż chociaż jej logika była dla mnie jedną wielką niewiadomą, ani trochę nie zdziwiła mnie taką a nie inną odpowiedzią. Sam wcale nie uważałem, że musieliśmy tworzyć skomplikowany plan badawczy z całym mnóstwem przygotowań przed przejściem do części praktycznej, zdążyłem jednak całkiem przywyknąć do tego, że gdy tylko pojawiały się jakieś wyjątkowo złożone i skomplikowane czynniki, które należało uznać za tak poważne, by wziąć je pod lupę, Pruey chyba nie znała pojęcia „zróbmy to od razu”, nawet jeśli chodziło o coś, co naprawdę ją interesowało.
- Dobra, dobra, nie tera. - Uniosłem dłonie w geście poddania, chociaż w dalszym ciągu wymownie uśmiechałem się pod nosem, dając jej tym samym do zrozumienia, co tak naprawdę sądziłem o przymusowym odroczeniu testów sprawnościowych - nie mogła mi kazać czekać miesiąca, jak już miała tworzyć jakiś plan, chciałem brać w tym udział - wiedziała zresztą, że nie byłem dobry w czekaniu, szczególnie kiedy uważałem, że coś mogło być ciekawe. Nie miałem jednak najmniejszych wątpliwości, że jeśli kiedyś naprawdę stałoby się coś, o czym właśnie rozmawialiśmy, zrobiłaby dokładnie to, co obiecała.
- Nie wiem, czy chcę, żebyś testowała na mnie jakieś zaklęcie. - Przyznałem z pewnym ociąganiem i zastanowiłem się chwilę. - Chociaż… Jeśli znajdziesz takie, które chyba działa, możemy to sprawdzić. Tylko najpierw na kimś innym. Na przykład na jakimś Ślizgonie. Może na Shafiqu? Albo Traversie? - Podsunąłem, ani przez sekundę nie dając do zrozumienia, że mógłbym żartować, nawet nie drgnęła mi powieka, nie byłem aż tak głupi, żeby od razu zostać pierwszym człowiekiem, na którym sprawdziłaby, czy można komuś jakoś magicznie zabezpieczyć jadaczkę - to była chyba jedna z tych sytuacji, w których rozsądek Pruey rzeczywiście zaczynał mi się udzielać, choć oczywiście tylko trochę - nie miałem nic przeciwko temu, żeby być akurat jej obiektem doświadczalnym, ale istniała granica pomiędzy odrobiną ryzyka a pozwoleniem na eksperymentowanie z zaklęciami, których efektów nie znała.
Mimo wszystko nie wiedziałem, dlaczego sama myśl o tym, że mogłem jej zaufać nawet w tak absurdalnej sprawie jak to, o czym zaczęliśmy rozmawiać, sprawiała mi taką satysfakcję. Była dokładna w każdej rzeczy, którą robiła, więc chyba rzeczywiście mogłem być spokojny, że gdybym po jakimś niefortunnym powiewie wiatru kiedyś został rozpaćkany na bruku albo na murawie, ona nie pozwoliłaby nikomu uznać sprawy za zakończoną, dopóki nie znalazłaby wszystkich moich części - to było trochę obrzydliwe, ale jednocześnie bardzo pocieszające - podobało mi się, że uznawała moje towarzystwo oraz egzystowanie w nienaruszonej w całości za coś potrzebnego. Chyba właśnie dlatego tak bardzo lubiłem, kiedy mówiła, że byłem jej zmartwieniem, problemem albo prowodyrem kolejnego eksperymentu. Nie chciałem być dla niej największym kłopotem w złym sensie, jasna sprawa, chciałem po prostu być tym, którego szukała, kiedy miała ochotę coś sprawdzić albo komuś coś opowiedzieć.
Zmarszczyłem lekko brwi, kiedy wspomniała, że mogłaby mnie odwiedzać, nawet gdybyśmy umarli w różnym czasie. Sam pomysł był mi trochę nie po drodze, ale nie dlatego, że nie chciałem jej widzieć, wręcz przeciwnie, w mojej głowie powoli powstawała cała lista zasad dotyczących naszego przyszłego życia po życiu, a im dłużej o tym rozmawialiśmy, tym bardziej byłem przekonany, że kiedyś naprawdę powinniśmy to sprawdzić, oczywiście najlepiej za bardzo długi czas, ale sama wiedza mogła się przydać.
- Spytamy któregoś. - Stwierdziłem po prostu po parunastu sekundach. - Najlepiej takiego, który wygląda, jakby wiedział wszystko. Ty będziesz zadawała pytania, ja będę pilnował, żeby nie uciekł. - Mieliśmy to ustalone, więc mogliśmy zagłębić się w dalsze części powstającego planu. 
To, co mówiliśmy brzmiało całkiem logicznie, bo skoro żywi mieli zasady, nauczyciele mieli zasady, rodzice mieli zasady i nawet Quidditch miał zasady - chociaż akurat je czasami zwyczajnie trzeba było naginać, na przykład grając z bandą przygłupów ze Slytherinu - to duchy też powinny jakieś mieć, nie bardzo wyobrażałem sobie, co prawda, kto miałby ich pilnować i jak byłyby egzekwowane, ale to była już marginalna sprawa.
Dla mnie dorośli po prostu mieli więcej przyjaciół niż dzieci, tak jak mieli większe domy, więcej pieniędzy i więcej rzeczy, których nie wolno było dotykać. W moim świecie starsi ludzie robili różne rzeczy, których my nie musieliśmy rozumieć, bo po co, a więc po prostu przyjąłem za oczywiste, że skoro ojciec miał koleżanki, z którymi mieszkał podczas wyjazdów, dzieląc się z nimi galeonami i tak dalej, to najwyraźniej tak właśnie wyglądało życie po ukończeniu pewnego wieku.
- No, ma kilka. - Odpowiedziałem całkiem normalnie, po czym wzruszyłem ramionami, bo naprawdę nie widziałem w tym niczego szczególnie interesującego. - Nie wiem, po co mu aż tyle, ale chyba lubi ludzi. - Co prawda, nie byłem o tym w pełni przekonany, ale kiedy wracał, opowiadał o różnych osobach, z którymi się spotykał, więc nigdy nie zastanawiałem się nad tym głębiej. - Jak wyjeżdża, to czasami mieszka u jednej albo u drugiej. Pewnie dlatego, że nie lubi być sam. - Nie miałem najmniejszego pojęcia, że za tym z pozoru niewinnym wyjaśnieniem stało coś, co miało zupełnie inne znaczenie, słowo „przyjaciółki” wydawało mi się zatem całkowicie wystarczające, aby połączyć ze sobą wszystkie nasze wnioski i uargumentować wspólne plany na przyszłość, właściwie byłem gotowy zamknąć na tym temat i dopiero kolejne słowa Prue sprawiły, że spojrzałem na nią trochę uważniej. - Nie, ja też nie potrzebuję więcej. Po co? - Nie rozumiałem nawet, dlaczego miałbym potrzebować większej liczby najlepszych przyjaciół, skoro najlepszy mógł być tylko jeden, albo jedna, to działało dokładnie tak samo jak w innych dziedzinach - nie można było mieć dwóch pierwszych miejsc na przykład w wyścigu na miotłach - w mojej głowie sprawa była już rozstrzygnięta i nie miałem zamiaru pozwolić jej myśleć, że jej obecność była dla mnie czymś drugorzędnym, podczas gdy nie widziałem powodu, żeby szukać kogokolwiek jeszcze. Po co miałbym to robić, skoro już znalazłem osobę, z którą chciałem spędzać większość czasu? Poza tym nasz ostateczny plan był doskonały, mogliśmy ze sobą zamieszkać już po szkole, nie musielibyśmy szukać się po całym zewnętrzu, nie trzeba byłoby ustalać, gdzie się spotkamy, a jeśli przyszłoby mi coś do głowy, wystarczyłoby przejść do jej pokoju. Mogłaby mieć swoją bibliotekę, ja mógłbym mieć miejsce na miotły, a pomiędzy tym wszystkim bylibyśmy po prostu razem.
- Tylko nie możesz wyrzucać moich rzeczy, nawet jak uznasz, że są niepotrzebne. One mogą być potrzebne później. Człowiek nigdy nie wie. - Podkreśliłem, obdarzywszy ją czujniejszym spojrzeniem, kiedy tylko przyszło mi to do głowy, bo przecież nigdy nie wiadomo… Przez chwilę zastanowiłem się jeszcze nad tym, czy nie przeszkadzałoby jej, gdybym wracał do domu brudny po jakiejś wyprawie, ale uznałem, że najwyżej by mnie wtedy ochrzaniła, co to też było… W miarę w porządku, do zniesienia, bo przecież od tego były skrzaty domowe, a mieszkając wspólnie, mogliśmy mieć ich dwa razy tyle, co standardowo, czyli bardzo dużo.
Nie miałem zamiaru zawieść tej wiary, którą włożyła we mnie, bez wahania potwierdziwszy moje kolejne słowa - może nie znała się na Quidditchu tak dobrze jak ja, ale właśnie dlatego jej zawierzanie moim możliwościom wydawało mi się jeszcze pełniejsze - chciałem być naprawdę dobrym ścigającym, takim, którego ludzie rozpoznawali z daleka, takim, o którym mówiło się po meczach, bo zrobił coś, czego nikt wcześniej nie próbował, takim… Najlepszym z najlepszych. Wyobrażałem sobie trybuny, tłum, miotłę pod sobą, moment, w którym trzeba było ruszyć za kaflem, wyrwać w górę szybciej niż pozostali i zrobić coś, czego wcześniej jeszcze nie potrafiłem… Woooow… Quidditch był jedną z tych rzeczy, o których potrafiłem mówić bez końca, ale kiedy Prue zasugerowała, że będzie przychodziła na każdy mój mecz, na moment ważniejsze od samej gry stało się nagle to, że będzie tam ona. Oczywiście, nigdy bym tego aż tak bardzo nie przyznał, lecz znowu zrobiło mi się… Miło. Przechyliłem głowę, spoglądając na nią przez moment, gdy zapewniła, że mogłaby zrobić coś więcej, gdyby było trzeba, po czym skinąłem krótko, bezgłośnie się z tym zgadzając.
- Jasna sprawa. - Stwierdziłem, wreszcie zeskakując na bruk nieopodal niej - była moją najlepszą przyjaciółką, moim najważniejszym człowiekiem i moim talizmanem, żadnego z tych określeń nie uważałem za coś więcej niż szczery, najprawdziwszy fakt. Nie mogłem jednak długo stać spokojnie, bo skoro już ustaliliśmy wszystkie najważniejsze rzeczy dotyczące mojego przyszłego losu, duchów, wspólnego domu i tego, że Pruey miała być moim talizmanem, potrzebowałem nowego zajęcia.
- A tak w ogóle to, Sun, Sun, Sunny… - Spojrzałem na nią z miną człowieka, który właśnie wymyślił coś wyjątkowo dobrego, nachyliwszy się ku niej konspiracyjnie. - Widziałem dzisiaj na wrzosowisku żmiję zygzakowatą, wiesz? Całkiem dużą. - Zrobiłem krótką pauzę, obserwując jej twarz. - Myślisz, że dałoby się ją jakoś przenieść do szatni Ślizgonów przed meczem? Tylko na trochę. Dla nauki. - Uniosłem oba kąciki ust, zerkając na nią spod rzęs z najbardziej przekonującą miną niewiniątka, na jaką było mnie stać w tych okolicznościach. - Możemy policzyć, jak szybko uciekają i… I czy też biegną zygzakiem, i… I jak długo zajmie im zorientowanie się, co właściwie tam jest, i czy któryś spróbuje ją złapać… - Doskonale wiedziałem, że za chwilę zacznie wymieniać wszystkie powody, dla których absolutnie nie powinniśmy tego robić, ale właśnie dlatego ten pomysł wydawał mi się jeszcze lepszy. - I zanim powiesz, że to głupie, pomyśl o wynikach. Będziesz mogła je sobie zapisać. - Wyszczerzyłem się szeroko, bo byłem niemal pewien, że spróbuje ukrócić ten plan, zanim zdążę wymyślić, jak właściwie złapać „dzikie, jadowite stworzenie, które na pewno mnie ugryzie, zanim w ogóle zdążę zrobić coś, co wpędzi mnie w kłopoty”, ale warto było spróbować…
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (10077), Prudence Fenwick (5674)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa