– Podałam mu środek uspokajający i przeciwbólowy – powiedziała, spoglądając na niewiele wyższego od niej mężczyznę, schludnie jednak ubranego i ewidentnie dowodzącego drużyną czarodziejów, która kręciła się teraz po ośnieżonym polu, zbierając… no cóż… części ciała mężczyzny, który ewidentnie utknął.
Skutki nieudanej teleportacji mogły być katastrofalne, ale z większościami takich przypadków wykwalifikowani czarodzieje potrafili sobie poradzić. Największy problem był z mugolami, którzy mogli się natknąć na takie, hmm, kawałki czarodzieja w niekiedy naprawdę dziwnych miejscach, oraz z psychiką pechowca, który rozszczepił się podczas próby aportowania się w jakieś miejsce.
Jegomość, który utknął na polu za Ostoją dla zwierząt miał jednak pewne szczęście. Po pierwsze (choć to mogło mieć dla mężczyzny skutki jednocześnie pozytywne i negatywne) rozszczepił się w szczerym polu, gdzie mugole nie bardzo się kręcili. Szczere pole oznaczało również, że i czarodzieje niekoniecznie często tu bywali; słowem – mogło minąć cholernie dużo czasu, aż ktoś by go w ogóle znalazł, a gdyby nastąpiło to zbyt późno, to może zbieraliby teraz szczątki denata, a nie kogoś, kto właśnie opowiadał jakieś strasznie denne dowcipy do każdego, kto się do niego zbliżał – a nadal nie bardzo mógł się ruszać, zawieszony tak dziwacznie w powietrzu. Po drugie, Malcolm McGonagall wracał akurat ze swojego lotu za sowami, i wypatrzył jakiś dziwny „obiekt” na polu, a gdy podleciał nieco bliżej, zorientował się z czym ma do czynienia. Czym prędzej udał się więc do domu, gdzie poinformował o swoim znalezisku resztę domowników i to uruchomiło całą sytuację: jego syn, będący częścią angielskiej ambasady w Ministerstwie Magii Egiptu, przebywający w Anglii ze swoją rodziną, udał się do MM w Londynie poinformować o sytuacji, zaś Ginevra… Ginevra wybiegła w pole, żeby udzielić nieszczęśliwcowi pierwszej pomocy medycznej, jako wykwalifikowany uzdrowiciel, który skończył w Egipcie naukę na specjalizacji uzdrowicielstwa ogólnego i wypadków przedmiotowych. Wiedziała, że żeby poradzić sobie z rozszczepieniem poteleportacyjnym, potrzeba trochę więcej niż jednego uzdrowiciela, ale wierzyła, że mogła pomóc chociaż odrobinę…
Co sprowadzało ich do tu i teraz, gdy ostre, zimowe słońce poranka odbijało się od śniegu, który pokrywał pole i raził w oczy. Było mroźnie. Zadziwiająco aż mroźnie jak na Anglię, aż dziw, że nie padał deszcz, ale jak na ten moment, to może i nawet lepiej…
– Strasznie krzyczał – kontynuowała płynnie po angielsku, chociaż mówiła z wyraźnym, egzotycznym akcentem. Równie egzotycznym co jej uroda, bo choć obleczona była w gruby płaszcz, to widać było po jej twarzy ciemniejszą skórę koloru kawy z mlekiem i nieco ostrzejsze rysy twarzy. – Wierzę, że go bolało. I chyba zresztą lepiej, że teraz gada takie bzdury… – dodała, na moment przenosząc spojrzenie z Laurence’a na rozszczepionego faceta, na którego eliksir uspokajający podziałał nieco zbyt mocno. – Czy mogę jeszcze jakoś pomóc? – nie chciała im przeszkadzać w pracy, ale skoro już i tak tutaj była…
To chyba ostatnie, czego się spodziewała po tym wyjeździe do rodziny. I co prawda nie miało to (chyba) nic wspólnego z tym, co niedawno zaczęło się dziać w Anglii, to jednak nie dało się zaprzeczyć, że przestało tu być tak spokojnie, jak było jeszcze miesiąc temu. W ludziach dało się wyczuć strach.