• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka v
1 2 3 4 5 … 7 Dalej »
[21/10/72] As the river flows to the sea | Benjy, Prue

[21/10/72] As the river flows to the sea | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#1
08.09.2026, 21:27  ✶  
Jesień, która od kilku tygodni konsekwentnie próbowała przekonać nas, że Anglia nie została stworzona do życia, akurat tego dnia odpuściła sobie deszcz, wiatr i wszystkie pozostałe argumenty na rzecz pozostania pod dachem przy grzańcu i rozpalonym kominku, zostawiając po sobie chłodne, przejrzyste powietrze, blade słońce przesuwające się nisko nad dachami i drzewa, które gubiły wielobarwne liście, kiedy więc padła propozycja, żeby po obiedzie zjedzonym przez nas podczas otwarcia „Zaklętej Łyżeczki” wybrać się jeszcze do Doliny Godryka i złożyć ofiary wotywne tamtejszym wodom, uznałem, że właściwie nie miałem żadnego sensownego powodu, żeby zaprotestować. Cóż, lata mijały, rzeczy się działy, a ponieważ nie nauczyłem się jeszcze, że większość moich życiowych problemów zaczynała się właśnie od zdań w rodzaju „właściwie nie mam żadnego sensownego powodu, aby”, zabrałem płaszcz z oparcia krzesła w restauracji i ruszyłem za Prue, dotrzymując żonie kroku w kierunku, który nam obrała. Miałem przy tym świadomość, że nasze spacery rzadko kończyły się dokładnie tam, gdzie planowaliśmy, ponieważ w moim przypadku zwykłe wyjście po pieczywo potrafiło zakończyć się rozmową z aurorem, interwencją przy jakiejś bramie albo przynajmniej koniecznością wyciągania różdżki z powodu czegoś, co według wszelkich praw natury nie powinno było się wydarzyć, ale tym razem liczyłem na odrobinę spokoju, tym bardziej że cel mieliśmy przecież szczytny.
Sam zwyczaj składania ofiar wodom nie był szczególnie skomplikowany, przynajmniej dopóki nie nie zaczęło się czytać o wszystkich lokalnych odmianach rytuału, wyjątkach, zakazach i drobnych różnicach między tym, co wolno było wrzucić do wody w określonym miejscu, a tym, za co można było dostać po głowie od bóstwa, opiekuna źródła, ducha rzeki albo innej istoty, która uznała się za właściciela akurat tego kawałka mokrej nawierzchni - uznałem więc, iż skoro pomysł powstał, lepiej było zrobić to od razu, jeszcze zanim moja druga połówka dorwała się do adekwatnych zasobów literackich, których przyswajanie mogło zająć jej resztę długich wieczorów pozostałych jeszcze tej jesieni, chociaż jednocześnie ani przez chwilę nie wątpiłem, iż Pruey zdążyła już co nieco wyczytać i przetworzyć, inaczej by nam tego przecież nie zaproponowała, bo - jak i ja - sama z siebie nie była przesadnie religijna i nie sądziłem, aby akurat dzisiaj, choćby nawet pod wpływem uniesienia pod postacią boskich deserów Bertiego Botta, uległo to nagłej zmianie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#2
08.09.2026, 22:02  ✶  

Szkoda było nie skorzystać z okazji jaka się nadarzyła. Ten dzień był wyjątkowo przyjemny jak na tę porę roku, być może natura sugerowała, aby wyjść z domu póki jeszcze istniała taka możliwość, bo później miało być tylko gorzej. Nie, żeby Prudence to jakoś specjalnie przeszkadzało. Lubiła zaszywać się w fotelu pod kocem, otoczona książkami, z kubkiem herbaty, albo czegoś mocniejszego w ręku. Nie był to jednak jeden z tych dni, które warto było marnować. Jakimś cudem udało im się dostać do zupełnie nowej restauracji Bertiego Botta, zjeść wyjątkowo smaczny posiłek, dzięki czemu mieli jeszcze sporo energii do wykorzystania.

Pomysł pojawił się szybko - nie było to dla nich nic nowego. To znaczy dla nich razem, dla samej Prue była to spora zmiana - kiedyś bardzo dokładnie planowała każdy swój krok, teraz przy Benjym jej życie wyglądało zupełnie inaczej, co wcale nie oznaczało, że nie była zadowolona z tej zmiany. Odrobina spontaniczności okazywała się wcale nie być taka najgorsza.

Rytuał, rytuał właściwie nie był szczególnie skomplikowany, a przynajmniej tak mogło się wydawać. Przeczytała nieco na jego temat i zastanawiała się, gdzie dokładnie powinni się udać. Złożenie wodom ofiary brzmiało bardzo ogólnikowo - bo można było pod tym identyfikować właściwie wszystko. Sadzawki, torfowiska, jeziora, czy kałuże też mogły się zaliczyć do wód? Nie, to chyba byłaby lekka przesada. - Tak sobie myślę, że torfowiska to chyba nie najgorszy pomysł. To może być miejsce, którego szukamy. - Jeśli coś miało w pełni należeć do Doliny Godryka to one raczej nie były z tych do ruszenia, nie mogły też zbyt szybko wyparować, więc to odpowiadałoby temu, czego szukali.

- Myślisz, że uda nam się jeszcze gdzieś dostać wianki? Pewnie mają tutaj masę miejsc, w których można je dostać. - Zbliżał się sabat, całkiem oczywiste było to, że ludzie postanowią przygotować się do święta. Nawet ci mniej religijni jak oni nie mieli nic przeciwko temu, aby w takim czasie podążać za tradycją. Praktykowano je nie bez powodu, nie było sensu, aby się temu sprzeciwiać, był to taki czas, w którym wolałaby jednak nie ryzykować rozzłoszczenia jakiejś siły wyższej - nie kiedy w końcu jej życie zaczęło się układać.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#3
Wczoraj, 02:11  ✶  
Nie mogłem powiedzieć, iż czasami nie czułem się tak, jakby moja matka miała rację i „bogowie mnie opuścili” - wręcz przeciwnie, przynajmniej jeszcze jakiś czas temu, byłem w stanie z powodzeniem stwierdzić, iż ewidentnie im kiedyś czymś jakoś podpadłem - obecnie moje życie zaczęło zmieniać się na lepsze, nie dało się tego nie zauważyć, zwłaszcza że czasami nadal czułem się zaskoczony biegiem wydarzeń, nie oznaczało to jednak, że zamierzałem klękać przed każdą kałużą i składać jej ofiary w nadziei, że kiedyś zostanę wpisany na listę ulubionych wyznawców jakiegoś bóstwa wodnego i dzięki temu los już zawsze będzie nam sprzyjał. Szanowałem wiarę, owszem, w tym sensie, w jakim człowiek wychowany w naszym świecie przyjmował do wiadomości istnienie rzeczy, których nie dało się sprowadzić do prostych praw fizyki, ale nigdy nie należałem do ludzi, którzy chylili głowę, zatrzymując się przed każdym ołtarzem i traktowali każdą tradycję niczym drobiazgową instrukcję obsługi wszechświata. W opatrzność bytów wyższych wierzyłem mniej więcej w takim stopniu, w jakim wierzyłem w istnienie innych rzeczy, których mechaniki działania nie rozumiałem jeszcze od samego początku do samego końca, ale których skutki zdarzało mi się obserwować na własne oczy i odczuwać na swojej skórze, co w praktyce oznaczało, że traktowałem jej istnienie jako całkiem prawdopodobne i wolałem nie sprawdzać osobiście, jak cierpliwi potrafili być ci, którzy mieli ją zsyłać, kiedy ktoś zaczął nieopatrznie za bardzo podważać ich kompetencje - czym innym była odrobina zdrowej kpiny, czym innym zachowywanie się aż nadto heretycznie, szczególnie gdy dało się tym samym przypadkiem wywołać coś, czego później nie sposób było przekonać, żeby wróciło tam, skąd przyszło. Z rytuałami sprawa wyglądała zupełnie inaczej, ponieważ w przeciwieństwie do wiary miały fizycznie weryfikowalne zasady, odrobinę bardziej obliczalne matematycznie mechanizmy, statystycznie istotne podobieństwa w wariantach regionalnych i całkiem konkretne konsekwencje źle wykonanych albo pominiętych etapów, a to było już coś, co doskonale rozumiałem. Klątwy, obrzędy, zaklęcia ochronne, ofiary, symbole, odpowiednia kolejność gestów i dobór przedmiotów, zależności pomiędzy miejscem a tym, co próbowało się w nim osiągnąć, wszystko to należało do tej części magii, w której bardziej niż pobożność liczyła się wiedza, dlatego słysząc Prue rozważającą torfowisko, spojrzałem w stronę, o której wspomniała.
Przez sekundę obserwowałem ciemniejszy pas terenu za pobliskimi drzewami, próbując przypomnieć sobie, co właściwie wiedziałem o tutejszych wodach, zamiast od razu kiwnąć głową albo przyjąć, że każde bagienko w promieniu pięciu mil stanowiło lokalne sanktuarium.
- Bszmi spoko. - Przyznałem jej rację właściwie od razu, nawet jeśli na swój sposób, bo nie zamierzałem robić z tego żadnego szczególnie podniosłego wniosku. Znałem różnice pomiędzy wodą bieżącą, stojącą i gruntową, mineralną i destylowaną, ognistą, przegotowaną, filtrowaną i tak dalej, i tak dalej, taka w torfowisku natomiast brzmiała całkiem w porządku, jak na to, co planowaliśmy zrobić.
- Na pewno jakiś dostaniemy. - Rzuciłem, patrząc w stronę zabudowań centrum miasteczka majaczących na horyzoncie - po tym wszystkim, co się tutaj wydarzyło - w Dolinie Godryka przed sabatem ludzie pewnie sprzedawali wianki nawet tym, którzy przyszli tylko po mleko, miód i bułki z lokalnego wypieku. - A jeśli nie, znajdziemy coś, co się nada. W najgolszym lasie sam ci zlobię. - Ostatnie zdanie powiedziałem tonem kogoś, kto właśnie zaoferował jej usługę wymagającą niezwykłych umiejętności manualnych, chociaż prawda była taka, że moje ostatnie doświadczenie w tej dziedzinie skończyło się na kilku próbach splecenia roślin podczas Mabon i finalnym efekcie, którego rezultaty przypominały raczej gniazdo po bardzo zdenerwowanym ptaku niż cokolwiek, co można było z szacunkiem złożyć w dziękczynnym wotum.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#4
Wczoraj, 08:17  ✶  

Prudence być może nie była szczególnie wierząca, jednak wiara miała wpływ na kulturę, a że sabaty od zawsze były taktowane odpowiednio to i do nich podchodziła z należytym szacunkiem. Być może nie chodziła do kowenu co niedzielę, jednak traktowała na całkiem poważnie te wyróżnione dni. Nie chciałaby przypadkiem podpaść komuś wyżej, było to poniekąd zabezpieczeniem z jej strony, bo co jeśli jednak faktycznie coś tam było. Rytuały miały swoją moc, praktykowano je od lat, w to nie wątpiła, korzystano z nich bowiem w różnych przypadkach, miały sens. Właśnie dlatego uważała, że odpowiednie przygotowanie do Samhain było istotne. Szczególnie po tym, co wydarzyło się w Beltane - szeptano o tym bardzo długo i choć nie była świadkiem tych wydarzeń to nie wydawało jej się, aby można zmyślić to wszystko. Jako, że Samhain było przeciwstawne do Beltane to można było wywnioskować iż w te noc również coś się wydarzy, lepiej dmuchać na zimne i podjąć wszystkie możliwe kroki, niż później pluć sobie w brodę, że się tego nie zrobiło.

Właśnie dlatego znaleźli się w Dolinie Godryka, by podjąć odpowiednie kroki. Punktem pierwszym na liście było wyznaczenie odpowiedniego zbiornika wodnego. To mogło się wydawać całkiem łatwe, jednak pozory bywały mylące. Głupio byłoby już na pierwszym punkcie się wyłożyć. Właśnie dlatego przez chwilę zastanawiała się nad klasyfikacją zbiorników wodnych i podmokłych. Torfowiska, które zaproponowała wydawały jej się być odpowiednie, czytała zresztą o tym, że składano na nich ofiary, więc czemu by nie udać się właśnie tam.

- Jak brzmi spoko, to spoko, to tam pójdziemy. - Mieli zgodność, co do wyboru lokalizacji, zaczynało się wcale nie najgorzej, zresztą miała wrażenie, że rzadko kiedy się sprzeczali, więc nie powinno jej to wcale zdziwić.

- Też mi się tak wydaje, powinny być już nawet jakieś sezonowe stoiska. - Każdy chciał zarobić, jedni robili to podczas sabatu inni przed nim, nie widziała w tym niczego złego, zwłaszcza, że akurat te przedmioty były faktycznie potrzebne do wykonania rytuału. Nie miała żadnych oczekiwań związanych z wiankiem, bo i tak mieli je utopić, z drugiej strony może potrzebowali czegoś wyjątkowego, aby wody były zadowolone? Nie miała pojęcia, jak bardzo wybredne mogły być. Nie spotkała się z żadną literaturą związaną z tym tematem.

- Umiałbyś? - Uniosła sceptycznie brew, nie wydawało jej się, aby jej mąż posiadał jakoś mocno rozwinięte zdolności manualne, ale może coś się zmieniło na przestrzeni lat. Sama Prue również nie była szczególnie uzdolniona, jej brat w tym przypadku dostał całą ich pulę zostawiając ją praktycznie z niczym. Umiała jedynie ciąć równo skalpelem i to byłoby na tyle. - W sumie to chętnie bym zobaczyła jak Ci to idzie, myślisz, że wody byłyby zadowolone? - Bo przecież o nie chodziło przede wszystkim.

Wsunęła swoją dłoń pod jego ramie. Mieli wstępny plan, mogli zbliżyć się do zabudowań i zobaczyć, co właściwie działo się w Dolinie i czy były tu już rozstawione jakieś stoiska.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
Wczoraj, 13:19  ✶  
Nie byłem zwolennikiem przewidywania katastrof na podstawie samego kalendarza, ale rozumiałem ten tok rozumowania, jeżeli więc istniała możliwość, że podczas Samhain mogło wydarzyć się coś nieprzyjemnego, a zrobienie kilku prostych rzeczy było w stanie zmniejszyć ponoszone przez nas ryzyko, nie widziałem powodu, żeby z tej możliwości rezygnować tylko dlatego, że nie spędzałem życia na składaniu pokłonów przed bóstwami - miałem już wystarczająco dużo powodów, żeby mieć pretensje do własnej głupoty, nie potrzebowałem kolejnych, zwłaszcza tak błahych, wolałem popełniać znacznie bardziej efektowne pomyłki niż faux pas związane z ofiarami wotywnymi - skinąłem głową, całkiem zadowolony z tego, że pierwszy element naszego planu udało się ustalić bez konieczności przeprowadzania debaty teologicznej nad klasyfikacją zbiorników wodnych.
- No i świetnie. Tolfowisko. - Powiedziałem ze śmiertelną, niemal pobożną powagą, której nie udało mi się utrzymać dłużej niż kilka sekund. - Zawsze chciałem spędziś lomantyszne popołudnie topiąc coś na mokladłach. - Nie było w tym zresztą nic szczególnie niezwykłego, kiedy było się nami, z jakiegoś powodu nasze małżeństwo obejmowało znacznie więcej spacerów po miejscach, w których normalni ludzie nie mieli żadnego interesu przebywać, niż początkowo zakładałem, nie narzekałem jednak - w gruncie rzeczy odpowiadało mi to bardziej, niż powinno, chociaż wspomniane mokradła, bagna i torfowiska nasuwały mi osobiście na myśl topienie zwłok, nie wianków, co też pewnie bylibyśmy w stanie razem zrobić…
Sama myśl o tym, że pierwszym punktem naszego wielkiego przygotowania do Samhain było znalezienie odpowiedniej wody, wydawała mi się zresztą nawet zabawna, ale nie zamierzałem jej tego mówić w sposób, który mógłby zabrzmieć nazbyt lekceważąco - zbiorniki wodne miały swoje klasyfikacje, tradycje lokalne również, a torfowiska rzeczywiście pojawiały się nawet w starszych praktykach ofiarnych, szczególnie tam, gdzie cienka granica pomiędzy wodą, ziemią i tym, co znajdowało się pod nią, była traktowana jako istotna część obrzędu - nie potrzebowałem przy tym udawać uczonego kapłana, bo większość rzeczy, które wiedziałem, pochodziła z praktyki, nie z siedzenia nad księgami w oczekiwaniu na objawienie. Nie zamierzałem robić z rytuału farsy, rzecz jasna, ale drobna dawka zdrowego powątpiewania zawsze pomagała mi zachować równowagę pomiędzy szacunkiem dla niedostrzegalnego a świętojebliwością, której nie posiadałem i nie planowałem sobie przyswajać. Jeżeli coś miało zadziałać, chciałem wiedzieć dlaczego, a jeżeli nie wiedziałem, dlaczego działało, chciałem przynajmniej wiedzieć, czego nie należało robić - to zwykle wystarczało, żeby przeżyć, gdyż z mojego doświadczenia magia nie przejmowała się aż tak znowu szczególnie tym, czy człowiek był pobożny, reagowała za to na intencję, składniki, miejsce, czas i sposób wykonania, i tylko czasem również na rzeczy, których nikt nie potrafił rozsądnie wyjaśnić - może to właśnie była ta część związana z duchowością, nie wykluczałem tej możliwości, lecz również zbytnio jej nie analizowałem.
Gdy nasza rozmowa przeszła na sezonowe stoiska, praktycznie od razu spojrzałem w stronę zabudowań, bo jeżeli Dolina rzeczywiście zaczynała przygotowywać się do Samhain, co było naturalną koleją rzeczy, znalezienie odpowiedniego wianka nie powinno było stanowić większego problemu - ludzie mieli niezwykły talent do robienia interesu ze wszystkiego, co tylko w jakimkolwiek stopniu dało się powiązać z jakimkolwiek świętem, więc na pewno stały tam już jakieś stragany.
- Oczywiście, sze umiałbym. - Odpowiedziałem zdecydowanie szybciej, niż powinienem, patrząc na nią z niedowierzaniem, bo chociaż pytanie samo w sobie było niewinne, sposób, w jaki je zadała, był już wyraźną prowokacją - nie zamierzałem, oczywiście, przyznać, że moje zdolności manualne obracały się wyłącznie gdzieś w okolicy zajęć, które wymagały przede wszystkim siły, szybkości reakcji albo czystej technicznej znajomości mechanizmu, a nie delikatnego przeplatania łodyżek wielkimi paluchami - co to, to nie. - Co to za pytanie? - Uniosłem brodę odrobinę wyżej i spojrzałem na nią z urażoną dumą, chociaż sam doskonale wiedziałem, że posiadane przeze mnie umiejętności w zakresie rzemieślnictwa zwykle kończyły się tam, gdzie zaczynała się potrzeba wykonania czegoś dekoracyjnego. Potrafiłem rozbrajać klątwy, składać fragmenty artefaktów, nakładać pieczęcie, pracować z zabezpieczeniami, czasem nawet zszyć ranę, kiedy sytuacja tego wymagała, ale wianek był zupełnie inną kategorią wyzwania, to było zadanie artystyczne, a zatem potencjalnie niebezpieczne dla mojego dobrego imienia. Przede wszystkim jednak była to moja żona, przecież nie mogłem teraz wycofać się z nieopatrznie rzuconych słów i powiedzieć, że nie umiałem zrobić wianka, bo równie dobrze mógłbym od razu oddać jej swoją różdżkę, płaszcz i resztki męskiej godności.
- Umiem zlobiś wiele zaskakujących szeszy, Sunny. Wianek zadowalający bóstwa jest zdecydowanie w zaklesie moich kompetencji. - Ostatnie słowo wypowiedziałem z takim naciskiem, jakbym właśnie referował jej zakres uprawnień zawodowych, a nie próbował przekonać ją, że bym tego nie zjebał, wewnątrz jednak naprawdę liczyłem na to, iż w miasteczku miało się znaleźć coś, co zaspokoiłoby wysokie standardy Prudence i dzięki temu nie musiałbym jej tego udowadniać…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
Wczoraj, 17:33  ✶  

Uśmiechnęła się sama do siebie, kiedy usłyszała kolejne słowa, które padły z jego ust. Dalsza część dnia zapowiadała się równie dobrze, co wcześniejsza. Torfowiska potrafiły być bardzo malownicze, a dzisiaj pogoda dopisywała, więc nie wątpiła w to, że faktycznie to może być bardzo romantyczne popołudnie. Zresztą wszystko mogło być uznane za romantyczne w zależności jak się na to spojrzało, czyż nie? A, że miała najlepsze towarzystwo z możliwych to popołudnie zapowiadało się naprawdę fantastycznie.

Najważniejsze było to, że uznali torfowisko za odpowiednie miejsce. Nie musieli zbyt długo nad tym myśleć, planować dalszej części wyprawy, bo szybko ustalili cel swojej wędrówki. Pozostawało tylko zorganizować sobie coś do utopienia, ale o to też powinno im się udać zadbać. Na pewno nie byli jedynymi, którzy wpadli na podobny pomysł w tym czasie, bo był to jeden z tradycyjnych rytuałów, a ludzie dbali o to, aby święcić dzień święty, zwłaszcza w Dolinie Godryka, w której mieszało wielu czarodziejów.

Zakładała, że znajdą jakieś sezonowe stoiska w centrum miasteczka, nie wydawało jej się to niczym nadzwyczajnym, ludzie przygotowywali się do sabatu, wcześniej, czy później sporo osób będzie chciało zakupić coś podobnego. Liczyła na to, że znajdą interesujące ich przedmioty, wianki, czy tam diademy, musieli znaleźć coś odpowiedniego, a jeśli nie - to najwyraźniej właśnie pojawiła się opcja awaryjna.

- Weryfikujące, to pytanie weryfikujące. - Odpowiedziała w końcu. Benjy wydawał się brzmieć na bardzo pewnego swoich umiejętności, nawet przez moment nie zawahał się w swojej odpowiedzi. Cóż, wychodziło na to, że nie wiedziała o nim wszystkiego. Kto wie, może podczas swoich zagranicznych wojaży plótł również wianki? Nie podzielił się z nią jeszcze wszystkimi swoimi tajemnicami.

- Nie wątpię w zakres Twoich kompetencji, tak po prostu wolałam się upewnić, że faktycznie dobrze usłyszałam. - Nie, żeby miała jakiekolwiek problemy ze słuchem. Oczywiście nie zamierzała go urazić, skoro mówił, że potrafił stworzyć coś co zadowoli bóstwa, to na pewno tak było.

- Zresztą być może zaraz się okaże, że naprawdę będziesz musiał pokazać na co Cię stać, chętnie obejrzę te Twoje zaskakujące umiejętności. - Dodała jeszcze odrobinę go podpuszczając. Nie miała wątpliwości co do tego, że jeśli będzie chciał zrobić wianek, to na pewno go zrobi, bo był cholernie uparty, tyle, że ciekawa była jak to dzieło miałoby wyglądać - na pewno byłoby bardzo, ale to bardzo interesujące dla oka.

Szli powoli w stronę zabudowań, mijali spacerowiczów - mieszkańcy najwyraźniej tak jak oni postanowili skorzystać z tego przyjemnego dnia. Nie dziwiło jej to wcale, już niedługo raczej mało co będzie zachęcało do wyściubienia nosa poza ściany mieszkań, czy domów. Po kilkunastu minutach znaleźli się w centrum Doliny Godryka, gdzie faktycznie zostało rozstawione kilka stoisk. - Czyli jednak jest szansa na to, że nie będziesz musiał się popisywać. - W tonie jej głosu dało się usłyszeć odrobinę rozczarowania, ale skoro na miejscu byli prawdziwi specjaliści, to Benjy nie musiał przesadnie się angażować w tworzenie wianka.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
Wczoraj, 18:39  ✶  
Uśmiechnąłem się pod nosem, kiedy określiła swoje pytanie mianem „weryfikującego”, bo brzmiało to zdecydowanie lepiej niż „sprawdzałam, czy nie kłamiesz”, chociaż sens pozostawał podejrzanie podobny, nie zamierzałem się jednak obrażać, zwłaszcza że doskonale wiedziałem, iż sam sprowokowałem całą sytuację, odpowiadając z taką pewnością, jakbym od urodzenia zajmował się rękodziełem i posiadał własną pracownię wianków przy Pokątnej. Prawda przedstawiała się nieco mniej korzystnie, ale nie musiała być w tej chwili przedmiotem publicznej dyskusji - byłem uparty, ona była ciekawska, po tylu latach znajomości i w obliczu małżeństwa oboje powinniśmy byli już wiedzieć, że z połączenia tych dwóch cech najczęściej wynikały rzeczy, których efektów nie tak trudno było się domyślić - oczywiście, że musiałem potraktować jej „pytanie weryfikacyjne” tak, jakbym właśnie został postawiony przed komisją, która miała rozstrzygnąć, czy nie pierdoliłem od rzeczy, bo doskonale wiedziałem, iż Prue bardzo świadomie chciała sprawdzić, czy nie fantazjowałem sobie przypadkiem na temat własnych zdolności. Fantazjowałem, rzecz jasna, ale skoro już raz powiedziałem, że potrafię zrobić wianek, nie zamierzałem teraz wycofywać się z tej deklaracji tylko dlatego, że przypomniałem sobie o własnych ograniczeniach manualnych. Właściwie właśnie cała sprawa przestała być zwykłym dodatkiem do rytuału, a zaczęła być kwestią mojego honoru, co prawda, nadal nie wiedziałem, dlaczego tak szybko dawałem się wciągnąć w te idiotyczne rywalizacje z własną żoną, ale chyba właśnie dlatego, że Prue bardzo dobrze wiedziała, gdzie nacisnąć, żeby uruchomić we mnie tę gówniarską potrzebę udowodnienia, że potrafiłem zrobić coś, czego nikt ode mnie nie oczekiwał.
- A więc welyfikujące… - Powtórzyłem, przytakując powoli, jakbym właśnie otrzymał bardzo ważne wyjaśnienie dotyczące charakteru przesłuchania. - Dobsze wiedzieś. W takim lasie będę pamiętał, sze kiedy następnym lasem zapytasz, czy potlafię coś zlobiś, nie będzie to zwykła ciekawość, tylko plóba podwaszenia mojego dolobku zawodowego i leputasji. - Nie potrafiłem powstrzymać krzywego uśmiechu, szczególnie kiedy zaraz potem zapewniła mnie, że wcale nie wątpiła w zakres moich kompetencji, to było nawet miłe, chociaż sposób, w jaki to powiedziała, tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że bardzo dobrze wiedziała, co robi. - Cieszę się, sze mamy to wyjaśnione. Obawiałem się pszes chwilę, sze po tylu latach nadal bespodstawnie lekcewaszysz moją lenomę człowieka pełnego uklytych talentów. - Zerknąłem na nią z ukosa, a potem pozwoliłem sobie na krótką pauzę, zanim dodałem. - Jest ich zlesztą więcej, nisz moszesz zakładaś, ale nie będę psuł ci niespodzianki. - To ostatnie powiedziałem już z uniesieniem brwi i odchrząknięciem, bo tak naprawdę nie miałem najmniejszego zamiaru wyciągać z dupy historii na temat moich domniemanych osiągnięć w zakresie florystyki, rzemieślnictwa czy innego gówna, ale nie zamierzałem także dopuścić do własnej hańby.
Później jednak Dolina Godryka postanowiła rozwiązać mój problem za mnie, im bliżej centrum podchodziliśmy, tym wyraźniej widziałem bowiem ludzi kręcących się pomiędzy stoiskami, skrzynie z kwiatami i ziołami, suszone wiązki zawieszone pod płóciennymi daszkami, świece poustawiane w równych rzędach i wszelkiego rodzaju drobiazgi, które sprzedawcy najwyraźniej uznali za niezbędne każdemu czarodziejowi planującemu przeżyć Samhain w sposób zgodny z tradycją.
- No, plosę. - Mruknąłem, przechylając głowę. - Jakiesz to pszykle. Chyba musimy jakieś kupiś. - Przesunąłem spojrzeniem po najbliższych nam wiankach, a potem po następnym stole, na którym znajdowały się gotowe kompozycje przygotowane przez lokalnych rzemieślników. Zawiesiłem głos, po czym dodałem z pełną powagą. - Chociasz, oczywiście, gdyby szadnego gotowego nie było, zlobiłbym taki, sze musiałabyś potem długo pszekonywaś bóstwa wodne, sze naplawdę zlobiłem go sam. - Skrzywiłem wargi, kiwając do siebie głową, miałem jeszcze wystarczająco dużo godności, żeby nie pozwolić, aby Prue zobaczyła, jak bardzo ucieszyłem się na widok gotowych darów. - Ten odpada. Za duszo suszonej lawendy. - Wskazałem jeden z nich. - Ten tesz. Ma szelasne dluty. Ten wygląda dobsze, ale tutaj ktoś wsadził jagody ostlokszewu, więc do wody tesz bym go nie blał. Ten natomiast… - Nachyliłem się nad kolejnym i obejrzałem go dokładniej. - Ekhm. - Skierowałem ten komentarz tylko do niej, porozumiewawczo kręcąc głową, ponieważ wydawało mi się, że oboje wyraźnie widzieliśmy, jak bardzo nic na tym konkretnym straganie nie nadawało się do przeprowadzenia rytuału. Mimo to zostałem jeszcze chwilę przy stoisku, oglądając kolejne wianki i udając, że odczuwałem lekkie rozczarowanie tym, iż moje rzekome, tajemnicze zdolności florystyczne nie miały zostać dziś wystawione na próbę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
Wczoraj, 20:14  ✶  

Prue potrafiła ubierać swoje pobudki w odpowiednie słowa. Zdecydowanie lepiej brzmiało weryfikowanie od bliźniaczego - chciałam Cię przyłapać na ściemnianiu. Łatwiej było przyjąć do wiadomości taką wersję. Potrafiła operować słowem, bo przecież znała ich bardzo wiele, jej mózg nie zapominał żadnego, które kiedykolwiek usłyszała, czy przeczytała. Nie była może wybitnym mówcą, ale nie można jej było zarzucić problemów z odpowiednim doborem słów.

Od lat działali na podobnej zasadzie, ją ciekawiło wszystko, a on był gotów zrobić wszystko, kiedy tylko sobie coś założył. Przekraczał granice, sprawdzał swoje umiejętności. Te dwie cechy w duecie… prosiły się o kłopoty. Przynajmniej nie mogli narzekać na nudę. Nawet spacer w najbardziej banalne miejsce w ich przypadku mógł się skończyć wyjątkowo.

- Nigdy nie śmiałabym podważać Twojego dorobku życiowego i reputacji. - Jakże by mogła sobie pozwolić na coś takiego. Musiała jednak zapamiętać, że od dzisiaj każde, niedyskretne pytanie na temat jego kompetencji miało zostać ujęte jako weryfikujące. Czasem bywała sceptyczna, można jej było to zarzucić, ale wynikało to raczej tylko i wyłącznie z troski, nie chciała, aby jej mąż przypadkiem zrobił sobie krzywdę próbując udowodnić jej i całemu światu, że się na czymś zna.

- Nie lekceważę, raczej podziwiam te wszystkie Twoje ukryte talenty, które wydają się nie mieć końca. - Wystarczyło przecież słowo, głupia zaczepka, a za chwilę okazywało się, że akurat kiedyś miał z tym do czynienia. Nie przestawał jej zaskakiwać, nie sądziła, aby kiedykolwiek miało się to zmienić, bo był bardzo barwną postacią, ale przecież między innymi za to właśnie go kochała. Jej mąż był bardzo wyjątkowym przypadkiem.

- Nie mogę się doczekać, aż postanowisz się nimi podzielić. - Co mogło być następne? Chodzenie po linie, robienie kwiatka z języka, ruszanie uszami, gra na harmonijce? Nie wiedziała, była jednak gotowa na to, aby odkryć je wszystkie. Mieli na to zresztą całe życie, co powodowało, że wcale się z tym nie spieszyła.

Dolina Godryka była gotowa na nadchodzący sabat, to znaczy każdy mógł zaopatrzyć się dokładnie w to, czego potrzebował. Stoiska tak jak zakładała wypełniały sporą część centrum miasta. Handlarze prezentowali swój towar, gotowi wcisnąć przechodzącym ludziom nawet największy szmelc, ale czyż na tym właśnie nie polegały podobne przedsięwzięcia?

- Tak, jesteśmy do tego zmuszeni, podejrzewam jednak, że jeszcze nadarzy się okazja do tego, abyś mógł mi zaprezentować te swoje ukryte zdolności. - Mógł być pewien co do tego, że o tym nie zapomni. Taki już jej urok i zapewne wyciągnie to w najmniej oczekiwanym momencie, jak zawsze.

- Jeszcze musiałbyś zrobić drugi, żeby uwierzyły, iż to faktycznie Twoje dzieło. - Nie wątpiła w to, że jego wianek byłby bardzo wyjątkowy, zresztą podejrzewała też, że raczej miałby problem z powtarzalnością, ale mniejsza o to.

Przystanęli przy jednym ze stoisk, które miało do zaoferowania to, czego potrzebowali. Prudence w skupieniu przyglądała się wiankom, jednak żaden jakoś do końca jej nie zachwycił, czuła, że to nie jest to, co chciałaby utopić w torfowisku.

- Musimy chyba zmienić stragan. - Szepnęła, bo mimo wszystko nie chciała nikogo urazić. - One są po prostu brzydkie. - Zdecydowała się nazwać rzecz po imieniu. Zrobiła krok w tył, później kolejny, poczekała, aż mąż stanie obok niej. - Chcę metalowy diadem. - Najwyraźniej przyszła do niej wizja tego, co zamierzała oddać w ofierze.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / potężnie zbudowany, szerokie barki, rozbudowany kark, ciężka masa mięśni bardziej przypominająca taran niż sylwetkę biegacza / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka i pęknięty, częściowo brakujący fragment lewej jedynki / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
11 godzin(y) temu ✶  
Być może w tym momencie sam również nieco podpuszczałem ją do kontynuowania dyskusji, gdyż w gruncie rzeczy doskonale wiedziałem, że Prue nie próbowała podważać mojego dorobku życiowego, reputacji ani niczego podobnego, a jej sceptycyzm wobec moich rzekomych talentów wynikał przede wszystkim z tego, że znała mnie wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, iż potrafiłem zrobić rzecz kompletnie nierozsądną tylko dlatego, że ktoś powiedział mi, że prawdopodobnie jej nie zrobię. Była to cecha, którą posiadałem od dawna i której przez lata nie udało mi się skutecznie wykorzenić, mimo że życie dostarczyło mi wystarczającej liczby przykładów pokazujących, iż nie każda postawiona przede mną granica wymagała natychmiastowego sprawdzenia - Prue była ciekawa niemal wszystkiego, ja natomiast miałem tę nieszczęsną przypadłość, że kiedy ktoś mówił mi, iż nie powinienem był czegoś próbować, natychmiast nabierałem ochoty, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście miał rację - w połączeniu dawało to solidne podstawy dla relacji, która zdecydowanie nie miała najmniejszego zamiaru umrzeć z nudów, chociaż kilka razy było już blisko sprawdzenia, czy śmierć rzeczywiście zawsze klasyfikowała się jako stan permanentny.
- „Podziwiasz”, powiadasz… - Spojrzałem na nią z ukosa, powątpiewająco, kiedy oznajmiła, że nie lekceważyła moich talentów, tylko je podziwiała - pod tym względem rzeczywiście byliśmy wyjątkowo dobrze dobrani - jej ciekawość potrafiła znaleźć drzwi, których nikt rozsądny nie próbowałby otwierać, natomiast moja skłonność do sprawdzania, co znajdowało się po drugiej stronie, gwarantowała, że te drzwi prędzej czy później zostaną otwarte. Nie było to może najbardziej odpowiedzialne połączenie cech charakteru, ale przynajmniej nigdy nie mogliśmy powiedzieć, że rzeczywistość robiła się nudna.
Wiedziałem oczywiście, że mówiła to wszystko wyłącznie po to, żeby mnie podpuścić, ale zadziałało znakomicie - nie zamierzałem jej przecież informować, że część tych talentów była wynikiem zwykłego przypadku, kilka wynikało z konieczności, a pozostałe zostały odkryte w okolicznościach, których nikt rozsądny nie powinien był przeżywać -  moim przypadku granica między „umiem” a „zdarzyło mi się to zrobić i przeżyłem” była miejscami dość płynna, jednak nie widziałem powodu, żeby psuć tę piękną wizję nieskończonego katalogu moich kompetencji, „problem” w tym, że chwilę później stanęliśmy przy stoisku, które na pierwszy rzut oka było w stanie dostarczyć nam znacznie łatwiejsze rozwiązanie w kwestii zdobycia odpowiedniego wotum od całego tego przedsięwzięcia z udowadnianiem, że umiałem coś zrobić sam, nagle okazało się, że moje rękodzielnicze ambicje mogły zostać odłożone na później - właśnie - mogły, ale niekoniecznie definitywnie musiały, ponieważ już na drugi rzut okiem okazało się, iż oferowane przedmioty pozostawiały trochę do życzenia.
Zatrzymałem na niej spojrzenie, przez moment milczałem, po czym pokręciłem głową z niedowierzaniem.
- To jusz jest zwykła złośliwość. - Stwierdziłem, chociaż całkiem wyraźnie drgnął mi przy tym kącik ust. - Dlugi? Szeby udowodniś, sze pielwszy zlobiłem sam? - Uniosłem brwi. - Sunny, jeszeli będę musiał wykonaś dwie sztuki, szeby potwieldziś ich autentyczność, lównie dobsze moszemy pszestaś mówiś o lytuale i po plostu zaczniemy plowadziś plodukcję selyjną. - Spojrzałem na nią kątem oka. - Jeden wianek zlobię nawet s zamkniętymi oczami. Dlugi tesz, tylko po to, szeby udowodniś ci, sze pielwszy nie był pszypadkiem. - Przytaknąłem z kamienną twarzą, którą utrzymałem może dwie sekundy, zanim uśmiechnąłem się pod nosem. - Ale wtedy będziemy mieli powaszny ploblem, bo zamiast wlacaś do domu, będę musiał otwoszyś tutaj własny walsztat. Od tego blisko do pszeplowadzki na plowinsję. Nie wiem, czy na pewno tego chcesz… - Przystanąłem obok niej i przez chwilę razem przyglądaliśmy się wystawionym wiankom, z których każdy miał wyglądać zapewne magicznie, sezonowo i wystarczająco „rytualnie”, tymczasem część prezentowała się tak, jakby sprzedawca próbował pozbyć się resztek dekoracji po zeszłorocznym sabacie - i to wiosennym.
- „Po plostu bszydkie” to balso dyplomatyczna ocena. - Mruknąłem, cofając się razem z nią. Dopiero jej następne słowa sprawiły, że znowu uniosłem brwi - „metalowy diadem” - spojrzałem na Prudence, potem na stoisko, potem znowu na nią, próbując nadążyć za zmianą koncepcji, która nastąpiła szybciej, niż zdążyłem się pogodzić z utratą okazji do wykonania własnego arcydzieła. - Oczywiście, Milady, znajdziemy diadem. Pszeciesz skolo jusz składamy wodom sklomną ofialę wotywną, nie ma najmniejszego powodu, szeby nie oddaś im od lasu lodowego slebla. - W moim głosie pojawiła się ta szczególna nuta rozbawienia, którą zwykle wywoływały u mnie słowa tak niespodziewane, że potrzebowałem kilku sekund, żeby zdecydować, czy właśnie usłyszałem coś przezabawnego, czy tylko bardzo drogiego… memu sercu, rzecz jasna.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 2 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3073), Prudence Fenwick (1835)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa