37 minut(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 37 minut(y) temu przez Benjy Fenwick.)
Spalona Noc - Strach przed Imieniem
Dym unoszący się nad zgliszczami zdawał się rozlewać znacznie dalej niż granice zniszczonej ulicy, wpełzając w płuca, osiadając na języku i przywierając do ubrania, ciężki i tłusty, drażnił gardło przy każdym głębszym wdechu. Powietrze miało w sobie duszącą mieszaninę żaru, popiołu, wilgoci oraz czegoś obrzydliwie słodkawego, od czego mimowolnie zaciskałem szczęki, starając się jak najdłużej wstrzymywać oddech pod tymczasową, prowizorycznie zawiązaną osłoną ust i nozdrzy. Przywykłem do zapachów, które potrafiły przyczepić się do mnie na długie godziny, nie znikając mimo zdjęcia ubrań i wyszorowania całego ciała, nawykłek do swądu spalenizny po nieudanym zaklęciu stykającym się z barierą magiczną, do wilgoci starych krypt, do kwaśnego odoru rozkładających się składników alchemicznych, po pewnym czasie nawet do tej specyficznej woni, jaką wydzielały miejsca, w których magia była wykorzystywana przez lata wbrew wszelkim zasadom przyzwoitości, lecz ten konkretny zapach miał w sobie coś, czego nie potrafiłem zignorować. Nie musiałem nawet podchodzić bliżej, by wiedzieć, że pod zwęglonymi belkami, naruszonymi ścianami i osypującym się tynkiem wciąż tliły się resztki tego, co jeszcze niedawno służyło komuś za dom, warsztat albo zwyczajną przestrzeń, której właściciel z dużym prawdopodobieństwem żywił przekonanie, iż można było zamknąć drzwi przed światem zewnętrznym i uwierzyć, że za nimi nic złego nie miało prawa się wydarzyć. Nie musiałem również patrzeć na zrujnowane fasady, żeby wiedzieć, że ogień strawił znacznie więcej niż dachy i meble, choć, rzecz jasna, zerkałem w ich stronę, ponieważ nawyki miały tę przykrą właściwość, że nie chciały ustępować nawet wtedy, kiedy rozsądek podpowiadał, żeby trzymać głowę nisko i nie interesować się niczym, co nie zamierzało akurat zainteresować się mną samym.
Miałem swoje wady, jedną z nich była wyjątkowo kiepska umiejętność zostawiania niepokojących rzeczy w spokoju, kiedy już raz zwróciły moją uwagę. Słysząc jakiś dziwny dźwięk od strony wąskiego zaułka, przez moment pomyślałem, że powinienem zawrócić, zboczyć z trasy i sprawdzić, czy komuś nie trzeba było pomóc, ale zaraz potem trzeźwo przypomniałem sobie, że pomoc udzielana w samym środku zamieszania bywała najprostszą drogą do znalezienia się po niewłaściwej stronie zaklęcia, a ja tego wieczoru zrobiłem już dostatecznie dużo dla innych ludzi i nie miałem najmniejszej ochoty kolejny raz sprawdzać, czy miejscowi obrońcy ludności potrafili odróżnić mężczyznę próbującego wyciągnąć kogoś spod gruzów od podejrzanego typa z różdżką. Poza tym nie byłem uzdrowicielem, strażakiem ani przedstawicielem Ministerstwa - nie gasiłem pożarów w dosłownym znaczeniu tego określenia, czasami za to nawet metaforycznie… lub nie… je wywoływałem - moja specjalizacja nie obejmowała zaklinania płonących budynków, żeby przestały płonąć. Znałem swoje ograniczenia, co wbrew pozorom stanowiło całkiem przydatną umiejętność, zwłaszcza jeśli ktoś zamierzał dożyć przyszłego tygodnia z kompletem kończyn, mimo to zwolniłem, słysząc za plecami czyjś płacz, w bezwarunkowym odruchu obejrzałem się przez ramię, zanim zdążyłem wmówić sobie, że nie była to moja sprawa.
W zasięgu mojego wzroku nie było jednak nikogo, kto potrzebowałby jakiejkolwiek pomocy, zobaczyłem tylko przewrócony kosz, kilka porwanych przez wiatr kartek o osmolonych krawędziach oraz cienką smugę dymu, która przesuwała się tuż nad ziemią, chociaż nie dostrzegałem żadnego źródła ognia, od którego mogłaby pochodzić…
Bałem się wielu rzeczy, nie miałem zamiaru udawać teraz przed sobą, że było inaczej, ale wyjątkowo źle znosiłem sytuacje, w których nie potrafiłem ustalić, co właściwie próbowało mnie przestraszyć. Spędziłem wystarczająco dużo czasu w miejscach, do których rozsądni czarodzieje nie zapuszczali się bez dobrego powodu, żeby wiedzieć, że wyobraźnia potrafiła dopisać zagrożeniu zęby, pazury i bardzo nieprzyjemne zamiary, zanim jeszcze oczy zdążyły przyzwyczaić się do ciemności, wiedziałem również, że instynkt czasem ostrzegał przed czymś, czego rozum nie potrafił jeszcze nazwać, dlatego nie zamierzałem zbywać własnego niepokoju wyłącznie dlatego, że nie potrafiłem jednoznacznie wskazać jego jedynego źródła, co w tych warunkach było zresztą zupełnie niemożliwe. Widywałem już w życiu skutki działalności ludzi, którzy pod mrocznym sztandarem cudzych ambicji postanowili urządzać sobie polowanie na wszystko, co nie pasowało do ich wyobrażenia o porządku, znałem zapach klątw pozostawionych w murach domów, rozpoznawałem ślady zaklęć użytych w pośpiechu oraz tych, które ktoś rzucał z namysłem, mając wystarczająco dużo czasu, by zastanowić się nad tym, jak wiele cierpienia potrafił zmieścić w jednym geście, nie oznaczało to jednak, że byłem przygotowany na widok, który ukazał mi się tego wieczoru, gdy szczypiący w oczy dym nad spalonymi budynkami zgęstniał do tego stopnia, że ostatnie promienie światła ginęły w nim jeszcze, nim zdążyły dotrzeć do ziemi. Tym razem nie chodziło wyłącznie o zniszczenie kilku budynków, zabicie przeciwników, ukaranie „winnych” i „nieczystych” czy przypomnienie czarodziejskiej społeczności, że istnieli ludzie gotowi przekraczać granice, których dotąd nawet najwięksi fanatycy woleli nie dotykać - teraz miałem przed sobą dowód, że ktoś, kto dotychczas stosował inne metody, podsycał strach i lęk poprzez wszystkie te wydarzenia, które oficjalnie nie miały ze sobą nic wspólnego, dopóki ktoś nie zaczął układać ich w całość, postanowił przestać kryć się w cieniu, całkowicie ujawniwszy najbardziej destrukcyjną stronę własnych żarliwych zapędów.
Zatrzymałem się przy ścianie jednego z ocalałych budynków i obejrzałem się przez ramię, uważnie przyglądając się ulicy oraz wąskiemu przejściu między kamienicami - nie zobaczyłem niczego poza pustym brukiem, odłamkami szkła i kawałkiem płonącego papieru, który turlał się przy krawężniku, popychany podmuchami wiatru - otarłem twarz rękawem, dopiero wtedy uświadomiwszy sobie, iż od dłuższej, sam nie wiedziałem już nawet, jak długiej chwili zaciskałem palce na różdżce tak mocno, że drewno przestało uwierać mnie w środek dłoni, zaczynając pozostawiać piekące otarcia na stwardniałej skórze. Poluzowałem więc chwyt, chociaż nie schowałem ręki do kieszeni - nie byłem aż tak naiwny, żeby uznać, że skoro nic lub nikt nie zaatakował mnie przez ostatnie kilka minut, to najgorsze miałem już za sobą - ponownie ruszyłem jednak przed siebie, omijając odłamki cegieł oraz kawałki szkła, które chrzęściły pod podeszwami moich ciężkich butów.
Dopiero po kilku krokach zauważyłem, że najgęstsze skupiska dymu nie pozostawały za mną, chociaż wiatr powinien był rozwiewać je w przeciwną stronę - przynajmniej tak mi się wydawało, nawet jeśli pożar z pewnością ogarnął więcej niż jedną dzielnicę miasta, więc przy tej skali kataklizmu wszelkie założenia mogły okazać się mylne - ciemna smuga ciągnęła się pomiędzy ruinami, pełzła nisko przy ziemi, po czym unosiła się na wysokość moich kostek, następnie kolan, rozrywając się na poszczególne, poszarpane pasma i znów zbierając się w jedną, gęstą masę, która niemalże z niezaprzeczalną celowością przesuwała się w tym samym kierunku, co ja… Zatrzymałem się, kolejny raz przez ostatnie minuty, odwróciłem głowę i przez moment patrzyłem wprost na nią - prosto w otchłań - szaro-czarna chmura zawirowała przy narożniku spalonego domu, rozciągnęła się wzdłuż kamiennego muru i zniknęła za stertą gruzu… Przez kilka sekund słyszałem wyłącznie własny oddech, szelest materiału ocierającego się o rękojeść różdżki oraz odległy trzask drewna, które z jękiem poddawało się ciężarowi nadpalonej konstrukcji, potem coś zaszurało za moimi plecami.
- ZZZZDRRRRRRRRRRRAJCY… - Dźwięk dobiegł gdzieś z lewej strony, przeciągły, chropowaty, zniekształcony w sposób, który nawet mnie samego przyprawił o momentalnie przyspieszone tętno i mimowolny dreszcz przebiegający po kręgosłupie - jego brzmienie niepokojąco przypomniało mi trzask łamanych gałęzi w Lesie Wisielców, w tej najstarszej i najbardziej niepokojącej części głuszy, gdy ktoś z nas próbował przedostać się przez gęste zarośla, aby jak najszybciej wrócić na krętą ścieżkę - odwróciłem się gwałtownie, unosząc różdżkę, lecz zobaczyłem jedynie pustą ulicę, czarne dziury ziejące w miejscach, w których jeszcze kilka godzin wcześniej znajdowały się okna i warstwę popiołu wirującą w powietrzu. Przez krótką chwilę miałem ochotę zakląć tak głośno, żeby usłyszeli mnie nawet ci, którzy znajdowali się po drugiej stronie miasta, ale powstrzymałem się, ponieważ nie widziałem najmniejszego powodu, by dostarczać nieznanemu zagrożeniu dodatkowych informacji na temat mojego położenia, jeśli już go nie znało, zamiast tego wziąłem powolny, kontrolowany wdech, chociaż zaraz potem pożałowałem i tej decyzji, gdyż dym gwałtownie wdarł mi się do gardła, jakimś cudem przenikając przez materiał na moich ustach i wywołując uporczywe drapanie, od którego zakasłałem i poczułem łzy napływające do oczu. Wytarłem je wierzchem dłoni, wściekły na własne ciało za tę demonstrację słabości, po czym spróbowałem ponownie skupić wzrok na otoczeniu.
- SZLAAAAAAAAMY… - Tym razem głos rozlał się wokół mnie, przeciągając sylaby w nienaturalny sposób, na dźwięk których otaczający moje stopy popiół poderwał się z ziemi, wirując w powietrzu w ciasnych kręgach. Zrobiłem instynktowny krok w tył, odruchowo zasłaniając twarz przed drobinami, które mimo to wpełzły mi pod kołnierz i przykleiły się do spoconej skóry na karku - poczułem je na policzkach, we włosach, w ustach, chociaż nie potrafiłem powiedzieć, czy rzeczywiście dotykały mnie w takiej ilości, czy też wyobraźnia postanowiła wykorzystać chwilę, w której byłem zmęczony, rozdrażniony i otoczony wystarczającą liczbą powodów, aby poczuć się całkowicie rozbity - właśnie na tym polegał problem z podobnymi sztuczkami. Nie musiały nawet dosięgnąć człowieka, wystarczyło, że pchały go do tego, aby sam, całkowicie samodzielnie zaczął wyobrażać sobie najgorsze.
- BÓJCIE SIĘ JEGO IMIENIA… - Ostatnie słowa zabrzmiały tuż przy moim uchu, na ich dźwięk odwróciłem się tak szybko, że niemal straciłem równowagę na osypujących się cegłach, po czym odruchowo zamachnąłem się różdżką, rzucając zaklęcie, które rozdarło ciemność ostrym błyskiem. Światło uderzyło w mur, rozpryskując się po osmalonych kamieniach, lecz nie trafiło w nic, co mógłbym uznać za żywe. Omiotłem spojrzeniem ciemne wejście do pobliskiego budynku, wybite okna oraz wąską szczelinę pomiędzy dwiema nadpalonymi ścianami - nic - nie słyszałem kroków, nie dostrzegałem żadnego ruchu na granicy pola widzenia, ale towarzyszący mi dym rozproszył się na ułamek sekundy, po czym znowu zaczął zbierać przy ziemi, leniwie, cierpliwie, niemal nazbyt świadomie…
Miałem jedynie pewność, że nie zamierzałem pozwolić, by strach decydował za mnie, nie w takim momencie, nawet jeśli musiałem najpierw ustalić, czy to rzeczywiście strach podpowiadał mi, że coś podążało moim śladem, czy może jednak w mroku rozświetlonym jedynie przez języki ognia czyhało na mnie coś, co rzeczywiście czekało na odpowiedni moment, by się ujawnić - w końcu istniała zasadnicza różnica pomiędzy wyobrażeniem sobie potwora w ciemnościach a sytuacją, w której potwór rzeczywiście postanowił poświęcić mi całą swoją uwagę - zamierzałem dowiedzieć się, z którą z tych możliwości miałem do czynienia, zanim dym zdążył wypełnić mi płuca, tylko w jaki sposób, skoro czułem się… Inaczej.
Wtedy gdzieś w głębi uliczki rozległ się kolejny szept, cichszy od poprzednich, tym razem pozbawiony jakiejkolwiek teatralnej przesady, brzmiał niemal łagodnie, co sprawiło, że poczułem znacznie większy niepokój niż przy wszystkich wcześniejszych wrzaskach.
- Alooooysiuuuuss…
Zamarłem, wpatrując się w ciemny mur, ponieważ tym razem głos znał moje imię.
- Roookwood…
Byłem sam, przynajmniej tak mi się wydawało, wokół mnie nie było nikogo, więc czym był ten dźwięk, który pojawił się w… Mojej własnej głowie?
Znajomość półświatka II - droga przez zakamarki Nokturnu
AF + Percepcja + Walka wręcz I + Klątwołamanie III + kreacja postaci - reakcje, próby zlokalizowania źródła zagrożenia, racjonalizacji go sobie, etc.
Foliowa czapka I - fałszywe przekonania podbijające narastający niepokój
Zdrajca Krwi 0 - nabycie zawady Strach przed imieniem
AF + Percepcja + Walka wręcz I + Klątwołamanie III + kreacja postaci - reakcje, próby zlokalizowania źródła zagrożenia, racjonalizacji go sobie, etc.
Foliowa czapka I - fałszywe przekonania podbijające narastający niepokój
Zdrajca Krwi 0 - nabycie zawady Strach przed imieniem
Koniec sesji
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)