• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 11 12 13 14 15 16 Dalej »
[15.07.1969] O czym śnisz, gdy gasną wszystkie światła. || Stella i Stanley

[15.07.1969] O czym śnisz, gdy gasną wszystkie światła. || Stella i Stanley
Urokliwa wiolonczelistka
to piekło - nie raj, to tutaj się kończy świat
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stella mierzy 165 centymetrów wzrostu, należy raczej do szczupłych kobiet. Buzię ma okrągłą, posiada pucułowate policzki, które dodają jej uroku. Oczy ma w kolorze orzechowym, włosy długie, jasne, najczęściej nosi je rozpuszczone. Ubiera się bardzo starannie, dba o to, aby zawsze wyglądać nienagannie. Pachnie cytrusami.

Stella Avery
#1
08.03.2023, 13:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.08.2023, 18:05 przez Morgana le Fay.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Stanley Borgin - Piszę, więc jestem
Rozliczono - Stella Avery - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Nie zamykaj oczu



Dzień był upalny. Wyjątkowo upalny. Powietrze było gęste, ciężkie. Słońce wydawało się nie mieć dość i nadal grzało, jakby chciało udowodnić, że jeszcze stać je na wiele, a jeszcze nawet nie było południa, co dopiero będzie później. Dni jak ten nie zdarzały się zbyt często, szkoda więc było zmarnować go na siedzenie w domu, chociaż schowanie się przed promieniami słonecznymi wcale nie było takim najgorszym pomysłem. Stella nie zamierzała jednak marnować czasu, kto wie, kiedy ponownie zdarzy się okazja, jak ta.

Już dzień wcześniej napisała list do Jose - swojej przyjaciółki z czasów szkolnych, że warto się spotkać. Avery nie pracowała jak zwyczajny człowiek, miała więc sporo czasu wolnego. Były to zalety artystycznego świata. Nie miała zaplanowanych żadnych występów, a malować mogła, kiedy tylko się jej chciało. Miała więc możliwość, aby skorzystać z tych przepięknych warunków atmosferycznych.

Dziewczęta zamierzały udać się na jedną z okolicznych plaż. Camber Sands wydwało się być idealnym wyborem - w końcu nie leżała daleko, a Avery bywała tam już wiele razy. Spakowała potrzebne rzeczy w torbę i czekała, aż Josephine się pojawi. Wiedziała, że miewa ona problemy z pojawianiem się na czas, także wcale nie zdziwiło jej spóźnienie.

Zeszły razem na dół i udały się do jednego z kominków, przy którego pomocy miały dostać się w okolice Camber Sands. Kiedy szły uliczkami Londynu jedynie upewniała się, że jest to idealny pomysł. Udało im się dotrzeć do kominków, skorzystały z sieci Fiuu i znalazły się w okolicy plaży.

Humory miały wyśmienite, w końcu dzień zapowiadał się naprawdę wspaniale. Udało im się rozłożyć z wszystkimi rzeczami, które przyniosły całkiem blisko wody - dobrze, bo dziewczęta miały ochotę dzisiaj nawet się wykąpać. Stelli nie zdarzało się to często, bo woda ją trochę brzydziła. - Jooose, co za cudowny dzień.- Rzekła do przyjaciółki. - Idziemy pływać, dobra?- Miała nadzieję, że tamta jej nie odmówi. Stella przez moment poczuła się nieswojo, po jej ciele przeszedł dreszcz, mimo, że było tu gorąco, odwróciła się gwałtownie. Miała wrażenie, że ktoś się jej przyglą - niestety nie zauważyła nikogo, kiedy się odwróciła. - Coś się stało?- Zapytała Jose, bo zauważyła nagłą zmianę humoru u Avery. - Nie, nic, mało istotne.- Stella nie chciała wyjść na przewrażliwioną, więc nie opowiedziała przyjaciółce o tym dziwnym uczuciu. Poszły do wody, pływały w niej dłuższą chwilę, całkiem przyjemnie bowiem było się nieco ochłodzić.

Zapomniała o tym dziwnym wrażeniu, które poczuła, gdy siedziały na plaży, zostało z niej zmyte, gdy weszły do wody, pojawiło się jednak ponownie, kiedy wyszły z jeziora. Miała wrażenie, że ktoś się w nią wpatruje, bardzo intensywnie, czuła jak przeszywa ją wzrok. Ponownie się odwróciła, chciała złapać tę osobę, na gorącym uczynku, ponownie jednak nic z tego. - Jose, też to czułaś?- Tym razem jednak postanowiła się upewnić, czy tylko ona ma takie wrażenie. - Czułam co? Hmm?- Przyjaciółka spoglądała na nią nieco zaniepokojna. - Ktoś się na nas gapił, nie masz takiego wrażenia?- Ruszyła w stronę koca, żeby usiąść. - Nie ma się, co dziwić, że ktoś się na nas gapił, poza nami są tu same stare baby z dziećmi.- Jose się roześmiała, nie potraktowała tego zbyt poważnie.

Siedziały jeszcze dłuższą chwilę na plaży. Jose paplała jak zawsze, jednak Stella nie mogła jej słuchać. Czuła niepokój, miała wrażenie, że nadal się jej ktoś przygląda. - Możemy już iść?- Przerwała opowieści Jose o jakimś Johnie, nie do końca też wiedziała o co jej chodzi, bo nie mogła się zupełnie skupić na tym, co mówi. Ciągle miała wrażenie, że ktoś im się przygląda.

Josephine była niepocieszona, że Stella chciała już iść, jednak nie chciała tutaj zostać sama. Zebrały się więc dosyć szybko i wróciły do Londynu, oczywiście korzystając z sieci Fiuu. Stella była zadowolona, że wróciły, liczyła bowiem na to, że zniknie to dziwne uczucie, jakby ktoś się jej przyglądał. Rozstały się z przyjaciółką, każda ruszyła w swoją stronę. Avery wstąpiła jeszcze po drodze do sklepu z farbami, żeby mieć czymś pracować. Kiedy płaciła za zakupy poczuła znowu to dziwne uczucie, spojrzała za witrynę, bo wydawało jej się, że ktoś tam stoi. Nikogo jednak nie zauważyła.

Miała dość tego dnia, nie wiedziała, czy to jakiś kolejny fan, czy po prostu zaczynała wariować. Może słońce jej przygrzało? Wróciła do domu. Godzina była całkiem wczesna, stwierdziła jednak, że lepiej będzie to wszystko przespać, w końcu sen to zdrowie. Może kiedy rano się obudzi ta paranoja zniknie.

Wzięła szybki prysznic, żeby zmyć z siebie ten piasek i zapach jeziora. Następnie ruszyła do swojej sypialni, miała zamiar położyć się i wyspać.

Sen przyszedł szybko, najwyraźniej upał ją wymęczył. Nie miała problemu z tym, żeby zasnąć. Nie sądziła jednak, że we śnie to do niej wróci. W śnie panna Avery spacerowała ulicą Pokątną. Zmierzała ku pewnej restauracji, gdzie miała na zlecenia ojca wystąpić. Usłyszała głos w alejce, którą mijała, zawahała się, jednak postanowiła sprawdzić, co się tam dzieje. Weszła w głąb, jednak nikogo tam nie było, musiała się przesłyszeć. Już miała się odwrócić i wyjść stamtąć, gdy ktoś złapał ją od tyłu. Nie widziała jego twarzy, poczuła jednak ręce, które zaczęły zaciskać się na jej szyi. Próbowała krzyczeć, jednak uścisk jej to uniemożliwiał, czyżby miała umrzeć?

Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#2
08.03.2023, 21:20  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2023, 21:25 przez Stanley Andrew Borgin.)  

Ten niczym nie wyróżniający się dzień od dziesiątek innych dni nie zwiastował niczego nowego. A tym bardziej nic ciekawego. W okresie letnim zawsze było więcej pracy niż zwykle, a urlopy współpracowników w tym również nie pomagały. Ogrom dodatkowej roboty dotyczył zarówno papierologii jak i pracy w terenie. Co najgorsze, ta praca nie mogła stać w miejscu i czekać. Musiała być zrobiona od razu.

Stanley dogadał się wraz ze swoimi kompanami z departamentu, że zajmie się nadprogramowymi raportami pod warunkiem, że oni wezmą patrole. Lipiec dodatkowo nie rozpieszczał w kwestii temperatury. Gorąco i ukrop w połączeniu z mundurem nie należy do najwygodniejszych połączeń. Praca za biurkiem dawała zaś możliwość ukrycia się w budynku ministerstwa w oczekiwaniu na nadejście wieczora.

Kolejne godziny spędzone na wypełnianiu tych samych formułek potrafią zmęczyć człowieka. Borgin próbował mimowolne z tym walczyć, jednak 5 kawa tego dnia nie zdała swojego testu. Z każdym napisanym słowem, jego oczy zamykały się coraz bardziej. Żadna z zastosowanych metod nie przynosiła upragnionego sukcesu.

Stanley był skazany na przegraną zanim jeszcze rozpoczął tę nierówną walkę. Może takie przemęczanie się latem mu po prostu nie służyło? Na takie rozmyślanie było już jednak za późno, ponieważ nie minęło kilka minut, a chłopak leżał głową na biurku i pogrążał się w głębokim śnie...


To był ciężki dzień. A nic nie smakuje tak dobrze jak zimne piwko po takim wysiłku. Dokładnie taki sam plan był młodego Borgina. Nic nie poprawia humoru lepiej niż złoty trunek o tej porze roku i to w akompaniamencie świetnych ludzi jakimi byli jego druhowie z działu. Stanley wraz ze swoją zgrają skierował się w kierunku jednej z knajp na ulicy Pokątnej. Wszystko wskazywało na bardzo przyjemny i ciężki wieczór.

Główna ulica o tej porze roku roku była bardzo żywa. Setki czarodziejów starał się pokonać ją w tę lub inną stroną. Każdy miał coś do załatwienia. Każdemu się gdzieś spieszyło. Nie było w tym nic dziwnego. Ogół społeczeństwa starał się ogarnąć swoje sprawy na tyle szybko aby mieć wolne popołudnie. Nikt przecież nie lubi spędzać w kolejkach czy urzędach zbędnych godzin, prawda?

- Dzisiaj lecimy do zgonu, prawda? - zapytał Samuel zacierając swoje ręce. Z jednej strony bardzo oddany przyjaciel Stanleya, a z drugiej okropny alkoholik. Nigdy nie odmawiał spożywania procentów w jakiejkolwiek formie.

- No kilka piwek na pewno… - odpowiedział swojemu kompanowi spoglądając ze zdziwieniem w jedną z alejek. Cóż takiego mogło tam się stać, aby przykuć uwagę Borgina? - Poczekaj. Sprawdzę jedną rzecz - wystawił rękę w jego kierunku jakby próbował go zatrzymać. Stanley był święcie przekonany, że coś albo ktoś mu mignęło w tamtej uliczce. Chociaż może usłyszał coś, co wzbudziło w nim niepokój? Może i teraz był w brygadzistą w cywilu i poza służbą, lecz uciśnionych należy chronić również poza nią.

Andrew wyciągnął różdżkę z tyłu swojego płaszcza, a następnie skierował ją przed siebie i zaczął się uważnie przyglądać okolicy. Coś mi tutaj nie gra pomyślał. Było tutaj po prostu za cicho jak na alejkę w której coś się miało wydarzyć sekundę temu. Zapewne gdyby nie był z tej całej wścibskiej Grupy Uderzeniowej to by odpuścił. Jednak nie tym razem. Ktoś przecież potrzebował jego pomocy.

Jego zmysł nie wyprowadził go w pole tym razem. Po krótkiej chwili ujrzał mężczyznę, który dusił jakąś dziewczynę. Nie było czasu na przemyślenie akcji, trzeba było szybko zareagować.

- Depulso! - wypowiedział kierując trzonek swojej różdżki w kierunku zbrodniarza. Może i nie było to do końca przemyślana akcja ale na pewno szybka. Borgin nie miał pojęcia przecież jak długo ofiara była podduszana, a to było pierwsze na co wpadł aby ją ratować.

Nie minęła nawet sekunda, a napastnik został oddzielony od dziewczyny. Obydwoje odlecieli na przeciwległe boki alejki. Na całe szczęście znajdowało się tam dosyć sporo kartonów, które zamortyzowały upadek.

Stanley ruszył powoli w kierunku przestępcy, które nie zamierzał się poddać. Podejrzany wstał i ruszył ile sił w nogach w głąb uliczki. Młodemu brygadziście nie pozostało nic innego jak ruszyć w pogoń za nim.

- Departament Przestrzega Praw Czarodziejów! Zatrzymaj się! Jesteś aresztowany! - wykrzyczał próbując dogonić uciekiniera. Chwilę później wyciągnął swoją odznakę z bocznej kieszeni płaszcza. Wiedział, że pozostawienie tej dziewczyny na pastwę losu nie było może dobrym zagraniem, jednak tamten złoczyńca nadal był na wolności i trzeba było go złapać. Gdyby znalazł się tutaj na oficjalnym patrolu, to jego kompan zająłby się poszkodowaną, a tak to musiała dojść do siebie w jakichś kartonach w ciemnej alejce.

Pogoń trwała może nie całe 2 minuty. Niezidentyfikowany prowodyr całego wydarzenia musiał być bardzo wysportowany, ponieważ po tak krótkim pościgu zniknął bez śladu w tłumie ludzi - Kurwa mać - rzucił zdyszany Stanley, a następnie machnął z niezadowolenia ręką. Miałeś dzisiaj szczęście. Ale jeszcze się spotkamy. Nie bój się przeklinał go w głowie. Jako, że nie udało mu się dogonić uciekiniera, skierował swoje kroki w kierunku poszkodowanej.

Po krótkim marszu wyłonił się z ciemnej alejki i podszedł do zdezorientowanej dziewczyny - Nie bój się. Nic ci się nie stanie. Pogoniłem go - poinformował dziewczynę - Jestem z Ministerstwa Magii - dodał chowając różdżkę do tylnej kieszeni - Stanley Bor… - zaczął się przedstawiać. Zawahał się po chwili kiedy mógł się przyjrzeć dziewczynie na spokojnie. Czy to nie była panienka Avery?

- Stella?! - wykrzyczał doskakując do niej od razu - Nic Ci się nie stało? - zapytał przykładając swoją dłoń na jej policzek. Czy oby na pewno jej nie skrzywdził? Czy wszystko było z nią w porządku? Kiedy zrozumiał, że ofiarą tego zbrodniarza była kobietą na której mu zależało, zagotował się cały. Teraz był w stanie znaleźć tamtego mężczyznę choćby w Azkabanie i wymierzyć mu odpowiednią karę.



"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Urokliwa wiolonczelistka
to piekło - nie raj, to tutaj się kończy świat
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stella mierzy 165 centymetrów wzrostu, należy raczej do szczupłych kobiet. Buzię ma okrągłą, posiada pucułowate policzki, które dodają jej uroku. Oczy ma w kolorze orzechowym, włosy długie, jasne, najczęściej nosi je rozpuszczone. Ubiera się bardzo starannie, dba o to, aby zawsze wyglądać nienagannie. Pachnie cytrusami.

Stella Avery
#3
08.03.2023, 23:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.03.2023, 23:19 przez Stella Avery.)  

Stella próbowała krzyczeć, niestety na nic się zdały jej krzyki. Sprawca złapał ją skutecznie, nie była w stanie wydobyć dźwięku. Próbowała odepchnąć się od niego, jednak uścisk w który ją złapał był bardzo silny, nie była w stanie nic z tym zrobić. Czuła jego palce, które coraz bardziej zaciskały się na jej szyi. Jeszcze chwila, moment, a będzie po wszystkim. Odejdzie stąd, jej żywot się skończy w tej ciemnej, pustej alejce, z dala od najbliższych. Sama, między jakimiś śmietnikami. Będą pisać o tym, jak skończyła pewna wiolonczelistka. Na pewno znajdą się chętni, żeby to czytać, zapewne będzie na okaładkach - ironia. W końcu zawsze jej tak zależało, żeby się na nich znajdować. Ta sytuacja jednak nie do końca była wymarzoną.

Dlaczego ona? Miała w końcu całe życie przed sobą. Była młoda, nie powinna skończyć go już teraz. Miała marzenia, które chciała spełnić, to wszystko chciał jej odebrać. Nie widziała jego twarzy, nie miała pojęcia jak wygląda. Czuła jednak, że ten moment się zbliża. Przestała walczyć, straciła nadzieję, uświadomiła sobie, że nie ma już szans, że jest po niej. Taki już los był jej pisany. Była gotowa tu umrzeć. Teraz. Czuła, że gaśnie, było naprawdę blisko.

Usłyszała jednak dźwięk, a może miała już omamy. Trudno jej było stwierdzić. Pojawiła się szansa, może nie? Zdecydowanie słyszała głos. Tyle, że nadal była skierowana tyłem do wejścia w alejkę. Nie wiedziała, czy naprawdę ktoś tam jest. Nie minęła jednak chwila, a usłyszała czar. Ktoś faktycznie się tutaj zjawił. Jednak dzisiaj nie umrze. Poczuła, że uścisk na jej szyi się zwalnia, bolała ją, jednak wreszcie mogła złapać oddech. Łapczywie nabierała powietrza, zaczęła kaszleć, musiała zacząć normalnie oddychać, wcale jednak tego nie ułatwiał stres. Spanikowała, kto by nie panikował w takiej sytuacji. W końcu ktoś chciał ją zabić.

Chwiejnym krokiem doczłapała się do ściany, oparła się o nią i osunęła na ziemię. Płakała, próbowała zobaczyć, co się dzieje w alejce. Jednak zauważyła tylko mężczyzn, którzy z niej wybiegali. Została tutaj sama, porzucona w alejce, w której chwilę wcześniej prawie została zabita. Potęgowało to jej strach. W końcu skąd mogła wiedzieć, że on tutaj nie wróci? Że nie będzie chciał dokończyć swego dzieła. Nie miała jednak tyle sił, żeby wstać i się podnieść. Czekała, sama nie wiedziała do końca na co.

Usłyszała kroki, podniosła wzrok, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ktoś ponownie się tutaj zjawił. Przesunęła się po ziemi do tyłu, bała się, że oprawca wrócił. - Nie ruszaj mnie, odsuń się, błagam. - Liczyła, że jej prośba coś da, choć dane jej już było zobaczyć determinację sprawcy. Odezwał się do niej jednak. Mówił, że jest z ministerstwa, czy powinna w to wierzyć, czy chciał tylko odwrócić jej uwagę. Zaczęła się trząść, nie wiedziała, co właściwie się dzieje. Dopiero kiedy zaczął się zbliżać poznała tę sylwetkę, jednak czy na pewno. Jak to możliwe, że to akurat Stanley się tutaj pojawił. Dziwny zbieg okoliczności, usłyszała swoje imię i dostrzegła dłoń skierowaną w stronę swojej twarzy, a wtedy sen się skończył.

Szła teraz w stronę Błędnego Rycerza. Nie wiedziała właściwie dokąd ma jechać, wiedziała tylko, że musi wsiąść do czarodziejskiego autobusu. Stukot obcasów roznosił się po okolicy. Nikogo nie było wokół, tylko ona, pusta ulica, i pojazd, do którego miała wsiąść. Była noc, drogę oświetlał księżyc. Nie wiedziała jednak, dlaczego jest tu aż tak pusto, gdzie się podziału wszyscy wieczorni spacerowicze. Ci, którzy podchmieleni mniej lub bardziej przemierzali alejki? Nie miała pojęcia. Musiała wsiąść do autobusu - wtedy będzie bezpieczna, dojedzie, tylko gdzie właściwie miała jechać?

Weszła do magicznego autobusu, przywitała się z kierowcą, znała jego twarz, zdarzało jej się już podróżować tym środkiem transportu. Przywitała go uśmiechem, zapłaciła za bilet i weszła w głąb. Usiadła na jednym z miejsc, które znajdowały się w środku pojazdu. Kierowca rozpoczął podróż.

Jechali dobre kilka minut, Stella oglądała drogę przez szybę, miała jednak wrażenie, że coś jest nie tak, że autobus nie jedzie tam gdzie powinien. Dlaczego czuła takie dziwne uczucie, skoro nie miała pojęcia dokąd jedzie. Wjechali do lasu, ciemnego lasu, nie było już tutaj żadnych latarni, wszystkie zniknęły tak szybko, jak zniknął Londyn. Autobus sie zatrzymał. - Co się dzieje, dlaczego nie jedziemy? - Krzyknęła, jednak kierowca zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Nie podobało się jej to wcale. Już miała się podnieść, kiedy ktoś usiadł tuż obok. - Wreszcie Cię dopadłem. - Trzymał w ręku nóż, który zbliżył do jej klatki piersiowej.

Oczy jej się zaszkliły. Czuła, że jest źle. Nikogo tutaj nie było, znaleźli się w środku lasu. Dlaczego? Czemu jej się to przytrafiło? Nie chciała umierać, miała zamiar przeżyć jeszcze wiele lat, dorobić się całkiem dużej rodziny i teraz, nagle wszystko miało się skończyć?

- Wychodzimy i nie próbuj uciekać. - Powiedział do niej mężczyzna i złapał ją mocno za nadgarstek. Pociągnął ją za sobą, żeby wyszła za nim na zewnątrz. Kiedy wyszli z autobusu popchnął ją w stronę drzwi. - To by było na tyle. - Zaczął zbliżać nóż w kierunku klatki piersiowej dziewczyny. Stella zamarła, zamknęła oczy i czekała, aż wbije ostrze.

Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#4
09.03.2023, 00:34  ✶  

Wszystko zaczęło się rozmywać w momencie kiedy Stanley dotknął policzka Stelli. Borgin poczuł się jakby brakowało mu sił. Z każdą sekundą widział jakby panna Avery oddalała się od niego. Co się właściwie działo? Dlaczego nie mógł nic zrobić? Najgorsze w tym było to, że on sam nie był w stanie zareagować. Jakby czas się zatrzymał. Jakby wszystko zamarło.

Całość trwała może kilkanaście sekund i odbyło się w ekspresowym tempie. Moment później chłopak czuł się na tyle zmęczony, że poddał się objęciom Morfeusza. Nie mógł nic innego zrobić jak się poddać.


Drzemka Stanleya trwałaby dalej w najlepsze gdyby nie lekkie kopnięcie, którym ktoś go wybudził ze snu - Wstawaj. Ruszamy dalej. Nie pora teraz na odpoczynek - usłyszał chrapliwym i niewyraźnym głosem. Kto to mógł być? I przede wszystkim gdzie on teraz był?

Rozejrzał się wokół, przecierając swoje podkrążone oczy. Dlaczego tu wszędzie jest tyle zieleni? Gdzie są ministerialne korytarze albo ulica Pokątną?!. Niedługo zajęło mu dojście do stanu świadomości. A kiedy to już się stało zrozumiał, że aktualnie znajdował się pośrodku wielkiego lasu. Tylko co on tutaj robił?

Uważnie spojrzał na okolice. Po swojej prawej miał duży, wyprawowy plecak, a po lewej dużą siekierę. Nie czekając ani chwilę dłużej powstał z ziemi, a następnie zabrał swoje przedmioty i ruszył za resztą swoich kompanów. Nie mieli czasu do stracenia. Na dworze robiło się coraz ciemniej, a mimo wszystko, Stanleyowi nie widziało się nocować po środku nieznanego.

Zależało mu do tego stopnia, aby się stąd wydostać, że nie zadawał nawet żadnych pytań reszcie drużyny. Po prostu szedł do przodu niczym żołnierz w kompanii. Bagaż, który niósł na swoich plecach był dużo cięższy niż się wcześniej wydawał. Mógłby przysiąść, że niesie w nim jakiegoś trupa albo tonę kamieni. Wolał jednak nie upewniać się, która z tych opcji była prawdziwą. Wszystko i tak już było wystarczająco pogmatwane.

Ukląkł, aby zawiązać sobie buta. Kiedy skończył go sznurować, podniósł się z powrotem, lecz ku swojemu zdziwieniu nie zobaczył żadnego ze swoich towarzyszy. Gdzie oni się wszyscy podziali? Czy to jest jakiś nieśmieszny żart w tym momencie? zaczął się zastanawiać.

Na całe szczęście udało mu się dojrzeć ich kroki, które prowadziły na północ… Albo do przodu? Nie miał pojęcia nawet w którą ze stron się aktualnie udaje, dlatego zaczął śledzić pozostawione znaki. Pozostawione ślady dodawały Borginowi trochę otuchy.

Las wydawał się jakby nie miał końca. Co gorsza, drzewo od drzewa nie różniło się niczym. Każde z nich rosło w równych odstępach od siebie, a wokół nie było nic innego. Ani jednej żywej duszy. Nawet nie miał uczucia, że jest przez kogoś obserwowany. Jakby dosłownie był sam na świecie.

Po długim marszu… Chociaż nie wiadomo dokładnie ile on trwał i ile kilometrów Stanley pokonał. Tak samo jak on mógł ciągle stać w miejscu i nie zrobić ani kroku, tak samo czas mógł w ogóle nie mijać. Prawie jakby znalazł się w swego rodzaju pułapce bez wyjścia.

Ilość śladów zaczęła się powoli zmniejszać, a w dodatku te, które nadal były zaczynały przestawać wyglądać jak ludzkie znaki. Najgorsze w tym był fakt, że zaczęły się one rozchodzić na wszystkie strony świata. Borgin spróbował rozejrzeć się wokół, aby odnaleźć te po których się tutaj znalazł. Niestety bezskutecznie.

Kiedy skończył się kręcić zobaczył niedaleko od siebie jakiś autobus. Nie czekając na nic więcej, złapał siekierę oburącz i ruszył w jego kierunku tak szybko jak tylko potrafił. Czy to są moi ludzie? zapytał sam siebie. Jedyną nadzieją aby się o tym przekonać było sprawdzenie tego na własnej skórze.

- Halo! Tutaj jestem! Nie musicie uciekać! - wykrzyczał kiedy omijał autobus, aby znaleźć się przy jego wejściu.

Pierwsze co rzuciło się w jego oczy to dwójka osób stojących przed wejściem do pojazdu. Przyśpieszył kroku, rozpędzając się niemal do biegu - Co tu się dzieje? - zapytał. Nie kierował tego pytania do którejkolwiek z postaci, które znajdowały się przed nim. Było to raczej “wolne” pytanie, oczekujące na odpowiedź.

Im bliżej znajdował się ten dwójki, tym więcej szczegółów był w stanie dojrzeć. Pierwsze co ujrzał, że te postacie to tak naprawdę mężczyzna i kobieta. Po pokonaniu kolejnych kilku kroków dojrzał, że facet trzyma coś przed sobą.

Kiedy znalazł się mniej więcej w odległości kilkunastu metrów przewrócił się. Chociaż przy jego prędkości wyglądało to bardziej jakby się zamachnął na parę stojącą przed nim. Upadł na ziemię wypuszczając z rąk siekierę, co musiało wystraszyć tego mężczyznę na tyle, że zaczął uciekać.

Stanley upadł idealnie pod nogi dziewczyny. Leżąc na ziemi ujrzał, że to coś co tamten facet trzymał w rękach to tak naprawdę był nóż. Usłyszał także szlochanie, które musiało pochodzić od jasnowłosej kobiety.

Zmrużył oczy, aby przyjrzeć jej się dokładnie. Chwila. Moment. Czy to się dzieje ponownie? Przecież to musiała być panna Avery! - Stelluś? Czy to Ty?! - wykrzyczał, a następnie spróbował ją złapać za dłoń.



"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
Urokliwa wiolonczelistka
to piekło - nie raj, to tutaj się kończy świat
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stella mierzy 165 centymetrów wzrostu, należy raczej do szczupłych kobiet. Buzię ma okrągłą, posiada pucułowate policzki, które dodają jej uroku. Oczy ma w kolorze orzechowym, włosy długie, jasne, najczęściej nosi je rozpuszczone. Ubiera się bardzo starannie, dba o to, aby zawsze wyglądać nienagannie. Pachnie cytrusami.

Stella Avery
#5
09.03.2023, 15:44  ✶  

Czuła chłód ostrza na swojej klatce piersiowej. Zamknęła oczy, czekała, aż mężczyzna je wbije. Była gotowa umrzeć. W końcu nie miała jak uciec. Pozostawało pogodzić się z tym, co miało nadejść. Miała dziwne wrażenie, że zna tego mężczyznę, który próbuje ją zabić, że nie jest to pierwszy raz, ale jak to właściwie możliwe, coś musiało jej się wydawać. - No, na co czekasz.- Niech już skończy jej żywot, skoro podjął taką decyzję, nie potrafiła się bronić, nie widziała innego rozwiązania.

Czuła chłód wiatru na swojej twarzy, słyszała jak liście szeleszczą na wietrze, w pewnym momencie jednak usłyszała inny dźwięk. Nie byli tutaj sami. Bała się jednak odezwać, zamarła w bezruchu, w końcu ostrze nadal znajdowało się na jej klatce piersiowej, jeden nieodpowiedni ruch i zostanie wbite. Na całe szczęście ten ktoś ich zauważył. Usłyszała jego głos, wydawał się jej być znajomy.

Może mogła jeszcze mieć nadzieję? Uwierzyć, że jednak wyjdzie stąd cało. Co tu się dzieje. Sama chciałaby wiedzieć. Na całe szczęście mężczyzna się speszył, odbiegł od niej pozostawiając ją opartą o drzwi. Uniknęła śmierci - po raz kolejny.

Odetchnęła z ulgą, zaczerpnęła powietrza, a łzy po raz kolejny popłynęły jej po policzkach. Była wystraszona, w końcu mogła umrzeć, jeszcze chwilę temu myślała, że to jest jej koniec, na całe szczęście znalazł się ktoś, kto chciał jej pomóc. Nie miała pojęcia skąd się wziął na tym zadupiu, w ciemnym lesie, ale los jej jednak sprzyjał.

Kiedy się zbliżył dostrzegła znajomą twarz. - Stanley...-  Miała ochotę się schować w jego ramionach, poczuć bezpiecznie po tym wszystkim, tyle, że jednak kiedy wyciągnęła dłoń w jego kierunku wszystko się rozmyło. Skończyło, odeszło gdzieś daleko.

Przemierzała Aleję Horyzontalną powolnym krokiem. W torbie miała zestaw farb i płótno. Najwyraźniej musiała zrealizować zlecenie. Tego była pewna, nie pamiętała jednak kto był jej klientem, ale nie było to istotne. Znała adres, 15/2, to tam miała się znaleźć. Bardzo szybko znalazła się przy właściwym numerze. Nigdy wcześniej jej się to chyba nie zdarzyło. Lepiej dla niej, im szybciej skończy, tym prędzej będzie mogła wrócić do swoich obowiązków. Weszła po schodach na górę, zastukała w drzwi, aby wejść do środka.

Otworzył jej mężczyzna w średnim wieku, wpuścił do mieszkania. Weszła tam bez żadnych podejrzeń, w końcu nie pierwszy raz realizowała podobne zlecenie. Wyciągnęła sztalugę, farby i pędzle, była gotowa do pracy. Miał to być jakiś portret dla rodziców, przynajmniej tak się jej wydawało.

Stała odwrócona tyłem, czuła, że mężczyzna się zbliża, nie spodziewała się jednak tego, co miało nadejść. Rzucił na nią zaklęcie, skrępował ręce i nogi linami, siedziała przytwierdzona do krzesła, nie mogła się ruszyć. - Dlaczego?- Powiedziała w jego kierunku. Ten się jednak nie odzywał.

Zniknął gdzieś w mieszkaniu. Stella trzęsła się ze strachu, nie miała pojęcia co się dzieje i dlaczego ją to spotkało. Miała też okropne wrażenie, że to nie pierwszy raz, tylko któryś z kolei. Tylko dlaczego on tak bardzo chciał zrobić jej krzywdę? Czym w tym wszystkim zawiniła? W jaki sposób się naraziła. Dlaczego nie chciał tego wyjaśnić?

Wrócił tutaj. W ręku miał siekierę. Nie wróżyło to niczego dobrego. - Zostaną z Ciebie małe kawałki, nikt Cię nie będzie szukał, wszyscy o Tobie zapomną.- Zbliżał się powoli w kierunku dziewczyny. Stella nie mogła się ruszyć, miała skrępowane ręce i nogi, czuła, że nadchodzi koniec i nic już nie jest w stanie jej pomóc. Była gotowa odejść z tego świata, trzeci raz tej nocy.

Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#6
09.03.2023, 18:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.03.2023, 20:18 przez Stanley Andrew Borgin.)  

To się znowu stało. Wszystko zaczęło być niewyraźne, a Stanley poczuł się całkowicie bezsilny. Jednak nie przestawał walczyć. Starał się pokonać ten niedaleki odcinek, aby tylko mieć pewność, że Avery nic się nie stało. Kiedy ich dłonie były milimetry od siebie, czas jakby zamarł i nie dało się już zrobić nic.

Jego bezsilna dłoń opadła na ziemię. Chwilę później nie widział już nic. Była tylko jedna, wielka czarna plama, a on sam był na tyle zmęczony, że dłużej nie mógł utrzymywać otwartych powiek. Sen nadszedł bardzo szybko.


Stukot podbitych ministerialnych butów niósł się po całej okolicy. To był kolejny, niczym nie wyróżniający się patrol po ulicy Horyzontalnej. Niestety z powodu urlopów wypoczynkowych, Stanley musiał dzisiejszy obchód wykonywać w swoim własnym towarzystwie. Cała ulica była spokojna. Nic nadzwyczajnego w ciągu dnia. Większość wypadków czy przestępstw miała miejsce właśnie w nocy.

Mężczyzna rozglądał się po całej ulicy aby wykryć jakiekolwiek naruszenie prawa. Prawie nic nie przykuło jednak jego uwagi na tyle, aby był zmuszony do interwencji. Dlaczego prawie? Dlatego, że jeden facet, który siedział pod numerem 15, zachowywał się bardzo dziwnie. Kiedy ich oczy się ze sobą spotkały i złapały kontakt wzrokowy, tamten wstał i skierował się do środka. Jakby chciał coś ukryć i właśnie spanikował.

Borgin odwrócił się na pięcie i ruszył za podejrzanym. Samotne podążanie za uciekinierami nie należało do najbezpieczniejszych. Zwłaszcza kiedy w grę wchodziła pogoń w budynku. Coś jednak kazało mu podążać coraz dalej w głąb. Jakaś zewnętrzna siła pchała go do działania. Nie był w stanie jej się przeciwstawić.

Tamten mężczyzna był albo bardzo zwinny albo miał gdzieś jakąś kryjówkę. Zniknął bez śladu, jakby się rozpuścił. Jakby tak naprawdę w ogóle nie istniał.

Nic jednak nie może się ot tak rozmyć bez pozostawiania żadnych znaków. Stanley zaczął się rozglądać po okolicy. Piętro wydawało się całkowicie normalne. Wewnątrz jednak czuł, że ktoś niejako ciągnie go jak po sznurku do celu. Mimowolnie stawiał kolejne kroki w tym kierunku.

Ulgę poczuł dopiero w momencie zatrzymania się przed jednymi drzwiami. Dokładnie to pod numerem 2. Przyglądał się im dobrą chwilę z zainteresowaniem. Nie wzbudziły one w nim niczego nadzwyczajnego, dlatego odwrócił się i miał odejść. Próba postawienia kroku zakończyła się jednak porażką, ponieważ pojawiła się przed nim jakaś niewidzialna ściana. Spróbował odejść na bok ale skończyło się to tym samym. Nie miał innej możliwości jak przedostać się przez te drzwi.

Zapukał całą pięścią w drzwi, jednak nie usłyszał żadnej odpowiedzi. Pociągnął za klamkę i ku własnemu zdziwieniu drzwi były otwarte. Zaskrzypiały całkiem głośno, a następnie się otworzyły. Stanley powolnym krokiem wszedł do środka pomieszczenia i rozejrzał się po nim. Nie zdołał zobaczyć zbyt wielu szczegółów. Coś kazało mu trzymać wzrok na scenie, która właśnie miała miejsce. Ujrzał skrępowaną do krzesła dziewczynę, a przed nią mężczyznę z siekierą.

To on pomyślał i ruszył w jego kierunku. Musiał go powstrzymać. Nie miał wyboru. Tak też chciała siła, która do tej pory kierowała go w odpowiednią stronę. W momencie kiedy ruszył, zrozumiał, że wszystko to co go blokowało do tej pory odpuściło. Teraz miał jeden cel - ten facet.

Chwycił za swoją różdżkę jednak tej o dziwo nie posiadał. Pomimo faktu, że nie rozstawał się z nią nigdy. W zaistniałej sytuacji nie widział innej możliwości jak rozpędzenie się i wypadnięcie z całym impetem w mężczyznę. Jak pomyślał, tak też zrobił.

Chwilę później zderzył się z podejrzanym i leżeli na podłodze. Przepychali się na niej przez kilka sekund, a następnie on podszedł do okna i jak gdyby nigdy nic, wyskoczył z niego. Stanley zebrał się z dywanu tak szybko jak tylko potrafi i podbiegł aby sprawdzić co się stało ze skoczkiem. Nie zostało po nim ponownie ani śladu - rozmył się w powietrzu.

Borgin odwrócił się i skierował się do spętanej dziewczyny. Im bliżej był, tym bardziej uświadamiał sobie, że była to panna Avery. Jego samego zaś przeszedł paraliż. Od stóp do głów. Bał się wypowiedzieć jej imię albo sprawdzić czy wszystko w porządku. Wtedy ponownie poczuł jakby coś go zmusiło do wykonania tej akcji.

- Stella? - zapytał klękając przy jej węzłach. Zaczął je rozwiązywać, starając się aby jej przypadkiem nie musnąć. Jednak było to niemożliwe. Przejechał swoją ręką po jej dłoni. Wszystko wyglądało jakby miało się sprowadzić po raz trzeci do tego samego…

Sekwencja skończyła się po raz kolejny. Imię Avery i przypadkowe muśnięcie zadziałało ponownie jak czar. Czas zaczął zwalniać, aż w końcu się zatrzymał. Obraz z sekundy na sekundę zdawał się coraz bardziej rozmazywać. Stanleyowi zaś zachciało się spać i mimo wszelkiej próby walki z tą przypadłością, przegrał. Odpłynął w miłe objęcia Morfeusza.


Wybudził się ze snu w ułamku sekundy. Nie wiedział gdzie się znajduje ani co się właściwie stało. Jego serce biło jak szalone. Jakby chciało uciec albo wyskoczyć ze swojego miejsca. Dojście do siebie zajęło mu chwilę.

Przejechał ręką po swoim czole. Poczuł, że jest cały zlany potem, jakby przebiegł co najmniej maraton. Przetarł oczy, aby się dobudzić, a następnie wziął łyk lodowatej lury. Borgin odszedł od biurka i udał się do zegara na który następnie spojrzał. Noc. Trzeba wracać pomyślał, a następnie skierował się po swój płaszcz i czym prędzej opuścił budynek ministerstwa. Z harmiderem w głowie ruszył czym prędzej w kierunku domu. Dlaczego miał takie sny? Nie wiedział. Na pewność zaś potrzebował odpocząć i sobie to wszystko jakoś poukładać w głowie.

Koniec sesji


"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Stanley Andrew Borgin (2587), Stella Avery (2252)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa