Stella zaatakowała swojego towarzysza serią pytań dotyczących spadającej gwiazdy, nie uważała specjalnie na astronomii, nie był to jej ulubiony przedmiot, więc nie posiadała szczególnie wielkiej wiedzy o tym, co działo się na niebie. Wróżbiarstwo jednak było dziedziną, którą bardzo ceniła, a tu chyba te obydwie dziedziny były połączone. Postara się znaleźć jakąś literaturę na ten temat, żeby w przyszłości znać odpowiedź na nurtujące ją pytania.
Jak na razie musiała wystarczyć jej odpowiedź Stanleya. - Szybko przyszło ci oddanie życzenia.- Powiedziała, gdy tylko powiedział, że to jej ma pierwszeństwo. Może nie znała się jakoś specjalnie na tych spadających gwiazdach, ale wiedziała, że to na pewno nie zależy od tego, co ktoś powie. Musiała być jakaś inna zasada działania. Naprawdę powinna się bardziej zainteresować tematem. - Jak to nie masz marzeń?- Przesunęła głowę w jego stronę i zaczęła się w niego jeszcze bardziej wpatrywać. - Co Ty gadasz, po co żyć, jak się nie ma marzeń?- Trochę ją zaszokowało to, co przed chwilą usłyszała, naprawdę była zdziwiona. - Każdy ma jakieś marzenia, nawet małe, malusieńkie.- Brnęła w ten temat dalej. - No zobacz, ja marzyłam o tym, żebyś przyszedł tu ze mną, nie odmówiłeś, więc cyk marzenie spełnione, teraz muszę znaleźć jakieś kolejne, żeby mieć po co wstawać kolejnego dnia.- Czyż cały sens życia nie był prosty? Przynajmniej według Stelli. Nie ogarnęła, że może powinna się ugryźć w język i nie mówić tak wiele, w ogóle nie docierało do niej, że podzieliła się z nim informacją, która zdecydowanie nie powinna dotrzeć do jego uszu.
- Nie wiem co.- Na jej twarzy pojawił się uśmiech, była ciekawa, czym się chce z nią teraz podzielić. - Nie tak do końca każdego, ale fakt, mogłam zabrać tu ze sobą trochę osób.- Nie udawała wcale, że jest inaczej. - Ej, myślisz, że to, że jesteś brygadzistą ma jakieś większe znaczenie?- W ogóle nie zwracała na to uwagi. Czy naprawdę sądził, że zabrała go tutaj ze sobą tylko przez to, jakie ma umiejętności? Nie mogła uwierzyć w to, że w ogóle mogło mu się wydawać coś takiego. Najwyraźniej grubo się mylił. - Po prostu lubię z Tobą spędzać czas, wiesz?- Jakby chciała się upewnić, że zdaje sobie z tego sprawę, bo miała wrażenie, że jest zupełnie przeciwnie.
- Nie jesteś jedyny, co roku przecież tylko kilka osób znajduje tego krzaka...- Próbowała go w jakiś sposób pocieszyć i podnieść na duchu. - Zresztą to czy go znajdziesz nie świadczy o tym, jaki z Ciebie brygadzista. - Czasem szczęście nie sprzyjało, na to akurat nie mieli wpływu, przecież nie było tutaj żadnych śladów, po których mogliby podążać, taki brygadzista był zwyczajnym człowiekiem w tym lesie.
- Nie, nic nie mówiłam.- Akurat była zajęta oglądaniem gwieździstego nieba, które było całkiem urokliwe, szczególnie tutaj w lesie, kiedy żadne nienaturalne światło nie przeszkadzało sklepieniu. W mieście niebo wyglądało zdecydowanie inaczej, dlatego też tak bardzo się w nie wpatrywała - niezbyt często zdarzało się, że chodziła nocą po lesie.
Stanley stwierdził, że pora ruszać. Obserwowała go kiedy zeskakiwał z konara, skorzystała oczywiście z podanej ręki, żeby zejść. Pamiętała o tym, jak się wywrócił chwilę temu i nie chciała tego powtórzyć. - Jasne, jestem za, mamy jeszcze szanse.- Na pewno nie zebrali jeszcze wszystkich kwiatów, w końcu noc była jeszcze młoda.
Ten chwilowy odpoczynek podniósł ich morale. Odzyskali siły i wyruszyli ponownie do lasu, że też czasami wystarczy taka mała przerwa, żeby wzbudzić nowe pokłady energii. Zauważyła wystawioną przez Borgina rękę, złapała ją mocno, poza tym, że wiedziała, że chce znaleźć kwiat, wiedziała również to, że nie chciała się tu zgubić, a trzymanie za dłoń mężczyzny powodowało, że ta druga opcja się oddalała. Na pewno się nie zgubi, jeśli będą szli dalej w ten sposób.
- Taaak, nie ma nic przyjemniejszego od pływania w spoconych i ubłoconych butach - mówię Ci marzenie każdej panny.- Na samą myśl zrobiło jej się niedobrze. Avery bardzo ceniła sobie schludność i czystość, wolała nie wyobrażać sobie tych butów, o których mówił, bo zaraz tutaj puści pawia, a tego im jeszcze dzisiaj brakowało do szczęścia.
Przeniosła spojrzenie na kwiaty, kiedy Stanley zapytał o to, czy mogą to być one. Nachyliła się, aby dokładnie przyjrzeć się roślinie. Kolor się zgadzał, jednak to nie do końca było to, o co im chodziło. Niestety, ale miała nadzieję, w końcu ten zasrany kwiat musiał gdzieś tu rosnąć.
- Gorąco, jeśli mam być szczera, ta noc jest pełna wrażeń.- Sam spacer dosyć szybkim tempem (jak na nią) spowodował, że było jej wyjątkowo ciepło, a do tego ta adrenalina spowodowana ich przygodami. - Sam spacer jest naprawdę przyjemny...- Dodała jeszcze. Już miała mu odpowiedzieć na pytanie na temat wiolonczeli, ale wtedy zamrugała dwa razy, coś jej mignęło. Puściła rękę mężczyzny i wskoczyła w głąb krzaków, jednym, pewnym ruchem wyrwała coś z ziemi. - Tu się schowałeś przebrzydły badylu.
- Mamy go!- Krzyknęła z entuzjazmem do Stanleya i podbiegła do niego podekscytowana. - Udało nam się, wiedziałam, że tak będzie!- Nie mogła ustać w miejscu z radości, rzuciła się mężczyźnie na szyję w tym całym ferworze. - Mówiłam, że tak będzie, jesteśmy najlepsi!- Teraz pozostawało tylko jakoś wydostać się z tego ciemnego lasu.