27.02.2023, 21:00 ✶
To wszystko było sprawką Williama. Uparł się, że dobrze mu zrobi porozmawianie z kimś wykwalifikowanym i zaufanym. Nie pamiętał nawet czy był pytany o zgodę na umówienie go z jakimś terapeutą... czy to specem od świrów. Nie oponował bo był ciekawy pomysłu Willa. Może faktycznie jeśli pogada z jego zaufanym terapeutą to ułoży sobie wszystko w głowie? Nie ma co ukrywać, że ostatnimi dniami był bardzo nerwowy, a gdy denerwował się to pił więcej krwi... a tej nie miał zbyt wiele więc zapasy bardzo szybko się kurczyły. Nie był pewien czym Will kierował się umawiając go na terapię - troska o samopoczucie swego nietypowego podopiecznego czy jedynie motywacje ekonomiczne związane z kurczącym się zasobem krwi w szpitalu świętego Munga. Czymkolwiek dyktowana była jego troska dostawał niemą zgodę Brandona na niemalże wszystko. Stawał się wszak jego autorytetem.
Ze względów oczywistych terapeuta został zaproszony do chatki w której Cody sobie mieszkał. Nie mogło to być miejsce publiczne ani terapia oficjalna... za to na szczęście była opłacana z sakiewki rodu Lestrange. Osobiście wątpił aby w jakikolwiek sposób mieli to zauważyć albo odczuć. Kiedy zapadł zmrok i wybiła odpowiednia godzina wyłonił się przed dom aby opanować ujadającego wielkiego czarnego psa, którego to sobie nabył po to, aby informował go o nadchodzących gościach. Tych niechcianych pozwoli mu zjeść, jeśli będzie chciał. Mogą się podzielić - Cody wypije krew a resztkami zajmie się jego włochaty psi obrońca. Oparł się plecami o ścianę chatki i czekał w ciemnościach na przybycie pana Blacka. Gdy tylko zasygnalizował swoją obecność Wabik zaczął drzeć japę, ujadać jak opętany i podskakiwać przy płocie. Dopiero gdy Cody rzucił doń komendę to uspokoił się na tyle by można było usłyszeć swoje myśli. Rudowłosy blady wampir odbił się od ściany chatki, podszedł do płotu i jeszcze zwlekał z otwarciem furki. Przyjrzał się bacznie twarzy mężczyzny. Utykanie i obecność laski zgadzała się z opisem, który podesłał mu William. Nie przypominał sobie tylko czy wspominał, że jego kuzyn wygląda jak śmierć we własnej osobie?
- Hasło. - zażądał z poważną miną i czekał całą minutę aż parsknął niezbyt wesołym śmiechem. - Nie no, żartuję. Musi być pan od Williama. Myślałem, że będzie pan stary. Proszę wejść i zignorować psa. On zawsze taki narwany. - zacisnął palce na grubej obroży Wabika i otworzył furtkę, wpuszczając jegomościa na teren chatki. Za drugim razem udało mu się uspokoić psa i nim minęło kilka sekund dogonił swojego gościa pod drzwiami.
- Jestem Cody ale pewnie pan to wie. Co Will panu o mnie powiedział? - jeśli Lestrange nazwał go znów "dzieciakiem" to w odwecie znajdzie mu jakiś pseudonim, który z pewnością mu się nie spodoba. Otworzył drzwi i wpuścił mężczyznę do małego domu. Wzrok przykuwał duży płonący kominek, włochaty dywan i niskie sklepienie. Chatka urządzona w standardzie pomiędzy minimum a średniego poziomu. Na drugim krańcu salonu w klatce darła się jego ruda sowa, którą to pospiesznie wypuścił przez okno. Cody'emu hałas zwierząt nigdy nie przeszkadzał lecz wiedział, że goście mogliby nie życzyć sobie tego chaosu.
- Chce pan coś pić? Mam kawę, herbatę, wodę i alkohol. - wskazał mu ręką aby usiadł gdzie chce i ogólnie robił co chce. Wtem odniósł wrażenie, że ten dobrze wyglądający elegancki mężczyzna absolutnie nie pasuje do tego nijakiego wyposażenia chatki.
- Chyba, że jest pan wampirem to krew też da się załatwić. - zatrzymał się w połowie drogi do aneksu kuchennego i popatrzył na swojego wytwornego gościa. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że ten facet wyglądał zdecydowanie zbyt dobrze jak na standard tego domu. Ciekawe czy jego czas był tak drogi jak płaszcz, który na sobie nosił. Jak nic równowartość jego odzienia musiała wynosić podwójną pensję urzędnika niskiego szczebla. Po krótkim namyśle musiał przyznać, że dobrze mieć tak cholernie bogatego Williama w roli stwórcy. Nie musiał płacić na terapię, a mógł przeznaczyć galeony na krew i kasyno.
Ze względów oczywistych terapeuta został zaproszony do chatki w której Cody sobie mieszkał. Nie mogło to być miejsce publiczne ani terapia oficjalna... za to na szczęście była opłacana z sakiewki rodu Lestrange. Osobiście wątpił aby w jakikolwiek sposób mieli to zauważyć albo odczuć. Kiedy zapadł zmrok i wybiła odpowiednia godzina wyłonił się przed dom aby opanować ujadającego wielkiego czarnego psa, którego to sobie nabył po to, aby informował go o nadchodzących gościach. Tych niechcianych pozwoli mu zjeść, jeśli będzie chciał. Mogą się podzielić - Cody wypije krew a resztkami zajmie się jego włochaty psi obrońca. Oparł się plecami o ścianę chatki i czekał w ciemnościach na przybycie pana Blacka. Gdy tylko zasygnalizował swoją obecność Wabik zaczął drzeć japę, ujadać jak opętany i podskakiwać przy płocie. Dopiero gdy Cody rzucił doń komendę to uspokoił się na tyle by można było usłyszeć swoje myśli. Rudowłosy blady wampir odbił się od ściany chatki, podszedł do płotu i jeszcze zwlekał z otwarciem furki. Przyjrzał się bacznie twarzy mężczyzny. Utykanie i obecność laski zgadzała się z opisem, który podesłał mu William. Nie przypominał sobie tylko czy wspominał, że jego kuzyn wygląda jak śmierć we własnej osobie?
- Hasło. - zażądał z poważną miną i czekał całą minutę aż parsknął niezbyt wesołym śmiechem. - Nie no, żartuję. Musi być pan od Williama. Myślałem, że będzie pan stary. Proszę wejść i zignorować psa. On zawsze taki narwany. - zacisnął palce na grubej obroży Wabika i otworzył furtkę, wpuszczając jegomościa na teren chatki. Za drugim razem udało mu się uspokoić psa i nim minęło kilka sekund dogonił swojego gościa pod drzwiami.
- Jestem Cody ale pewnie pan to wie. Co Will panu o mnie powiedział? - jeśli Lestrange nazwał go znów "dzieciakiem" to w odwecie znajdzie mu jakiś pseudonim, który z pewnością mu się nie spodoba. Otworzył drzwi i wpuścił mężczyznę do małego domu. Wzrok przykuwał duży płonący kominek, włochaty dywan i niskie sklepienie. Chatka urządzona w standardzie pomiędzy minimum a średniego poziomu. Na drugim krańcu salonu w klatce darła się jego ruda sowa, którą to pospiesznie wypuścił przez okno. Cody'emu hałas zwierząt nigdy nie przeszkadzał lecz wiedział, że goście mogliby nie życzyć sobie tego chaosu.
- Chce pan coś pić? Mam kawę, herbatę, wodę i alkohol. - wskazał mu ręką aby usiadł gdzie chce i ogólnie robił co chce. Wtem odniósł wrażenie, że ten dobrze wyglądający elegancki mężczyzna absolutnie nie pasuje do tego nijakiego wyposażenia chatki.
- Chyba, że jest pan wampirem to krew też da się załatwić. - zatrzymał się w połowie drogi do aneksu kuchennego i popatrzył na swojego wytwornego gościa. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że ten facet wyglądał zdecydowanie zbyt dobrze jak na standard tego domu. Ciekawe czy jego czas był tak drogi jak płaszcz, który na sobie nosił. Jak nic równowartość jego odzienia musiała wynosić podwójną pensję urzędnika niskiego szczebla. Po krótkim namyśle musiał przyznać, że dobrze mieć tak cholernie bogatego Williama w roli stwórcy. Nie musiał płacić na terapię, a mógł przeznaczyć galeony na krew i kasyno.
![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)