- Dziękuję – odpowiedział cicho i dość ciężko. Takim głosem, jakby dziękował nie tylko za to, że zaoferowała mu leki na bezsenność, ale też coś innego, o czym tylko on wiedział. Nie przyznałby się do tego na głos, ale w jego życiu nie było wielu osób, o których wiedział, że mógłby zawsze na nich polegać. Pewnie duży wpływ na to miało jego własne zachowanie i to, że zawsze próbował radzić sobie sam (a jeśli nie mógł i potrzebował wsparcia, z góry zakładał sytuację, w której mogło mu zostać odmówione). – Nie musisz się śpieszyć. Dyżur, w czasie którego będziesz miała chwilę wolnego czasu, brzmi bardzo dobrze. Pewnie w Mungo masz mnóstwo pracy.
Uniósł twarz w stronę słońca. Jego promienie przyjemnie łaskotały mu policzki i przypominały, że lada moment zrobi się na tyle ciepło, że Rookwood zacznie żałować ciążącej mu na ramionach marynarki. Napił się kawy, przez lody w środku dość słodkiej i całkiem zimnej.
Chociaż ciągle był spięty i pewnie wyglądał na mało zadowolonego, w rzeczywistości było mu tego dnia jakoś lżej na duszy. Niemal lekko i przyjemnie. Cieszył się wspólnym spotkaniem z Danielle, może nawet wyobrażał sobie po nim za dużo, chociaż znowu wiedział, że nie powinien. Tak jak powinien wreszcie przestać tyle myśleć i analizować wszystko co mówiła i co robiła jego towarzyszka.
Ale czasem dobrze było się zawieść i zrozumieć, że się mylił. Tak jak, teraz gdy zażartowała z tym rozpieszczaniem go. Prawie posłał w jej stronę uśmiech – niepewny, wąski, ale szczery, na tyle rzadko goszczący na jego wargach, że raczej wyglądałby osobliwie.
A potem zamarł. Patrzył na wyciągnięty w jego stronę rożek z sorbetem malinowym. Zastanawiał się co powinien zrobić. Odsunąć się? Spróbować? To była jakaś próba? Test? Znowu czegoś nie rozumiał?
A jednak, jakby wbrew sobie i wbrew wszystkim myślom, które szaleńczo rozbrzmiewały w jego głowie, pochylił się ku trzymanemu przez Danielle sorbetowi. Patrzył jej w oczy, gdy spróbował jego smaku. I choćby go teraz przypalali rozpalonym prętem, nie potrafiłby powiedzieć, jak smakowały.
- Masz rację. Malina jest najlepsza – zgodził się i znowu takim głosem, jakby mówił o czymś zupełnie innym. Chrząknął, chcąc przywrócić swoją głowę na właściwe tory. – To, co? Teraz naleśniki?
Sukces!