• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Dolina Godryka Knieja Godryka v
« Wstecz 1 2
2 maja 1972, poranek | Danielle & Ulysses

2 maja 1972, poranek | Danielle & Ulysses
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#1
01.07.2023, 17:31  ✶  

Nie zamierzała zatrzymywać siostry, gdy ta oznajmiła, że rusza przeczesywać las. Choć zdecydowanie wolała ją mieć przy sobie, wszyscy pracowali w pocie czoła by uporać się z tym, co wydarzyło się tej nocy na polanie - egoistycznym byłoby zatrzymanie Lucy przy sobie, w chwili gdy jej umiejętności były tak przydatne i mogły okazać się kluczowe. Z całego serca chciała zatrzymać przy sobie resztę bliskich, którzy wraz z nią przeżyli piekło tegorocznego Beltane. Nie była jednak egoistką. Wiedziała, że nawet gdyby próbowała, nie dałaby rady przemówić im do rozsądku, że powinni odpocząć, a nie pchać się w las, w którym czaiło się coś. Poza tym, miała pracę. Ogrom pracy. I na tym przede wszystkim musiała się skupić.

Listy jakie otrzymała sprawiły, że spadł jej kamień z serca - jeden z wielu. Odpisywała na nie raczej lakonicznie, ponieważ nie tylko brakowało jej odpowiednich słów, którymi chciała przekazać jak bardzo cieszy się, zarówno Ulek jak i Samuel dali radę uciec z polany, ale przede wszystkim brakowało jej czasu by usiąść i to napisać. Rannych było zbyt wiele. To oni byli priorytetem, nie jej zmartwienia czy spokój ducha.

Złamania, urazy, efekty zaklęć - do namiotu trafiały różne, niezliczone przypadki. Robiła wszystko co w jej mocy, by wesprzeć tych, którzy tego potrzebowali. Niestety, rannych było tak wiele, że mniej poważne zranienia musiały uzbroić się w cierpliwość i czekać na swoją kolej. Niektórzy przychodzili do namiotu o własnych siłach, inni z kolei musieli zostać tu przyniesieni przez wolontariuszy. Straciła rachubę czasu, przestała liczyć ile osób się tu pojawiło. Nadszedł jednak czas, gdy jej współpracownicy zaczęli protestować, że Danielle również powinna dać się zbadać a najlepiej położyć się na jednym z polowych łóżek, na co absolutnie nie zamierzała się zgodzić - była tylko zmęczona i poturbowana psychicznie, żadnych poważniejszych ran nie odniosła. Przystała jednak na kompromis, który oznaczał, że wyjdzie na zewnątrz i da sobie chwilę odpoczynku. Zgodziła się, choć raczej niechętnie. Wyszła na zewnątrz, a jej wzrok skupił się na coraz to bardziej wschodzącym słońcu. Która była godzina? Zresztą... czy to było istotne?

Jej prozaiczne rozmyślania na temat aktualnej godziny całkowicie poszły w odstawkę, gdy dostrzegła sylwetkę szczupłego, wysokiego mężczyzny, do którego jeszcze chwilę temu pisała wiadomość, w obawie, że zobaczy go w zgoła innym stanie, niżby sobie tego życzyła. List jaki otrzymała był potwierdzeniem tego, co widziała. Zdążył uciec.

Któryś z kolei tego dnia wyrzut zmieszanych emocji, ogromu ulgi oraz szczęścia sprawiły, że bez żadnego słowa, po prostu ruszyła w jego stronę i niezależnie od powodów z jakich się tu znalazł (prywatnych lub zawodowych), rzuciła mu się na szyję. 



Odkryj wiadomość pozafabularną
Na to, jak bardzo się ucieszy na widok Ulka


let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#2
01.07.2023, 19:31  ✶  
Ulysses miał pobladłą twarz i rozbiegane spojrzenie. Częściowo dlatego, że chociaż zazwyczaj unikał uważnego rozglądania się, idąc przez Polanę Ognisk musiał patrzeć a patrząc musiał zapamiętywać. W poszukiwaniu Danielle, musiał mierzyć się wzrokiem ze zniszczeniami, z dziwacznymi roślinami, które nagle zagościły na polanie ze spaloną ziemią i śladami po walkach, bo chciał dostrzec drobną sylwetkę uzdrowicielki i upewnić się, że była cała. Cała i zdrowa. Chociaż… chociaż czy można było być zdrowym po takich przeżyciach?
A częściowo chodziło o wyrzuty sumienia, o świadomość, że przyłożył się do wszystkiego, co się tutaj wydarzyło. Z daleka, siedząc w domu Cathala w Little Hangleton, mógł sobie wmawiać, że tak trzeba było, ale znajdując się tutaj, na miejscu, nie był już tego wcale taki pewien. Czy jakakolwiek moc była tego warta? I czy roztropne było przekazanie jej w ręce jednego, wyjątkowo potężnego czarnoksiężnika? Czy ojciec na pewno miał rację? Wczoraj Ulysses wiedział, że rozgorzeje tu piekło, ale teraz jego pozostałości widział na własne oczy. Wolał się nie zastanawiać, co zrobiłby, gdyby poinformowano go, że Danielle została zamordowana podczas nocy Beltane. Oddać ją innemu było dużo prościej niż pozwolić jej zginąć za sprawę, która nawet nie była jej sprawą.
Gdy wlókł się tutaj „Błędnym Rycerzem”, Ulysses czepiał się jeszcze myśli, że być może zdążyła uciec przed walką, że wezwano ją tutaj jako uzdrowicielkę, że wczoraj wcale nie była w niebezpieczeństwie. Ale wystarczyło, że wreszcie zobaczył Danielle, by dotarło do niego, że się mylił. Choć z drugiej strony, jak w ogóle mógł pomyśleć, że go posłucha i ucieknie? Nie uciekła podczas Marszu Praw Charłaków. Nie mogła tak po prostu odejść i wczoraj.
Przystanął. Patrzył jak zbliżała się do niego, czując przytłaczające go wyrzuty sumienia i narastającą w środku ulgę. Ale chyba bardziej od rzucenia się na szyję, spodziewał się policzka albo wielu wściekłych ciosów pięściami w brzuch. Zamarł, jakby niezdolny do zrozumienia, co się właśnie działo, a potem sam objął ją rękami w pasie i przyciągnął do siebie.
- B-bałem się, że coś ci się s-stało – wymamrotał, pochylając ku niej głowę, niemal wsadzając nos w jej włosy. W tej chwili nie obchodziło go, czy była brudna, spocona lub skąpana w cudzej krwi. Była żywa, ocalała i tylko to się liczyło. Gładził ją jedną ręką po plecach, drugą dociskając do siebie, jakby obawiał się, że za moment od niego ucieknie. – Nie strasz mnie tak – dodał głupio. – Nigdy więcej mnie tak nie strasz.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#3
02.07.2023, 03:47  ✶  

W swoim najgorszym koszmarze nie podejrzewałaby Ulyssesa o to, że miał wpływ na wydarzenia minionej nocy. Przez całe swoje życie ani przez moment nie zakładała, że mógłby mieć coś wspólnego z tymi pozbawionymi jakiegokolwiek sumienia, zamaskowanymi ludźmi ziejącymi nienawiścią. Przecież to był Ulek. Ten, analizował każdy jej durny żart, wyciągając z niego wnioski zupełnie niezwiązane z tematem dowcipu. Ten, od którego w dzień w swoich urodzin zawsze otrzymywała upominek i list o przyjemnej dla serca treści. Ten, z którym po raz pierwszy poszła do mugolskiego kina. Ten, który myślała, ale tylko odrobinę i przez chwilkę, że być może lubi ją nieco bardziej niż zwykłą koleżankę, bo przecież czystość krwi to ostatnie, co ma wpływ na ich relację. Ten, który stopniowo odsunął ją od siebie bez słowa wyjaśnienia, przestał się angażować, nie zabiegał o kontakt, mimo jej usilnych starań.

Cieszyła się, że go widzi, bardziej niż zwykle. Zbyt wiele cierpienia, krwi i rannych widziała tej nocy, a on był zdrowy i cały, w jednym kawałku. I, pomimo tego szaleństwa, które działo się właśnie na polanie, Ulysses wyglądał tak, jak go zapamiętała. W idealnie dopasowanym krawacie, białej koszuli i skrojonym na miarę garniturze. Gdy czuła, jak ją obejmuje i przyciąga do siebie, zamknęła oczy, biorąc głębszy wdech. W chwili gdy przytulała go mocniej, przez moment dotarł do niej subtelny i ledwo wyczuwalny zapach tytoniu. Naprawdę się o nią martwił?

- Przepraszam - odpowiedziała przytłumionym głosem, bowiem jej twarz ukryta była w jego szyi. - Nie chciałam Cię martwić. Już nie będę. Nawet nie wiesz jaka to ulga widzieć Cię całego...

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że gdyby Ulysses nie odłączył się od nich wtedy, to ona byłaby tą, która usiłowałaby go wysłać do domu. Nie był ich celem. Choć tej nocy wszyscy mogli przekonać się, że celem śmierciożerców są nie tylko mugolacy i zdrajcy krwi, ale wszyscy inni, nawet ci posiadający odpowiednie nazwisko i pochodzenie.

Ciężko powiedzieć jak długo wisiała mu na szyi - straciła rachubę czasu. Kiedy w końcu go puściła, czujnym wzorkiem zmierzyła jego twarz, jakby w poszukiwaniu jakiegokolwiek zranienia czy otarcia. Jakby to, że nic złego mu się nie stało było fikcją, o której za chwilę miała się boleśnie przekonać. Ku swojej uldze, nie dostrzegła niczego, co mogłoby ją zaniepokoić.

- Wygonili mnie z namiotu medyków - poskarżyła mu się - W dodatku przebąkiwali coś, że mam wracać do domu i odpocząć chociaż kilka godzin, ale nie dałam się. Doszliśmy do kompromisu, że wyjdę na powietrze na chwilę... widziałeś gdzieś mojego tatę? Od wczorajszego poranka go nie widziałam, a jestem pewna, że nie uciekłby z polany, gdy rozpętało się to piekł... - wyrzucała z siebie. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, jak egoistycznie zachowywała się, mówiąc wyłącznie o sobie. Szybko potrząsnęła głową. - Przepraszam. To nic istotnego. Co tu robisz, Ulysses? - momentalnie pobladła. Pamiętała przecież, że jego ojciec pracuje z jej tatą w jednym departamencie. - Bliscy. Twoi bliscy Ulek. Są bezpieczni i zdrowi?



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#4
02.07.2023, 21:11  ✶  
Tak naprawdę Ulysses wcale nie wyglądał teraz tak idealnie jak widziała to Danielle. Tak, oczywiście, miał na sobie garnitur, koszulę i krawat (a gdy wychodził z domu Cathala, jego buty naturalnie lśniły od pastowania), ale jazda Błędnym Rycerzem z mnóstwem innych czarodziei, maszerowanie przez zniszczoną, błotnistą polanę a wreszcie i (a właściwie to przede wszystkim) niepokój, który odczuwał wyraźnie odmalowywał się na jego twarzy, w wyglądzie i w ruchach. Te miał jeszcze bardziej sztywne, mechaniczne a jednocześnie, może paradoksalnie, wyglądał przez to na bardziej ludzkiego niż zazwyczaj.
Nie przerywał kontaktu fizycznego między nimi. Przeciwnie, tym razem chłonął bliskość Danielle. Nie tylko mechanicznie zapamiętywał fakturę jej brudnych ubrań, ciepło skóry lub ciężar ciała, ale przede wszystkim wsłuchiwał się w oddech i w bicie serca. Jak dobrze było wiedzieć, że żyła, że nie ucierpiała, że była tylko przemęczona pracą, którą teraz musiała wykonywać. Najchętniej zabrałby ją stąd do domu Cathala i w czasie gdy doprowadzałaby się do porządku, zrobiłby jej śniadanie a potem przypilnował by odpoczęła przez kilka godzin.
Ba, w pierwszych kilku sekundach, gdy chciała się odsunąć, wcale nie chciał jej puszczać i dopiero szarpnięcie uzmysłowiło mu, że zaczynał zachowywać się – nawet jak na siebie – zbyt dziwnie. Ręce opadły mu luźno, gdy zwiększyła dystans między nimi.
Pokręcił głową.
- Nie widziałem go – odpowiedział zgodnie z prawdą. Ba, nie widział go nawet wczoraj na obchodach Beltane, ale wczoraj był zbyt zajęty najpierw wykonywaniem zadania dla Czarnego Pana a potem zamartwianiem się o Danielle (jakoś o Cathala aż tak martwić się nie musiał, Shafiq od razu zrozumiał i postanowił, razem ze swoją grupą, opuścić polanę). – Może przeczesuje las? – podsunął.
A jednak gdzieś w środku poczuł dziwny niepokój. Wydarzenia z lipca 1971 roku nierozerwalnie rozdzieliły go z uzdrowicielką. Nie chciał by przepaść między nimi tylko się pogłębiła, bo okazałoby się, że Śmierciożercy zabili jej ojca. Mógł ją obserwować z daleka, ale nie chciał by myśląc o nim czuła jedynie trawiącą ją od środka nienawiść.
- Musiałem się upewnić, że z tobą wszystko w porządku – wyjaśnił wprost. – Mogę też tu zostać i pomóc, jeśli… jeśli w ogóle mogę się na coś przydać – podsunął, a potem bardzo niespodziewanie dla samego siebie, bo wolałby te słowa przemyśleć dziesięciokrotnie niż wypowiedzieć je ot tak, dodał – Teraz już wiem, że ci na których zależy mi najbardziej są bezpieczni i zdrowi.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#5
03.07.2023, 14:44  ✶  

Z prozaicznych rzeczy, których w tej chwili najbardziej jej potrzebowała, był właśnie prysznic. Nie śmiała prosić o gorącą kąpiel, w której mogłaby zamknąć oczy i całkowicie oddać się odprężeniu, jakie przynosiła woda - prysznic w zupełności by jej wystarczył. Nie mówiąc już o śniadaniu, przy którym na spokojnie, z daleka od zgiełku i wydarzeń jakie rozgrywały się na polanie mogłaby porozmawiać z Rookwoodem o tym, czego była świadkiem. Była ciekawa, co działo się u niego przez ten okres czasu, więc chętnie nakierowałaby rozmowę również na ten temat, jeżeli tylko wyraziłby chęć opowiadania o tym. Być może nawet, gdyby opadły emocje i euforia, zadałaby pytanie, które od dawna zaprzątało jej spokój, a którego nigdy nie zadała, jakby w obawie o odpowiedź, jaką może usłyszeć - skąd ta nagła chęć rozmowy, skoro przez tak długi okres czasu traktował ją jak powietrze? Pewne sytuacje niestety nie miały prawa bytu i to, że Danielle z własnej woli opuści polanę egoistycznie skupiając się na swoich zachciankach, jeżeli faktycznie jej umiejętności mogą się do czegoś przydać było jedną z nich.

Jej uwaga w pełni poświęciła się euforii i uldze, że mężczyźnie nic się nie stało, przez co nieszczególnie skupiła się na tym, że bliskość jaką ją obdarzył była wyjątkowa i, jak na niego, nietypowa. Zwłaszcza, że zapomniał o jej istnieniu na tak długi okres czasu. Nigdy nie był zbyt wylewny w słowach jak i czynach, wielokrotnie analizując jak powinien się zachować i co powiedzieć, nim faktycznie to zrobił. Naprawdę się o nią martwił?

Słysząc odpowiedź, na jej twary pojawiły się zmartwienie i konsternacja. - Wczoraj pełnił dyżur, tylko nie pamiętam z kim, albo nie powiedział mi... na pewno nie uciekłby, gdy pojawili się śmierciożercy, nawet gdyby musiał walczyć z dziesiątkami... - mówiła cicho, bardziej do siebie, niż do samego Ulyssesa. Dopiero po chwili na jej twarzy pojawił się lekki, wymuszony uśmiech. - Na pewno masz rację, nie odpuściłby, nawet gdyby kazali mu wrócić do domu i odpocząć... - odpowiedziała. Było zbyt wcześnie, by się niepokoić. Może postara się dojść do informacji, kto był jego partnerem? Może powinna zapytać o to Ulka, w końcu jego ojciec pracował z jej, na pewno wiedział kto z kim pełnił dyżur tego dnia. Odrzuciła tę myśl tak szybko, jak się pojawiła. Na pewno mieli swoje zmartwienia, nie mogła zawracać im głowy.

- Na pewno znajdzie się coś zrobienia. Jest zbyt wiele zniszczeń i rannych, by pracownicy ministerstwa i uzdrowiciele mogli poradzić sobie z tym sami, widziałam że zbierają wolontariuszy i rozdzielają do poszczególnych zadań... - odezwała się, wzrokiem omiatając okolicę. Serce pękało na widok takiego ogromu cierpienia i spustoszenia, jakie zasiali śmierciożercy w świecie czarodziejskim. - Nie wiem, czy nasz świat kiedykolwiek się po tym pozbiera - odezwała się cicho, czując nieprzyjemny uścisk w gardle. Przerzuciła wzrok na Rookwooda. - Jesteś pewien? To... nie są widoki, które powinny wyryć się w pamięci człowieka - zapytała. Nikt nigdy nie zapomni wydarzeń z najbliższych dni i pamięć o nich będzie wiecznie żywa, powracająca w koszmarach. Wiedziała jednak, że Ulysses pewne rzeczy zapamiętuje bardziej niż inni. Nie chciała go do tego zmuszać.

Kolejne słowa sprawiły, że zamarła. Role się odwróciły i tym razem to ona nie znajdowała odpowiednich słów, które mogłyby opisać to, jaki mętlik w jej głowie spowodowały to, co od niego usłyszała. Mówił na pewno o swojej siostrze. O swojej siostrze, prawda? Vespera na pewno była tej nocy na sabacie. Uważaj na Rookwooda - szepnął głosik łudząco podobny do jej kuzynki. Zagłuszyła go.

- O kim mówisz? - zapytała. Wprost.



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#6
04.07.2023, 01:51  ✶  
Odpowiedź na pytanie, które kłębiło się w głowie Danielle była dość prosta: Ulysses przeraził się myślą, że mogła zginąć tej nocy. I o ile mógł jeszcze zerwać kontakt z uzdrowicielką, mógł jej unikać, mógł obserwować z daleka i udawać, że nie obchodziło go, że układała sobie życie bez niego (przecież nigdy tak naprawdę do niego nie należała), to sytuacja, w której zagrożone było jej życie, sprawiła, że musiał ją zobaczyć. Zobaczyć i upewnić się, że była cała i zdrowa.
A to, że Danielle rzuciła mu się na szyję sama, tylko coś w nim odblokowało. Coś, o istnieniu czego boleśnie wiedział, ale czemu zazwyczaj nie pozwalał wyjść na światło dzienne. I nie tylko dlatego, że stali po dwóch stronach barykady, że różniła ich krew, że miał w piwnicy rodowej rezydencji dwa wampiry i samego Czarnego Pana, ale przede wszystkim, bo chodziło o to, jacy byli obydwoje, czego ona miała w nadmiarze a gdzie on był niemal upośledzony.
Słuchał, gdy mówiła o ojcu. Stał, zamarły i poważny, naprawdę przepełniony nadzieją, że auror niedługo się odnajdzie cały i zdrowy.
- Albo już wrócił do domu – podsunął. Zazwyczaj brzmiał matowo, ale tym razem, pewnie przez sytuację, w której się znaleźli, w jego głosie pojawiły się łagodniejsze tony. – Właśnie bierze prysznic, je lub odpoczywa, by za parę godzin pojawić się tutaj znowu. W pełni sił.
Gorąco życzył i Danielle, i sobie, żeby było właśnie tak, jak powiedział. Przesunął wzrokiem Polanie Ognisk. Wydawało mu się, że już i tak zobaczył tu wszystko, co było do zobaczenia, a czego nie widział, mógł sobie doopisać.
- Jestem dorosłym mężczyzną – przypomniał cicho. Być może był trochę chory i trochę przez tę chorobę upośledzony, ale bywały takie momenty w życiu, gdy należało wznieść się poza własne słabości. – Po prostu powiedz mi, co mam robić.
Młody Rookwood bywał dziwakiem. Sam wiedział, że nim bywał. Był tym jedynym młodym mężczyzną, który widząc na mugolskim billboardzie kobietę w samych gaciach, zakrywał oczy, ale nie dlatego, że miał zakaz, ale dlatego, że pewne rzeczy nie były warte patrzenia.
Ale na Danielle lubił patrzeć. Nie chodziło tylko o to, jaka była śliczna. Lubił jej słuchać. Lubił podziwiać. Lubił zachwycać się tym, jak bardzo była żywa. Chwilami, czuł się przy niej tak, jakby w jego klatce piersiowej zalęgły się owady i próbowały ją opuścić albo jakby jego rozszalałe serce nabijało mu w klatce piersiowej siniaki. Wszystko przez przepełniające go w stosunku do niej emocje.
Wzruszył ramionami. To było za trudne a on nie mógł jej powiedzieć prawdy. Ba, nawet gdyby mógł to nie zrobiłby tego w takim momencie.
- O tych, o których życie się bałem, gdy dowiedziałem się co się stało tej nocy – powiedział powoli, rozmyślnie przekręcając jej pytanie. – Świat magii zmieni się, ale przetrwa. Pewnie nawet silniejszy niż wcześniej – dodał, nawiązując do wcześniejszych słów uzdrowicielki.
Tu już nawet nie musiał kłamać. Nie był tylko pewien, czy zmiany zajdą bo władzę przejmie Czarny Pan, czy dlatego, że czarodzieje się zjednoczą przeciwko niemu. Paradoksalnie, w obydwu przypadkach, był tak samo przegrany.
the kind one
don't confuse my kindness for weakness
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Mierząca trochę poniżej 160 cm, o okrągłej buzi i dużych, ciemnoniebieskich oczach. Jej włosy sięgają za ramiona, są lekko kręcone o ładnym, ciemnobrązowym odcieniu - najczęściej spina je w taki sposób, by nie przeszkadzały jej w pracy, choć zdarza się i to nie rzadko), by były starannie ułożone; niezależnie od fryzury, we włosy ma wpiętą charakterystyczną, żółtą spinkę w kształcie motyla. Dani ubiera się raczej schudnie, w stonowane barwy, nie wyróżniając się w tej kwestii od reszty społeczeństwa czarodziejów. Mówi z silnym, brytyjskim akcentem. Jej uśmiech, wcześniej szeroki i beztroski, stał się delikatny oraz sporadyczny, a śmiech, głośny i zaraźliwy słychać znacznie rzadziej (najczęściej zarezerwowany jest dla bliskich jej sercu). Pachnie malinami i piwoniami, jednak jest to bardzo subtelny i delikatny zapach.

Danielle Longbottom
#7
05.07.2023, 00:35  ✶  

Kiedy pewnego lipcowego dnia ubiegłego roku stopniowo zaczął się od niej odsuwać, wielokrotnie zastanawiała się, co zrobiła nie tak. Analizowała przebieg każdego spotkania, każdy list jaki do niego napisała. W pewnej chwili czuła się winna, bo być może była zbyt nachalna, zbyt wiele sobie wyobraziła, a on to wyczuł i postanowił sprowadzić ją na ziemię w jedyny rozsądny sposób, jaki przyszedł mu do głowy - odcinając się. Złośliwy głosik w głowie od czasu do czasu szeptał jej, że problemem mógł być jej status krwi, którego nigdy nie zatajała przed Rookwoodem - bo była pewna, że lubią się i ufała mu, a on nigdy nie zdawał się przejmować taką drobnostką. Czyżby nagle zaczął? Nie rozumiała tego. Jednak z czasem, gdy sowy jakie do niego wysyłała coraz to rzadziej przynosiły odpowiedź zwrotną, a nawet jeżeli już cokolwiek dostarczały, były do listy zbywające i lakoniczne, przestała go zadręczać. Zabrakło jej odwagi, żeby spytać co się zmieniło. Szanowała jednak jego decyzję i nie chciała na nią wpływać. Wiedział, czego chce. Nie mogła oczekiwać od niego, że nagnie własne zasady dla niej. Problem w Danielle był taki, że pomimo patowej sytuacji w jakiej została postawiona, ani na moment w niego nie zwątpiła. Ale tego już nie mógł wiedzieć.

Kiwnęła głową, posyłając mu lekki, choć niepewny uśmiech. Nie odpowiedziała jednak. Wiedziała, że opuszczenie okolicy podczas gdy potrzeba tak wiele wsparcia nie jest w stylu jej ojca. Tlił się w niej cień nadziei, że tego dnia postanowił zrobić wyjątek.

- Wiem - odpowiedziała tak błyskawicznie, że niemal weszła mu w zdanie. - To nie ma żadnego znaczenia. Fakty są takie, że zapamiętujesz wszystko bardziej, niż większość ludzi. Nie chcę, żebyś czuł się w obowiązku, żeby tu zostać, jeżeli nie musisz. To... nie są obrazy, które człowiek powinien pamiętać - odpowiedziała. - Nie wątpię w Ciebie. Po prostu... to zwyczajna troska. - dodała, nie chcąc zostawiać w tej kwestii żadnych niedomówień. Wiedziała, że tej nocy nie zapomni już nigdy. Żywiołaka. Śmierciożerców, którzy nie mieli najmniejszych wyrzutów sumienia i chcieli ją zabić. Wiedziała też, że choćby stawała na rzęsach, nie przekona Ulyssesa, że dla jego głowy i pamięci lepiej będzie, gdy ulotni się stąd jak najszybciej. Na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech, nieco pewniejszy niż wcześniej. Mógł wytykać jej upór oraz irracjonalną odwagę, ale w tej chwili zachowywał się dokładnie tak jak ona.

Jego odpowiedź nie zdradzała zbyt wiele. I pewnie mogłaby machnąć na nią ręką ucinając jednoznacznie temat, gdyby nie pierwsze słowa, jakie wypowiedział do niej tego poranka. Te, pomimo że jej pamięć nie była tak imponująca jak jego, zagnieździły się w jej głowie wygodnie i nic nie zapowiadało, by miały zamiar się z niej wynieść. Jej wargi uchyliły się lekko, jakby chciała coś powiedzieć; w ostatniej chwili zrezygnowała z tego pomysłu.

- Obyś miał rację - odpowiedziała cicho, przez zaciśnięte gardło. Omiotła wzrokiem okolicę, uświadamiając sobie, jak tragedia jednoczyła przebywających na polanie ludzi. Każdy chciał pomóc na miarę swoich możliwości. Ludzie nie byli obojętni na krzywdę, nawet obcych sobie osób. To było coś, co pokrzepiało serce. - Szukają wolontariuszy do przeszukania kniei. Być może znajduje się tam ktoś, kto potrzebuje pomocy, niezdolny do dotarcia do namiotu medyków samodzielnie - powoli ruszyła w stronę, gdzie rozdzielano grupy do przeczesywania lasu. Posłała Ulkowi krótkie spojrzenie. - I nawet nie próbuj odwieść mnie od tego pomysłu, Ulek. Wiesz, że się nie dam - odezwała się.



let everything happen to you
beauty and terror
just keep going
no feeling is final
Cień Swojego Ojca
Prawdziwa nienawiść to dar, którego człowiek uczy się latami.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Patrząc na niego z daleka widzisz schludnego, nienagannie ubranego mężczyznę. Mierzy około 180 cm wzrostu. Jest szczupły. Nieszczególnie umięśniony. Ma ciemne włosy i jasne, niebieskie oczy. Z bliska okazuje się, że natura obdarzyła go wydatnym nosem i często zaciska usta w cienką linię. Rzadko się uśmiecha. Nie żartuje. Jest spięty. Ma pedantyczne ruchy. Aż do bólu opanowany i kontrolujący.

Ulysses Rookwood
#8
05.07.2023, 02:47  ✶  
Niektórzy ludzie byli zaskakująco bezrefleksyjni. Inni, jak młody Rookwood, aż za dobrze zdawali sobie sprawę z tego kim byli, jacy byli i jakie były ich niedostatki. Ulysses wiedział, że być może został przez naturę obdarzony pamięcią doskonałą, ale jednocześnie brakowało mu silnego charakteru. Tak naprawdę zawsze potrzebował przewodnika, samemu będąc niepewnym i nieprzekonanym, raczej teoretykiem, ostrożnie badającym świat niż kimś, kto chciał go realnie zmieniać.
To dlatego niemalże nie kwestionował słów swojego ojca. To dlatego nie próbował się opierać, gdy ten postanowił oddać go Lordowi Voldemortowi, gdy uczył go oklumencji lub zmusił do udziału w atakach. Nawet pracę w Ministerstwie Magii, Ulysses wybrał tylko dlatego, że nie chciał zawieść ojca. Jako nastolatek poznał Cathala i nagle żywo zainteresował się archeologią, chciał podróżować, poznawać świat i być dokładnie taki sam jak Shafiq. Uwielbiał starszego ślizgona, kochał jak brata i to dzięki niemu dostrzegł, że życie mogło być czymś więcej niż tylko zadowalaniem ojca.
A potem pojawiła się Danielle. Danielle, która zainteresowała go tym, jaka była żywa i jak łatwo przychodziło jej podejmowanie decyzji. Lubił na nią patrzeć. Lubił słuchać. Lubił przebywać w jej towarzystwie. Pewnie brzmiało to naiwnie, ale przy niej czuł, że życie mogło być czymś jeszcze więcej. Nie potrzebowało wielkich decyzji i okupionych ciężką pracą sukcesów, ale by było właściwe, wystarczyły podejmowane impulsywnie, drobne decyzje. Młody Rookwood nie był impulsywny, ale przy Danielle chciał taki być. Chciał również ją chronić. Osłaniać przed Czarnym Panem, przed własnym ojcem i przed samym sobą. Czasami myślał o tym, jakby to było dobrze, wziąć ją za rękę, objąć, przespacerować się razem po Przekątnej i zjeść lody. Przy niej chciał być odważniejszy niż był, bardziej zdecydowany i silniejszy. Będąc obok Danielle nie myślał o tym, że ich dzieci straciłyby status czystokrwistych (Ulysses był pragmatykiem, wiedział że czystokrwiste rody i tak wymrą przez własny chów wsobny), ale przerażała go świadomość jak bardzo uzdrowicielka poczułaby się oszukana i rozgoryczona, gdyby uświadomiła sobie, że był Śmierciożercą. Chciał ją chronić i był wstrętnie świadomy, że powinien przed samym sobą.
- Nie odsyłaj mnie – poprosił wbrew samemu sobie. Tak, Danielle miała rację. On to wszystko będzie pamiętał. Przez całe życie będzie sobie to potem odtwarzał w głowie. Ale obok tego będzie miał jej drobną sylwetkę i przekonanie, że chociaż wczoraj spierdolił to dzisiaj zachowywał się tak, jak należało. Minus i plus wcale się nie znosiły w tym rachunku, ale przynajmniej współistniały obok siebie.
Egoistycznie też chciał spędzić z Danielle jeszcze trochę czasu. Poudawać, że lipiec siedemdziesiątego pierwszego nigdy nie miał miejsca a on wciąż jeszcze był dobrym i wartym jej człowiekiem.
- Pójdę z tobą. Nie znam się na uzdrawianiu, ale nie jestem zmęczony. Jeśli tylko dasz mi instrukcje, będę pomagał. Już raz się przecież sprawdziłem w tej roli – zakończył, nawiązując do wspólnego ratowania rannych podczas marszu praw charłaków.
Poszedł razem z uzdrowicielką by zapisać się i wspólnie przeczesywać las.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Danielle Longbottom (2048), Ulysses Rookwood (1764)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa