Nie zamierzała zatrzymywać siostry, gdy ta oznajmiła, że rusza przeczesywać las. Choć zdecydowanie wolała ją mieć przy sobie, wszyscy pracowali w pocie czoła by uporać się z tym, co wydarzyło się tej nocy na polanie - egoistycznym byłoby zatrzymanie Lucy przy sobie, w chwili gdy jej umiejętności były tak przydatne i mogły okazać się kluczowe. Z całego serca chciała zatrzymać przy sobie resztę bliskich, którzy wraz z nią przeżyli piekło tegorocznego Beltane. Nie była jednak egoistką. Wiedziała, że nawet gdyby próbowała, nie dałaby rady przemówić im do rozsądku, że powinni odpocząć, a nie pchać się w las, w którym czaiło się coś. Poza tym, miała pracę. Ogrom pracy. I na tym przede wszystkim musiała się skupić.
Listy jakie otrzymała sprawiły, że spadł jej kamień z serca - jeden z wielu. Odpisywała na nie raczej lakonicznie, ponieważ nie tylko brakowało jej odpowiednich słów, którymi chciała przekazać jak bardzo cieszy się, zarówno Ulek jak i Samuel dali radę uciec z polany, ale przede wszystkim brakowało jej czasu by usiąść i to napisać. Rannych było zbyt wiele. To oni byli priorytetem, nie jej zmartwienia czy spokój ducha.
Złamania, urazy, efekty zaklęć - do namiotu trafiały różne, niezliczone przypadki. Robiła wszystko co w jej mocy, by wesprzeć tych, którzy tego potrzebowali. Niestety, rannych było tak wiele, że mniej poważne zranienia musiały uzbroić się w cierpliwość i czekać na swoją kolej. Niektórzy przychodzili do namiotu o własnych siłach, inni z kolei musieli zostać tu przyniesieni przez wolontariuszy. Straciła rachubę czasu, przestała liczyć ile osób się tu pojawiło. Nadszedł jednak czas, gdy jej współpracownicy zaczęli protestować, że Danielle również powinna dać się zbadać a najlepiej położyć się na jednym z polowych łóżek, na co absolutnie nie zamierzała się zgodzić - była tylko zmęczona i poturbowana psychicznie, żadnych poważniejszych ran nie odniosła. Przystała jednak na kompromis, który oznaczał, że wyjdzie na zewnątrz i da sobie chwilę odpoczynku. Zgodziła się, choć raczej niechętnie. Wyszła na zewnątrz, a jej wzrok skupił się na coraz to bardziej wschodzącym słońcu. Która była godzina? Zresztą... czy to było istotne?
Jej prozaiczne rozmyślania na temat aktualnej godziny całkowicie poszły w odstawkę, gdy dostrzegła sylwetkę szczupłego, wysokiego mężczyzny, do którego jeszcze chwilę temu pisała wiadomość, w obawie, że zobaczy go w zgoła innym stanie, niżby sobie tego życzyła. List jaki otrzymała był potwierdzeniem tego, co widziała. Zdążył uciec.
Któryś z kolei tego dnia wyrzut zmieszanych emocji, ogromu ulgi oraz szczęścia sprawiły, że bez żadnego słowa, po prostu ruszyła w jego stronę i niezależnie od powodów z jakich się tu znalazł (prywatnych lub zawodowych), rzuciła mu się na szyję.beauty and terror
just keep going
no feeling is final