1 maja 1972
Ulica Whitecroft, kowen
Effimery Trelawney i Sarah Macmillan
Boso przemierzała arkana polany; wianek wydatny na burzy złocistych loków chwiał się subtelnie pod wpływem mocniejszych podmuchów wiatru i choć koślawa sylwetka zdawała się być porwaną przez wicher na przestrzeni sekund, trwała niezmiennie wśród pstrokatej zieleni, żaru ognisk, dymu wzbijanego przez słupy ognia – choć maj rozpostarł swoje połacie wśród pogody przychylnej i słonecznej, zachowując oddech ciepła nawet po zmierzchu, gdy słońce chowało się za horyzontem, pozostawiając po swojej obecności jedynie ślad pomarańczy. Biała sukienka owijała się wokół szczupakowatej sylwetki, podkreślając wielokroć to, czym była – nieskalaną niewinnością.
Uśmiech przecież lawirował na jej wargach, gdy odchylała głowę ku niebu, zaklinając to podszycie ziemskie, które miało niebawem upstrzyć się oczkami gwiazd. Ochocze tańce, salwy radości i wszechobecna atmosfera miłości – nie potrzebowała niczego więcej, aby rzeczywistość wycięła przed nią gładki pas startowy. I choć znalazła się tam samotnie, chybocząc się niepewnie pod dotykiem wiatru i szumem listowia, nie żałowała. Prawdopodobnie tego potrzebowała do nagłego paroksyzmu radości – czasu spędzonego w samotności; w absolutnym zaciszu własnego umysłu.
Nikt nie spodziewał się, iż metaforyczne bramy Hadesu otworzą się na sielskiej polanie; że momentalnie ludzie wpadną w tak dalece posunięty popłoch, że nieomal się nie pozabijają, umykając ze skalanej czarnomagicznie zieleni. Rozejrzała się gwałtownie, przeciskając się między wiodącymi paniką ludźmi, gdy nagle ktoś ją złapał za nadgarstek.
Odwróciła się w stronę nagłego dotyku, widząc kuzynkę trzymaną w okowach przez wuja; próbowała wyszarpnąć rękę z oków zaciskających się na mlecznej skórze, ten jednak już wypowiadał inkantację.
– Nie możemy ich tak zostawić! Alastor… – krzyknęła, odnajdując wzrokiem w tłumie sylwetkę kuzyna; najbliższej jej osoby na tym padole łez.
Nim jednak się wywinęła, nim wyrwała dłoń z uścisku, nim poczęła krzyczeć gwałtownie, a oczy przeszkliły się łzami, które prędko zaczęły spływać po policzkach, torując sobie szklistą drogę, znalazła się w pokoju Sary wraz z nią we własnej osobie.
Surowy chrzęst zamykanych z rozmachu drzwi poniósł się echem po pokoju, a potraktowane odpowiednim zaklęciem, pozostawały niemożliwe do otworzenia.
– Saro, boże, Saro – zaczęła chlipać. – Alastor tam został. Muszę tam wrócić, muszę ochronić go, tak jak on zawsze chronił mnie. Nie możemy zostawić tych ludzi na pastwę losu, proszę, wymyślmy coś – rzekła głosem drżącym, łamiącym się w swoich ryzach.
Poczęła krążyć po rozległym pokoju, do którego tylko wątłe światło księżyca wpadało przez gargantuiczne okiennice. Swą wędrówkę uprawiała nieustannie, aż zrezygnowana, zmęczona i wystraszona usiadła na łóżku.