Z lekkim niepokojem i zdziwieniem osunął się razem z nią, kiedy wyceniła, że nie będzie ufała własnym nogom, a może to własne nogi przestały ufać jej. Zabrakło jej siły na stanie - to jedne było pewne. A on nie bardzo miał siłę na to, żeby wisiała bezwładnie w jego ramionach, kiedy ją trzymał przy sobie i przytulał. Tak oto klęknęli. Klęknął on, a z jej nogami nawet nie bardzo widział, co się dzieje. Victoria była przeciążona wszystkim, czego doświadczała. Voldemort i poczucie, że może mieć jego oddech na karku, wspomnienia babki, które jej wykradła, zimne ciało, które sprawiało, że ludzie potrafili dziwnie reagować, problemy z narzeczonym, z rodziną. Problemy nie ulegały rozwiązaniu, gdy przychodziły nowe - one się tylko nawarstwiały. Tak się nie dało funkcjonować, żyć. Tak można było tylko zwariować. I co było po tej chwili spokoju, gdy przyszła nowa, tak niepokojąca? Znów przeniósł dłoń z jej pleców na głowę, by wtulić palce w jej miękkie włosy.
- Chcesz zostać? - Nie pytał od razu. Trzymał ją w swoich ramionach, pozwalał poczuć swoje ciepło, chociaż ono całkowicie się rozpływało i nie było w stanie przejść na jej ciało. To tylko jego traciło na temperaturze do stopnia, w którym zaczął mieć dreszcze. Powrót do jej rodzinnego domu nagle nie wydawał się wcale atrakcyjny, w ogóle nie wydawał się dobrym pomysłem. A mógł jej zaoferować nocleg - nawet i we własnym łóżku. Bez żadnych podtekstów. - Mogę ci pokazać lunabelle, lubią wychodzić nocą. Widziałaś je kiedyś? - Odsunął się od niej delikatnie i znów przesunął palcami po jej twarzy. Zmęczonej twarzy, a tak pięknej. Po tych zmęczonych oczach, teraz przeszklonych i czerwonych od płaczu. - Albo mogę cię utulić do snu, żebyś zasnęła spokojnie. - Wiedział przecież, jakie miała problemy z zasypianiem, jak ciężko przychodził sen. Tam, w rodzinnym domu, gdzie nawet dom nie istniał poza instytucją budynku, zasypianie wydawało mu się koszmarem.