W czwartek o 9 w końcu stanął pod drzwiami sali, w której leżała jego kuzynka. Pod pachą miał całą tackę pasztecików, które udało mu się odratować. Starannie włożył je do pojemnika z ruchomym zdjęciem Conana i Heather z dzieciństwa i owinął w ozdobny papier. Trzymał je mocno, tak aby choć ostatnie sztuki trafiły do buzi jego kuzynki zamiast na podłogę. Przed wejściem do sali jeszcze raz poprawił pudełko pod pachą i położył dłoń na klamce.
Już chciał nacisnąć, ale w ostatniej chwili stwierdził, że może to nie jest najlepszy pomysł. Jak to tak, bez pukania? Może ma gości albo jest naga albo gorzej... ma gości i jest naga. Odchrząknął i przeczesał włosy palcami. Wziął głęboki oddech i zapukał dwukrotnie do drzwi.
- Heather! Tu CON! - krzyknął po czym rozejrzał się szybko po skrzydle. Nie chciał przypadkiem wzbudzić jakiś duchów. - Con! Twój kuzyn! - dodał trochę ciszej. Kto wie? Może już go nie pamięta. Conan nie znał szczegółów wypadku Heather. Nie wiedział też w jakim jest stanie. Może już go nie pamiętała? Może on jej nie pozna? Może to nie będzie Heather i dostał podrobioną sowę?! - Mam paszteciki!! - powiedział po chwili już całkiem cicho. Może i był w skrzydle urazów, ale sam nie planował zarobić drętwotą w plecy. Nie przez te cholerne pasztety.