• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 … 16 Dalej »
[Czerwiec 1967] Jęcząca Marta

[Czerwiec 1967] Jęcząca Marta
Syn koleżanki twojej starej
We don't have to talk, We don't have to dance, We don't have to smile, We don't have to make friends
wiek
22
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Niewymowny
Ma czarne jak smoła włosy, zwykle zaczesane do tyłu, i nienaturalnie jasnoszare, przenikliwe oczy. Wyróżnia go blada cera i uprzejmy uśmiech błąkający się na ustach, który jednak nigdy nie ma odzwierciedlenia w oczach, oraz wysoki wzrost (190 cm). Jest zawsze porządnie ubrany w ciuchy z najlepszego materiału - nieważne gdzie aktualnie się znajduje i co robi. Na palcu serdecznym prawej ręki nosi duży sygnet z głową węża.

Rodolphus Lestrange
#1
26.08.2024, 22:37  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.11.2024, 06:57 przez Baba Jaga.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Czerwiec 1967

To był jego ostatni rok w Hogwarcie. Siedemnastoletni wówczas Rodolphus nie mógł narzekać na nawał nauki. Jako jeden z bogatszych dzieciaków w szkole potrafił prześlizgiwać się między kolejnymi zajęciami, nie musząc nawet robić prac domowych. Co prawda zdawał sobie sprawę, że to nie pomoże mu zdać Owutemów, lecz... Jakimś cudem się udało. Lestrange nie był głupi, nie był także przesadnie leniwy. Wolał jednak skupiać się na tych przedmiotach, które naprawdę mu się przydadzą. I, cóż tu rzec, udało się. Przyniosło to oczekiwane skutki, a teraz mógł cieszyć się wolnym. Kończył już szkołę, czekał tylko na pociąg, który jechał z powrotem do Londynu. Jeszcze kilka dni i to będzie koniec.

Normalni uczniowie z rozrzewnieniem rozglądali się po korytarzach i rozmawiali wesoło ze swoimi znajomymi. Duża część z nich spacerowała po błoniach i chłonęła przyrodę, wiedząc że nigdy więcej tu nie wrócą. Spędzili tu siedem lat swojego życia, a teraz mieli zostać wypuszczeni w dorosłość. On jednak pozostał w budynku. Wychodził właśnie z Wielkiej Sali i szedł w stronę lochów, gdzie znajdował się pokój wspólny Slytherinu. Niektórym wydawał się mrocznym i tajemniczym miejscem - nie bez powodu w końcu Ślizgoni mieli taką, a nie inną opinię wśród innych uczniów. O tym pokoju wspólnym krążyły plotki, które, cóż, mogły być celowo przesadzone. Ściany tego wnętrza wykonane były z kamienia, faktycznie nadając mu chłodny i surowy charakter. Zielone pochodnie rzucały niepewne światło, nadając pomieszczeniu tajemniczej atmosfery. Wszystko to jednak było ocieplone meblami, które charakteryzowały się elegancją i prostotą. Znajdowały się tam masywne, skórzane kanapy oraz fotele, rozmieszczone wokół dużego, kamiennego kominka. Na ścianach wisiały portrety czarodziejów, spoglądających z powagą na wszystkich wchodzących. Podłoga pokryta była grubym, zielonym dywanem, tłumiącym odgłosy kroków. Całość dopełniał duży, owalny stół, przy którym uczniowie Slytherinu mogli spędzać czas na nauce lub rozmowach. Wydawać by się mogło, że atmosfera panująca w pokoju wspólnym Slytherinu była chłodna i powściągliwa, odzwierciedlając charakter domu, który kładł nacisk na ambicję, spryt i czystość krwi - ale to nieprawda. Byli uczniami takimi, jak reszta. I chyba właśnie tego będzie mu brakować, gdy stąd wyjedzie. Świadomości, że jemu podobni, równie ambitni, rozpierzchną się po Londynie. Czy to oznaczało, że w dorosłym życiu będzie musiał szarpać się z idiotami pokroju Puchonów?

Do jego uszu dobiegł stłumiony, damski głos. Rolph zwolnił - większość uczniów była na zewnątrz. Czyżby miał znowu wpaść na Agathę? Na Merlina, ta dziewczyna wpędzi go kiedyś do grobu. Popełnił ogromny błąd, że w ogóle zaczął się z nią zadawać. Uczepiła się go jak rzep psiego ogona i nie chciała odpuścić mimo jawnego już związku z Bellatrix. Gdyby nie to, że obawiał się, że w Hogwarcie dojdzie do mordu i przez to egzaminy się opóźnią, nasłałby Trix na tę wywłokę. Ale musiał myśleć przede wszystkim o tym, by w terminie zaliczyć wszystkie egzaminy a potem opuścić Hogwart i zacząć nowe, lepsze życie.

Nie miał ochoty na konfrontację, nie dzisiaj - dlatego też skręcił za róg i pchnął pierwsze lepsze drzwi. Wślizgnął się do środka niemal bezszelestnie, a potem rozejrzał po wnętrzu. No tak, nie mógł przecież trafić do męskiej łazienki, prawda? Los lubił z niego kpić i teraz znowu pokazał swoje poczucie humoru, które było najniższych lotów. Nie miał jednak czasu na odwrót, bo odgłos kroków stawał się coraz głośniejszy. Wślizgnął się do jednej z kabin, a potem cicho przymknął drzwi. Poczeka kilka minut i wyjdzie, mając nadzieję że nie spotka nikogo.
- Dzień dobry, Marto. Jak się dziś miewasz? - młody damski głos zagłuszył kroki. Osoba, przed którą się chował, nie była Agathą. To nie był jej głos. Gorzej, że teraz nic z tym nie mógł zrobić. Jęknął w duchu, domyślając się, do którego kibla trafił.
- Och, Marie, to ty! Jak zwykle jestem nieszczęśliwa i rozpaczliwa. Nikt mnie nie rozumie i nikt nie chce ze mną rozmawiać! Tylko ty do mnie przychodzisz! - zimny, dudniąco-piskliwy głos odezwał się dopiero po chwili. Lestrange nachylił się, by wyjrzeć przez szparę między drzwiami a framugą. Jęcząca Marta. Ja pierdolę.
- Przykro mi to słyszeć, Marto. Opowiedz mi, co cię trapi, ja cię zawsze wysłucham - drobna blondynka w barwach Hufflepuffu przeszła kilka kroków i ustawiła się bokiem do kabin. Naprzeciwko niej zapewne dryfowała postać Marty. Brzydka, z wiecznie wykręconą żalem twarzą i w paskudnych okularach.
Wszystko mnie trapi! Nikt nigdy nie traktował mnie poważnie, zawsze wyśmiewano moje cierpienie. Nawet teraz, kiedy przychodzisz do mnie, czuję, że robisz to tylko z litości - Marta zawyła tak wysoko, że Lestrange tylko cudem powstrzymał się od zatkania uszu palcami.
- Nie, Marto, wcale tak nie jest. Przychodzę, bo się o ciebie martwię i chcę ci pomóc! Opowiedz mi, co się stało. Może wspólnie znajdziemy rozwiązanie? - dziewczyna albo była durna, albo wyjątkowo naiwna. Czyli w sumie durna. Co tutaj mogło się stać? Pewnie znowu uczniowie przyszli tu, by naigrywać się z jej okularów. Niektórzy żałowali Marty Warren, ale Rodolphus szczerze nią pogardzał. Skupiała się wyłącznie na sobie i swoim nieszczęściu. Nienawidził takich ludzi (i nie-ludzi), więc przez te wszystkie lata naprawdę starał się unikać tej łazienki. Oczywiście że na ostatnim roku musiał trafić akurat tu.
- Nikt nigdy nie chciał mnie wysłuchać. Wszyscy się ode mnie odwracali. Nawet moi rodzice nie rozumieli, jak bardzo cierpiałam, kiedy mnie dręczono w szkole - Marta zabuczała, lecz była wyraźnie udobruchana. Nie widział jej ale słyszał zmianę w jej głosie.
- Wiesz, że ja cię zawsze wysłucham, prawda? - zapytała dziewczyna, przestępując z nogi na nogę.
- Nikt nigdy tak do mnie nie mówił. Może rzeczywiście masz rację. Ale za każdym razem, gdy przychodzisz i ze mną rozmawiasz to zaczynam wierzyć, że nie wszyscy są źli... A potem przychodzą inni i urządzają sobie konkursy moim kosztem - dla odmiany (a jakże) głos Marty brzmiał teraz niemalże płaczliwie.
- Kto ci dokucza? Powiedz - Lestrange westchnął w duchu. Szykował się długi pobyt w damskim kiblu. IDEALNE, kurwa, popołudnie.

Rozmowa dziewczyny z Martą trwała z godzinę, jeśli nie dłużej. W tym czasie Rodolphus musiał się powstrzymywać, żeby się nie zerzygać lub po prostu nie ujawnić swojej obecności. Dawno nie słyszał takiego pierdolenia ale naprawdę nie zamierzał nikomu się tłumaczyć, czemu nagle się tu znalazł. Musiał więc czekać. I czekał. Czekał i czekał, aż w końcu usłyszał upragnione Do zobaczenia, Marto. Potem nastała cisza.

W końcu zdecydował się wyjść. Z ulgą zauważył, że nikogo w łazience nie było. Ruszył do drzwi.
- A ty co tu robisz?! TO DAMSKA TOALETA! - zastygł. Cholera jasna, zapomniał że przecież ta duszna wariatka tutaj była na stałe. Tak bardzo się nią nie interesował, że umknął mu ten szczegół.
- Wiem. Już wychodzę - nawet się nie odwrócił, ale to nic nie dało. Marta przepłynęła przez niego, powodując dziwną reakcję jego ciała. Nagle zachciało mu się płakać, wymiotować i kulić z zimna. Obrzydliwe uczucie.
- Byłeś tu i słyszałeś wszystko! - wyciągnęła przezroczysty palec w jego kierunku, marszcząc "groźnie" krzaczaste brwi. Na Matkę, jaka ona była brzydka...
- Zaraz i tak kończę szkołę i mnie już więcej nie zobaczysz - starał się brzmieć uprzejmie, ale no - nie miał wymówki na to, że faktycznie był tu od początku i wszystko słyszał.
- TO NIEŁADNIE tak podsłuchiwać! - zawyła, a on tym razem nie mógł się powstrzymać i zatkał uszy.
- Na Merlina, czy ty w ogóle potrafisz się zamknąć? Nic tylko jęczysz, ryczysz i użalasz się nad sobą - warknął, bo naprawdę tracił już cierpliwość. - Nic dziwnego, że nikt cię nie lubi!
Cóż, może nie powinien był tego mówić, ale spędził w tej zasranej łazience ponad godzinę, a ta jędza i tak go przyłapała. Wszystko go bolało od stania w tej samej pozycji, ale najbardziej to bolały go uszy i mózg od tego jej pierdolenia.

Marta zdębiała. Najpierw patrzyła uważnie na chłopaka, a potem zaczęła wyć. Nie krzyczeć, nie płakać, a dosłownie wyć. Wyć tak głośno, że pewnie słychać ją było z drugiego końca zamku.
- JAK MOŻESZ! WIESZ W OGÓLE JAK TO JEST? UMRZEĆ TRAGICZNIE I WCIĄŻ BYĆ POGARDZANĄ?! NIE WIEDZIEĆ NAWET JAK SIĘ UMARŁO?! GÓWNO WIESZ, WY WSZYSCY JESTEŚCIE TACY SAMI! POTOMKOWIE SLYTHERINA! - Marta rozpłakała się. Niematerialne łzy spływały po jej brzydkiej, okrągłej jak jej okulary twarzy. Krzywo obcięta grzywka i krzywe, grube kucyki dopełniały tego tragicznego obrazu, od którego miał ochotę podciąć sobie żyły. Nie miał co prawda przy sobie niczego ostrego, ale znał odpowiednie zaklęcie, którym mógłby zakończyć swoje cierpienie już teraz. Bo podejrzewał, że Jęcząca Marta wcale tak szybko go nie puści.
- Cóż, może trzeba było pomyśleć o tym ZANIM zamknęłaś się w kiblu by użalać się nad sobą! Może wtedy byś jeszcze żyła! - miał wrażenie, że już całkowicie stracił kontrolę nad sobą. Wypluwał z siebie kolejne słowa z nienawiścią, bo wcale nie obchodziło go jak ta szmata zginęła. Szkoda tylko, że znaleźli jej ciało - coś tak brzydkiego kalało ziemię nawet po śmierci. - Z drogi, szlamo.
Nie obchodziło go już, że znowu będzie mu zimno i będzie chciało mu się rzygać. Przeszedł przez Martę jak przez dym i chwycił za klamkę, by w końcu wyjść z tej nieszczęsnej łazienki. W okolicy nie było nikogo, ale to nie oznaczało, że zaraz ktoś tu nie przylezie, zwabiony krzykami Marty, która na szczęście postanowiła za nim nie lecieć. Odetchnął jednak z ulgą dopiero w pokoju wspólnym Slytherinu. Spojrzał na zegarek - to był czas na kolację, ale jakoś odechciało mu się jeść. Jedyne o czym teraz myślał to pozbycie się tego wstrętnego uczucia oraz tej pieprzonej rozmowy, bo jeszcze się pochoruje.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Rodolphus Lestrange (1570)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa