• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 7 8 9 10 11 … 16 Dalej »
[16.12.1960] Different kind of beautiful | Leon & Laurent

[16.12.1960] Different kind of beautiful | Leon & Laurent
Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#11
28.12.2023, 00:42  ✶  

W ten sposób... to znaczy, że nie podziwiali samych siebie. Cóż, to była akurat przypadłość bardzo typowa w tej szkole. Niektórzy nawet chodzili ze swoimi nosami nisko i... nie to, żeby tego nie rozumiał. Niekoniecznie chciał to przyjmować do swojej głowy - że można być czymś (kimś!) mniej niż perfekcyjnym, że mógłby nie spoglądać na siebie w ten sam sposób. Musiałby ulec słabości, po potknięciu już się nie podnieść. Nie. Nie chciał tego. Zgoda, rozumiał. TEN sposób. Mógł udawać, że nie wie, o co chodzi, ale teraz starał się jakoś zatrzeć dziwotę na powierzchni własnego samouwielbienia i dumy. W przeciwieństwie do Leona, on bardzo szybko się do tego braku prywatności przyzwyczaił. Wręcz było to całkowicie... ciekawe. Przyjemne? Czy słowo: przyjemne było tutaj odpowiednie? Przemilczał to.

- Mógłbyś chcieć wyjść na fajnego. - Interes w kłamstwie - czy trzeba mieć jakiś materialny? Można kłamać w różny sposób i chcieć przez to osiągnąć różne rzeczy. Wywrzeć odpowiedni efekt na świecie czy otoczeniu. Tak jak to, o czym powiedział teraz Laurent. Przecież to nie było takie nieprawdopodobne, a wręcz przeciwnie - za dużo dzieciaków kłamało, bo się czegoś wstydzili, bo nie chcieli do czegoś przyznać, bo coś tam. Kłamali, że poszli spać równo o 20, a poszli o 24. To ledwo początek wyliczanki. Tutaj mogło się pojawić kłamstwo, żeby komuś zaimponować. - Dziwna ta twoja mama. - Żeby mówić, że nie należy się bać śmierci. Jak się tego nie bać? Laurent tego nie rozumiał, bo sama myśl o Kostuchnie przyprawiała go o ciarki. Jego matka mówiła, żeby śmierci się nie obawiać, a jego swoją śmiercią pokazała, żeby bać się jej najbardziej na świecie. Bardziej niż czegokolwiek innego.

- Może. Jak chcesz to ją pytaj. - Dzieciaki potrafiły być okrutne. Nawet pewnie znaleźli się tacy, którzy z jej śmierci (Marty) drwili. Laurent tego nie mówił głośno, ale było mu jej żal - tak jak chyba każdego ducha. Nikt nie powinien doświadczać takiego losu - być wiecznie uwiązanym do własnej śmierci, stanowić cień samych siebie. To nie tak, że byli przerażający, ale w ich wieczności i trwaniu, przywiązaniu do tej Ziemi, już tkwiła jakaś szpetota. Jakaś mara, która wysuwała się z szafy jak boogyman. - Hogwart to dobra szkoła, a nie jakaś... walka o przetrwanie. - Zabrzmiał prawie na oburzonego. Obrócił się w kierunku źródła głosu, sięgając po ręcznik, ale zwolnił swoje ruchy. Leon nagle wyglądał jakoś mizernie przy tej umywalce. A może tylko mu się wydawało? - Wszystko dobrze? - Niby głupie pytanie, ale lepszego w tym momencie nie wymyślił. Obwiązał się ręcznikiem i wyszedł w jego kierunku. Wyciągnął dłoń do jego ramienia, by oprzeć ją tak... pocieszająco na barku. Krew. Zrobiło mu się tylko trochę słabo na jej widok, bo nie było jej dużo. - Mam wołać pielęgniarkę? Zaprowadzić cię do skrzydła szpitalnego? - Dopytywał z niepokojem. Ze strachem, który zabrzmiał w jego głosie i pojawił się w jego oczach. Krew nigdy nie wróżyła niczego dobrego. Nawet nie ważne, że był teraz mokry. Że pewnie zostawił mokry ślad na jego koszuli. Teraz niewiele było ważne oprócz tego, że ze znajomo-nieznajomym Leonem działo się coś bardzo niedobrego. Że ewidentnie potrzebował pomocy.

Widmo z Biura
The end
Of the sane world of men
Now I question all that I have seen
Is this is a spectre or a dream
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Leon to czarodziej obdarzony przeciętnym wzrostem (179 cm) i przeciętnej budowie ciała. Ciemny brąz włosów tego czarodzieja kontrastuje z jego bladą i zimną skórą oraz niebieskimi tęczówkami. Ubiera się przeważnie w ciemne i stonowane kolory szat czarodzieja, choć często nosi wyłącznie mugolskie ubrania. Na pierwszy rzut oka może sprawiać wrażenie bardzo słabowitego, co ma związek z ciążącą na nim niczym klątwa chorobą genetyczną.

Leon Bletchley
#12
30.12.2023, 00:57  ✶  

Dla niego niedoskonałość była naturalna i w jakimś stopniu pożądana. Świadczyła ona o byciu człowiekiem. Pozostawał świadomy wszystkich swoich zalet i wad. Tego, że z powodu choroby i wszystkich powiązanych z nią problemów nie cieszy się przyzwoitą kondycją i nigdy nie będzie się cieszyć. Za to mógł poszczycić się tęższym umysłem i pozostałymi swoimi talentami. Przyjaźnił się z ludźmi, którzy akceptowali go takim, jakim jest i starali się go wspierać.

— Ja jestem fajny. A przynajmniej tak twierdzą moi przyjaciele. — Pomimo bycia osobliwym pozostawał lubiany przez sporą część uczniów. Zdanie pozostałych nie miało znaczenia, gdyż nigdy nie było tak, że było się lubianym przez wszystkich i nigdy nie będzie tak. Daleki był od podejmowania prób zaimponowania komukolwiek.

— Niegrzecznie jest wypowiadać się w ten sposób o mojej mamie, nauczającej wróżbiarstwa w tej szkole i będącej całkiem znaną w pewnych kręgach spirytystką. — Pozwolił sobie na stanowcze upomnienie, nie okazując jednak przy tym złości. Wyrobienie sobie własnego zdania na dany temat nie zawsze oznaczało, że należało je wygłosić. Czasami warto ugryźć się w język. Pozostawał świadom tego, jakie opinie krążą po szkole o jego matce. Na miarę możliwości stara się z tym walczyć. Tak jak teraz. Obcowanie z duchami wpływało na postrzeganie śmierci jako kolejnego etapu w życiu każdego człowieka, czegoś, czego nie powinno się bać jeśli wiodło się odpowiednio dobre życie i nie miało się niedokończonych spraw.

Jeśli zdecydowałby się zapytać o to Marthę to nie po to, aby z niej drwić. Przy bliższym poznaniu ona mogłaby się okazać zupełnie inną istotą. Może gdyby udało mu się z nią zaprzyjaźnić to wyniknęłoby z tego coś dobrego. Jak choćby to przekonanie jej do tego, aby zaprzestała podglądania innych uczniów, rzadziej zalewała łazienki i może stałaby się odrobinę... milsza w obyciu.

— Czasami mam inne wrażenie co do tego. — Wymruczał pod nosem. W oparciu o swoje doświadczenia miał podstawy ku temu aby twierdzić, że Hogwart to obóz przetrwania. Może nie groziło mu śmiertelne niebezpieczeństwo, jednak często musiał przeciskać się przez zatłoczone korytarze, pokonywać niezliczone kondygnacje schodów w swoim stałym tempie zawsze musząc po dotarciu na dane piętro odpocząć i liczyć na to, że pozostali Krukoni nie zjedzą tego na co akurat ma ochotę zanim dotrze do Wielkiej Sali na ucztę. Regularnie toczył nierówną walkę z praktycznymi dziedzinami magii. Pomimo tego, że uzdrowiciele zalecali jego rodzicom edukację domową, uznali oni że edukacja w Hogwarcie będzie dla niego odpowiednia. Bo to nie tylko miejsce nauki, ale także nawiązywania przyjaźni na całe lata. Za co był im bardzo wdzięczny, bo to najlepsze lata jego życia.

— Mhm... bywało lepiej. — Wymruczał znów. Nie chciał straszyć Laurenta ani opowiadać, ile razy dopadały go duszności po nawet niewielkim wysiłku fizycznym, jak bardzo czuje się zmęczony i osłabiony. Nie znali się na tyle, aby to miało miejsce. Trudno aby było dobrze, kiedy choroba dawała o sobie znać. Pełen pocieszenia gest wydał mu się całkiem miły, podnoszący na duchu. Docenił to. Z wyrażeniem swojej wdzięczności będzie musiał chwilę poczekać.

— Proszę, zaprowadź mnie do skrzydła szpitalnego. Jak już się ubierzesz. — Poprosił. Szkolna pielęgniarka doskonale wiedziała o jego przypadłości. Regularnie bywał w skrzydle szpitalnym, ilekroć poczuł się gorzej albo przypadał czas zażycia regularnie przyjmowanych eliksirów. Laurent nie mógł iść z nim do skrzydła szpitalnego w samym ręczniku. Mokra od wody koszula nawet nie znajdowała się na liście jego zmartwień.

Lukrecja
Are you here looking for love
Or do you love being looked at?
wiek
sława
V
krew
czysta
genetyka
selkie
zawód
magizoolog
Wygląda jak aniołek. Jasnowłosy, wysoki (180cm), niezdrowo chudy blondyn o nieludzko niebieskich jak morze oczach. Zadbany, uczesany, elegancko ubrany i z uśmiechem firmowym numer sześć na ustach. Na prawym uchu nosi jeden kolczyk z perłą.

Laurent Prewett
#13
31.12.2023, 13:00  ✶  

Ach, złota przyjaźń i złote zasady. Szanuj siebie i swoich bliźnich, a w zamian dostaniesz to samo! Słodkie wartości, które gdzieś przemykały obok Laurenta i sprawiały, że chciał do nich dobrnąć, dostać się. Złapać je palcami. Łapał jednak z daleka jak motyle w siatkę. A potem wypuszczał. Podziwiał ulotność i podziwiał piękno, pożądając z jednej strony, z drugiej trzymając się ram, w które został włożony. Znał chłopaka, którego ramy były wiecznie niszczejące i budujące się na nowo. Był ciekawym okazem - innym, odcinającym się od realiów na własnych zasadach. W przyszłości miał go uważać za szaleńca i inspirację niektórych z podejmowanych kroków. A Leon? Dziwak. Absolutny dziwak, ale przy tym taki miły dziwak. Jeden z tych, co nie rozumiesz, co robią, ale nie wytykają cię palcami, opowiadają ci okropne historie o śmierci i duchach, ale jednocześnie ciągle się rumienią i są co rusz zakłopotani. Mógłby się z nim kolegować? Pewnie nie. Chyba nie był czystej krwi. A może? Laurent zastanawiał się jakby to było, gdyby wszedł z nim pod prysznic...

- Chyba nie poskarżysz. - Chyba. Bo mógł poskarżyć. W sumie też by bronił swojej mamy, gdyby ktoś się tak o niej wypowiedział, ale przecież nie powie teraz tego na głos. - Twoja mama uczy mnie wywoływania duchów. Mówi, że mam talent. - I że lepiej go rozwinąć i nad nim zapanować, bo może sprawiać w przyszłości kłopoty. Zresztą Laurent chciał się uczyć o duchach, bo to było nierozerwalnie związane z jego zainteresowaniem magicznymi istotami. Duchy, poltergeisty i inne tego typu stwory - to wszystko w końcu wliczało się do tej kategorii. Traciło to wszystko na znaczeniu i zapadało się w sensie w obliczu tego, że Leon ewidentnie źle się czuł. Co racja to racja - wybór tego, żeby nie opowiadać Ślizgonowi o swoich przypadłościach był wyborem mądrym, bo Laurent zacząłby panikować i sam zaraz by tu zemdlał. A tak - była krew z nosa, on nie rozumiał, co się dzieje, ale skoro nie wiedział - mógł działać. Czasem niewiedza była błogosławieństwem.

- Już lecę! Usiądź sobie może! - Obejrzał się za jakąś ławką, żeby przysiąść, ale zamiast mu pomóc przysiąść to poleciał do swoich szat, żeby się ubrać w tempie błyskawicznym. Wytarł się o tak - byle jak, wsunął na siebie ubranie, nawet nie wiązał krawatu ani nie dopinał do końca koszuli. - Oddychasz? Nie krwawisz? Możemy iść? Może mam sam pobiec po pielęgniarkę? - Dopytywał jeszcze gorączkowo, zanim ze swoimi rzeczami pod pachą i trzymając ostrożnie Leona powędrował z nim do skrzydła szpitalnego.


Koniec sesji


○ • ○
his voice could calm the oceans.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Laurent Prewett (4263), Leon Bletchley (3214)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa