Niekiedy nie trzeba było nawet wchodzić w interakcję z Esmé, aby zrozumieć, że jest on, eufemistycznie rzecz ujmując, specyficznym jegomościem. Niczym bohater taniej opowieści - miał swoje specyficzne upodobania, które oczywiście były absurdalne dla zwyczajnego, szarego człowieka, jakoby specjalnie, by podkreślić unikatowość takiej persony, jaką przecież był. No bo naturalnie, że był. Niezależnie jakby ugryźć temat - Rowle był dziwakiem. Tak po prostu. To co go odróżniało od innych dziwaków, to fakt, że swoją dziwność nosił z dumą. Był zupełnie szczery w swej specyficzności. Kochaj mnie lub nienawidź - mi to obojętne. Reaguj.
Ta cecha nazywana była bardzo tajemniczo i, ponownie, eufemistycznie - nonszalancją. Łamaniem schematów bez przejmowania się konsekwencjami. Jak wiele rzeczy było owijanych w ładne słówka, by nie brzmiały... zwyczajnie durnie. Głupio. Bo żaden mądry człowiek nie uśmiechał się do siebie, gdy słyszał dudnienie oddalonych grzmotów. Nikt inteligentny nie planował gdzie wyruszy, by zaznać burzy najlepiej, poczuć jej moc. Nikt o zdrowych zmysłach nie zamierzał wychodzić w taką pogodę dla zwyczajnej frajdy. Bez dodatkowego okrycia, zdany na bezlitosną pogodę.
I po co to wszystko? Dobre pytanie. Rzemieślnik, gdyby zapytany, najpewniej wzruszyłby ramionami, rzucając od niechcenia "to ciekawe". I... tyle. Burze były ciekawe. Były tym ciekawsze, że burzę poprzedzała cisza. Słynna cisza. Cisza ta odbijała się nie tylko w naturze, chociaż... człowiek przecież był zwierzęciem. Cisza odbijała się również w ludziach. W klientach dokładniej, którzy tym mniej chętnie zamierzali nawiedzić nieco śmierdzącą pracownię "mistrza" Rowle. Mistrz. Bardzo przyjemne określenie na zdziwaczałego kaletnika używane przez parę starszych dżentelmenów, którzy stanowili, z jakiegoś powodu, stałą klientelę Skóry i Kości. I to nie tak, że gdy pogoda była piękna, to interes rzemieślnika pękał w szwach. Właściwie... niewiele się zmieniało, ale gasła nadzieja, że zaraz ktoś wejdzie i złoży specyficzne zamówienie.
Dlatego i tym razem, gdy pierwsze grzmoty uderzyły blisko, a chmura się zerwała, to i Esmé się zerwał, lecz z fotela. Wyczekując tego momentu w bardzo dziecinny sposób. I tyle frajdy było naprawdę czymś, w piekielnie nudnym życiu jakie wiódł. Nudnym w odczuciu jego właściciela. Naprawdę nie miał uzasadnienia dlaczego lubił burze. Ciekawość to jedyne co przychodziło mu do głowy. Ekscytacja. Ale dlaczego? Najpewniej z zaciekawienia.
Nie ubierał się na tę pogodę. Ubierał się tak, jakby wychodził na zwyczajny spacer. Brudną od pracy koszulę zdjął z siebie, rozpinając jedynie rękawy i ściągając przez głowę, by później rzucić ją w kąt pracowni. I tak musi zostać wyprana. Wymienił ją na, jakżeby inaczej, inną białą koszulę ze swojej sterty białych, niemalże identycznych koszul. Lubił je. I tyle było ku temu. Ciemnobrązowe spodnie otrzepał z kurzu, którego oczywiście na nich nie było i jeszcze w drzwiach przypomniał sobie o nożyczkach, które były w tylnej kieszeni, tak samo notes i ołówek. Odłożył rzeczy, zgarnął brązową, luźną marynarkę na siebie i wyszedł, zamykając pracownię na klucz.
Sekretem całego planowania "co zrobi", gdy nadejdzie burza było to, że nic nie planował konkretnie. Zamierzał wyjść i dać się ponieść. Obrać kierunek, w którym jest ciekawszy widok i tam właśnie wyruszyć. I tak było tym razem, smagany podmuchami wiatru i strugami deszczu, w akompaniamencie trzasków piorunów, szedł przed siebie ulicą Horyzontalną. Nie zaszedł daleko. Widok stał się wystarczająco satysfakcjonujący już niedaleko. Ironicznie, burza była brzydsza nawet po stronie Nokturnu. Wystarczyło wyjść na tę "lepszą" stronę ulicy i... widok stawał się piękniejszy. Wystarczyło zasiąść na ławce, która cudownie skierowana była w kierunku dopiero zbliżających się chmur. Tak, zbliżających się. Burza trwała w najlepsze, a to wciąż nie był moment kulminacyjny. Nawet jeżeli piorun nigdy nie był osamotniony. Błysk i trzask.
Rozsiadł się na jakiejś ławce, naprzeciwko jakiejś kamienicy, jakiś kawałek od swojej pracowni. Nie zwracał uwagi na takie rzeczy, zapatrzony w burzę tak, jak niekiedy bywało dziecko w ogień. Bez powodu. Z czystej ciekawości. A może z fascynacji destruktywną siłą? Może. Nigdy się nad tym nie zastanawiał. Unikał zastanawiania się nad rzeczami, które sprawiały mu przyjemność. Grzebanie w tej mechanice często powodowało, że coś przestawało mu sprawiać przyjemność. Po co drążyć ten temat? Nie każda wiedza była do poznania. Nie każdy kamień do przewrócenia. Pewne rzeczy lepiej, gdy pozostawały niewyjaśnione. Rowle nie wiedział dlaczego lubił burze, ale wiedział, że zdecydowanie nie chce dojść do sedna. Czuł to w sobie.
Teraz o niczym nie myślał. Rozłożył ramiona na oparciu ławki, odchylił głowę do tyłu i patrzył w ciemne chmury z których co jakiś czas wyłaniał się grom. Przemoczony do suchej nitki i nieco zmarznięty siedział zadowolony, uśmiechając się do siebie głupkowato. Nieznacznie. Podkreślając tę drobną przyjemność, którą sprawiała mu ta absurdalna sytuacja. Dla niego, tak po prostu, było to miłe popołudnie.