W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, gdy zaczyna żałować wszystkiego, co sprowadziło go do konkretnego momentu jego życia. Zaczyna żałować tego, co pamięta, ale również tego, co zatarło się mgiełką zapomnienia, czy to z prostego powodu, że nie chciało się o tym pamiętać, czy z innego powodu. Po prostu budzisz się i zaczynasz żałować, że podjąłeś taką czy inną decyzję, ale nie ma odwrotu. Stało się to, co się stało, a przecież przeszłości już nie zmienisz. Nie masz takiej możliwości, nieważne, jak bardzo być tego pragnął.
Moment ten nazywany jest kacem.
I właśnie z tym okropnym kacem Jessie obudził się w dość... niewygodnych... warunkach. Z pulsującymi z bólu skroniami, z suchością w gardle, skręcającym się we wszystkie strony żołądkiem i nieprzyjemną wonią, wdzierającą się w nozdrza, wykrzywiającą twarz. Jego powieki zdawały się za ciężkie, by były w stanie unieść się o własnych siłach i było jeszcze coś, co go irytowało.
Irytujące chrum chrum nad jego głową i coś ciepłego, niby gładkiego, ale łaskoczącego, jakby pokrytego włoskami, dotykającego jego policzków i włosów.
Młody Kelly w końcu zdołał otworzyć oczy i aż podskoczył, widząc tuż nad swoją twarzą zaokrąglony, świński ryjek. Świnia odskoczyła, kwicząc szalenie i podskakując, jakby coś ją parzyło w racice. Jessie syknął, przyciskając palce do skroni, i rozejrzał się powoli.
Jakkolwiek na to nie spojrzeć, był w oborze. Oborze utrzymanej we względnym porządku (na tyle względnym, o ile mógł być w oborze), w którym żyło sobie stadko różowych, chrumkających świnek, teraz wpatrujących się w niego swoimi małymi, czarnymi oczkami. O zgrozo, Jessie siedział tuż obok obornika.
Co, na Merlina?
Jak on się tu znalazł? Moment... Wspomnienia powoli, jedno po drugim, zaczynały wracać, potęgując irytujący ból głowy.
Był w barze. Miał zamiar posiedzieć tylko chwilę, napić się kilku drinków i wrócić do domu. Taki był plan, dopóki nie spotkał kogoś znajomego. Chwila, kto to był? Jessie rozejrzał się jeszcze raz i jego wzrok zatrzymał się na drugiej osobie, która wraz z nim znalazła się w oborze.
Eryk Rookwood.
-Proszę pana - Jessie kucnął przy komorniku i potrząsnął jego ramieniem -proszę się obudzić.
Świnki zbiegły się w jeden kąt obory, wgapiając się w nich intensywnie, uderzając raciczkami o podłogę, chrumkając nerwowo i kręcąc ryjkami. Jedna z nich, któreś z młodych, w jednej chwili dostała jakiegoś ataku paniki - zaczęła biegać po całej oborze i kwiczeć, jakby żywcem zdzierali jej skórę.
-Ćśśś - Jessie zwrócił się, trochę spanikowany, do świnki, przykładając palec do ust. -Spokojnie, my ci nic-
Nie dane było mu dokończyć zdania, gdyż drzwi do obory otworzyły się, wpuszczając do środka więcej świeżego powietrza, porannego światła... i cień, należący do właściciela obory.
Mężczyzna zamarł, z wyjątkowo głupią miną, spoglądając to na świnki, to na Jessiego, to na Eryka, a jego twarzy zrobiła się wpierw blada, potem zielona, sina i czerwona.
Szykował się wybuch.