• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
1 2 3 Dalej »
[07.07.1972, niedaleko Londynu] Eryk & Jessie | O ty świnio!

[07.07.1972, niedaleko Londynu] Eryk & Jessie | O ty świnio!
Czarodziej
Less colours but still colorful
wiek
21
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Średniego wzrostu (174 cm), lekko umięśniony. Włosy ma w kolorze ciemnego brązu, zazwyczaj schludnie ułożone, z opadającymi na oczy w barwie orzecha laskowego kosmykami. Nos ma lekko zadarty, na słońcu wychodzi mu te kilka piegów, zdobiących jego policzki.

Jessie Kelly
#1
30.07.2024, 11:46  ✶  

W życiu każdego człowieka przychodzi taki moment, gdy zaczyna żałować wszystkiego, co sprowadziło go do konkretnego momentu jego życia. Zaczyna żałować tego, co pamięta, ale również tego, co zatarło się mgiełką zapomnienia, czy to z prostego powodu, że nie chciało się o tym pamiętać, czy z innego powodu. Po prostu budzisz się i zaczynasz żałować, że podjąłeś taką czy inną decyzję, ale nie ma odwrotu. Stało się to, co się stało, a przecież przeszłości już nie zmienisz. Nie masz takiej możliwości, nieważne, jak bardzo być tego pragnął.

Moment ten nazywany jest kacem.

I właśnie z tym okropnym kacem Jessie obudził się w dość... niewygodnych... warunkach. Z pulsującymi z bólu skroniami, z suchością w gardle, skręcającym się we wszystkie strony żołądkiem i nieprzyjemną wonią, wdzierającą się w nozdrza, wykrzywiającą twarz. Jego powieki zdawały się za ciężkie, by były w stanie unieść się o własnych siłach i było jeszcze coś, co go irytowało.

Irytujące chrum chrum nad jego głową i coś ciepłego, niby gładkiego, ale łaskoczącego, jakby pokrytego włoskami, dotykającego jego policzków i włosów.

Młody Kelly w końcu zdołał otworzyć oczy i aż podskoczył, widząc tuż nad swoją twarzą zaokrąglony, świński ryjek. Świnia odskoczyła, kwicząc szalenie i podskakując, jakby coś ją parzyło w racice. Jessie syknął, przyciskając palce do skroni, i rozejrzał się powoli.

Jakkolwiek na to nie spojrzeć, był w oborze. Oborze utrzymanej we względnym porządku (na tyle względnym, o ile mógł być w oborze), w którym żyło sobie stadko różowych, chrumkających świnek, teraz wpatrujących się w niego swoimi małymi, czarnymi oczkami. O zgrozo, Jessie siedział tuż obok obornika.

Co, na Merlina?

Jak on się tu znalazł? Moment... Wspomnienia powoli, jedno po drugim, zaczynały wracać, potęgując irytujący ból głowy.

Był w barze. Miał zamiar posiedzieć tylko chwilę, napić się kilku drinków i wrócić do domu. Taki był plan, dopóki nie spotkał kogoś znajomego. Chwila, kto to był? Jessie rozejrzał się jeszcze raz i jego wzrok zatrzymał się na drugiej osobie, która wraz z nim znalazła się w oborze.

Eryk Rookwood.

-Proszę pana - Jessie kucnął przy komorniku i potrząsnął jego ramieniem -proszę się obudzić.

Świnki zbiegły się w jeden kąt obory, wgapiając się w nich intensywnie, uderzając raciczkami o podłogę, chrumkając nerwowo i kręcąc ryjkami. Jedna z nich, któreś z młodych, w jednej chwili dostała jakiegoś ataku paniki - zaczęła biegać po całej oborze i kwiczeć, jakby żywcem zdzierali jej skórę.

-Ćśśś - Jessie zwrócił się, trochę spanikowany, do świnki, przykładając palec do ust. -Spokojnie, my ci nic-

Nie dane było mu dokończyć zdania, gdyż drzwi do obory otworzyły się, wpuszczając do środka więcej świeżego powietrza, porannego światła... i cień, należący do właściciela obory.

Mężczyzna zamarł, z wyjątkowo głupią miną, spoglądając to na świnki, to na Jessiego, to na Eryka, a jego twarzy zrobiła się wpierw blada, potem zielona, sina i czerwona.

Szykował się wybuch.

Sexy Bailiff Superstar
just get a grip and scratch this mercy off like lice
real love's unforgiving
wiek
48
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Komornik
Dojrzały mężczyzna słusznego wzrostu 165 cm, zazwyczaj poruszający się w butach dodających mu dobre dwa cale. Jego posiwiałe włosy wciąż błyszczą dawnym brązem, podkrążone oczy — czernią. Pachnie palonym tytoniem, skórą i drzewem sandałowym.

Albert Rookwood
#2
01.09.2024, 00:01  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2024, 00:14 przez Albert Rookwood.)  
Ręka zaciśnięta na jego ramieniu naraz wyrwała go z duszącej pustki płytkiego snu. Chłód chropowatej cegły tak cudownie pieścił jego śliski od potu policzek, nie chciał otwierać oczu, nie miał siły na otwieranie oczu, ale zrobił to — trupio wytrzeszczone, przekrwione ślepia spoczęły na twarzy młodego człowieka, który wcale nie okazał się obcy, lecz wręcz przeciwnie. Był absolutnie, dokumentnie nie-obcy. Dlaczego tak dobrze go pamiętał? Co oni, kurwa, wczoraj robili?

...ruchali się? On i, uh, James ruchali się wczoraj? Nie, to niemożliwe. Kelly był brudasem-klątwołamaczem na stażu w Banku, Albert pracował zbyt blisko niego. Albert nie był aż taki głupi, Albert nigdy nie srał do własnego gniazda.

Krzywiąc się pod ciężarem nieboskiej łupanki pod czerepem, przesunął wzrokiem po sylwetce chłopaka, usmarowanej gnojem, rzygiem i procentem. Był szczupły, urodziwy i... chyba nastoletni? Nawet teraz, gdy twarz miał opuchniętą i zielonkawą od tragicznego zatrucia alkoholem, dostrzegał w jego rysach czarującą delikatność i luksusową świeżość, za możliwość przelizania której dałby się pokroić. No dobrze, może to była przesada, ale bez najbledszych wątpliwości szczodrze sypnąłby za taką szansę swoim ciężko zarobionym galeonem.

Dobrze, kurwa, niech już będzie — jakkolwiek idiotycznie to nie brzmiało, upojna (albo upojona) noc z Kellym była jednym z całkiem realnych elementów ciągu wydarzeń, którego ekstatycznym finałem była pobudka w tym zasranym chlewie. Cóż, jakiegokolwiek fikołka by nie odstawił, wiedział, że wyjdzie z tego wszystkiego cało, jeśli tylko zachowa zimną krew. Nie może dać po sobie poznać, o czym właśnie myślał.

Zmrużył oczy, z trudem podnosząc się do siadu. Stojąca przy nim maciora cofnęła się trwożliwie na tych swoich krótkich, tłustych nóżkach.
- Ja pierdolę - mruknął, przykładając lepką od błota i gówna dłoń do skroni. - Ja pierdolę, chyba umieram.
Istotnie — wewnętrznie czuł się czysty, niebezpiecznie czysty. Jakby wypił co najmniej szklankę wybielacza. Kompletna trzeźwość niebezpiecznie drażniła wszystkie jego nerwy, paliła go w przełyku i rozregulowywała pracę niepokojąco rozdętych flaków. Tak być nie może, potrzebował utopić tego kaca w pincie piwa, najlepiej w trzech. Doprawiłby to kreską magicznego pyłu i cyk, kurwa, fiku-miku, trala-lala i shazam — stopniowe schodzenie na ziemię, łagodne jak cuchnąca szczochem bryza znad Tamizy i mięciutkie jak cycki Imogen.

Niechętnie odwrócił myśli od błogiego wspomienia nabrzmiałych krągłości żony swojego bratanka, żeby rozejrzeć się po chrumkającej oborze.
– Kelly, kurwa, daj mu biegać, jak chce biegać – Niezgrabnie wygrzebał różdżkę zza pazuchy, musiał pozbyć się tego brudu. – I nie mów do mnie per "pan", nie jestem jeszcze taki staa-aah...

Wybuch.

Na ułamek sekundy ściany chlewu zginęły w przerażającym błysku śnieżnobiałego światła, gdy dezorientujący huk prawie rozerwał im bębenki w uszach.

Albert westchnął z ulgą; bladoróżowa mgiełka leniwie opadała na ziemię przy drzwiach wejściowych, mieniąc się w porannym słońcu niby świeża rosa. Farmer był martwy, jego wnętrzności rozerwane na cząsteczki siłą eksplozji, która pozostawiła po sobie jedynie złowrogie cienie na okolicznych deskach.
- KELLY! UCISZ TE ŚWINIE KURWA - przekrzykiwał głośny pisk w głowie i jeszcze głośniejsze kwiki pogrążonej w panice trzody.
Czarodziej
Less colours but still colorful
wiek
21
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Średniego wzrostu (174 cm), lekko umięśniony. Włosy ma w kolorze ciemnego brązu, zazwyczaj schludnie ułożone, z opadającymi na oczy w barwie orzecha laskowego kosmykami. Nos ma lekko zadarty, na słońcu wychodzi mu te kilka piegów, zdobiących jego policzki.

Jessie Kelly
#3
01.09.2024, 10:28  ✶  

-Nie, nikt jeszcze nie umarł. Obaj jesteśmy bardziej, niż żywi - powiedział, podnosząc się powoli i odsuwając od mężczyzny, żeby dać mu trochę więcej przestrzeni do oddychania i ogarnięcia trochę za szybko uderzającej świadomości.

Trzeba było uciszyć te świniaki. Ich paniczne kwiczenie potęgowało wywołany kacem ból głowy i mogły zwabić do obory ich właściciela, który z całą pewnością nie byłby zadowolony, że dwóch nieznajomych gości postanowiło zrobić sobie z jego obory darmowy hotel wątpliwej jakości.

No i przydałoby się ogarnąć samego siebie, ale może najpierw świnki - kto wie, jak by zareagowały na magię.

Prosiaczek, który omal nie wydrążył w oborze rowu swoim bieganiem, uderzył ryjkiem o ścianę chlewu, opadł niemal teatralnie na wszędobylskie siano, podniósł się, potrzasnął łebkiem, ale już nie uciekał. Przynajmniej przestał kwiczeć.

-No już, spokojnie - Jessie zbliżył się powoli do małego świniaka, który skulił się, widząc zbliżającego się człowieka. -Nic ci nie zrobimy.

Matka nie ruszyła jeszcze na ratunek dziecku. Przynajmniej tyle dobrego.

-Staram się je uspokoić - odpowiedział komornikowi. -Cholera, zaraz pewnie przyjdzie gospodarz. Cholera jasna.

Jak oni w ogóle znaleźli się tu razem? Jak dużo wypili? Dlaczego po prostu nie wrócili do swoich domów? Było jeszcze kilka pytań, które nieszybko miały doczekać się swoich odpowiedzi, ale nie był to dobry moment na wymuszanie wspomnień, gdy skroń łupała niemiłosiernie, a żołądek ostrzegał, że wkrótce zakończy swoją własną imprezę i będzie musiał wyrzucić nieproszonych gości.

Prosiaczek chyba za bardzo się bał znowu uciekać, bo grzecznie (chociaż raciczki mu się trzęsły) stał w miejscu i nawet pozwolił się pogłaskać i przy tym nie zemdlał. Zostało jeszcze uciszyć pozostałe świniaki. I zapewne plan ten zostałby wcielony w życie, gdyby nie pojawił się ON.

Gospodarz.

Odziany w swój najlepszy strój roboczy, z kapeluszem krzywo nałożonym na głowę, z wykałaczką wciśniętą między krzywe, pożółkłe zęby i widłami, na których zaciskały się brudne od pracy ręce.

Jessie zerknął jeszcze szybko na Eryka, zanim zwrócił się do gospodarza.

-Proszę pana - zaczął powoli -wiem, że to wygląda co najmniej dziwnie, ale jesteśmy w stanie to wyjaśnić.

W końcu byli w stanie to wyjaśnić - upili się i zamiast grzecznie wrócić do domów, urządzili sobie piesze wycieczki.

Gospodarz najwidoczniej nie był chętny do słuchania opowieści, bo po szybkich oględzinach, grymasie, który pojawił się na jego twarzy, gdy jego wzrok padł na Eryka, i jeszcze jednym spojrzeniu na świnki, jego twarz w trzy sekundy zmieniła kolor cztery razy i jego głos rozbrzmiał po całej oborze, jak i nie dalej.

-HULTAJE! ANCYMONY JEDNE! CO WYŚCIE NAROBILI?! MOJE ŚWINKI TAK WYSTARSZYLIŚCIE! PATRZ, JAKIE SĄ PRZERAŻONE!

-Proszę pana...

-MIĘSO IM STWARDNIEJE! GORZKIE BĘDZIE! JAK JA JE TERAZ SPRZEDAM?! WY! ZAPŁACICIE MI-

Wybuch był czymś, czego Jessie absolutnie się nie spodziewał. Gdyby to była mugolska kreskówka, gospodarz po prostu eksplodowałby z gniewu, ale to nie była mugolska kreskówka. I jak do tej pory twarz Jessiego była zielonkawa, tak teraz była kompletnie blada.

Gospodarz był martwy. MARTWY! I nie był to zawał. Nie była to starość.

TO BYŁO, KURWA, ZAKLĘCIE!

-Ty... Czy to... Czy ty go właśnie zabiłeś? - odwrócił się do Eryka, kompletnie zszokowany. -Dlaczego to zrobiłeś? O Merlinie, co teraz? - złapał się za głowę. -Kto to z pewnością usłyszał. Jego żona pewnie zacznie się martwić i tu przyjdzie. Eryk, coś ty sobie myślał?! - nie krzyczał pełnią swojego głosu, ale był to cichy krzyk.

Wszystkie świniaki zemdlały. Nie z wrażenia - ze strachu.

Sexy Bailiff Superstar
just get a grip and scratch this mercy off like lice
real love's unforgiving
wiek
48
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Komornik
Dojrzały mężczyzna słusznego wzrostu 165 cm, zazwyczaj poruszający się w butach dodających mu dobre dwa cale. Jego posiwiałe włosy wciąż błyszczą dawnym brązem, podkrążone oczy — czernią. Pachnie palonym tytoniem, skórą i drzewem sandałowym.

Albert Rookwood
#4
05.09.2024, 18:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2024, 12:26 przez Albert Rookwood.)  
"Jesteśmy bardziej, niż żywi" - to był zaskakująco dobry opis tego, przez co właśnie przechodzili. Pokiwałby głową z respektem, gdyby każdy, najmniejszy ruch nie wywoływał u niego paskudnych mdłości. Istotnie, w posiadaniu ciała krył się pewien horror i w tym właśnie momencie był boleśnie mocno jego świadomy - ot, cuchnąca przywara latami rozkładającego się mięsa więziła w sobie jego duszę, już od dobrych trzydziestu pięciu lat ledwo rozpoznawał się w lustrze. Jego skóra zdawała marszczyć się i obwisać we wszystkich złych miejscach, jego linia włosów cofała się powoli, ale nieubłaganie, jak Morze Północne w odpływie, a grube, czarne włosy niby małe larwy tkwiły w mieszkach włosowych na jego twarzy już minuty po zgoleniu ich na zero, na minus jeden; paskudniał z wiekiem. Ale przed tym nie było ratunku.

Nie było ratunku, prawda?

Westchnął głęboko, patrząc na spanikowanego Kellyego, którego pizdowata reakcja całkiem go zaskoczyła. Phineas nigdy by się tak nie zachował. Wychował go na twardego faceta, nie jak te współczesne zniewieściałe chłopaczki.
- Nikt nie będzie mi mówić, że świniom mięso twardnieje na mój widok - odparł na tyle zmarnowanym tonem, że nie sposób było zgadnąć, czy żartuje. - Uspokój się do chuja i sprawdź, czy czegoś nie zgubiłeś. Wysadzenie mugola albo dwóch to nie jest żadna zbrodnia. Cholera, jak cie to tak stresuje, to mogę sprzątnąć też jego dzieci, ojców, wujków... Świnie chociaż można zjeść, ale ich? Nawet mięsa, kurwa, nie marnujemy.

Wygrzebał się z błota i wstał z trudem, desperacko chwytając się wystającej ze ściany rurki, która ugięła się niepokojąco pod jego ciężarem.
- Nikt nie widział, co tak naprawdę się stało, a jakieś plotki to nie problem dla amnezjatorów do rozwiązywania. Z resztą, im mniej tego ścierwa na świecie, tym lepiej dla nas - kontynuował, rozglądając się po miejscu, w którym się obudził, aby samemu przypadkiem nie zostawić czegoś po sobie na miejscu przekomicznej zbrodni. - Uhh... Chcesz się teleportować ze mną? Mógłbyś się u mnie doprowadzić do porządku, zanim pokażesz się rodzinie.
O tak, świetny plan! W zaciszu swojego londyńskiego mieszkania dyskretnie podpyta go o to, czy powinien mu zapłacić za wczorajszą noc.
Czarodziej
Less colours but still colorful
wiek
21
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Klątwołamacz
Średniego wzrostu (174 cm), lekko umięśniony. Włosy ma w kolorze ciemnego brązu, zazwyczaj schludnie ułożone, z opadającymi na oczy w barwie orzecha laskowego kosmykami. Nos ma lekko zadarty, na słońcu wychodzi mu te kilka piegów, zdobiących jego policzki.

Jessie Kelly
#5
06.09.2024, 10:50  ✶  

Nawidoczniej nie każdy był takim skostniałym skurwielem, żeby odwrócić głowę i machnąć ręką, kiedy właśnie wysadziłeś mu człowieka przed twarzą.

-Ciesz się, że chociaż im twardnieje - mruknął pod nosem i faktycznie sprawdził, czy czegoś nie zgubił.

Na szczęście wszystko było na swoim miejscu, może poza dobrym humorem i odrobina godności.

-Oczywiście, bo przecież każdy teraz wychodzi na ulicę i zabija przynajmniej jednego mugola zaraz po wypiciu filiżanki herbaty i zapaleniu papierosa. Pomijając to, czy był mugolem, czy nie, był człowiekiem. Czy ciebie to w ogóle interesuje?

Czy ze wszystkich możliwych osób naprawdę musiał trafić tu akurat z nim?

-Proszę cię, nie zabijaj więcej ludzi, dobrze?

Co to się porobiło z tym światem, że niektórym najwidoczniej trzeba było (i pewnie nie raz trzeba będzie) przypominać, że zabijanie było zbrodnią. Już nieważne, czy był to czarodziej jakiegokolwiek statusu krwi, mugol, mugolak, czy charłak. To byli ludzie. Niby co dawało takiemu Rookwoodowi prawo do decydowania, czy drugi człowiek miał prawo żyć, czy jednak nie? Na jakiej podstawie sądził, że może sobie od tak mordować ludzi i nie poniesie za to żadnych konsekwencji?

Im mniej tego ścierwa, oczywiście. No czego on mógł się spodziewać?

-Jesteś pewien, że chcesz się deportować w takim stanie? Czy może nie przeszkadza ci wizja utraty ręki albo brwi? - na kacu, z pulsującymi z bólu skroniami i robiącym w brzuchu fikołki żołądkiem, jaka była szansa na rozszczepienie, gdyby zdecydowali się deportować?

Przez szeroko otwarte wejście do obory mieli idealny widok na dom, postawiony trochę za blisko, jak na gust Jaspera. Było to mały, typowo wiejski domek, z pootwieranymi na oścież oknami, z którego nie wydobywały się żadne dźwięki. Jessie zerknął jeszcze na miejscu, z którego zaledwie kilka minut wcześniej wrzeszczał na niego farmer, i zacisnął usta.

-Możemy zobaczyć, czy nikogo nie ma w środku - powiedział, zrezygnowany. -Jeśli będzie woda, możemy się odświeżyć i wrócić do Londynu.

Stało się, trudno. Farmer był martwy, więc co za różnica?

Trzeba będzie jeszcze posprzątać ślady po wybuchu.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Albert Rookwood (833), Jessie Kelly (1348)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa