Łatwo było przekroczyć granice drugiego człowieka. Nawet kiedy poruszasz się ostrożnie po ścieżce wyznaczonej przez świetliki może się okazać, że parę z nich odleciało na bok nie po to, żeby wskazywać ten bok, to rozdroże, a to był jedynie ułudny ruch twoich własnych gałek ocznych. Plamki, jakie na nich zostały, tylko dlatego, że za szybko obróciłeś to spojrzenie. Wymalowały się pod powiekami, mrugnąłeś. Nie wiem, co się wydarzyło. Wiem, że zbłądziłeś. Ty też wiesz, że zbłądziłeś. Okazuje się, że zamiast stąpać po równym gruncie to twoja noga wpadała w błoto. Obrzydliwe? Ha... dopóki nie budzisz potwora, dopóki to tylko błoto - w porządku, trudno, na pewno uda ci się przeprosić, wycofać. Niezręczność jednak pozostanie, tak samo jak zostanie ślad na obuwiu. Nie wszystko dało się zetrzeć z materiału, kiedy raz został uszkodzony. Nie każda plama była tylko odbarwieniem. Niektóre kolory zostały pochłonięte, inne zdrapane, w skórze dziura, obcas starty. Tą samą nogę potem postawisz na dywanie domu, do którego cię zapraszano. Nie. To nie było w stylu Laurenta - chodzenie tak nieuważane, takie... toporne. Jednocześnie człowiekiem był, nic co ludzkie, nie było mu obce. Błędy. Człowiek popełniał błędy i nawet najlepszy tancerz potrafił się poślizgnąć. Tak powstawały kontuzje. Potem czarodziej lądował w Mungu i musiał się tłumaczyć, że nie, to nie przez to, że spadł z miotły. To tylko dlatego, że nie spojrzał pod swoje nogi... W krainie, gdzie magia była realiami, gdzie mogłeś latać, mogłeś też zostać uziemiony przez coś tak banalnego. Relacje międzyludzkie były czystą magią. Ilość czynników, która lśniła w półmroku, a w końcu przeplatała się przez całkowity wzrok, łatwo zwodziła na manowce. Nie, Laurent nie chciał popełniać błędów, choć i tak to robił. Niee było człowieka nieomylnego. Nie chciał być toporny i nie chciał zniszczyć ślicznego dywanu miejsca, do którego wkroczy. Tak jak nie chciał brudu na spodniach Guinevere, ani skrzywienia na jej twarzy. Bardziej naturalnie i z większą pewnością siebie przychodziło mu dotknąć jej, niż powiedzieć parę słów prawdy. Niż zadać pytania, które mogłyby się okazać niewygodne - dla niej, dla niego, nieistotne nawet dla kogo. Mógł tu popełnić błąd. Mogło się okazać, że kobieta miała swojego branka, że wcale nie szukała już kontaktu fizycznego, że nie śpieszyło się jej do tego, żeby zaznać czegoś... więcej. Granica. Gdzie była? Gdzie się znajdowała? Gdzie mogły go poprowadzić świetliki, które teraz otworzyły nową drogę? Nową i jednocześnie taką już poznaną. To było miłe uczucie, kiedy mogłeś zaznać czegoż dawnych lat w zupełnie nowej odsłonie. Kiedy byli innymi ludźmi, w innym miejscu, na innych zasadach. Czy te lata naprawdę ich podzieliły, czy może to było tylko cięcie kliszy? Mógł mówić o oddaleniu się od siebie, jeśli spojrzą wstecz na wydarzenia, które potrząsnęły ich życiorysami jak dziecko trzęsie grzechotką w swojej piąstce. Mogliby. Tego w ogóle nie było czuć. On tego teraz nie czuł, gdy ona się uśmiechała, kiedy sam czuł ciepło i się uśmiechał, kiedy słońce świeciło, a czereśnie rozpływały się na wargach. W swoim mistrzostwie tworzenia i korzystania z okazji mogliby napisać całą książkę i wielu by z niej skorzystało.
- Pomyślałem o tym dopiero po wypowiedzeniu tego zdania. Niebezpiecznie jest mówić bez uprzedniego przewidzenia przynajmniej dziesięciu wypadkowych, jakie mogą zostać spowodowane ich wypowiedzeniem. - Mówił to żartem, bo nie czuł się przy Guineveere tak spięty, żeby tak funkcjonować, ale jednocześnie właśnie rozmowy z nią mogły być jedną wielką grą słów, gdzie każdy przecinek, każda pauza, mogła zostać wykorzystana przeciwko tobie. Wystarczy zła intonacja, albo jakieś głupiutkie zapomnienie. Spojrzał na ten fragment koszuli, który teraz niemal lśnił dzięki pomocy Guinevere i zwrócił na nią zaraz swoje spojrzenie. Tak, przyzwyczajenia. Przyzwyczajenie z jego strony go teraz trochę rozbawiło, czy może bardziej to, że kobieta zwróciła na to uwagę. Bot o było machinalne. Prawie tak samo bez zastanowienia jak to, że idziesz i oddychasz. - O ile odwdzięczę się tym samym i opowiem o Ugadou? - Tak apropo łapania za słówka. - O czym chciałabyś posłuchać? Jestem pewien, że sam więcej usłyszałbym o swoim kraju i ziemiach od ciebie więcej, niż mógłbym ci opowiedzieć. - Niee, historia nie była jego mocną stroną. Znał podstawy, orientował się w świecie, ale nie był z nią obeznany. Nie przychodziły mu też do głowy żadne porywające opowiastki, które mogłyby ją zaciekawić, zachwycić, miejskie jakieś... cokolwiek. Jakoś nie załapał w tym tego podtekstu, który mówił, że to nie chodziło o tego typu historie, że chociaż to leżało w jej centrum zainteresowania, to nie było teraz tym, na co chciała spoglądać.
Tak, to były wielkie odległości. Wielki kraj. Zdecydowanie nie było co porównywać do Anglii i do Hogwartu, gdzie położenie torów kolejowych nie było problematyczne. Tutejsze ziemie nie były też tak dzikie jak to, co prezentował sobą kontynent, z jakiego pochodziła Guinevere.
- Jeździłem wozem z abraksanami. Nie żałuję, nie chciałbym przeżywać podróży pociągiem. - Uśmiechnął się trochę gorzko, nawet nie chcąc sobie wyobrażać jakie to byłoby trudne przeżycie, skoro czasami przetrwanie w pokoju wspólnym wymagało prężenia się, albo odpowiedniego wyczucia czasu, żeeby schować się za plecami takiej Victorii Lestrange, która sobie w spokoju czytała. - Większość uczniów jednak najbardziej lubiła ten moment. Wasza szkoła była z tego obdarta, magii podróży, gdzie w zasadzie spędzasz kilka godzin tylko ze znajomymi ze szkoły, możesz pojeść słodycze i podzielić się opowieściami z wakacji. - Sam tego nie doświadczył, więc może trochę za bardzo o tym fantazjował w pozytywnej wersji tego doświadczenia? Tej, o której się słuchało. Zaraz obok tego, jak ktoś narzekał, że nie znosi jeździć pociagiem, bo ma chorobę lokomocyjną, albo że zawsze kradną mu karty Bertiego Botta, jak tylko wyjdzie z przedziału.