• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 6 7 8 9 10 … 16 Dalej »
[lato 1960] Kto z nami nie wypije, tego we dwa kije

[lato 1960] Kto z nami nie wypije, tego we dwa kije
entropy
What if I fall into the abyss?
What if I swing only just to miss?
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
—
zawód
Egzorcystka, medium, wróżbitka
Jest w niej pewna nerwowość, którą widać tak samo w gestach jak i odległym spojrzeniu zielonych oczu, pod którymi rozsiane zostały konstelacje piegów. Blond włosy ma zawsze ścięte przed ramiona. Jej drobną, niewielką (160cm) sylwetkę otacza zwykle ciężki zapach kadzideł, który wydaje się wżerać w każdy skrawek jej ciała i noszonych przez nią materiałów, ale kiedy komuś dane jest znaleźć się dostatecznie blisko, spod spodu przebija się pewna o wiele lżejsza nuta, przywodząca na myśl letnią noc, podczas której z łatwością można policzyć na niebie wszystkie gwiazdy.

Ambrosia McKinnon
#11
05.04.2024, 01:43  ✶  
Uśmiechnęła się do niego promiennie, bo przecież jego łaskawość w tym momencie nie znała granic. Taki chłopak to wręcz skarb był i gdyby nie fakt, że był wciąż w Hogwarcie, a ona była zajęta, to spojrzałaby na niego o wiele bardziej przychylnie w niektórych kwestiach. Ale niestety, Stanley mógł w głowie już układać plan ich ślubnego dnia, ale ona myślała tylko o tym, że napiłaby się czegoś, dlatego uzupełniła szklankę z sokiem i pociągnęła z niej łyk.

Cała ta sytuacja jej absolutnie schlebiała, naprawdę, no i też absolutnie świetnie się bawiła, tak sobie chichocząc przy tym stoliku, ale powoli czuła, że chyba będzie musiała jakoś dobitnie złamać serce Stanleyowi jeszcze tego wieczoru, a przecież tego nie chciała robić. Bo może i poznała go zaledwie trzy kieliszki temu, ale już zdążyła go szczerze polubić i zwyczajnie martwiła się, że mu powie coś mało miłego, to on już nigdy żadnej kobiecie nie zaufa, a przecież młody był, przystojny i miał całe życie przed sobą.
- Oh skarbie - rzuciła rozczulona jego słowami, chociaż gdzieś tam w jej słowach pobrzękiwała protekcjonalność, bo może i to pieszczotliwe słówko było pełne czułości, ale jednocześnie w pewien sposób wskazywało mu delikatnie miejsce. - Obawiam się, że nie mam ani bliźniaczki, ani nawet siostry - rozłożyła bezradnie ręce, chichocząc jednak przy tym cicho. - Już też bez przesady. Kiedy byłam w Hogwarcie, to moje wszystkie najlepsze koleżanki były właśnie ze slytherinu. Nawet nie musisz wychodzić z pokoju wspólnego, żeby jakąś znaleźć - zawyrokowała, palcami uderzając rytmicznie w stół przy którym siedzieli, tylko po to by zaraz znowu się szczerze roześmiać. - Oooh, to by było okropne. Jeśli nie jestem do czegoś stworzona, to do profesorowania. Niewymowny, pod którym prowadzę badania, ma ze mną urwanie głowy. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić siedzenia w Hogwarcie i prowadzenia lekcji - parsknęła. - Spokojnie, z zielarstwa nigdy nie byłam wybitna, ale kto wie, może to byłby twój klucz do sukcesu? Jakaś fajna profesorka od tego przedmiotu, hmm? - uśmiechnęła się do niego cwaniacko. - Ale jak tak sobie myślę to chyba tylko zostaje mi wróżbiarstwo, a i tak nie mam ku temu kwalifikacji - rozłożyła bezradnie ręce, autentycznie chyba nieco rozczarowana słowami, które właśnie padły z jej ust. McKinnon wciąż była trochę na etapie prób przebolenia tego, że nie załapała się do Ministerstwa i Departamentu Tajemnic. Pisanie rzeczy dla Longbottoma było przyjemne, nie mogła powiedzieć że nie, ale nie czuła by miało ją to zaprowadzić daleko.
- Przepraszam cię, ale... - Rosie nie wiedziała czy śmiać się, czy płakać, bo nawet jeśli w jej głowie szumiało jej intensywnie, to nie potrzebowała wiele, żeby akurat tę matematykę odbębnić. - Dwa lata temu to ich ślub nawet nie był w planach. A może trzy...? Nie ważne. Wątpię, żeby Hades tak chętnie się mną chwalił siostrze kolegów - uśmiechnęła się do niego przepraszająco, bo to pewnie musiał być dla niego kolejny cios, kiedy mu tak wytykała wszelkie te nieścisłości, które stały na drodze do ich szczęśliwego związku.
- Polewaj - zarządziła, kiwając głową, bo to był przecież najlepszy pomysł na świecie. Wódka oczyszczała ze wszelkich wątpliwości. - Tańczyć. Umiesz tańczyć? Ja nie jestem jakąś wybitną specjalistką, ale bardzo lubię. Co ty na to? - oczy jej się nawet zaświeciły nieco na ten pomysł, a buzia uśmiechnęła szeroko, nawet po tym jak wychyliła już polany jej kieliszek.


she was a gentle
sort of horror
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#12
06.04.2024, 17:35  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 18:01 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander Mulciber był szczęśliwy. Alexander Mulciber kochał życie! Dookoła niego: przepyszne tańce, hulanki i swawole. Właśnie dopił drinka: alkohol był dobrej jakości, i lał się szczodrze, a wesoły stukot kieliszków niósł się echem po sali. Niczego więcej nie było mu trzeba. Szumiało mu już, co prawda, w głowie tak troszeczkę, ale krok miał pewny, zamaszysty, siebiepewny i rad. W końcu jego partnerką była najpiękniejsza baba na całym weselu: to jest, jego Rózia. Nieoczekiwany konkurent, Otto Degenhardt, czaił się gdzieś w kącie, koncertowo rozjebany: koń zwalony, powtarzam, koń zwalony zero potrzeb, zero testosteronu, Alex nie musiał już więcej z nikim walczyć, bo nie było o co, no, zero potrzeb po prostu!

W takim oto wspaniałym nastroju, Alexander zdał sobie sprawę, że miał jednak pewną potrzebę, otóż: potrzebę kota Rózi na kolanach?? zaraz co towarzystwa Rózi, która, nie wiedzieć czemu, nie rzuciła mu się na szyję po skończonej bitce, by wręczyć mu wieniec laurowy i kielich z winem dla zwycięzcy… Tylko gdzieś zniknęła!

Szybko wypatrzył ją w tłumie gości, jednak zanim dotarł do stolika, przy którym zajęła miejsce, zatrzymał się kilka razy: bo a to ktoś coś do niego zagadał, a to zaczepił, żeby razem wypić po kielonie, a to stara ciotka Ambrosii chciała, żeby poczytać jej z ręki, a przecież nie mógł odmówić! Szybko się jednak ewakuował, kiedy zdał sobie sprawę, że to ta wredna raszpla, której Rózia musiała kiedyś tam w dzieciństwie pilnować jakiegoś wybuchającego mopsa (czymkolwiek był ten mops). Wreszcie udało mu się jednak dotrzeć do celu, i, oparłszy się o oparcie krzesła Ambrosii, instynktownie nachylił się, by odgarnąć jej z ramienia włosy i pocałować krótko w szyję, jakby instynkt jasnowidza podpowiedział mu, w którym idealnie momencie kobieta odchyli swoją śliczną główkę pod odpowiednim kątem.

- Gdzie ty byłaś, słońce? Twój ojciec zaczął właśnie opowiadać Persefonie o swojej kolekcji dildosów z Kościanego Zamtuza. Powinnaś zobaczyć jej minę - rzucił wesoło, rozglądając się przy okazji, czy nikt poza Rosie i jej towarzyszem - na pierwszy rzut oka młodocianym, ale co tam: niech się chłopak uczy! - nie podsłuchuje ich rozmowy. W końcu nie wypadało tak przy obcych obgadywać ludzi z rodziny. Dzięki Rosie zdążył poznać całkiem dobrze ród McKinnonów (prawdę mówiąc, nawet dalsze kuzynostwo kobiety kojarzył na ten moment lepiej, niż swoje własne), więc, jako że nie potrafi dopasować twarzy chłopaka do konkretnego imienia, uznał, że towarzyszący Rosie dzieciak musi należeć do rodziny panny młodej. Wyprostował się z powrotem, i przyjaźnie klepnął siedzącego obok Ambrosii nastolatka po plecach - być może trochę za mocno niż powinien, ale sam był już trochę podpiwszy, więc nawet się nie zorientował.

- Cześć, młody. - powiedział przyjaźnie, przystawiając sobie krzesło. - Dziękuję za dotrzymanie towarzystwa mojej pani. Głupio, żeby taka dama czekała, nie? Ale musiałem się zająć pewną sprawą niecierpiącą zwłoki. - A konkretnie spuścić wpierdol takiemu jednemu natrętowi, pomyślał, z lubością rozcierając wciąż nieco pobolewające knykcie.

Degenhardt - ten drugi Degenhardt, nie ten elegancki muzyk z nieprzeniknioną twarzą - niemożebnie go wkurwiał swoimi obrzydliwie lepiącymi spojrzeniami rzucanymi w stronę jego ukochanej. Na początku typa ignorował, ale kiedy ten zaczął strzelać jakimiś tekstami z gatunku “jestem kulturalnym kultystą”, Alexander stwierdził, że sprawdzi, czy ten szmaciarz - to znaczy, pożal się boże, brat drogiej Persefony - jest mocny tylko w gębie, czy rzeczywiście ma zadatki na “kulturystę” (czy o co mu tam chodziło, Mulciber nie miał nerwów, by wsłuchiwać się w jego pierdolenie, bo zbyt był zajęty obliczaniem, ile centymetrów Degenhardt może być od niego wyższy, bo typ ewidentnie miał w sobie jakąś domieszkę krwi gigantów).

Niby trochę wstyd wszczynać bójkę na weselu, ale to wesele łączyło w sobie zarówno szyk jak i dobrą zabawę, bo jak już razem z Otto elegancko zaczęli się nalewać, jakoś nikt za bardzo ich nawet nie próbował rozdzielać: goście wydawali się bardzo entuzjastycznie nastawieni do przerywnika w postaci tego jakże emocjonującego przedstawienia - Hades nawet głośno się z kimś zakładał, ale potem jakoś przycichł, może bał się, żeby jego oblubienica przypadkiem go nie posłyszała? - Alex dostał zaś swoją satysfakcję, chociaż dostał też w mordę. Ale wszystko się skończyło dobrze, bo potem wypili sobie razem z Otto bruderszafta za zdrowie Ambrosii, i rozeszli się, każdy w swoją stronę.

Ambrosia rzeczywiście wyglądała zadziwiająco zdrowo, z tymi swoimi zarumienionymi policzkami i szerokim uśmiechem. Siedzący obok niej chłopaczek też wyglądał tak, jakby był w szampańskim nastroju.

Aha, skwitował w myślach, patrząc na niemalże opróżnioną flaszkę, starając się zapanować nad twarzą na tyle, by powstrzymać kpiący uśmieszek cisnący się na usta na widok prawie pustej butelki. Dziwił się, że ta dwójka dalej dała radę siedzieć prosto, bo dzieciak, chociaż niemal dorównywał mu wzrostem (zaczął myśleć, że może naprawdę w żyłach rodziny Persefony płynęła jakaś kapka krwi olbrzymów?), nie mógł mieć zbyt wielkiego doświadczenia w piciu, a Rosie… Cóż, jego dziewczynka na pewno takiego doświadczenia nie miała.

- To - Rosie - i… jak ty masz na imię w ogóle? - jaki toast teraz? - spytał niewinnie, kładąc rękę na stole, niby to obok dłoni Ambrosii, żeby było miło i romantycznie, a tak naprawdę przesunął delikatnie w swoją stronę jej kieliszek. Dla tej pani tutaj już tylko woda.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Ogórkowy Baron
Świat nie ma sensu. Trzeba mu go nadać samemu
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Stanley mierzy około metra dziewięćdziesięciu wzrostu i jest atletycznej budowy ciała. Jego krótko ścięte, zaczesane na bok ciemnobrązowe włosy okalają owalną twarz, która zrobią piwne oczy. Zawsze ma lekki, kilkudniowy zarost w postaci wąsa i brody. Na co dzień można go spotkać noszącego mundur brygadzisty. Jeżeli jednak uda się komuś go wyciągnąć na jakąś aktywność niedotyczącą pracy to przybędzie w długim, ciemnym płaszczu, a pod spodem będzie miał koszulę i najprawdopodobniej krawat. Wypowiada się w sposób spokojny dopóki nie zostanie wyprowadzony z równowagi.

Stanley Andrew Borgin
#13
09.04.2024, 22:09  ✶  

No i dlaczego Rosie nie miała żadnej siostry? Nie powiedział tego wystarczająco jasno i klarownie? Dlaczego nie pomyślała o tym, że powinna mieć siostrę, która powinna być w wieku Stanleya, mieć na imię Ambrosia i być tak wspaniała i dobroduszna i w ogóle jak ona? Gdzie były te jej umiejętności jasnowidzenia o których Borgin przecież nie wiedział. Nie było! Tak jak nie było żadnej siostry, a szkoda. I jak tu człowiek miał dalej żyć? Bez sensu.

- No i super. Ślizgonki som najlepsze - skwitował to co przed chwilą powiedziała McKinnon. W życiu by jej nie oskarżył o posiadanie koleżanek z innych domów, a już na pewno tych wstrętnych Gryfonek. Krukonki i Puchonki mógł by jeszcze zaakceptować ale te od tego całego lwa? Bez szans! - No ale skoro Twoje najlepsze koleżanki były właśnie ze Slytherinu i były z Tobą w szkole... to znaczy, że już ich nie ma. Ehh... - podsumował. Dlaczego mówiła mu tyle przykrych rzeczy, a zarazem była taka miła? Skoro chciała go dobić to niech to zrobi wprost. Niech wbije mu sztylet prosto w serce. Może jeszcze co, zaprosi tutaj swojego chłopaka?

Kolejne kłamstwo, które padło z jej strony. Jak Rosie mogła nie być stworzona do profesorowania. Na pewno była stworzona tylko tak mówiła, aby on się nie czuł gorzej, ponieważ musi jeszcze chodzić do Hogwartu. Trzeba było przyznać jedno - była bardzo skromną osóbką, a ten jakiś niewymowny to niech weźmie sobie lepiej jakiś rutinoscorbin i się od niej odczepi, bo inaczej będą musieli inaczej sobie porozmawiać. Oczywiście z tą całą niemową bez głowy, która czepiała się ich wspaniałej blondynki.

- O! Ja też - rozchmurzył się od razu. Mieli tyle wspólnego z Rosie! Znaczy na razie to nienawiść do przyrody i koleżanki ze Slytherinu - od czegoś jednak musieli zacząć, czyż nie? - No tak. Na przykład Ty... Ale skoro nie chcesz... To nie wiem. To ja nie chcę się tego uczyć. Nie chciałem już wcześniej, chociaż moja mama jest przeciwko temu... Bo wiesz - wzruszył ramionami - Ona się na tym zna i na tych całych eliksirach. Chciałaby, abym też sadził jakieś zielone ustrojstwa i robił te jakieś mikstury... A TO NUDA - podsumował Anne i jej pracę w świętym Mungu. Stanley nie chciał tego robić, bo on nie widział nic szczególnego w tych roślinach. Prawdę mówiąc to nie widział nic, ponieważ nie uważał na zajęciach, nie robił notatek i nawet samemu nie pisał tych egzaminów czy zaliczeń. Miał od tego swojego wspaniałe koleżanki jak Lorraine czy Maeve czy ktokolwiek, kto podał mu pomocną dłoń kiedy był na dnie - biologicznym dnie.

- Dasz radę Rosie! Kto jak nie Ty! - dodawał jej otuchy. A nawet jeżeli nie dodawał, próbował to zrobić. Nie powinna był się udręcząć jakimś nudnym wróżbiarstwem i jakimś chłopkiem, co ją prześladował i nawet nie potrafił mówić. McKinnon to rzeczywiście miała ciekawe życie ale poznawała strasznie dziwne osoby. Kim jednak był Stanley, aby ją oceniać?

Nie musiała go przepraszać. Nic mu nie zrobiła. Było to odrobinę dziwne, że Hades się nią nie chwalił i że w sumie to nie było nic wiadomo o tym wszystkim. W zasadzie to Borginowie nie wiedzieli za bardzo za kogo wychodzi Persephona. Skoro była szczęśliwa, a McKinnonowie nie byli jakimś złym rodem (a na pewno nie, aż tak) to czemu ktoś miałby mieć coś przeciwko? Młody Borgin zresztą nie bardzo się orientował w tej całej grze politycznej związanej z czystością krwi. Miał to gdzieś - grunt, że się dobrze bawił.

- Rozumiem... Czyli to wina Hadesa. Wszystko jasne. Kiedyś jak urosnę to się z nim policzę o to. Masz moje słowo! - uniósł palec do góry, aby złożyć obietnicę. Nie miał przecież pojęcia, że za kilkanaście lat przyjdzie mu walczył ramię w ramię z Rosie o dobre imię Persephony. Nie wiedzieli też przecież, że zostaną duetem najlepszych rodziców chrzestnych jacy tylko istnieją, gdzie Stanley nawet nie będzie de facto ojcem chrzestnym. Nie wiedzieli też przecież, że będą mieli wspólnie kota, wspólny biznes. Nie wiedzieli w zasadzie niczego i zapewne śmialiby się do rozpóku w dniu dzisiejszym gdyby ktoś im o tym powiedział.

- Się robi - odparł, otrzymując aprobatę i rozlewając do kieliszków. Robił to wręcz z chirurgiczną precyzją jak specjalista po kilku głębszych - w sensie, że odrobinę mu się trzęsły ręce - T-t-t... Tańczyć...? - wybiła go z rytmu i mógłby upuścić flaszkę, gdyby nie to, że już zdążył ją odłożyć - No tak... tak... średnio? - podrapał się po czole. Nikt go nigdy nie pytał czy potrafił tańczyć. Nikt mu też nie mówił, że potrafi to robić lub też że tego nie potrafi - Eee... No... czemu by nie, nie? - wzruszył odrobinę ramionami. Czemu miałby nie podjąć rękawicy, która została mu rzucona?

Borgin chlusnął bo prawie usnął, a jednak to się prawie udławił kiedy usłyszał jak jakiś złamas mówi coś do JEGO Rosie. W mgnieniu oka nauczył się hiszpańskiego i już był skłonny pytać go - "Hola, hola, co Ty tu pierdolisz gościu kolorowy?". Tak by mimo wszystko nie powiedział, bo co by powiedziała mama, gdyby się o tym dowiedziała. Mniejsza o to - coś tutaj było bardzo nie tak.

Swojej kolekcji dilodosu z kości? To była jakaś dziwna roślina? Brzmiało jak coś co rośnie wysoko w górach. Powinien zgłębić tę wiedzę? Nie, raczej nie. To była pszyroda, a przecież ustalili z Ambrosią, że nie będą tykać tej paskudnej dziedziny naukowej. Stanley uniósł więc tylko zdziwioną brew na te słowa, wszak co innego mógł zrobić. Gość co przyszedł wspomniał też coś o jakiejś minie, więc na pewno chodziło o jakiś rzadki okaz!

- Cześć... stary? - spojrzał na niego, oceniając go od stóp do głów. Nie skłamał, ponieważ "słoneczny" chłop był od niego starszy. W tym momencie nastąpił cios. Rozwód? A nawet nie zdążyli wziąć ślubu. A było przecież tak blisko. Przez głowę młodzieńca przeszło tysiąc i jedna myśl - wszystkie groziły ich nowemu przybyszowi. Miał jednak szczęście, że był starszy i wyższy, a nie należało bić starszych i wyższych... albo jakoś tak. Nie pamiętał już szczegółów tego powiedzionka, ponieważ był za bardzo zajęty. Nie zamierzał się jednak poddawać - to, że przegrał wojnę, nie znaczy, że miał poddać bitwę.

- Po pierwsze to nie Ty... - poprawił go. Był na swojej ziemi, walczył o (nie) swoją przyszłą żonę i to Mulciber poszedł do jego stolika, gdzie to on rozlewał alkohol - A Stanley Andrew Borgin... Ale może być po prostu Stanley... Też będziesz pił? - zapytał, rozglądając się za jakimś wolnym kieliszkiem. Teraz żałował, że nie potrafił robić tych mikstur - zaraz by skleił jakąś truciznę, aby się pozbyć tego wrzoda w ich pięknej relacji.

- Może być... za... hmm... nie wiem - poklepał się po brodzie - Wiem! Wymyślisz za co wznosimy toast, to też Ci poleję - przedstawił ofertę nie do odrzucenia, polewając sobie i Rosie. Alexander musiał dopiero zasłużyć na to, aby ów trunek z nimi wypić.



"Riddikulus!"
- Danielle Longbottom na widok Stanleya Bo[r]gina

"Jestem dumna, że pomagałeś podczas zamachu."
- Stella Avery na wieści o udziale Stanley w walkach podczas Beltane 1972
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (844), Ambrosia McKinnon (3484), Stanley Andrew Borgin (4969)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa