• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 5 6 7 8 9 … 16 Dalej »
[13.02.1970] The 'L' in my luck has been replaced with an 'F'

[13.02.1970] The 'L' in my luck has been replaced with an 'F'
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#11
09.06.2024, 02:42  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.06.2024, 02:42 przez Basilius Prewett.)  
– Raczej nie za bardzo – powiedział smutno. – Ale jeśli chcesz możemy jakiś razem założyć. O! Wiem! Możemy nazwać go sorry we're cursed, czy coś w tym stylu. – Nagle poczuł bardzo silną potrzebę, by prowadzić z Brenną sklep z kartami. Mogliby też sprzedawać takie śmieszne kalendarze, w których każdy dzień byłby piątkiem trzynastego i wtedy ludzie, codziennie rano podskakiwaliby przestraszeni, że dzisiaj jednak nie jest poniedziałek, a piątek i to jeszcze trzynastego. Zaśmiał się na tę myśl.
– Hm... Koło fortuny... Może chodzi o to, że wiesz, że... – Zamilkł. Nie wiedział jednak co chciał powiedzieć. – No, że masz okrągłe tęczówki. Może to dlatego. Tak, fantazje Millie bywają straszne i chyba trochę boję się jej głowy. Jest taka... Pełna dziwnych fantazji. Trochę jak dżungla papug. Jeśli chcesz to możesz być moim chichotem losu, albo mogę napisać komuś list polecający za ciebie.
O! Żaba. Idealnie. Skinął głową na znak, że może być, a gdy Brenna podała mu opakowany słodycz, podziękował i od razu wręczył go jej z powrotem.
– Zjedz. Dla ciebie. Zalecenie uzdrowiciela.
W końcu poprosił o te ciastka tylko dlatego, że ona wyglądała jakoś tak niemrawo i uznał, że potrzebuje pomocy w postaci cukru.
A więc jednak jej coś dolegało! Brak pamięci! Na Matkę, jak to strasznie brzmiało. Gdyby był na jej miejscu, to wolałby chyba być nieświadomy tego, że pamięć mu szwankuje, a nie żyć z tą smutną wiedzą, że miał dziury w pamięci. Biedna Brenna. Naprawdę biedna. Ale przynajmniej wkrótce nauczy się robić gwiazdę.
– Chcesz pisać książkę? Będę mógł przeczytać? – O nie! Ale jeśli ona chce pisać książkę, to czy znajdzie czas na prowadzenie ich sklepu? I co teraz? W sumie to wiedział, co teraz. Teraz należało się skupić i pomyśleć o Tatcherach, skoro Longbottom najwyraźniej bardzo na tym zależało. Przygryzł wargi i zastukał w zamyśleniu palcami o blat stołu. Coś kojarzył. Coś naprawdę kojarzył. Tylko z jakiegoś, niezrozumiałego dla niego powodu, nie był w stanie wyłowić ze swojej głowy odpowiednich informacji. Prychnął sfrustrowany tym faktem. – Przepraszam, ktoś mi wylaczył myślenie. Daj mi chwilę.
Schylił się, by wziąć z podłogi pudełko z tymi mniej fikuśnymi kartami i wyjął z niego dokładnie sieden kart, które potem bardzo starannie rozłożył na stole. Jedna karta leżała na niewidzialnym łóżku, pięć kart czuwało w okół niej, w tym uzdrowiciel, stojący nieco bliżej, bardzo zirytowany faktem, że wszyscy inni upierali się, by być w pokoju. Była też siódma karta, która dopiero wchodziła do pomieszczenia. Pewnie byłoby ładniej, gdyby dobrał wartości kart, do roli, którą przyszło im odgrywać, ale trzeźwy Basilius uznałby to za zbędne, a nietrzeźwy Basilius nawet o tym nie pomyślał.
– Pan domu, uzdrowiciel, pani domu, siostra domu pana, niebieski facet, syn i kochanka pana domu przebrana za niebieskiego facet – pokazywał palcami kolejne karty, w takiej kolejności w jakiej je rozłożył. Ponownie zmarszczył brwi. Coś mu tu nie pasowało. Poprawił nieco pana domu, tak by leżał teraz prostu. No. Teraz było dobrze.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#12
09.06.2024, 10:23  ✶  
- Sorry, we're cursed brzmi raczej jak nazwa sklepu dla klątwołamaczy, wiesz, takiego ze świecami do klątwołamania, księgami dla klątwołamaczy, amuletami i może śmiesznymi koszulkami, nie mam za bardzo pomysłu na napisy, ale Millie na pewno by coś wymyśliła - powiedziała Brenna, rozdarta teraz wewnętrznie między rozbawieniem tym podyktowanym przed dziwny proszek zachowaniem, współczuciem wobec Basiliusa, jeśli będzie je pamiętał i wreszcie pewnym zmartwieniem rzeczami, które wydarzyły się w domu Tatcherów. Czuła prawie wyrzuty sumienia, że właściwie to dobrze się bawiła, ale pocieszała samą siebie, że nikt nie zginął, stan rannych udało się ustabilizować i teraz po prostu kluczowe było zdobycie informacji. Jak najszybciej, jeśli faktycznie była tutaj ta dodatkowa osoba. - A tak. To pewnie dlatego, zupełnie na to nie wpadłam.
Nie pociągnęła już tematu Millie, chociaż przyszło jej do głowy, że może potem powinna ją zapytać, co ona zobaczyła w tych kartach, bo nigdy nie słyszała, żeby jakieś powiedziały konkretnie: Hej. Spotkasz jutro XYZ.
Żaba przeszła z rąk do rąk, a potem do niej wróciła. Brenna nie kłóciła się: tłumaczenie, że tak pobladła, bo widziała już oczyma wyobraźni jak on upada i łamie sobie kręgosłup, i tak nic by się nie zdało. Zamiast tego po prostu więc rozerwała opakowanie, obejrzała odruchowo kartę (nie miała takiej!), a potem oderwała kawałek tej nieszczęsnej żaby i go zjadła.
- Eee... nie jestem pewna, czy mam do tego talent, ale na pewno spróbuję to wszystko opisać - zapewniła, bo przecież zamierzała to zrobić. Po prostu nie w książce, a w raporcie. - Jasne, nie przejmuj się, mnie się to ciągle zdarza i w dodatku zwykle to wyłączam je sobie co gorsza sama, więc nawet nie mogę na nikogo zwalać - powiedziała, i może dodałaby coś jeszcze, ale ugryzła się w język, bo przecież naprawdę chciała, żeby się skupił.
Nie wiedziała, kogo reprezentują poszczególne karty, ale mogła odgadnąć, że każda to była jedna osoba. I że faktycznie mieli tu kogoś nadprogramowego. Z kieszeni (innej niż ta, z której wydobyła żabę) tym razem wydobyła notatnik i chociaż to mogły być ciągle podszepty środków, jakie mu podano, i tak rozrysowała układ.
A potem zapisała jego słowa: pan domu, pani domu...
- W domu pana Tatchera tego ranka było więc siedem osób, włącznie z nim - podjęła opowieść. - Po południu znaleziono ich jednak tam sześć. Pan Tatcher stracił przytomność w toku klątwy, cztery inne osoby miały bardzo różne obrażenia, i wyglądało na to, że nie każdemu zadała je jedna osoba, jedna... została obsypana dziwnym proszkiem, a... jedna osoba znikła w tajemniczych okolicznościach.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#13
09.06.2024, 16:32  ✶  
– Hm... Ale jeśli nazwiemy tak sklep dla klątwołamaczy, to wszystkie klątwy domyślą się, że jesteśmy sklepem dla klątwołamaczy i jeszcze urządza protest, że utrudniamy im wykonywanie zawodu. – Nie... To musiała być jakaś sprytna nazwą. Jakaś taka... Zupełnie nie powiązana z klątwami, aby nikt się nie zorientował. – Co powiesz na... Piekarnia?
Tak, to było genialne w swojej prostocie. Naprawdę dzisiaj odkrywał więcej powołań, innych niż magimedycyna, niż przez całe swoje dotychczasowe życie.
– Nie mów tak. Jak dla mnie to zawsze myślisz. A teraz jedz te żabę, bo ci wystygnie – rzucił, bo przecież Brenna myślała i to bardzo dużo. Tak przynajmniej zawsze mu się wydawało. To on miał teraz wrażenie, jakby londyńskie mgły okryły mu całą głowę.
Brennie rzeczywiście udało się skierować jego tok myślenia na sprawę Tatcherów, w której naprawdę chciał jej pomóc, nawet jeśli dalej nie do końca rozumiał co się w okół niego działo, ani czemu nagle miał wrażenie, że patrzył na pana Tatchera że swojej perspektywy.
– Sześć. Dziwny proszek – wymamrotał, wodząc spojrzeniem po kolejnych kartach. Ugh. Coś mu naprawdę świtało, ale miał wrażenie, że gdy tylko musiał się skupić, gdy tylko próbował złapać się jednej myśli ta uciekała mu z prędkością światła, a coś w środku jego głowy zaczynało go boleć i parować. –  No bo, no bo oni strasznie się pokłócili. I ta pani domu chciała zaatakować kochankę, bo ogarnęła, że to nie był prawdziwy niebieski facet. I próbowali ją powstrzymać. Ale ją trafiła. To znaczy nie ją ją. Tę drugą ją. I chcieli komuś wyczyścić pamięć jakimś proszkiem, bo jednak tak troche głupio próbować kogoś mordować na oczach uzdrowiciela. I w sumie to wyszło, że... Wyszło, że... Bo oni... Bo ten proszek... – Wydał z siebie sfrustrowany westchnienie i położył głowę na stole. – Nie wiem Brenno. Nie podoba mi się ta gra. Ani ta historia. nie chcę o tym myśleć. W ogóle nie chcę myśleć. Myślenie jest głupie. Przez myślenie mam w głowie myśli. Nie rozumiem czemu najpierw to był żart, potem historia, której nie znam, ale teraz to ty jej nie znasz, a ja ją znam, a tak w ogóle to z jakiegoś powodu jak mi o niej opowiadasz to mam wrażenie jakbym sam tam był. Chyba po prostu bardzo dobrze ją opowiadasz. Na pewno nie chcesz zagrać w karty? Dam ci wygrać. Proszę.

Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#14
09.06.2024, 19:37  ✶  
Brenna już, już otwierała usta, by wspomnieć o tym, że to genialne w swojej prostocie, ale chyba wtedy klienci przychodziliby domagając się ciepłych bułeczek, a z kolei klątwołamacze nie wiedzieliby, gdzie przyjść i przez to klątwy mogłyby dalej wykonywać zawód, ale ostatecznie zamiast tego po prostu zapchała się tą czekoladową żabą. Odruch kontynuowania absurdalnych konwersacji był w niej bardzo silny, ale to byłoby trochę znęcanie się nad Basiliusem, który nie odpowiadał za swoje słowa i czyny, a poza tym Była W Pracy i musiała rozwiązać zagadkę Tatcherów.
A potem, omal nie krztusząc się tą żabą, zaczęła notować jak szalona, i cholera jasna, zmroziło ją trochę, bo wyglądało na to, że ten cały proszek mógł mu usunąć część wspomnień na trwałe – oby tylko te ostatnie. Pamiętał ją i pamiętał piątki trzynastego, może więc dochodził powoli do siebie?
Kochanka – „niebieski facet”. Kim jest kochanka? – zanotowała Brenna.
Pani domu zaatakowała pierwsza, znalazło się pod spodem.
Kto chciał wyczyścić pamięć uzdrowicielowi?
Gdzie znikła kochanka?
– To skandaliczne, że tego myślenia się od nas wymaga, prawda? – spytała, zmuszając się do uśmiechu i cierpliwości. Przede wszystkim cierpliwości. Musiała sama siebie upomnieć, że to nie wina Prewetta, że nie ma dla niej odpowiedzi: że on jest tutaj ofiarą, i że ewidentnie i tak się starał, by udzielić odpowiedzi, chociaż jego umysł próbował to odepchnąć, czy z powodu traumy, czy środka. Sięgnęła więc po talię jego kart z wymarłymi gatunkami i zaczęła ją tasować: na pewno nawet nie w połowie tak sprawnie, jak Basilius.
Skoro tak bardzo chciał grać w wisielca i o nazwę choroby w pokera, być może należało wykorzystać tę prewettowską żyłkę do hazardu.
– Co powiesz na to? Zagramy w karty, jeśli ja wygram, dalej będziemy rozmawiać o historii Tatcherów, i spróbujesz nad nią myśleć, a jeśli ty wygrasz, opowiem ci jakąś zabawną historię, przy której myśleć nie musisz wcale – zaproponowała. Takie granie z Prewettami było niebezpieczne, znając Vincenta wiedziała o tym doskonale, ale po pierwsze, on był naćpany, a ona nie, po drugie, gdyby nie wpłynęło to na jego zdolności do gry, to mogła oszukiwać, bo sam dał jej kartę „kakadu”, więc w razie potrzeby ta dodatkowa karta mogła odwrócić losy gry, po trzecie, może sama rozgrywka pozwoli mu się uspokoić i uruchomi myślenie.
Bo teraz bardzo, bardzo potrzebowała paru odpowiedzi.
I to szybko.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#15
10.06.2024, 01:49  ✶  
– Tak. Skandaliczne. – Pokiwał głową, wyraźnie sfrustrowany tą całą sytuacją. Pewnie nie miałby nic przeciwko myśleniu, a przynajmniej tak ogólnie, gdyby nie to, że teraz gdy próbował się skupić na historii Tatcherów, to strasznie mu to nie wychodziło, a jednocześnie czuł dużą potrzebę, aby sobie przypomnieć coś ważnego.
Oczy zalśniły mu się, gdy usłyszał propozycję Brenny.
– Dobra! – powiedział uradowany, momentalnie odrywając głowę od stołu, gotowy grać, nawet jeśli wygrana w tym przypadku skazywała go na dalsze myślenie o Tatcherach. Uśmiechnął się. Wreszcie działo sie coś fajnego poza robieniem gwiazdy.

***

Ciężko było mu określić dokładny moment, w którym jego świadomość zaczęła do niego wracać. Po prostu, powoli, Prewett kojarzył coraz więcej, a wspomnienia ostatniej godziny z każdą kolejną chwilą przypominały, coraz bardziej pokręcony sen w przeciwieństwie do wydarzeń z jego wizyty u Tatcherów, teraz zdecydowanie bardziej wyraźnych, chociaż wciąż miał wrażenie, że nie wszystko pamiętał. Sama Brenna mogła zauważyć, że z czasem zachowanie Prewetta zaczyna się zmieniać. Najpierw, w początkowych rundach, cały czas gadał, plótł trzy po trzy, czy sugerował nagle nowe, wymyślane na bieżąco zasady gry (i może dlatego gra trwała zdecydowanie dłużej, niż powinna), ale później coraz bardziej się wyciszał, skupiając się na kartach. Prawdę mówiąc czuł się w miarę normalnie już jakieś pięć minut wcześniej, niż się do tego przyznał, nie do końca chcąc mierzyć się z konsekwencajami własnego, nawet jeśli niecelowego, naćpania.
W pewnym momencie jednak westchnął ciężko, odłożył karty i spojrzał Brennie prosto w oczy. Zdecydowanie byli przeklęci, prawda?
– Nie leczyłem wcześniej Tatcherów. Ktoś mnie po prostu polecił. Pan Tatcher złapał jakąś klątwę. Nieprzyjemną, ale nic strasznego. Jego rodzina jednak teochę panikowała i uparli się, że będą przy nim, gdy go badałem. Żona, syn, siostra i... – Zmarszczył brwi, odbiegając na chwilę wzrokiem na bok. Jak on do licha zrobił tę gwiazdę? Przecież nawet nie miał pojęcia, jak ułożyć do niej ręce, a co dopiero ją wykonać? I że nie złamał sobie kręgosłupu. – Wydaje mi się, że to był kuzyn, ale mógł to być też jakiś wujek. Przepraszam, nie pamiętam. W każdym razie bardzo charakterystyczna osoba. Miał niebieskie włosy i podobnego koloru tatuaż na szyi. – Streszczanie wydarzeń szło mu teraz łatwiej, nie tylko dlatego, że specyfik w końcu przestawał działać, ale i dlatego, że wolał mówić o tym, niż o tym, jak się przed chwilą zachowywał. – Zakończyłem badanie i hm... Wtedy do pokoju wszedł drugi mężczyzna z niebieskimi włosami. Ten pierwszy zbladł. Żona zaczęła krzyczeć. Chyba trochę o mnie zapomnieli. Rzuciła na tego drugiego zaklęcie rozpraszające. Z tego co zrozumiałem było to tak naprawdę kochanka Tatchera, która chciała odwiedzić go w przebraniu. Czemu akurat tym? Nie wiem. Nazywała się... Elaine? A może Elena. Coś na E. Pani Tatcher wpadła w szał i rzuciła na nią kilka zaklęć. Kochanka padła. Podbiegłem do niej, ale zanim zdążyłem ich uspokoić, że nic jej nie będzie, oni zaczęli panikować, że tamta ją zabiła. – Westchnął cicho. Chyba był zmęczony i dopiero teraz zaczynał to odczuwać. – I wtedy ten idiota, syn państwa Tatcherów, nie pamiętam imienia, uznał, że najlepiej będzie rzucić na mnie obliviate, bo pewnie zaraz zglosze morderstwo, którego nawet kurwa nie było. Na co siostra Tatchera, stwierdziła, że lepiej przetestować na mnie specyfik, który wymyśliła. To jakiś narkotyk. Miała go przy sobie.– Zaczynał mieć wrażenie, że Tatcherowie wzięli go na lekarza ze względu na jego nazwisko i powiązane z nim, nie raz słuszne, skojarzenia. – Ah, i teleportacja nie działała na terenie domu. Ale, ale najwyraźniej nie dość, że nie potrafili rozpoznać, czy ktoś jest martwy, czy nie, nie potrafili też porządnie załatwić sprawy, bo wszyscy zaczęli się kłócić między sobą, że tamta miała zrobić jakiś inny specyfik i że w ogóle jest na pewno beznadziejny. – Zawahał się i przygryzł wargę. I teraz będzie ten moment historii, z którego był dumny, ale powinien udawać, że nie był. – Widziałem, że atmosfera jest napięta, więc hm... Skłamałem, że tak, jako uzdrowiciel zgadzam się, nie ma szansy by ten specyfik jakkolwiek działał. I to sprawiło, że już w ogóle zaczęli się kłócić. Nie byli szczególnie inteligentni. Ktoś... Ktoś w końcu rzucił zaklęcie na kogoś i poszło. Wtedy kochanka odzyskała przytomność, rzuciła czymś w siostrę pana Tatchera i uciekła. A siostra, zanim sama zemdlała, rzuciła w nią tym woreczkiem, ale nie trafiła i ja dostałem w twarz.
Szczęśliwego piątku trzynastego.
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#16
10.06.2024, 14:31  ✶  
Brenna bywała czasem złośliwa. Jej złośliwości pojawiały się jednak w określonych sytuacjach i wobec określonych osób - mogła przekomarzać się z kuzynką Mavelle, wyzywać z Vincentem Prewettem albo "zadręczać" starszego brata, ale nie było powodów, aby znęcać się nad Basiliusem, który był świadkiem w sprawie. I nic z tego, co go spotkało, nie było jego winą.
Kiedy więc przerwał rozgrywkę, i zaczął mówić jasno, Brenna natychmiast rzuciła na swój własne karty, zgarnęła pióro i papiery, i zabrała się za notowanie, jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby Basilius wcale nie robił gwiazd, nie chciał grać w wisielca z uzdrowicielem, nie planował otworzyć sklepu dla klątwołamaczy pod przykrywką piekarni, nie powiedział jej, że jest chichotem losu i w ogóle nie zachowywał się tak… no cóż, jak przez ostatnią godzinę.
Wypominałaby to paru osobom przez najbliższy rok, ale tutaj była gotowa spuścić na wszystko zasłonę wiecznego milczenia.
– Obawiam się, że czeka cię parę wizyt w Wizengamocie – powiedziała, bardzo starając się nie mówić ze współczuciem, bo mu współczuła, i całej tej sytuacji, i tego, co nastąpi później, ale chyba teraz lepiej było skupić się tylko na faktach… – Wygląda na to, że mamy cztery osoby do aresztowania i jedną do znalezienia…
Atakowanie kochanek męża, nawet jeśli te wchodziły do domu w przebraniu wujka czy kuzyna swojego kochanka, nie było legalne. Mogłoby się tutaj skończyć na pouczeniu, ich społeczeństwo zawaliłoby się już dawno, gdyby ścigano każdego, kto rzucił pojedynczą drętwotę. Ale już próby wyczyszczenia pamięci uzdrowicielowi, domowej roboty narkotyki, miotanie zaklęciami na prawo i lewo, i cóż, użycie przynajmniej dwóch zaklęć wchodzących w pole czarnej magii, tworzyło ogólny obrazek pt. „ktoś tutaj spędzi parę miesięcy w Azkabanie i potem już zawsze będzie bardzo, bardzo grzeczny”.
A przedtem będzie zapewne kilka rozpraw, kilka przesłuchań i Prewett ogólnie będzie musiał odwiedzić Ministerstwo przynajmniej parę razy.
Miał pecha. Miał cholernego pecha. Ta cała sytuacja była nieprawdopodobna, a ktoś, kto dostał się w sam jej środek…
…może naprawdę był przeklęty.
Brenna bywała sceptyczką. I naprawdę, naprawdę dotąd zakładała, że to mógł być przypadek. To przecież nie były tylko piątki, ale też 6.6.66 i 6.9.69, a dziwne rzeczy przydarzały się jej przynajmniej raz w miesiącu. Teraz jednak… jak tak przed oczami przewijały się jej te wszystkie czarne plamy, zielone plamy, starożytne klątwy, pan Collins jako robak, pan Ferdynant i jego żabi śmiech, bójki w kasynach, przeklęte sztylety i wreszcie to, co zastali w domu Tatcherów, to się składało w historyjkę, która była cholernie, cholernie dziwna.
– Czy zauważyłeś, żeby siostrę pana Tatchera trafił zaklęciem ktoś jeszcze, poza kochanką? – zapytała, pośpiesznie notując jego słowa. Prawdopodobnie to ta kobieta została potraktowana czarnomagicznym zaklęciem, a to oznaczało, że kochanka pana Tatchera też nie była niewinną ofiarą (no dobrze, nie taką niewinną: po prostu uwodzącą cudzych mężów, ale niewinną w tej konkretnej sprawie).
– Wiesz co? – mruknęła Brenna chwilę później, podsuwając mu jego zeznania, by je przejrzał i się podpisał, jeżeli nie ma uwag. – Miałeś rację. Naprawdę jesteśmy przeklęci. Albo ty jesteś przeklęty. Albo ja, ale obstawiałabym jednak ciebie.


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
Czarodziej
*sigh*
wiek
30
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Uzdrowiciel
Szczupły i dość wysoki (183 cm) mężczyzna o czarnych lokach i brązowych oczach. Często wydaje się być blady i zmęczony, a jego dłonie są niemal zawsze zimne. Na codzień stara się ubierać w miarę elegancko.

Basilius Prewett
#17
11.06.2024, 12:29  ✶  
Nie wiedział, czy na dźwięk słowa Wizengamot skrzywił się instynktownie, bo tak kazały jego prewettowskie geny, czy też po prostu zdał sobie sprawę z tego ile będzie go to kosztować dodatkowego zamieszania i czasu. Tak, to właśnie było to czego szalenie teraz potrzebował. Chodzenia do Wizengamotu na sprawę, która pewnie będzie się trochę ciągnąć. Czy mu się tylko wydawało, czy te piątki trzynastego powoli stawały się coraz wredniejsze?
– Przynajmniej nie wyczyścili mi pamięci obliviate — mruknął w przypływie jakiegoś ponurego optymizmu, bo jakby na to nie spojrzeć, to naprawdę miał dzisiaj sporo szczęścia. Albo może I pecha, bo ta pamięć obejmowała również pewne wydarzenia z ostatniej godziny. Na Matkę, czemu te wspomnienia były takie żenujące? Będzie musiał koniecznie przeprosić tamtego uzdrowiciela.
– Tak. Syn Tatchera – powiedział, potrzebując dłuższej chwili namysłu, niż normalnie. – Brenno czy oni... Czy wszyscy są cali? – Tatcherowie byli idiotami, którzy sami zasłużyli, aby dostać tym cholernym proszkiem w twarz, od którego teraz dalej nie mógł do końca pozbierać myśli, ale nie chciałby usłyszeć, że któreś z nich zmarło, lub zostało bardzo poważnie ranne tuż przy nim.
Naprawdę jesteśmy przeklęci.
No nie dało się ukryć, że to wszystko wyglądało, jakby ich pechowe spotkania były efektem działania jakiegoś wyjątkowo złośliwego losu, chichotu, który dodatkowo najwyraźniej miał duże poczucie humoru, bo przecież oboje zakładali, że to Brennie coś, jeśli w ogóle się stanie. A tu proszę. To on dostał domowej roboty narkotykiem w twarz.
– Cokolwiek się dzieje musi jakoś dotykać nas oboje. – Mógłby nawet stwierdzić, że to Brenna była jego klątwą, ale... Ale przecież teraz lepiej było, że trafił na nią, a nie jakiegoś innego Brygadzistę z mniejszymi ilościami cierpliwości. Poza tym, podczas randki ona uratowała go przed Francescą, a on cieszył się, że wpadła na niego, bo wolał jednak gdy Longbottom się nie wykrwawiała. O co więc w tym wszystkim chodziło? Westchnął cicho i złapał się za mostek nostka. – Ja... Nie wiem. Dalej ciężko mi się myśli. Może jesteśmy po prostu przeklnięci osobno i w niektóre daty jakoś to się łączy? Ale przepraszam cię za dzisiaj. Domyślam się, że hm... Robiłem i mówiłem bardzo głupie rzeczy. I nie do końc rozumiem, jak zrobiłem tę gwiazdę. – Gwiazda. Zrobił gwiazdę. Ugh... I jeszcze wtedy wypadły mu z kieszeni te talie i tokeny do pokera. Co ona sobie o nim musiała pomyśleć? – I nie myślę wcale na twój widok, że jesteś szaloną kobietą – Eee... Nie tymi słowami, ale może jednak trochę myślał. Miał tylko nadzieję, że nie palnął czegoś wyjątkowo głupiego, o czym nie pamiętał, co mogłoby jakoś zaszkodzić jego relacji z Brenną. Najchętniej poszedłby do kogoś, kto wyczyściły mu z głowy wspomnienia o tym całym incydencie, bo inaczej chyba zaraz skoczy z jakiegoś mostu z zażenowania. — Może... Może po prostu uznajmy, że cokolwiek się działo, nie miało miejsca?
Chichot losu
I’m not looking for the knight
I’m looking for the sword
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
detektyw BUM
Brązowe włosy, ciemne oczy, wzrost wysoki jak na kobietę, bo mierzy sobie około 179 centymetrów wzrostu. Twarz raczej sympatycznie ładna niż piękna, nie wyróżniająca się przesadnie i rzadko umalowana. Brenna porusza się szybko, energicznie, głos ma miły i rzadko go podnosi. Ubiera się różnie, właściwie to okazji - w ministerstwie widuje się ją w umundurowaniu albo w koszuli i garniturowych spodniach, kiedy trzeba iść gdzieś, gdzie będą mugole, w Dolinie w ubraniach, które ujdą wśród mugoli, a na przyjęcia i bale zakłada typowe dla tej sfery zdobione szaty lub suknie. W tłumie łatwo może zniknąć. Jeżeli używa perfum, to zwykle to jedna z mieszanek Potterów, zawierająca nutę bzu, porzeczki i cedru, a szamponu najczęściej jabłkowego, rzecz jasna też potterowskiego.

Brenna Longbottom
#18
11.06.2024, 21:04  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.06.2024, 21:28 przez Brenna Longbottom.)  
– Biorąc pod uwagę, że chyba żadne z nich nie zna się na hipnozie, niewiele by im z tego obliviate wyszło – mruknęła Brenna, zapisując imię młodego Tatchera. Czyli albo on, albo kochanka, jedno z nich użyło tej paskudnej klątwy. – Wszyscy przeżyli – uspokoiła go, unosząc na Basiliusa wzrok znad notatek.
Pod pewnymi względami bardzo przypominał swoich prewettowskich krewnych, pod innymi w ogóle. To była jedna z tych różnić. Brenna wątpiła, aby większość potomków tego rodu martwiła się o ludzi, którzy chcieli wyczyścić im pamięć. Basilius był dobrym człowiekiem: może nawet trochę za dobrym.
– Siostra Tatchera dość mocno oberwała, ale uzdrowiciele ustabilizowali jej stan. Tyle że jedna osoba dostała klątwą splątanego języka, druga prawdopodobnie też tym proszkiem, i to sporą dawką, reszta wciąż jest nieprzytomna i nie mogliśmy ich przesłuchać – uzupełniła. Sama też się z tego cieszyła, bo po pierwsze, miała wciąż jeszcze odrobinę za miękkie serce, po drugie, sprawy zabójstw były dużo bardziej skomplikowane biurokratycznie i wreszcie po trzecie… zaczęłaby się zastanawiać, czy to nie ich wina. – Wiesz co? Dziś nawet nie chcę o tym myśleć – dodała, kiedy wspomniał o tym, że to jakoś dotyczy ich obojga, i że może to dwie różne klątwy, które się zazębiają. O prawidłowościach w tym dziwnym zjawisku i o tym, czy na pewno nie jest tylko zbiegiem okoliczności, będą mieli czas porozmawiać, bo Basilius jeszcze na pewno będzie musiał pojawić się w najbliższym czasie w biurze BUM, a poza tym…
Brenna zaczęła grzebać po kieszeniach.
– Nie przejmuj się, sporo ludzi uważa, że jestem szaloną kobietą – pocieszyła go, w ogóle nie przejęta, wyciągając z kieszeni tym razem niewielki kalendarzyk. - Chociaż powiedziałabym, że jestem raczej dość normalna, poza tym, że wiesz, trochę za dużo gadam i naprawdę ciężko mi usiedzieć na miejscu, ale to jeszcze nie mieści się chyba w ogólnych kategoriach nienormalności…
Nie patrzyła na niego, przerzucając strony.
– Hm? Co nie miało miejsca? – spytała, a potem zamarła. Zamrugała. Sprawdziła jeszcze raz, tak dla pewności.
I wsunęła kalendarz z powrotem do kieszeni, z taką jakoś bardzo zrezygnowaną miną.
– Basilius? – zaczęła powoli. – Właściwie to już wszystko, możesz jeszcze porozmawiać z uzdrowicielem, czy wolno ci wrócić do domu. I… do zobaczenia trzynastego marca.

Koniec sesji


Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Basilius Prewett (3993), Brenna Longbottom (3715)


Strony (2): « Wstecz 1 2


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa