Na głowy. Wiedziała, jak się kończy to zdanie, ale nie zamierzała powtarzać, jak cyrkowa papużka. Nawet nie drgnęła, aby zmienić swoją pozycję, zacisnęła jednak wyraźnie palce na swojej torbie, jakby za chwilę te miały przemienić się w ostre szpony. Napięta jak struna, gotowa do przemiany i lotu w każdym momencie, lecz głównie do ataku. Nie do ucieczki. Matka ze swoim młodym, na wyprawie uczącej życia. Spojrzenie utkwione w potencjalnym zagrożeniu. Nie spojrzała na różdżkę, były to tylko narzędzia, jak łopata czy lemiesze, nawet jeśli łączyły się z czarodziejem, dopóki nie nastąpiła weryfikacja materiału. Dopiero wtedy rzuciła okiem na przedmiot. Tak, to był zdecydowanie kasztan.
— Bardzo dobre drewno, prawidłowo kochanie — skomentowała. Ostatnie słowo, czułostka do syna, brzmiała w jej ustach tą samą barwą co pisklak, jakby powiedziała inne słowo, zamiast tego, które tak naprawdę opuściło jej gardło. — Wspaniale. Oto zapłata. Do widzenia.
Położyła na blacie dziesięć galeonów. Oczekiwała, że skoro ustalono taki budżet z góry, to cena różdżki pokazanej Samuelowi nie przekracza tego limitu, ze względu na osobiste przekonania pana Ollivandera o fiu-bździu z rezonowaniem różdżek. Słyszała te słowa od swojego męża, o wybieraniu czarodzieja dla różdżki, nie odwrotnie, a jej oczy szorowały wtedy sufit rzęsami. Była praktyczną kobietą, która nie wierzyła w przeznaczenie inne niż to wytyczone przez ciężką pracę rąk i ślepe koleje losu. Każdy, kto uważał inaczej, naciągał innych na pieniądze.
Złapała swoje młode za łokieć i wyciągnęła ze sklepu. Musieli dostać się jak najszybciej na stację kolejową i wrócić do Doliny Godryka.