16.11.2022, 00:32 ✶
Alice od jakiegoś czasu nie potrafiła sobie znaleźć miejsca i to z całkiem innych powodów, niż chyba większość magicznego społeczeństwa. Zresztą oświadczenie Voldemorta jej w ogóle nie obeszło, bo prawie widziała oczami wyobraźni, jak niewinne, ale ciężkie jak kamień młyński, pismo z biura BUM-u zastanie ją w domu i będzie zawierać wezwanie na przesłuchanie w związku z udaremnionym skokiem sprzed kilku tygodni. Ale nic się nie działo. Czuła, że na dłuższą metę nie da rady, była spanikowana i bardzo sobą rozczarowana. Naiwnie i niezwykle buńczucznie uważała, że zniesie każde konsekwencje swojej działalności. Nie mogła sobie teraz pozwolić na nieprzemyślane działania, dlatego pojawiła się na sabacie, jak to się jej niejednokrotnie zdarzało. Nigdy nie była mocno zaangażowana w kowen, ale od kiedy Sacharissa weszła do rodziny Macmillanów, to naturalnie więzi się zacisnęły, aż do utraty tchu. Czasem za sprawą groźby, a czasem szantażem jej starsza siostra ściągała ich na uroczystości. Obrzędy się zakończyły, pewnie jej następny sabat odbędzie się już w trakcie obchodów Yule.
Panna Selwyn pomagała uprzątnąć stoły przy czym mocno zachodziła w głowę, jak jutro przebrnie przez swoją zmianę w Gringocie. Im bardziej będzie rozkojarzona, tym większa szansa, że ktoś coś zauważy i znowu nastąpiła nieprzyjemna gonitwa myśli. W obu rękach trzymała po jednym ceremonialnym świeczniku. Niosła zwyczajnie, bez posługiwania się magią, ich ciężar dobrze ją zakotwiczył w rzeczywistości, pomimo nieprzyjemnego napięcia, które promieniowało przez plecy do ramion i podstawy czaszki. Prawie dosłownie nadziała się na Sarah.
- Sarka, cześć - powitała dziewczynę z uśmiechem. - Och, czy te kruche ciastka to twoja sprawka? Są bardzo dobre.
Odłożyła świecznik na najbliższy stół, przy odrobinie szczęścia ktoś inny odłożyć je na miejsce. Popatrzyła na przyjaciółkę.
- Coś się stało? Znowu ktoś ci powiedział coś przykrego? - Lista nieporozumień, które przerodziły się w nieprzyjemny obrót spraw dla Macmillan, była dość długa. Naprawdę czarodzieje nie potrafili wykrzesać minimum dobrej woli i do tego każdego mierzyli swoją miarką.
Panna Selwyn pomagała uprzątnąć stoły przy czym mocno zachodziła w głowę, jak jutro przebrnie przez swoją zmianę w Gringocie. Im bardziej będzie rozkojarzona, tym większa szansa, że ktoś coś zauważy i znowu nastąpiła nieprzyjemna gonitwa myśli. W obu rękach trzymała po jednym ceremonialnym świeczniku. Niosła zwyczajnie, bez posługiwania się magią, ich ciężar dobrze ją zakotwiczył w rzeczywistości, pomimo nieprzyjemnego napięcia, które promieniowało przez plecy do ramion i podstawy czaszki. Prawie dosłownie nadziała się na Sarah.
- Sarka, cześć - powitała dziewczynę z uśmiechem. - Och, czy te kruche ciastka to twoja sprawka? Są bardzo dobre.
Odłożyła świecznik na najbliższy stół, przy odrobinie szczęścia ktoś inny odłożyć je na miejsce. Popatrzyła na przyjaciółkę.
- Coś się stało? Znowu ktoś ci powiedział coś przykrego? - Lista nieporozumień, które przerodziły się w nieprzyjemny obrót spraw dla Macmillan, była dość długa. Naprawdę czarodzieje nie potrafili wykrzesać minimum dobrej woli i do tego każdego mierzyli swoją miarką.