• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
« Wstecz 1 2 3 4 Dalej »
[24.08.72] Cuz if you let that MF shenan once, he's gonna shenanigan || A.G & A.G.

[24.08.72] Cuz if you let that MF shenan once, he's gonna shenanigan || A.G & A.G.
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
26.11.2024, 03:49  ✶  
Wieczór w barze spowitym półmrokiem nie wyróżniał się niczym szczególnym. Światło nielicznych świec, drżących w rytm systematycznego stukotu kropli deszczu o szyby, nadawało miejscu dokładnie ten klimat, o który z pewnością chodziło właścicielom ów przybytku.
W powietrzu unosił się zapach taniego tytoniu, parszywej klasy alkoholu, kwaśna woń potu i mieszanka ostrych, swędzących w nos przypraw, który zdawał się łączyć z szumem cichych rozmów. Celowo prowadzonych w taki sposób, by nie wynikało z nich nic szczególnego.
To było istotne zwłaszcza tu, gdzie każdy jednocześnie próbował ukryć swoje sekrety i odkryć tajemnice innych. Wystarczyło jedno słowo wypowiedziane bez baczenia. Zaledwie jedno spojrzenie uznane za niewłaściwe lub zbyt ciekawskie a wieczór mógł zakończyć się w niezbyt przyjemny sposób.
Oczywiście, że wybrał sobie jeden z dogodniejszych kątów pomieszczenia.
Nie ten najciemniejszy. Takie zawsze od razu przyciągały niechciane spojrzenia. Najjaśniejsze miejscówki również odpadały. Tam zazwyczaj siadały panny o wątpliwej moralności za to z całym wachlarzem chorób wenerycznych (do wyboru do koloru), młodzi gniewni lub zagubieni czarodzieje udający stałych klientów, żeby ugrać sobie trochę czasu na uświadomienie sobie jak oni się tu znaleźli, do jasnej cholery?!, nikt rozsądny.
On preferował półmrok na tyle nieprzenikniony, że jego ciemny kaptur niemal rozmywał się przy krawędziach, zlewał się z otoczeniem - z brudną kotarą, ale jednocześnie był na tyle rozproszony ciepłą łuną światła docierającą od strony kominka, żeby Ambroise mógł wyglądać po prostu jak klient niechętny do rozmowy.
Raz na jakiś czas w milczeniu lustrował wzrokiem salę, przyglądał się ludziom przechodzącym obok, po czym ponownie spuszczał spojrzenie na szklaneczkę średniej ognistej whisky trzymaną w dłoni.
Nie chciał zbyt długo wpatrywać się w żadną z tych osób. Ich twarze znikały w cieniu a szeptane rozmowy przesiąknięte były niepewnością i podejrzliwością. Wystarczyła iskra zapalna, żeby ktoś z tego grona wyrwał się do przodu rzucając oskarżenia i groźby. Wtedy przez chwilę robiło się goręcej, choć ktoś zza baru zazwyczaj studził sytuację i dyskretnie sugerował rozwiązanie jej poza lokalem.
Ambroise nie miał zamiaru zważać na otaczający go chaos. Siedział całkiem spokojnie, ignorując bzyczenie rozmów i kilka sytuacji, w których naturalne wydawałoby się uniesienie wzroku, żeby zobaczyć kto (ja pierdolę) uznał, że należy zacząć drzeć japę i walić kuflem o kontuar.
Każda sekunda zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Czas w tym przybytku mijał bardzo powoli. Lekki poblask ognia z kominka nie wydawał się ciepły ani zapraszający. Wręcz przeciwnie - nawet w płomieniach było coś zniechęcającego i nieprzyjaznego.
Na zewnątrz huczał deszcz, jakby sam Nokturn chciał ukryć jakieś mroczne wydarzenia, które miały wkrótce nastąpić. Ale przecież tak tu było zawsze. Dziwne i niepokojące zdecydowanie byłoby to, gdyby nic nie sprawiało tu podobnego wrażenia. Tymczasem w takim wydaniu wszystko było mile znajome. Wieczór jak wieczór.
Tyle tylko, że mijała minuta, dwie, pięć, dziesięć, piętnaście minut. Godzina. Do dwóch nie zamierzał doczekać. Nie był tu całkiem nieoficjalnie, nie martwił się tym, że ktoś go wystawił, ale jednocześnie nie zamierzał czekać w nieskończoność. Podniósł się z miejsca, zgarniając po sobie kilka brudów, żeby wyrzucić je do kosza przy wyjściu, przez które właśnie wymykał się jakiś człowiek.
Nie byłoby to takie dziwne, gdyby nie to, że w jego ruchach coś było. Bardzo nieokreślone. Czarodziej? Nie czarodziej. Gościu ewidentnie coś kombinował, szczególnie że był to chyba drugi czy trzeci raz, kiedy wszedł i wyszedł z baru. Niby nic dziwnego, nie tutaj, a jednak.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
she who hunts alone
Enduring things is what you do best
Gritting your teeth and bearing them.
wiek
34
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
wilkołak
zawód
Rejwach
Stosunkowo wysoka [175] kobieta o szczupłej, nieco wychudłej sylwetce. Ma długie, brązowe włosy i zwykle nosi je rozpuszczone, a na świat patrzy dużymi, zielonymi oczami.

Asena Greyback
#2
18.12.2024, 09:21  ✶  
Zawsze, kiedy ktoś narzekał na wątpliwą klientelę na Nokturnie, z kpiącą miną proponowała mu, żeby przeszedł się na Podziemne Ścieżki... o ile uda mu się znaleźć na nie wejście. Przy nich czarnomagiczna część magicznego Londynu wydawała się niemal rajem na ziemi, bo w ciasnych, ciemnych korytarzach skrytych pod ziemią, czaiło się niebezpieczeństwo zupełnie innego wymiaru. Senie zawsze kojarzyło się to z przypaloną zupą, którą ktoś doprowadził do takiego stanu że już cała poczerniała, ale zamiast całkiem odparować zmieniała się w ciągnącą, obrzydliwą masę, której zapach oblepiał całe gardło i nos, przyprawiając o mdłości. Podziemne były dokładnie takie; śmierdziały, lepiej było nic na nich nie jeść, a zadawanie się z niewłaściwymi osobnikami pozostawiało trwałe obrażenia. Mówiła już, że śmierdziało? Jej wyczulony nos wilkołaka wcześniej był przyzwyczajony do tego ciężkiego, wilgotnego zapachu popiołu, którym były przesiąknięte tamte uliczki, ale teraz aż zanadto kojarzył się z domem. Z miejscem odległym i niebezpiecznym, gdzie głowy takich nieposłusznych wilczków jak ona, przybijało się do drzwi wejściowych jako ostrzeżenie - w sensie metaforycznym. Ale nie zawsze.

Nokturn był... wygodny. Tutaj nikt nie zadawał zbędnych pytań, zbyt zajęty swoimi nielegalnymi działalnościami czy liczeniem, która kurwa wyjdzie go taniej przy ilości chorób wenerycznych które nosiły (o dziwo zawsze bardziej opłacało się zajść do Kościanego Zamtuza). Jeśli ktoś węszył informacje, mógł je tak samo zyskać jak i stracić - ale dopiero w pobliskim zaułku! Bo mimo wszystko była tutaj jakaś kultura pracy.

Najgorsze było chyba w tym wieczorze to, że padało jak z cebra. Zawsze zastanawiało ją, dlaczego tego typu pogodę nazywano pod psem. A może psią pogodą? A może to w sumie była tylko semantyka, którą nie powinna się przejmować? Niemniej jednak czuła się tym odrobinę urażona, nawet jeśli technicznie co miesiąc szczerzyła nie psie, a wilcze kły. Ale jednemu do drugiego było blisko, a teraz? Krople uderzały rytmicznie o spadziste dachy domów i kamieniczek, które ciągnęły się ku górze wzdłuż Śmiertelnego Nokturnu. Starała się iść tak, żeby omijać kałuże, a przede wszystkim przemykać pod okapami i balkonami, żeby nadmiernie nie napadało jej na głowę, nawet jeśli już wyglądała trochę jak zmokła suka, kiedy ciemne włosy lepiły się w strąkach do czoła. Skórzana kurtka którą miała na sobie była krótka i bez kaptura, a różdżka schowana głęboko, nawet jeśli może za jej pomocą mogłaby uchronić się od nadmiernej wilgoci.

Nokturn miał to do siebie, że nawet jeśli nie sprawiało się problemów i pilnowało własnego nosa, to kłopoty odnajdowały cię same. I właśnie w nosie był chyba w tym momencie pies (hehe) pogrzebany, bo ciężko było go oszukać. Były takie zapachy, które wżerały się w pamięć i zostawały z człowiekiem na dłużej. Niosły ze sobą wspominania, ale niekoniecznie te które ciągnęły się kawalkadą obrazów, a raczej skłębionych emocji. Zapach miał nutę słodyczy, podbijającą metaliczny parasol, który ją przykrywał, jakby oba te wątki zamknięte były w nierozerwalnym uścisku. Kluczyły w nierozerwalnym tańcu życia i śmierci, gdzie jednakowoż charakterystyczna dla nich czerwień symbolizowała życie i jego upływ. Tego chyba zawsze bała się najbardziej, że tym razem krew nie będzie tylko poobijanymi pięściami czy naderwanymi od przemiany paznokciami, a czymś o wiele bardziej turpistycznym.

Krok w tył. Tam gdzie zapach wydawał się jej silniejszy. A może jej się tylko wydawało? Deszcz miał to do siebie, że przyćmiewał zapachy, bełtajac je swoją wilgotnością w jedną, trudną do rozróżnienia masę. Ale...
- Przepraszam - rzuciła skonsternowana, kiedy kolejny krok i nieobecny wzrok sprawiły, że plecy natrafiły na opór. Odwróciła się, przyglądając zakapturzonej postaci, ale nie bała się, że to właśnie źródło całego problemu. Czymkolwiek pachniał, nie była to krew. - Przepraszam, miałam tylko wrażenie, że ktoś tutaj kogoś w okolicy zabija.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (543), Asena Greyback (597)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa