...moment. Czemu poczuł niezadowolenie i smutek na myśl, że mogłoby się tak stać? Coś w nim wierciło się na samą myśl o tym, że miałaby się zadowolić kimś innym, kto uprzykrzałby jej egzystencję. Nawet nie chodziło o jego życie czy śmierć. Odczuł nieokreślonego pochodzenia dyskomfort na własne słowa. Chyba nie chciał, żeby ktoś inny zajął jego miejsce a to kompletnie nie miało sensu. Wcale nie pragnął być jej głównym wrogiem. Doszło do tego przypadkiem. Splot zdarzeń sprawił, że tak bardzo zaczęli sobie działać na nerwy.
- Uważaj, bo jeszcze pomyślę, że nie lubisz zadawać mi bólu - nieznacznie uniósł kącik ust, choć czoło miał nadal zmarszczone.
Im dłużej rozmawiali po tym dziwnym wyrwaniu z rzeczywistości, tym bardziej był przekonany, że nigdy nie dojdą do tego, co się tu stało. Im bardziej myślał o całej sytuacji, tym bardziej bolała go głowa a wspomnienia stawały się rozmazane. A im bardziej usiłował poradzić sobie z nagłym napadem emocji, tym bardziej nieswojo się czuł. Jednym słowem: przejebane. Cokolwiek by nie zrobił, to nie było to.
- Jako skazaniec mam prawo być niezadowolony z wymiaru kary - odparł z nieskrywanym niezadowoleniem.
Czuł się bardziej jak on sam, kiedy dawał ujście tym uczuciom i zwracał się do niej tak jak pamiętał, że rozmawiali. Ilekroć próbował złagodzić ton, odnosił wrażenie, że nie przemawia sam za siebie. Jakby ktoś inny wpływał na jego obolałe struny głosowe i korzystał z jego opuchniętego gardła.
- Wyjąłem strzałę, nie kij. I już cię zapewniam, że to był chujowy pomysł. Nigdy nie wyjmuj strzały - odezwał się, ponownie spuszczając z tonu. Nie chciał być teraz grubiański. - Szczególnie jak masz ją zgubić - dopowiedział.
Żartował. Żartował z własnej nieporadności a przynajmniej próbował to zrobić.
Starał się, okay?, zgodnie z życzeniem. Choć nie był na tyle lepszym, nowym Greengrassem, żeby też ją przeprosić. Ba. Czy nawet skomentować jej przeprosiny, bo tego też nie zrobił. Odwrócił wzrok, przełykając gorycz.
Zresztą zaraz odczuł jej więcej. Wcale nie chciał, żeby odbierała jego słowa jako przytyki.
- Stop - złapał ją ręka za nadgarstek, nakierowując spojrzenie kobiety na jego twarz. Pokręcił głową. - Nie o to mi chodziło. Jesteś chujowym strzelcem. Proszę, wywal gdzieś tę kuszę i nawet nie próbuj jej podnosić. Ale nie o to mi chodzi, nie obwiniam cię. Okay? - Oczekiwał odpowiedzi albo przytaknięcia ruchem głowy. - Coś tu jest. Coś się wydarzyło i próbuję zrozumieć, o co tu chodzi, ale musimy iść. Przede wszystkim - tak to właśnie odczuwał. Nie powinni tu spędzać więcej czasu niż to konieczne.
Ani on nie powinien dłużej trzymać jej ręki. Tak samo dotykać tego kosmyka włosów. Nie powinien nawiązywać kontaktu wzrokowego, przez który jeszcze trudniej mu było przełknąć ślinę (jakby opuchnięte gardło nie było dostateczne). Miał wrażenie, że popadają w coś, w co nie powinni popadać. I że należało to przerwać. Natychmiast.
- Ten - kiwnął głową, mentalnie przygotowując się do zabiegu głównie po to, żeby odciągnąć myśli.
Bycie uzdrowicielem wcale mu tego nie ułatwiało. Wręcz przeciwnie. Był świadomy tego jak to będzie wyglądać. Nie mógł nic zrobić, a jedynie zacisnąć zęby i spróbować zastosować się do poleceń. Podnieść nogę wtedy, kiedy kazała i pomóc jej z bandażem.
- Zaciśnij to mocniej - polecił.
W pierwszej chwili ostro, odczuwając skutki działania obu substancji. Szczególnie tej pierwszej, która prawie wykręciła go na drugą stronę. Nie potrafił powstrzymać jęku zza zaciśniętych zębów i napięcia ciała. Zreflektował się mimo to, przenosząc spojrzenie z rany na Geraldine i z Geraldine na ranę.
- Proszę - dodał ciszej.
Pomagała mu. Mogła go tu zostawić na pastwę losu i wziąć całą nagrodę. Pewnie trudno by mu było wrócić do Londynu. Szczególnie, że bez niej nie miałby również swojej torby. Najpewniej by się wykrwawił a to wszystko z zaledwie jednej rany. Mimo to nie podjęła takiej decyzji. On sam czasami by siebie zostawił - w zależności od dnia, jaki akurat miał. Czasami działałby sobie tak na nerwy, że nie zawahałby się przed tym. Geraldine chyba była lepszym człowiekiem. Przyznał to niechętnie i tylko sobie. Takie słowa nie miały opuścić jego ust. Po jego zimnym, martwym trupie... ...co trochę się oddalało. Miał przeżyć. W bólu, ale bywało gorzej.
- Ujdzie - skwitował szczerze, marszcząc brwi i czoło, bo ból dopiero zaczynał ustępować.
Kurewsko nie lubił ani tej maści, ani eliksiru. Zazwyczaj unikał podawania ich pacjentom. Wziął je tu ze sobą wyłącznie dlatego, że były nieprzyjemne, ale równocześnie wyjątkowo skuteczne. W obliczu ran odnoszonych przez członków wyprawy mógł dokonać jednej z kilku opcji wyboru a nie było mu w smak targanie ze sobą całej apteki. Co zabawniejsze, to w żadnym ze scenariuszy nie założył, że to on zostanie pacjentem. W innym przypadku nadal zabrałby te same medykamenty, ale wziąłby sobie jeszcze butelkę wódki albo coś w tym rodzaju.
- To najlepsze, co dało się zrobić w tych warunkach - poprawił się instynktownie, kiedy palące szczypanie trochę zelżało.
Nie był aż takim bucem. Umiał wyczuć, kiedy brzmiał zbyt ostro i jeśli mu zależało, czasami naprawdę umiał zmienić swoje słowa. Sposób, w który teraz mówił był zarezerwowany dla kogoś, kto w gruncie rzeczy nie zrobił nic złego. Starała się. Próbowała mu pomóc. Nie musiał być dla niej tak ostentacyjnie wrogi.
Tak właściwie to w tym momencie nie rozumiał, czemu kiedykolwiek był. Mogli się nie lubić, ale chyba zdarzało mu się przesadzać z okazywaniem jawnej niechęci tam, gdzie nie musiał. Poza tym miała takie delikatne dłonie i łagodną nutę w głosie, których wcześniej nie dostrzegł. Miał wrażenie, że wiele nie widział. Kiedy patrzył na nią teraz, nakładały mu się na siebie dwa obrazy. Słońce przebijało się przez dziury w dachu i oświetlało jej sylwetkę, rozjaśniając włosy w taki sposób, że przypominały aureolę wokół twarzy.
Chyba stracił więcej krwi niż zakładał. Obawiał się, że może być bliski majaczenia. Powinni stąd wyjść i to jak najszybciej. Musiał zagryźć zęby, żeby wstać. Teleportacja także nie zapowiadała się w taki sposób, że myślał o niej chętnie, ale musieli wyjść. Po prostu musieli.
- Pomożesz mi wstać? - Bolało go, że musiał ją wykorzystywać do takich rzeczy, ale potrzebował oparcia.
Musiał zagryźć zęby i zignorować palące przekonanie, że będzie mieć wobec niej dług wdzięczności. Nieistotne, że to ona go postrzeliła. Istotne, że był zbyt słaby i zdany na łaskę bądź niełaskę, żeby móc poradzić sobie na własną rękę. To było upokarzające. Z drugiej strony mógłby spróbować złapać barierkę i podciągnąć się sam, ale nie był idiotą. Drewno zapewne by go nie utrzymało. Spadłby z galerii i żaden eliksir już by mu nie pomógł. Mówiąc o eliksirach, znowu pociągnął z butelki. Tym razem bez toastu.
Tak. Wiedział, że nie powinien z tym przesadzać, ale nie miał wódy. Potrzebował się czymś otumanić, żeby nie robić scen. Tym bardziej, że czekało go bolesne zrastanie mięśni.