- Och - powiedziała tylko cicho, unosząc dłoń do ust. Mimo tego, że był teraz półprzezroczysty, to rozpoznała go niemal od razu. Przecież przed kilkoma dniami zbierał z jej ciała miarę, sprawdzał co można poprawić i przykładał materiał, by dobrać odpowiednią intensywność barwy do jej cery. - Pan Anthony.
Opuściła rękę z różdżką i tę, którą trzymała przy ustach. Zerknęła na Laurenca nieco zakłopotana, ale również i niezwykle zaskoczona. Absolutnie nie spodziewała się tutaj ducha - przecież projektant nie był na tyle stary, żeby tak po prostu umrzeć. Co więcej: gdy tu była, to wydawał się być w sile wieku. Nie miał może trzydziestu lat, ale co to było sześćdziesiąt dla czarodzieja?
- Nie zdążyłem... - powiedział cicho, opuszczając głowę. Wbił wzrok w swoje dłonie, którymi przebierał nerwowo. To je pocierał, to rozprostowywał palce, to znowu łączył je ze sobą. Tak jakby nie potrafił znaleźć sobie miejsca.
- Ja... - Camille zacięła się. Nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Cisnęło się na usta Nic się nie stało, ale przecież stało się, prawda? Anthony umarł. - Czy pan... Co się stało?
Zdecydowała się w końcu zadać pytanie, bo co miała powiedzieć? Czy wie pan, że nie żyje?