- Teraz to udowodnię ci, że mam rację - zapewnił, kradnąc jej pojedynczy pocałunek. - Będę najprostszym człowiekiem jakiego znasz. Zobaczysz. Tak właściwie to nawet nie muszę nic zmieniać - zapewnił, po czym poruszył głową, przesuwając językiem po zębach. - Po prostu mów do mnie wprost, okay? - Potrzebował to usłyszeć.
Skoro już się deklarowali to było wręcz niezbędne. Nie chciał się dłużej poruszać po grząskim gruncie. To było im niepotrzebne, wręcz mogło zaszkodzić temu, co zaczynali budować.
- Nigdy więcej. To kończy się tu i teraz - obiecał.
Nigdy więcej nie mieli wracać do tamtego pojęcia przyjaźni. Niejasności i podtekstów, niedopowiedzeń i mętności. Miał po dziurki w nosie mętliku w głowie, pilnowania każdego słowa i ostrożnego patrzenia w jej stronę z wątpliwościami dotyczącymi tego jak miała zareagować. Zmieniali to. Po prostu od ręki tu i teraz.
- Partnerką, towarzyszką życia, dziewczyną - jak zwał tak zwał. Chcę, żebyś była moja, reszta określeń może być zamienna - krótko mówiąc: wybierz coś, co ci odpowiada, a ja będę szczęśliwy mogąc to wypowiadać, pod tym kątem był bardzo prosty i ugodowy.
Na prawdę chciał jedynie tego jednego, o czym mówił. Choć dla wielu mogłoby być to raczej zaskakujące, szczególnie w obliczu różnorakich plotek. Ambroise najzwyczajniej chciał tej wyłącznej przynależności. I tak od dawna nie oglądał się za pannicami typu Delacour, nie obchodziły go i chciał, żeby to teraz wybrzmiało jasno. Skoro już mówili o tym, co przemilczeli przez zbyt dużo czasu.
- Możemy zaczekać - odpowiedział ostrożniej, przypatrując się Geraldine pytająco, bo choć raczej wolałby tego nie robić to w tym wypadku szedł jej na rękę; chciał przecież dobrze.
Nadal musiał nawigować swoimi przemyśleniami i reakcjami w tej nowej rzeczywistości. Prawdę mówiąc byłoby dziwne, gdyby od razu się w tym odnalazł. Rozmawiali szczerze od ilu?... ...pięciu?... ...dziesięciu minut? Wydawało mu się, że minęło dłużej, ale w gruncie rzeczy nadal dosłownie przed chwilą opuścili ten grząski rejon. Chciał, aby oboje czuli się z tym komfortowo. Zależało mu na jej szczęściu, więc jeśli nie chciała tak od razu chwalić się nim przed matką to był to w stanie zrozumieć.
Nagle miał wrażenie, że ma znacznie bardziej otwarty umysł, jakby ktoś zrzucił z niego jakiś ciężar i odblokował mu możliwość podejmowania właściwych własnych decyzji. Czy to mogło być tak proste? Naprawdę? Czy wystarczyło tylko otworzyć usta, dzieląc się tym wszystkim, żeby powoli przestawał czuć się taki poplątany i pogubiony? Przeczuwał, że tak - właśnie tak. To było zaskakujące, ale w całkiem przyjemny sposób.
To wciąż była nowość. Miało nią to być jeszcze przez długi czas, szczególnie że nigdy wcześniej Ambroise nie znajdował się w ani trochę podobnej sytuacji. Niby nigdy nie miał najmniejszych problemów z tym, aby czarować kobiety, ale to nie było coś zupełnie innego. Nie chciał grać przed Geraldine. Ani trochę. Nie miał wobec niej żadnych nieczystych zamiarów (trochę nieprzyzwoite owszem, ale nie w tym złym sensie), a i on chciał ją zaakceptować dokładnie taką, jaką była.
Jasne, mieli swoje trudne strony. Nie łudził się, że zawsze będzie pięknie, łatwo i kolorowo a Słońce będzie przygrzewać im nad głowami. Miewało być różnie. Byli do siebie podobni, ale to nie było wyłącznie pozytywne, miało także swoje poważniejsze aspekty. Tak właściwie to już je przecież widzieli. Ich dotychczasowa relacja nie przebiegała cały czas gładko i przyjemnie, ale był na to gotowy, skoro ona też była. Uważał też wręcz, że w tym wszystkim była dla niego idealnie nieidealna. Taką ją znał i takiej chciał. W całej tej dzikiej, nieokiełznanej naturze i zgadza się - to nie mogła być ta sukienka. Nie ona sprawiała, że całował Geraldine.
Choć w pewnym sensie może tak? Przyciągnęła do niej tamtych chłystków. Gdyby nie oni, mogłoby być zupełnie inaczej. Być może fatalny gust Jennifer Yaxley faktycznie ułatwił im co nieco, choć nie do końca jak to wiedźma planowała? O ironio. O zgrozo. Chyba było w tym trochę zasługi.
- Do ciebie - stwierdził, ale nie zamierzał na tym poprzestać - potem na chwilę do mnie. Potem na środkowotygodniowy weekend z miasta. Może na dłużej? Cztery dni? Do czwartku? - Zaproponował, posyłając jej jeszcze jeden uśmiech. - Podoba mi się ta plaża, ale znam inną, lepszą. O tej porze roku jeszcze nikogo tam nie będzie - jeśli jego wcześniejsze słowa nie miały jej skusić do tego krótkiego, spontanicznego wypadu to teraz próbował zrobić to jeszcze bardziej.
Było jeszcze stanowczo zbyt zimno, żeby większość ludzi wybierała plażowe kierunki pod kątem kąpieli. Rzecz jasna nigdy nie było tutaj tak ciepło, żeby przyciągało to wielu turystów, kiedy istniały bardziej wakacyjne miejsca. Poza tym mieli dopiero maj. Noce bywały jeszcze całkiem chłodne, poranki rześkie a nadmorskie wiatry ciągnęły za sobą mokrą bryzę, która jeszcze bardziej zniechęcała znaczną część społeczeństwa do wybierania się w rejony, o których myślał.
Dzięki temu mogli mieć pewność, że nikt nie zakłóci im spokoju. Aż do czwartkowego popołudnia, bo wieczorem musiał pojawić się na nockę w pracy. Miał cichą nadzieję, że pierwszą, której nie spędzą wspólnie. To była nowa, odżywcza myśl.
- Pokażę ci wakacyjne zabawy młodocianych czarodziejów. Będzie fajnie - obiecał, mając na myśli to, że żadne z nich nie posiadało domu w tamtych stronach, ale przecież to nie stanowiło żadnego problemu, skoro było tam tyle wolnych, sezonowych nieruchomości a oni mieli różdżki i trochę kreatywności.
- Trzydziesty października. Mam dwadzieścia siedem lat. Teraz masz już pewność - odezwał się z błyskiem w oku, nieoczekiwanie na moment zmieniając temat, bo wypadało mieć w tym jasność.
Wiedział, że nie wiedziała. Wyłapał to podczas jej własnych urodzin. Teraz patrzył na nią rozbawiony, przesuwając palcem po zarysie jej szyi.