04.10.2024, 23:58 ✶
Te świeczki od Sebastiana faktycznie spadły jej z nieba, bo na śmierć zdążyła zapomnieć, że w domu pojawiły się w tym temacie pewne braku. Persephona była ostatnio okropnie zajęta i trochę nie chciała zawracać jej głowy własnymi zamówieniami, dlatego czekała i czekała... no i w końcu z czekania przeszła już w pełnoprawne zapominalstwo. Kiedy wyciągała kolejne świeczki z szuflady, pojawiała się krótka myśl, że przecież zaraz się skończą, ale kiedy tylko je odpalała - wszystko ulatniało się z głowy razem z uchodzącym ku górze dymem.
Kiedy wracała ze święta, wstąpiła jeszcze do kwiaciarni, wiedziona chyba zwykłą zachcianką rozświetlenia i ożywienia wnętrza swojego mieszkania. Wybrała słoneczniki; ich żółte, przypominające słońce głowy wydawały się idealnym wręcz motywem do umieszczenia w dusznych, ciężkich ścianach Ataraxii. W końcu do pomyślnych żniw potrzebne było słońce, więc akurat te kwiaty mogły tylko bardziej przypodobać się Matce podczas palenia dla niej świeczki i proszenia o ochronę nad domem. Wybrała zatem te najpełniejsze i najładniej rozwinięte, uśmiechające się wesoło do słońca do którego odwracały się przez okno kwiaciarni. Zapłaciła, a potem już czekała ją prosta droga w kierunku Nokturnu.
Żałowała odrobinkę, że nie zwiedziła całego kiermaszu tak jak powinna. Rozstawiło tam całkiem sporo stoisk i nawet jeśli niekoniecznie kupiłaby coś na każdym z nich, to zawsze była typem osoby który z ochotą pochylał się nad wystawkami, oglądając z zaciekawieniem rękodzieła i wszystkie te najgorsze pierdółki, które miały skusić nie wiadomo kogo. Kusiły zagraniczne alkohole, czy może nawet porozmawianie nieco dłużej z nieoczywistym przyjacielem Hadesa, którym okazał się Anthony Shafiq. Co prawda obsługująca stoisko Tahira o wiele bardziej koncentrowała na sobie uwagę Ambrosii, ale no... kontrolowanie brata miało pewne priorytety. Żałowała też, że nie zainteresowała się nieco bardziej zamieszaniem, który stworzyło się przy stoisku Mulciberów, ale była pewna że taka awantura i związane z nią detale szybko dotrą do jej uszu. Był tam Hades, był tam Alexander... a to z kolei znaczyło mieszankę wybuchową. Ktoś snujący się potem od tamtego miejsca wspominał o złej teleportacji i zawałach, więc działo się a działo. Jej natomiast pozostawało mieć nadzieję, że jej brat nie przydzwonił Mulciberowi tak, że wysłał go na drugi świat.
Mimowolnie i z pewnym roztargnieniem zaczęła bawić się wisiorkiem ze złotego topazu, kiedy zastukała obcasami po bruku Nokturnu. Martwiła się, jakby wbrew sobie, rytuałem który wspominała Sebastianowi. Dzisiaj było Lammas, termin który wyznaczyła matka osobom, które doświadczyły jej obecności podczas Lithy. W sumie to nie tylko ona, bo przecież objawiły się wtedy wszystkie trzy boginie, ale Ambrosia zawsze odnosiła wrażenie, że to właśnie Matka była najbardziej uniwersalnym bytem z całej trójki. Najbardziej nastawionym na opiekę swoich śmiertelnych dzieci. Takim, do którego kierowało się nawet najmniejszą prośbę i do którego uciekało się przed wszystkimi problemami świata. Nie była pewna czy takiej rozstrzelonej gromadce ludzi, jakiej udało się zebrać na Lithcie, uda się dojść do jakiegoś porozumienia. Ale życzyła im jak najlepiej. Dla ich dobra.
Otworzyła Ataraxię i już na progu przywitała ją Flądra. Kotka zakręciła się między nogami właścicielki, domagając chociaż odrobinę uwagi, której Ambrosia nie mogła jej odmówić. Wymiziała kotkę za uszami, wciąż z zakupami w rękach, ale wreszcie skierowała swoje kroki dalej. Przez salonik do części mieszkalnej, chcąc pozbyć się klamotów z rąk i rozpocząć przygotowania do rytuału.
Przycięła łodyżki słoneczników i rozpoczęła poszukiwania czegoś, co mogło robić za odpowiedni dla nich wazon. Niby tych miała nieco w domu, ale nie chciała by kwiaty źle prezentowały się w naczyniu, więc po przegrzebaniu paru szafek, wreszcie zdecydowała się na coś, co kiedyś było chyba urną. Ciężki ceramiczny pojemnik, któremu ktoś stłukł pokrywkę, a na którym zostało napisane; świętej pamięci. Nikt chyba nigdy nie sprecyzował o czyją pamięć chodziło, ale Ambrosii to ani trochę nie przeszkadzało i zazwyczaj urna robiła za pojemnik na wszystko co akurat trzeba było odłożyć, ale nikt nie wiedział gdzie.
Fanty wygrane na loterii chwilowo zostawił w torbie na kuchennym stole, decydując że zajmie się niemi później, na ten moment wyciągając z tobołka tylko świeczki, które dostała w prezencie od kuzyna. Zawsze doceniała te drobne gesty Sebastiana, bo przecież, jak z resztą na kapłana przystano, był dobrym człowiekiem, a jednocześnie momentami tak absurdalnie marudnym, że nie pozostawało nic innego jak tylko się uśmiechnąć. Ale chyba była to rodzinna przypadłość, bo narzekanie na wszelkie niesprawiedliwości losu wydawało się Rosie tak łatwe jak oddychanie. Złapała za prowizoryczny wazon i powiodła do innego pokoju, ustawiając go na parapecie, by kwiaty miały jak najwięcej światła. Zaczęła też odgruzowywać stolik, który stał pod oknem, a który robił jej za coś pomiędzy ołtarzykiem i miejscem poświęconym na wszelkie duchowe przemyślenia czy ciągnięcie kart w o wiele bardziej sprecyzowany sposób. Lubiła spoglądać wtedy za okno, nawet jeśli widok na Nokturn i jego dachy był tak samo parszywy jak brudne uliczki poniżej. Ale niebo miało w sobie coś przyjemnego, szczególnie kiedy jaśniała na nim tarcza księżyca.
Ta pewnie za jakiś czas miała zawitać w krajobrazie, które gotowe było pokazać jej okienko, ale teraz na ciemniejącym niebie krążyły kruki i wrony, szukające miejsca na nocleg. McKinnon mimowolnie zaczęła się zastanawiać, ile jeszcze czasu zostało do faktycznych zbiorów i momentu kiedy te same ptaszyska, ale już na angielskich wsiach, opadną na niechronione plony, gotowe napełnić brzuchy tak szybko jak tylko się da. Ciekawe, czy tam pośród pól i lasów, były tak samo bezczelne jak te okazy z którymi przychodziło się użerać w miejskiej ciasnocie.
Oderwała spojrzenie od tańczących na niebie skrzydlatych cieni i wyciągnęła podstawkę, umieszczając na niej jedną ze świec. Zapałka przesunęła się po boku pudełeczka i sypnęła iskrami, podchwytując płomień i grzejąc palce, kiedy Ambrosia rozpaliła znajdującą się przed nią świecę. Ognik zamigotał nieśmiało, rozgaszczając się powoli na knocie i rosnąc powoli. McKinnon wykonała znak wiary, podnosząc spojrzenie na symbol, który został umieszczony nad oknem. Słoneczna tarcza uśmiechała się do niej nieco zmatowiałym złotem, pozwalając na moment odprowadzić myśli ku samej ognistej gwieździe, która wyznaczała rytm kolejnych dni. Dzięki słońcu mieli co tego roku świętować, bo z tego co się orientowała, zbiory miały być całkiem dobre. Dlatego, wznosząc w myślach modły ku niemu, pochyliła głowę, oddając cześć solarnym bóstwom i dziękując za ich opiekę nad tym latem.
A potem blondynka wyciągnęła druga świecę - tą już całkowicie poświęconą Matce o której opiekę chciała się ubiegać. Wyczyściła grawer, tak jak mówił Sebastian, sięgając po proste zaklęcie rozpraszające, a następnie umieściła ją w świeczniku.
- Droga Matko, dawczyni życia, zsyłająca nam dary proste i głębokie. Nieugięta, łaskawa, rozkwitająca w każdym kwiecie i gnająca w wietrze który daje nam owoce i ciepły deszcz, zmiękczający ziemię i pozwalający jej obsypać się zielenią symbolizującą życie i mądrość i przyszłość. Zakorzenieni w ziemi, w kościach swych i krwi czujemy twoją dobroć i potęgę, wiedząc że to ty napędzasz fale obracające ziemię i że to ty kładziesz swe dłonie by wprawić kołyskę życia w ruch. Pani dająca nam uczty pierwszych zbiorów, napełniająca dziecko w łonie życiem, dająca nam słońce jaśniejące na niebie; Matko, bogini nasza, wzywam cię i proszę o przysługę. Proszę, chroń to domostwo i wszystkich jego mieszkańców. - zapałka znowu zazgrzytała o papier, sypiąc iskrami i krzesząc płomyczek, który z ostatnim słowem i intencją Ambrosia podsunęła pod knot świecy. Ogienek przeskoczył łagodnie, bez niepotrzebnych ekscesów, spokojnie niosąc prośbę razem z dymem ku górze. Ku Matce. Zależało jej na tym by Ataraxia była bezpieczna, niosąc ze sobą błogosławieństwo Matki, o ile ta tylko miała być łaskawa, ale mimo koncentrowaniu się na miejscu, myśli Rosie i tak rwały się ku wszystkim na którym jej zależało. Myślała o Hadesie, o Alexandrze, o wszystkich swoich przyjaciółkach. Ba, nawet o Morpheusie, na dłuższą chwilę zatrzymując się przede wszystkim na swojej matce, która pewnie też dzisiejszego dnia rozpalała świecę, proszą boginię o tę samą ochronę.
Ambrosia często, z pewną goryczą i przekorą, uważała się za osobę niekoniecznie oddaną wierze i bogom, do których inni tak chętnie oddawali modły. Ale w momentach słabości czy tych wymagających drobnych rytuałów, bez zastanowienia kierowała myśli do wyższej siły, czającej się gdzieś nad nią. Ta było proście i łatwiej, ale w jakiś sposób umiejętność dostrzegania Limbo i rozmawiania ze zmarłymi ugruntowała w niej świadomość, że rzeczywistość gdzie bogowie nie istnieli nie miała racji bytu. I nie potrzebowała do tego ani tragedii Beltane, ani też objawienia które niosła ze sobą Litha. Nie musiała wpaść fizycznie do limbo by wierzyć w swoje własne wizje, które przecież dzieliła przez krew ze wszystkimi Trelawneyami. Tak samo nie musiała na własne oczy dostrzec Matki, Staruchy i Dziewicy, by wiedzieć że trzy boginie czuwały nad ludźmi i nad ich szalonym światem.
Czego tylko nie była pewna to to, na ile ci bogowie posiadają moc sprawczą by wysłuchiwać ich prośby i sprawiać by się spełniły. Na ile to byli właśnie oni, te wyższe istoty, a na ile moc zwykłych ludzkich intencji. Ale jakaś jej część, ta prosta i wręcz dziecięca chciała wierzyć w to, że bogowie faktycznie czasem słuchali ich nieco uważniej i na to odpowiadali, a nie tylko przyglądali się gdy zdesperowani ludzie brali sprawy w swoje własne ręce.
Pozwoliła świecom w pełni się wypalić, czuwając jednak by zainteresowana nimi kotka nie przewróciła ich, albo też sama nie zajęła się ogniem. Siedziała więc przez dłuższy czas przy stoliku, ciągnąć dla siebie tarota na sierpień, a potem przeniosła się na fotel, oddając lekturze jakiejś wyjątkowo szmirowatej książki.
Kiedy wracała ze święta, wstąpiła jeszcze do kwiaciarni, wiedziona chyba zwykłą zachcianką rozświetlenia i ożywienia wnętrza swojego mieszkania. Wybrała słoneczniki; ich żółte, przypominające słońce głowy wydawały się idealnym wręcz motywem do umieszczenia w dusznych, ciężkich ścianach Ataraxii. W końcu do pomyślnych żniw potrzebne było słońce, więc akurat te kwiaty mogły tylko bardziej przypodobać się Matce podczas palenia dla niej świeczki i proszenia o ochronę nad domem. Wybrała zatem te najpełniejsze i najładniej rozwinięte, uśmiechające się wesoło do słońca do którego odwracały się przez okno kwiaciarni. Zapłaciła, a potem już czekała ją prosta droga w kierunku Nokturnu.
Żałowała odrobinkę, że nie zwiedziła całego kiermaszu tak jak powinna. Rozstawiło tam całkiem sporo stoisk i nawet jeśli niekoniecznie kupiłaby coś na każdym z nich, to zawsze była typem osoby który z ochotą pochylał się nad wystawkami, oglądając z zaciekawieniem rękodzieła i wszystkie te najgorsze pierdółki, które miały skusić nie wiadomo kogo. Kusiły zagraniczne alkohole, czy może nawet porozmawianie nieco dłużej z nieoczywistym przyjacielem Hadesa, którym okazał się Anthony Shafiq. Co prawda obsługująca stoisko Tahira o wiele bardziej koncentrowała na sobie uwagę Ambrosii, ale no... kontrolowanie brata miało pewne priorytety. Żałowała też, że nie zainteresowała się nieco bardziej zamieszaniem, który stworzyło się przy stoisku Mulciberów, ale była pewna że taka awantura i związane z nią detale szybko dotrą do jej uszu. Był tam Hades, był tam Alexander... a to z kolei znaczyło mieszankę wybuchową. Ktoś snujący się potem od tamtego miejsca wspominał o złej teleportacji i zawałach, więc działo się a działo. Jej natomiast pozostawało mieć nadzieję, że jej brat nie przydzwonił Mulciberowi tak, że wysłał go na drugi świat.
Mimowolnie i z pewnym roztargnieniem zaczęła bawić się wisiorkiem ze złotego topazu, kiedy zastukała obcasami po bruku Nokturnu. Martwiła się, jakby wbrew sobie, rytuałem który wspominała Sebastianowi. Dzisiaj było Lammas, termin który wyznaczyła matka osobom, które doświadczyły jej obecności podczas Lithy. W sumie to nie tylko ona, bo przecież objawiły się wtedy wszystkie trzy boginie, ale Ambrosia zawsze odnosiła wrażenie, że to właśnie Matka była najbardziej uniwersalnym bytem z całej trójki. Najbardziej nastawionym na opiekę swoich śmiertelnych dzieci. Takim, do którego kierowało się nawet najmniejszą prośbę i do którego uciekało się przed wszystkimi problemami świata. Nie była pewna czy takiej rozstrzelonej gromadce ludzi, jakiej udało się zebrać na Lithcie, uda się dojść do jakiegoś porozumienia. Ale życzyła im jak najlepiej. Dla ich dobra.
Otworzyła Ataraxię i już na progu przywitała ją Flądra. Kotka zakręciła się między nogami właścicielki, domagając chociaż odrobinę uwagi, której Ambrosia nie mogła jej odmówić. Wymiziała kotkę za uszami, wciąż z zakupami w rękach, ale wreszcie skierowała swoje kroki dalej. Przez salonik do części mieszkalnej, chcąc pozbyć się klamotów z rąk i rozpocząć przygotowania do rytuału.
Przycięła łodyżki słoneczników i rozpoczęła poszukiwania czegoś, co mogło robić za odpowiedni dla nich wazon. Niby tych miała nieco w domu, ale nie chciała by kwiaty źle prezentowały się w naczyniu, więc po przegrzebaniu paru szafek, wreszcie zdecydowała się na coś, co kiedyś było chyba urną. Ciężki ceramiczny pojemnik, któremu ktoś stłukł pokrywkę, a na którym zostało napisane; świętej pamięci. Nikt chyba nigdy nie sprecyzował o czyją pamięć chodziło, ale Ambrosii to ani trochę nie przeszkadzało i zazwyczaj urna robiła za pojemnik na wszystko co akurat trzeba było odłożyć, ale nikt nie wiedział gdzie.
Fanty wygrane na loterii chwilowo zostawił w torbie na kuchennym stole, decydując że zajmie się niemi później, na ten moment wyciągając z tobołka tylko świeczki, które dostała w prezencie od kuzyna. Zawsze doceniała te drobne gesty Sebastiana, bo przecież, jak z resztą na kapłana przystano, był dobrym człowiekiem, a jednocześnie momentami tak absurdalnie marudnym, że nie pozostawało nic innego jak tylko się uśmiechnąć. Ale chyba była to rodzinna przypadłość, bo narzekanie na wszelkie niesprawiedliwości losu wydawało się Rosie tak łatwe jak oddychanie. Złapała za prowizoryczny wazon i powiodła do innego pokoju, ustawiając go na parapecie, by kwiaty miały jak najwięcej światła. Zaczęła też odgruzowywać stolik, który stał pod oknem, a który robił jej za coś pomiędzy ołtarzykiem i miejscem poświęconym na wszelkie duchowe przemyślenia czy ciągnięcie kart w o wiele bardziej sprecyzowany sposób. Lubiła spoglądać wtedy za okno, nawet jeśli widok na Nokturn i jego dachy był tak samo parszywy jak brudne uliczki poniżej. Ale niebo miało w sobie coś przyjemnego, szczególnie kiedy jaśniała na nim tarcza księżyca.
Ta pewnie za jakiś czas miała zawitać w krajobrazie, które gotowe było pokazać jej okienko, ale teraz na ciemniejącym niebie krążyły kruki i wrony, szukające miejsca na nocleg. McKinnon mimowolnie zaczęła się zastanawiać, ile jeszcze czasu zostało do faktycznych zbiorów i momentu kiedy te same ptaszyska, ale już na angielskich wsiach, opadną na niechronione plony, gotowe napełnić brzuchy tak szybko jak tylko się da. Ciekawe, czy tam pośród pól i lasów, były tak samo bezczelne jak te okazy z którymi przychodziło się użerać w miejskiej ciasnocie.
Oderwała spojrzenie od tańczących na niebie skrzydlatych cieni i wyciągnęła podstawkę, umieszczając na niej jedną ze świec. Zapałka przesunęła się po boku pudełeczka i sypnęła iskrami, podchwytując płomień i grzejąc palce, kiedy Ambrosia rozpaliła znajdującą się przed nią świecę. Ognik zamigotał nieśmiało, rozgaszczając się powoli na knocie i rosnąc powoli. McKinnon wykonała znak wiary, podnosząc spojrzenie na symbol, który został umieszczony nad oknem. Słoneczna tarcza uśmiechała się do niej nieco zmatowiałym złotem, pozwalając na moment odprowadzić myśli ku samej ognistej gwieździe, która wyznaczała rytm kolejnych dni. Dzięki słońcu mieli co tego roku świętować, bo z tego co się orientowała, zbiory miały być całkiem dobre. Dlatego, wznosząc w myślach modły ku niemu, pochyliła głowę, oddając cześć solarnym bóstwom i dziękując za ich opiekę nad tym latem.
A potem blondynka wyciągnęła druga świecę - tą już całkowicie poświęconą Matce o której opiekę chciała się ubiegać. Wyczyściła grawer, tak jak mówił Sebastian, sięgając po proste zaklęcie rozpraszające, a następnie umieściła ją w świeczniku.
- Droga Matko, dawczyni życia, zsyłająca nam dary proste i głębokie. Nieugięta, łaskawa, rozkwitająca w każdym kwiecie i gnająca w wietrze który daje nam owoce i ciepły deszcz, zmiękczający ziemię i pozwalający jej obsypać się zielenią symbolizującą życie i mądrość i przyszłość. Zakorzenieni w ziemi, w kościach swych i krwi czujemy twoją dobroć i potęgę, wiedząc że to ty napędzasz fale obracające ziemię i że to ty kładziesz swe dłonie by wprawić kołyskę życia w ruch. Pani dająca nam uczty pierwszych zbiorów, napełniająca dziecko w łonie życiem, dająca nam słońce jaśniejące na niebie; Matko, bogini nasza, wzywam cię i proszę o przysługę. Proszę, chroń to domostwo i wszystkich jego mieszkańców. - zapałka znowu zazgrzytała o papier, sypiąc iskrami i krzesząc płomyczek, który z ostatnim słowem i intencją Ambrosia podsunęła pod knot świecy. Ogienek przeskoczył łagodnie, bez niepotrzebnych ekscesów, spokojnie niosąc prośbę razem z dymem ku górze. Ku Matce. Zależało jej na tym by Ataraxia była bezpieczna, niosąc ze sobą błogosławieństwo Matki, o ile ta tylko miała być łaskawa, ale mimo koncentrowaniu się na miejscu, myśli Rosie i tak rwały się ku wszystkim na którym jej zależało. Myślała o Hadesie, o Alexandrze, o wszystkich swoich przyjaciółkach. Ba, nawet o Morpheusie, na dłuższą chwilę zatrzymując się przede wszystkim na swojej matce, która pewnie też dzisiejszego dnia rozpalała świecę, proszą boginię o tę samą ochronę.
Ambrosia często, z pewną goryczą i przekorą, uważała się za osobę niekoniecznie oddaną wierze i bogom, do których inni tak chętnie oddawali modły. Ale w momentach słabości czy tych wymagających drobnych rytuałów, bez zastanowienia kierowała myśli do wyższej siły, czającej się gdzieś nad nią. Ta było proście i łatwiej, ale w jakiś sposób umiejętność dostrzegania Limbo i rozmawiania ze zmarłymi ugruntowała w niej świadomość, że rzeczywistość gdzie bogowie nie istnieli nie miała racji bytu. I nie potrzebowała do tego ani tragedii Beltane, ani też objawienia które niosła ze sobą Litha. Nie musiała wpaść fizycznie do limbo by wierzyć w swoje własne wizje, które przecież dzieliła przez krew ze wszystkimi Trelawneyami. Tak samo nie musiała na własne oczy dostrzec Matki, Staruchy i Dziewicy, by wiedzieć że trzy boginie czuwały nad ludźmi i nad ich szalonym światem.
Czego tylko nie była pewna to to, na ile ci bogowie posiadają moc sprawczą by wysłuchiwać ich prośby i sprawiać by się spełniły. Na ile to byli właśnie oni, te wyższe istoty, a na ile moc zwykłych ludzkich intencji. Ale jakaś jej część, ta prosta i wręcz dziecięca chciała wierzyć w to, że bogowie faktycznie czasem słuchali ich nieco uważniej i na to odpowiadali, a nie tylko przyglądali się gdy zdesperowani ludzie brali sprawy w swoje własne ręce.
Pozwoliła świecom w pełni się wypalić, czuwając jednak by zainteresowana nimi kotka nie przewróciła ich, albo też sama nie zajęła się ogniem. Siedziała więc przez dłuższy czas przy stoliku, ciągnąć dla siebie tarota na sierpień, a potem przeniosła się na fotel, oddając lekturze jakiejś wyjątkowo szmirowatej książki.
Koniec sesji
she was a gentle
sort of horror
sort of horror