27.05.2026, 22:56 ✶
Jonathan uśmiechnął się nieco zbyt pewnie siebie.
– Przecież sam powiedziałeś, że nie jesteśmy żadną bojówką. – Wypomniał mu. – A chyba ciężko jest wymagać od czegoś co nie jest bojówką, aby robiła z ciebie żołnierza. I jak już wspominałem, chcemy cię, ja cię chcę, właśnie dlatego że już wyrażasz glośno ideały, które wspieramy. Dopóki więc nie nawołujesz do wspierania Śmierciożerców wszystko będzie w porządku, a przecież chyba tego nie planujesz?
Jonathan był w stanie zgadnąć skąd pojawiały się wątpliwości Roberta, zrozumieć proces ich powstawanie, ale sklamałby gdyby powiedział, że w pełni rozumiał swojego kuzyna. Sam Selwyn wstąpił do Zakonu bez żadnych wątpliwości i lubił myśleć, że mógłby zginąć dla sprawy, a na pewno zaryzykować swoją karierę.
– Nikt nie chce uczynić cię swoją marionetką. Po prostu przyda się ktoś kto zna się na prawie, ma znajomości w polityce, a jego rodzina wie jak ładnie podpisywać się pod niektórymi dokumentami, kiedy będzie to konieczne – powiedział. No cóż, nie musieli wciągać w to Roberta dalej, niż było trzeba. Mógł po prostu pozostać przyjacielem Zakonu, który nie wiedział nic o samej organizacji i tym samym chronić siebie i Enid. To było dobre rozwiązanie, a gdyby doszło do jakiegoś spięcia… Po prostu przestaliby prosić go o pomoc, lub robiliby to znacznie mniej. Zresztą teraz też nie planował wkręcać Croucha do bardziej newralgiczne zadania.
Nachylił się nieco w stronę Roberta.
– Rozumiem twoje obawy. Nie planuje wciągać cię w utratę niezależności. Wiem, że brak wszystkich informacji może być niepokojący, ale spójrz na to z innej strony. Masz szansę zrobić coś w duchy z twoimi ideałami. Tymi o które tak walczysz, nawet gdy niektórzy konserwatyści mają cię za naiwnego radykała. Nie odrzucaj szansy na działanie przez czarne scenariusze, które nie istnieją. – Ponownie oparł się o fotel. – Chciałeś działać, więc działaj.
Z tymi słowami Jonathan spróbował zerknął na aurę Roberta, aby zobaczyć jakie emocje teraz towarzyszyły kuzynowi.
– Przecież sam powiedziałeś, że nie jesteśmy żadną bojówką. – Wypomniał mu. – A chyba ciężko jest wymagać od czegoś co nie jest bojówką, aby robiła z ciebie żołnierza. I jak już wspominałem, chcemy cię, ja cię chcę, właśnie dlatego że już wyrażasz glośno ideały, które wspieramy. Dopóki więc nie nawołujesz do wspierania Śmierciożerców wszystko będzie w porządku, a przecież chyba tego nie planujesz?
Jonathan był w stanie zgadnąć skąd pojawiały się wątpliwości Roberta, zrozumieć proces ich powstawanie, ale sklamałby gdyby powiedział, że w pełni rozumiał swojego kuzyna. Sam Selwyn wstąpił do Zakonu bez żadnych wątpliwości i lubił myśleć, że mógłby zginąć dla sprawy, a na pewno zaryzykować swoją karierę.
– Nikt nie chce uczynić cię swoją marionetką. Po prostu przyda się ktoś kto zna się na prawie, ma znajomości w polityce, a jego rodzina wie jak ładnie podpisywać się pod niektórymi dokumentami, kiedy będzie to konieczne – powiedział. No cóż, nie musieli wciągać w to Roberta dalej, niż było trzeba. Mógł po prostu pozostać przyjacielem Zakonu, który nie wiedział nic o samej organizacji i tym samym chronić siebie i Enid. To było dobre rozwiązanie, a gdyby doszło do jakiegoś spięcia… Po prostu przestaliby prosić go o pomoc, lub robiliby to znacznie mniej. Zresztą teraz też nie planował wkręcać Croucha do bardziej newralgiczne zadania.
Nachylił się nieco w stronę Roberta.
– Rozumiem twoje obawy. Nie planuje wciągać cię w utratę niezależności. Wiem, że brak wszystkich informacji może być niepokojący, ale spójrz na to z innej strony. Masz szansę zrobić coś w duchy z twoimi ideałami. Tymi o które tak walczysz, nawet gdy niektórzy konserwatyści mają cię za naiwnego radykała. Nie odrzucaj szansy na działanie przez czarne scenariusze, które nie istnieją. – Ponownie oparł się o fotel. – Chciałeś działać, więc działaj.
Z tymi słowami Jonathan spróbował zerknął na aurę Roberta, aby zobaczyć jakie emocje teraz towarzyszyły kuzynowi.