• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Poza Wyspami v
1 2 Dalej »
[06.10.1972] We'll see | Benjy & Geraldine

[06.10.1972] We'll see | Benjy & Geraldine
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#1
26.11.2025, 13:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 17:52 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

06.10.1972, Rumunia

Był to naprawdę bardzo intensywny dzień. Noc i poranek, nie spodziewała się, że będzie im dane poznać Rumunię z tej strony, póki co sama nie wiedziała, co o tym sądzi. Pogodziła się też z tym, że nie zajmą się zbyt szybko tym, co mieli ustalone na ten dzień. Już dawno minęła ósma, nie spodziewała się, że przed dziewiątą dojdą do kwatery, a co dopiero wyruszą na kolejną wyprawę. Potrzebowali prysznica, potrzebowali snu, potrzebowali porządnego posiłku, o czym nie przestawał przypominać jej żołądek, bo co chwilę wydawał bardzo głośne dźwięki, jakby nie zdawała sobie sprawy z tego, że nic nie jadła. Gdy była głodna robiła się wkurwiona, ale bardzo z tym walczyła, bo nie chciała wyżywać się na Benjy’m który i bez tego wyglądał jakby przeorało go dzisiaj życie.

To znaczy wyglądał dokładnie tak, jak można było się spodziewać po całej nocy chlania i użalania się nad sobą rozpoczętej jeszcze dostaniem w mordę, tyle, że to dostanie w morde w tym przypadku wiązało się z wyleceniem przez balkon... Nie był to dla niego dobry czas, zdecydowanie, ale dalej dzielnie szedł, chwiał się może trochę za bardzo, ale przy tym poruszał też w przód, co było sporym sukcesem.

Alkohol, który w siebie wlewał nadal, wydawał się utrzymywać go w stanie pomiędzy, między tym, co miało nadejść, a co się wydarzyło. Współczuła mu okropnie, wolała nie myśleć jak spotęgowany będzie ból, gdy w końcu go do siebie dopuści, bo nie chodziło tylko o obrażenia spowodowane z bliskim kontaktem z betonowym podłożem, ale również kaca, który na pewno nadejdzie, nie spodziewała się bowiem cudów po tym, co w siebie wlewał, kto wie, co właściwie pił, czy było to jakieś paliwo lotnicze? No i nie można było zapominać też o tym drugim kacu, moralnym który na pewno też się pojawi, jak przypomni sobie o swoich poczynaniach. Zacisnęła zęby – zdecydowanie nie chciałaby być na jego miejscu, oj nie.

Szli całkiem ładną, malowniczą ścieżką, otaczały ich sady, na drzewach liście mieniły się najróżniejszymi kolorami, był to chyba jeden z najpiękniejszych widoków podczas jesieni, na tle gór wszystko wyglądało wyjątkowo. Promienie słońca padały na ich twarze, gdyby nie to, że byli tutaj wczoraj to trudno byłoby jej uwierzyć w to, że przez całą noc deszcz nie przestawał lać, bo ten dzień był zupełnie inny od tego poprzedniego.

W dłoni niosła pudełko - prezent, który Benjy dostał od mugolskich dziewcząt, którym pomógł złapać gęś, długo walczyła z ciekawością, aż w końcu poległa, w środku znajdowały się karty tarota, ciekawe.

Nie chciała narzekać, jednak powoli nogi odmawiały jej posłuszeństwa, na horyzoncie znajdowała się wielka grusza i z tej odległości była w stanie dostrzec te piękne, dojrzałe owoce. Nie było to może mięso, ale w tym momencie chciała włożyć do ust coś poza suchym chlebem. - Możemy tam się zatrzymać na chwilę? - Pokazała mu ręką drzewo, o którym myślała. - Jestem trochę zmęczona. - Wiedziała, że on też był, więc liczyła na to, że jej nie odmówi tej drobnej przyjemności.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
26.11.2025, 15:21  ✶  
Powiem tak - jeśli ktoś mi kiedyś powie, że „Rumunia to piękny kraj, Benjy, jeździj, zwiedzaj, odpoczywaj”, to mu napluję w herb.
Nie, Rumunia nie była odpoczynkiem - Rumunia była przygodą, po której człowiek chciał zdechnąć w rowie. Dzisiejszy dzień był jebanym maratonem, a ja byłem jego pokiereszowanym uczestnikiem, który nie wiedział nawet, czy startował dobrowolnie. Geraldine wyglądała lepiej, ale tylko trochę - zmęczenie miała wypisane na twarzy, tak głęboko, że aż mnie bolało patrzenie. Paradoksalnie przy niej czułem się jeszcze bardziej rozjebany - ona szła trzeźwa, ona pamiętała wszystko. Ja byłem jeszcze w tej błogiej strefie „pomiędzy”, gdzie ból dopiero czekał za rogiem.
Drogę pod górę pamiętałem głównie jako serię potknięć, w których tylko cudem nie przegryzłem sobie języka na pół. Alkohol już nie grzał tak przyjemnie jak wcześniej - teraz raczej działał podtrzymując mnie w tym stanie pomiędzy „umarłem” a „jeszcze nie”. Moja głowa pulsowała, ciało bolało, a w środku… W środku było to samo co zawsze - echo spraw, do których nie chciałem wracać. Ścieżka między sadami była piękna, naprawdę piękna, tylko życie w środku mnie było absolutnie do dupy. Zmęczenie miało swoje własne warstwy - fizyczne, moralne, emocjonalne, egzystencjalne, wszystkie się poprzeplatały i zrobiły jedną wielką kupę nędzy, którą niosłem na własnych barkach. A jednak… Wchodziłem pod górę, wiejską drogą, krok za krokiem. Tak, w głowie miałem świadomość, że jak ból się w końcu przebije przez alkohol - jebnie mnie jak walnięcie cegłą w skroń. A moralny kac? Ten dopiero się szykował, już ostrzył nóż. Kolory, liście, góry w tle, sady pachnące jesienią… Wszystko to wyglądało jak obrazek z pocztówki, a ja na tej pocztówce byłem rozmazanym cieniem człowieka.
Szliśmy dalej, powoli, każdy krok bolał mnie trochę inaczej - biodro, plecy, żebra, głowa, kolana, pięty - miałem wrażenie, że co pięć minut odkrywam nową część ciała, która jednak istnieje i potrafi bardzo, bardzo boleć. Żołądek Geraldine burczał tak głośno, że aż obejrzałem się, czy coś nie idzie za nami. Ja nie byłem głodny, przynajmniej jeszcze nie, uderzenia alkoholu mieszały się z bólem fizycznym i tym drugim, który siedział mi w klatce piersiowej jak cholerny kamień - tym bólem, którego nie potrafiłem znieczulić żadną flaszką.
Wtedy ona wskazała drzewo - wielka grusza w słońcu wyglądała jak coś z obrazka, pełna owoców, ciężkich, aromatycznych, wisiały, jakby prosiły, żeby je zjeść.
- Micuță… - Mruknąłem ochryple, bo to słowo jakoś mi łatwiej przechodziło niż „Geraldine”. - Zatszymamy się. Oczywiście, sze się zatszymamy.
Zeszliśmy z drogi, liście chrzęściły pod naszymi butami, a cienie gałęzi falowały na ziemi, rzucając ruchome plamy. Rumunia nagle wyglądała jak coś z obrazka, nie jak z koszmaru, gdyby nie to, że bolała mnie każda kostka i każde wspomnienie, mógłbym powiedzieć, że jest pięknie. Wskazałem brodą pudełko, które niosła.
- Co to właściwie za plesent? Jakieś pieldolone… - Zaciąłem się, kiedy zobaczyłem, że już zerknęła do środka. - Talot. - Skrzywiłem się, gdyby wiedziały, co o mnie wiedzieć powinny, to dałyby mi co najwyżej jeszcze jedną butelkę. - Jasne. Los się ze mnie śmieje, to czemu by nie wysłaś mi jeszcze kart s oblaskami, któle mówią „masz pszeslane” w innym języku. - Zawahałem się, bo nie chciałem zabrzmieć jak żałosny śmieć, tylko że ja nie potrzebowałem tarota, by wiedzieć, jak wygląda moja przyszłość - pusta, zamknięta, bezpieczna tylko wtedy, kiedy nikt nie grzebie w tym, co czuję.
Usiadłem pod gruszą ostrożnie, wciąż trzymając butelkę w ręce - tak, żeby nie rozlać ani kropli, nie dlatego, że potrzebowałem, ale dlatego, że… Cholera, nie wiem, przyzwyczaiłem się. Odchyliłem głowę, patrząc, jak światło prześwituje przez liście.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#3
26.11.2025, 17:34  ✶  

W przeciwieństwie do Benjy'ego ona nie czuła się najgorzej. Jasne, była nieco zmęczona, miała obdarte pięty, bo ubrała te cholerne buty na gołe stopy, jednak przy nim jakoś głupio jej było narzekać na takie błahe sprawy. Jeśli któreś z nich miało prawo do ubolewania nad własnym losem to był to właśnie Fenwick. Niby towarzyszyła mu podczas tych jego przygód, jednak była tylko tłem, bohaterem drugoplanowym, kiedy on zdecydowanie został postacią na pierwszym planie. Miała wrażenie, że o tym dniu można było napisać naprawdę bardzo ciekawą opowieść, którą chętnie przeczytaliby nieznajomi. Nie wiadomo jednak, czy warto było tu uznać za komedię, czy tragedię, ta seria zdarzeń leżała gdzieś pomiędzy.

Głupio jej było prosić go o przystanek, zazwyczaj nie narzekała podczas wędrówek, nie zatrzymywała się, kiedy faktycznie nie było to potrzebne, ale teraz wszystko odczuwała jakoś tak bardziej. Nie zmrużyła oka od kilkunastu godzin, to było w tym wszystkim najgorsze, naprawdę ciężko jej było walczyć z opadającymi powiekami, musiała usiąść na chwilę, ewentualnie nawet zdrzemnąć się chociaż na kwadrans pod tą przepiękną i majestatyczną gruszą, trochę obawiała się tego, że jak ona zaśnie, to i Benjy zaśnie i wtedy prześpią resztę dnia. Nie mogła na to pozwolić, bo Ambroise pewnie już dostawał kurwicy nie wiedząc gdzie się podziewali... gdyby tylko wiedział co go ominęło.

- Tylko na chwilę, obiecuję. - Nie lubiła być ciężarem, więc wolała uprzedzić go w tym, że nie planuje zatrzymywać się tu na dłużej, wiedziała jak to się może dla nich skończyć. Mogli chociaż zjeść ten bochenek chleba, który wcześniej kupiła, zagryźć go gruszką, to mogło dodać jej energii, jego alkohol chyba pomagał mu się poruszać, chociaż wiedziała, że to też mogło być tylko i wyłącznie chwilowe.

Zeszli z drogi, aby ruszyć w kierunku wielkiego drzewa, musiało tu rosnąć od lat, było naprawdę ogromne, mogło służyć za tymczasowy przystanek, na pewno będzie w stanie ochronić ich przed słońcem, które wyjątkowo mocno świeciło po oczach jak na październik, mógł to być jednej z ostatnich takich pięknych dni w tym roku, nie miała co do tego wątpliwości.

- Tak, Twoje nowe koleżanki postanowiły Cię obdarować talią tarota. - Było to całkiem zabawne. Wiedziała, że mają podobne podejście do wróżb, było to widać już wczoraj wieczorem, kiedy postanowili odczytać swoją przyszłość z herbaty, szło im to dość topornie, ale cóż, jak już usiądą mogli sprawdzić te karty, nie, żeby sądziła, że uda im się z nich wyciągnąć zbyt wiele, ale może obrazki chociaż był ładne?

Nim usiadła koło Benjy'ego zerwała z drzewa kilka sporych gruszek, nie był to jej wymarzony posiłek, ale nie mogła wybrzydzać, marzyła o bekonie, albo o steku, kurwa o krwistym kawałku mięsa, chociaż chyba nie powinna w tym stanie takich jeść. Usiadła obok swojego towarzysza, położyła owoce przed nimi, nie żeby spodziewała się, że będzie miał chęć sięgnąć po jeden z nich, ale kultura nakazywała się dzielić.

- Dobra, ale skoro już się nam te karty nawinęły pod ręce, to możemy sobie sprawdzić, co w nich widać. - Nie spodziewała się, że zobaczą zbyt wiele, ale warto było spróbować. Wyciągnęła je niezbyt ostrożnie i przetasowała, tak właściwie to chyba pierwszy raz w życiu trzymała w rękach karty do tarota, co dało się zauważyć w jej nie do końca pewnych ruchach. W końcu wyciągnęła jedną kartę i położyła ją przed sobą.

Rzut Tarot 1d78 - 28
Czwórka Denarów

- Najpierw ja, ale Ciebie też to nie ominie. - Ostrzegła go jeszcze, bo zamierzała za moment przekazać mu talię, aby sam mógł zobaczyć, co los ma mu do zaoferowania.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
26.11.2025, 23:53  ✶  
Geraldine mówiła, a ja słuchałem, unosząc butelkę, by napić się alkoholu, który był parszywy,  jak moja godność, ale miał tę jedną zaletę - poza tym pierwszym łykiem - jeszcze nie próbował mnie zabić, w przeciwieństwie do większości rzeczy, które tego dnia mnie spotkały. O dziwo - Geraldine tym razem też dawała mi złapać oddech, najwyraźniej wyrzucenie mnie przez balkon chwilowo jej wystarczyło. Zerknąłem na nią kątem oka.
- Luz, micuță. - Mruknąłem w jej stronę. - Jak ktoś tu ma plawo plosiś o pauzę, to ty. Ja bym najchętniej lozłoszył się tu i udawał, sze jestem maltwy, ale to cię chyba nie usządza. - Tak, to był mój sposób powiedzenia „jasne, siądź, zaczerpnij powietrza, nikt cię nie zje”, choć po Rumunii niczego bym nie wykluczał, „jeśli usiądziesz na chwilę dłużej, to przecież i tak cię stąd nie wyniosę”.
Usiadłem pod tą gruszą z westchnieniem człowieka, który właśnie dostał chwilową przepustkę z piekła, i chociaż wciąż byłem obity, przesiąknięty alkoholem i ledwo żywy, to przez sekundę - przez jedną, krótką, cichą sekundę - poczułem cień czegoś, co mogłoby uchodzić za spokój. Grusza pachniała jesienią, liście drżały lekko na wietrze, pierwszy raz od kilkunastu godzin nie było nikogo, kto chciał nas ugryźć, okraść, zabić, albo przepowiadać miłość z zębów jebniętego ptaka. Kiedy usiedliśmy, oparłem się plecami o pień, był twardy, chropowaty, ale stabilny - w przeciwieństwie do mojej równowagi, która nadal była życzeniem, nie faktem.
- Tak. Moje nowe koleszanki. - Mruknąłem, krzywiąc usta w półuśmiechu. Zerkałem na jej dłonie, gdy układała przed nami owoce, wpatrywałem się w nie przez chwilę jak w coś egzotycznego, jakbym od lat nie widział świeżego owocu. - Jedne s niewielu kobiet, któle mnie ostatnio goniły, a nie uciekały. - Spojrzałem na nią z półprzymkniętymi oczami. Jej oczy błysnęły krótko, kiedy wyciągała karty, a ja tylko przesunąłem dłonią po brodzie, czując szorstki zarost i pulsującą skórę pod spodem. Powoli, bardzo powoli, odchyliłem głowę, aż dotknęła pnia, czując jak barki protestują, żebra pulsują, jak całe ciało próbuje mi coś powiedzieć - za dużo adrenaliny, za mało krwi w alkoholu.
Wziąłem ostrożnie gruszkę, obróciłem w dłoni, powąchałem. Nie sądziłem, że zjem cokolwiek poza alkoholem, ale… Pachniała naprawdę zajebiście.
„Najpierw ja, ale ciebie też to nie ominie.”
Zrobiłem minę człowieka, który już wiedział, że go to pierdolnie. Potarłem twarz dłonią, a ból natychmiast przypomniał mi, że dostałem w nią więcej razy niż powinien człowiek, który nie walczył w trzech wojnach naraz - całe szczęście, owoc był miękki do wygryzienia się. Robiąc to, wydałem z siebie niski odgłos, który mógł być śmiechem, westchnieniem albo bólem - kto to wie w moim stanie, nawet nie ja.
- Niech zgadnę, pielwsza kalta to bęsie „dziesiątka mieczy”, dluga „diabeł”, tszecia „wiesza”. - Wymamrotałem i przeniosłem wzrok na Gerdę, powoli, tak, żeby nie dać bólowi okazji, by mnie ugryzł jeszcze mocniej. Przysunąłem się trochę, żeby widzieć kartę. - No, dobla. Co tam mas? Śmielś? Wisielca? - Spojrzałem na kartę, którą położyła przed sobą, przez moment miałem ochotę zrobić jakiś komentarz, ale byłem zbyt zmęczony, by być złośliwy. Oparłem łokcie o kolana, zmrużyłem oczy i wydałem z siebie dźwięk przypominający skrzyżowanie westchnięcia, parsknięcia i jęku człowieka, który już dawno przestał wierzyć, że świat ma w sobie jakiekolwiek subtelności. Na obrazku jakiś typ skulony nad czterema monetami, jakby pilnował ich za wszelką cenę . Wyglądał, jakby ktoś mu powiedział „oddaj”, a on na to „chuja tam”. Patrzyłem na tę kartę długo, mrużąc oczy, bo słońce waliło prosto w twarz, a ja niezbyt wiedziałem, co patrzę. Denary. Monety. Monety, kurwa, czyli… Pieniądze? Stabilność? Zbieractwo? Upór? Strach przed utratą? Coś takiego, to było coś w ten deseń. Widziałem to kiedyś może raz w życiu, ale wtedy byłem równie trzeźwy, co teraz mądry. Czwórka Denarów - gromadzenie, kontrola, trzymanie czegoś kurczowo, hm, pasowało do niej, ale wcale nie w sensie finansowym.
- To kalta ludzi, któszy tszymają wsystko zbyt mocno, dawaj lesztę, tylko tak się czegoś dowiemy. - Zawyrokowałem, tonem prawie profesjonalnym, jakbym od lat stawiał wróżby pijakom pod pubem. Westchnąłem, wyciągnąłem dłoń w jej stronę. - Dawaj. Telas ja. Zobaczymy, czy mnie los chce dobiś. - Przetasowałem karty niezdarnie, bo ręka dalej mnie bolała od gęsiego ataku. W końcu wciągnąłem powietrze i wyciągnąłem pierwszą kartę, położyłem ją obok.
Rzut Tarot 1d78 - 47
Królowa Buław

- A, chuj. - Potem wyciągnąłem drugą.
Rzut Tarot 1d78 - 46
Król Pucharów

Wreszcie trzecią, ostrożnie, jakby mogła mnie ugryźć.
Rzut Tarot 1d78 - 22
Świat

Spojrzałem na te trzy odwrócone jeszcze rewersami kartki i obróciłem je do nas.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#5
27.11.2025, 10:40  ✶  

Była za bardzo zmęczona, żeby próbować jeszcze w jakikolwiek sposób dopiekać Fenwickowi. Zresztą wydawało jej się, że miniona noc wystarczająco dała mu popalić. Wyglądał naprawdę źle, jakby ktoś go przeżuł i wypluł, zresztą miała wrażenie, że sama nie prezentowała się dużo lepiej od niego, mimo, że przecież jemu tej nocy przytrafiło się dużo więcej.

- Nie do końca. Wolałabym jednak, żebyśmy wrócili do Roise'a. - Tam mogli zalec, udawać trupy, odpoczywać, jak zwał tak zwał. Szczególnie, że żadne z nich nie wspomniało o tym, że gdzieś się wybierają, podejrzewała, że przywita ich wkurwieniem, i wcale jej to nie dziwiło, też by się zirytowała, gdyby jej towarzysze zniknęli gdzieś w nocy bez słowa, gdyby jej mąż zniknął w nocy bez słowa. Westchnęła ciężko, bo wiedziała, że będą musieli się z tego wytłumaczyć, a ona nie lubiła się tłumaczyć, zwłaszcza kiedy wiedziała, że żadne tłumaczenie może nie być wystarczające. Póki co jednak większym problemem miało być samo doczołganie się na miejsce, później zajmą się resztą.

- Mam wrażenie, że gdybyś im tylko pozwolił to chętnie by się Tobą zaopiekowały. - Nie mogła wyprzeć z pamięci widoku dziewcząt trzepoczących przed nim jakby był jakimś bohaterem. Wydawały się być zachwycone jego osobą, w sumie zlapał im gęś, która postanowiła zaznać nieco wolności, poniekąd może i był ich bohaterem, zabawne, jak niewiele czasem trzeba, aby wzbudzić zachwyt.

Tarot nie był czymś, co wzbudzało w niej ogromny entuzjazm, ale skoro już nawinęły im się te kart pod palce, to można było zobaczyć, jakie obrazki sobie wyciągną, nie, żeby sądziła, że będą w stanie je jakoś odpowiednio zinterpretować, bo wróżbiarstwo nigdy nie było jej mocną stroną, a i Benjy nie wydawał się jej być osobą, która wierzyła w podobne rzeczy, chociaż kto właściwie wiedział, czy i z tym nie miał jakiegoś doświadczenia podczas tych swoich eskapad po świecie.

- Taki z Ciebie jasnowidz, że już wiesz, co wyciągniesz? - Widziała jego optymistyczne podejście, a jakże, nie dało się go nie zauważyć. - Żebyś się nie zdziwił, karty potrafią być zaskakujące. - Sama nie wierzyła w to, co mówiła, a jednak miała w sobie odrobinę entuzjazmu, tylko odrobinę, tyle ile dało się go wykrzesać z jej zmęczonego ciała.

- Jakiegoś ziomka, ale to chyba nie jest wisielec. - Pokazała mu swoją kartę. Sama przez chwilę się jej przyglądało. Ziomeczek bardzo kurczowo trzymał te momenty. Czy to miała być jakaś sugestia?

- Myślisz, że to czas szastać hajsem? Nie żebym się specjalnie ograniczała, ale może, być może to jakiś znak? - Jak widać była toporna w te klocki, raczej dosłownie podchodziła do rysunków na kartach. Przydałby się im ktoś z odrobiną polotu...

- Co trzymają zbyt mocno? Że niby ja, coś trzymam zbyt mocno? - Gdzie tam, wcale... zupełnie to do niej nie pasowało, tak jasne, wystarczyłoby, żeby spojrzała na siebie z odpowiednim dystansem, a na pewno byłaby w stanie coś z tego wyciągnąć.

Przekazała karty Benjy'emu, ciekawa, co mu się wylosuje.

- A da się dobić Cię jeszcze bardziej? Nie sądzę, żeby chcieli kopać leżącego. - Zapytała, chociaż przecież zawsze się dało, ale nie sądziła, żeby faktycznie miało mu się trafić coś fatalnego, bo los lubił być przewrotny.

Spojrzała jeszcze na pudełko, żeby zobaczyć, czy nie znajdą tam jakiejś instrukcji dla początkujących tarocistów.

- O zobacz, jakaś księżniczka Ci się wylosowała, nie jest chyba tak źle? - Spojrzała na kolejne karty, po które sięgał. - i książę do kompletu, nie ma tu chyba nic złego. - Przynajmniej z pozoru nie wydawało się to tak wyglądać. Nie miała pojęcia, jak to interpretować, ale zdaniem Ger mogło być gorzej. - Ostatnia to świat, czyli co? Masz cały świat do zdobycia? Czy już go zdobyłeś? - Pierdoliła trzy po trzy, ale no chuja się znała na kartach.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
28.11.2025, 02:44  ✶  
Patrzyłem na nią spod tej gruszy jak na kogoś, kto właśnie próbował być rozsądnym człowiekiem w rozmowie z pijanym wrakiem i dawał z siebie sto procent… Ale życie jej to sabotowało na każdym kroku. Prawda była taka, że nawet wtedy, gdy była skrajnie zmęczona, wyglądała lepiej niż ja, ale to nie wymagało wielkich wysiłków, skoro  wyglądałem jak wrak, który ktoś zatopił, wyłowił, a potem znowu rzucił na brzeg.
- No, ba. Chociasz obawiam się, sze Roise najpielw nas uleczy, a potem zajebie. Mnie zwłaszcza. Ty jesteś… - Wymownie machnąłem ręką. - Immunitetalna. - Mruknąłem, kiedy wspomniała o powrocie do Ambroise’a. Słuchałem tego wszystkiego z głową opartą o korę, jak człowiek, któremu już naprawdę wszystko jedno, w jaki sposób go dzisiaj dobiją, nie miałem siły, żeby się stresować, to był stan ponad stresem - stan „niech się dzieje, co chce, byle nie teraz”. - Ale i tak wolałbym tam paść tlupem nisz na tym cholelnym polu. - Oboje wiedzieliśmy, że i tłumaczenia będą, a żadne z nich nie będzie wystarczające, ale cóż.
Kiedy wspomniała o tych dziewczynach, które tak ochoczo mnie obskakiwały, poprawiłem się pod drzewem, westchnąłem i spojrzałem na nią bez cienia kpiny. Przez moment, przez ten jeden sekundowy moment, coś się we mnie skrzywiło, gdzieś między sercem a żołądkiem, potem parsknąłem cicho.
- Geli… Ja nie potszebuję opieki dziewuszek s wioski, jakie by nie były. - Podrapałem policzek, czując strup. - Potszebuję… - Zawahałem się, bo nie chciałem wchodzić w teren, na który moje myśli i tak nie miały prawa wchodzić - No, niewaszne. Na pewno nie ich.
Potem zeszło na tarot - od razu poczułem, że to niezły absurd, ale nie protestowałem, jak życie robi się na tyle pokręcone, co nasze ostatnie kilkanaście godzin, to człowiek nie odpycha już żadnej metody interpretowania rzeczywistości, nawet obrazków z talii dla turystów. Jej pytanie, czy jestem takim jasnowidzem, że wiem, co wyciągnę, zostawiło tylko krótkie wzruszenie ramionami. Położyłem dłoń na ziemi, żeby ustabilizować ciało, i spojrzałem na jej kartę.
- Jasnowidz? Ja? Gel, ja ledwo widzę. - Mruknąłem, wpatrując się w tę Czwórkę Denat… rów. - Ale jasne, potlafię pszewidzieś, sze wszechświat dalej ma mnie w dupie. To się nie zmienia. - Miała rację - karty potrafiły zaskoczyć, chociaż wciąż nie wierzyłem, że akurat te coś sensownego powiedzą.
- Nie, wisielec jest do góly nogami. - Odparłem, czując się dumny z tej jednej pierdolonej informacji, którą znałem.
- No, chwała Molganie, sze nie wisisz na dszewie, tylko siedzisz na pieniądzach. - Skwitowałem i ponownie spojrzałem na „ziomeczka”, który według mojej interpretacji, wyglądał, jakby trzymał te monety tak, jak ja trzymałem resztki godności przez ostatnie dwanaście godzin - rozpaczliwie i głównie z przyzwyczajenia. Zaraz potem wzruszyłem ramionami.
Oparłem głowę o pień drzewa i spojrzałem na nią spod przymrużonych powiek. Patrzyłem, jak próbowała nadać sens obrazkowi, który dla mnie znaczył mniej więcej tyle, co runy dla mugola. Jej mina - to pół mrugnięcie, pół zdziwione „hm, o, kurwa?” - była cudownie wymowna, żadne z nas nie znało się na wróżbiarstwie, mogliśmy tylko improwizować. Na jej pytanie o hajsy spojrzałem na nią tak, jakby zapytała, czy jestem w stanie poprowadzić wykład z rachunkowości.
- Gelaldine, ja nawet nie wiem, ile mam telas w kieszeni, a ty mi mówisz o szastaniu hajsem. - Powiedziałem, mrużąc oczy, bo nie miałem żadnej wiedzy, tylko instynkt. - Ale jak patrzę na tego… Typa… - Wskazałem kartę. - To on nie wygląda jak ktoś, kto coś wydaje. Wygląda jak ktoś, kto trzyma, za mocno, tak jakby bał się puścić. - Byłem zbyt zajechany przez życie, żeby jeszcze próbować być kąśliwy, ale to, co mówiła, i tak we mnie wchodziło, jakby ktoś szturchał mnie patykiem, żeby sprawdzić, czy trup jeszcze drga.
Przez chwilę milczałem, trzymając te tę talię jak cholerny wyrok.
- Oczywiście, sze się da. - Wskazałem na swoje trzy zakryte karty. - Widzisz to? Los jusz się szykuje, szeby mi pszyłoszyś s otwaltej dłoni. - Patrzyłem na karty długo, zbyt długo jak na człowieka, który tłumaczył przed chwilą, że tarot to bzdury. Królowa Buław, Król Pucharów, Świat.
Trzy obrazki. Ładne, ale dla mnie totalnie nieczytelne.
- To nie księszniczka, to… - Przybliżyłem ją do twarzy, mrużąc oczy. - To jakaś baba s kijem. - Odchrząknąłem. - Mosze to znaczy, sze mam się nie kłóciś s kobietami, któle tszymają coś, czym mogą mnie jebnąś. - Odłożyłem ją ostrożnie na trawę.
Potem Król Pucharów.
- A to… Jakiś koleś s kielichem. - Otworzyłem usta, zamknąłem, znów otworzyłem, nie czułem się kompetentny, żeby to interpretować, ale spróbowałem. - Mose to znaczy, sze… Mam piś… Eleganck…ciej? - Mruknąłem, marszcząc brwi. - Nie wiem. Wygląda, jakby się zastanawiał, czy się poszygaś czy wyznaś miłość. Mogę się s tym identyfikowaś. S tym popszednim zlesztą tesz. - Zawiesiłem głos, wpatrzony w kartę, nieco zbyt długo jak na kogoś, kto „chuja się zna”. Zamknąłem na moment oczy, wsuwając dłonie we włosy, jakby to miało cokolwiek pomóc. Byłem tak zmęczony, że mój mózg zaczynał działać jak popsuty kompas - niby wskazywał kierunek, ale na pewno nie ten właściwy.
- Nie, Gel. To nie jest „masz cały świat do zdobycia”. To bardziej „skończ pieldoloną wyspialską odyseję, bo świat czeka, asz w końcu luszysz dalej”. - Wyjdź z tej jebanej spirali, Benjy.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#7
28.11.2025, 10:40  ✶  

Naprawdę próbowała być rozsądna, chociaż na to było już zdecydowanie zbyt późno. Nie zareagowała w odpowiednim momencie, więc teraz byli tutaj, pod tą gruszą. On wyglądał jak siedem nieszczęść, do tego był najebany jak dzwonek, a ona, ona była po prostu zmęczona, chociaż przeżyła tej nocy zdecydowanie mniej od niego, może to i lepiej, bo obawiała się, że gdyby była na jego miejscu to właśnie zdychałaby w jakimś rowie, a on może nie wyglądał najlepiej, ale jednak jeszcze walczył o życie.

- Tak, ja mam fory, na szczęście, chociaż obawiam się, że i tak nie ominie mnie gadanie o tym, że tak się nie robi, ale jakoś to przetrwam, Ty masz trochę gorzej. - Nie dało się ukryć tego, że Yaxley miała aktualnie swój parasol ochronny, którego może nie powinna wykorzystywać, jednak nie widziała innej opcji. Benjy'emu zdecydowanie przyda się uzdrowiciel po tym, co przeszedł, wystarczyło tylko, żeby doszli do kwatery, byli bliżej niż dalej, więc misja nie była skazana na straty, jednak nieco mogła potrwać jej realizacja. Jakoś się tam doczołgają - naprawdę w to wierzyła.

- Tak, wiem, potrzebujesz tej swojej dziewuszki... - Nie musiał nic mówić, sama to sobie dopowiedziała, ba nie miała nawet oporu przed tym, żeby powiedzieć to na głos, chociaż wiedziała, że pewnie się skrzywi, ale powiedział jej naprawdę wiele, otworzył się przed nią, chociaż nie spodziewała się, że kiedykolwiek to zrobi. No, nawinęła się akurat ona, nie miał specjalnego wyboru, jakoś tak wyszło, miała wrażenie, że mogło ich to jednak do siebie nieco zbliżyć, bo takie sytuacje miały to do siebie, że niosły ze sobą coś jeszcze. Zresztą po tej nocy sama zmieniła zdanie na jego temat, nie powiedziałaby tego w głos, ale zaczęła darzyć go sympatią.

Tarot wpadł jej w ręce, więc postanowiła jakoś umilić im ten odpoczynek. To, że nie do końca wiedziała, co robi nie miało znaczenia, bo przecież to miała być tylko drobna zabawa. Mieli sobie wyciągnąć po karcie, czy tam kartach i zobaczyć obrazki. Nic skomplikowanego.

- Nie musisz widzieć, żeby patrzeć. - No, przecież jasnowidzowie mieli swoje trzecie oko, nie potrzebowali tych normalnych do tego, żeby coś zobaczyć.

- No, to zawsze lepsze. - Los miał jej coś do przekazania, tylko nie do końca wiedziała co, była naprawdę oporna, jeśli chodzi o szukanie znaków i interpretowanie ich.

- Na puszczenie się już jest chyba za późno, może to ma jakiś sens, bo zamierzam kurczowo trzymać się tego co mam, tylko nie wiem, czy to dobrze, czy powinnam zluzować? Nie chcę nic zmieniać, więc niech się pierdoli. - Miała całkiem jasne przemyślenia na temat wszystkiego, chociaż w ogóle nie wiedziała w jaki sposób mogłaby odczytać tę kartę, co chciała jej przekazać?

- Pierdolisz, na pewno nie będzie tak źle. - Nie wyglądał najlepiej, gdy opierał się o pień drzewa, jednak wypadało, by w końcu zebrał się w sobie. Miała nadzieję, że nie wylosuje chujowych kart, bo wtedy miałby kolejne argumenty do tego, żeby jęczeć nad swoim losem, zamiast wziąć się do roboty i zacząć wszystko układać.

- Baba z kijem niby nie może być księżniczką? - Prychnęła, wystarczyło nieco zmrużyć oczy, aby zaakceptować jej wersję, jednak on odnalazł w tym swoją.

- Faktycznie ten ziomek ma taki wyraz twarzy jak Ty. - Może jednak w tych kartach faktycznie coś było? Nie miała pojęcia, nie znała się na tym zupełnie, ale gdy Benjy tak o tym mówił to miało jakiś sens.

- No to się zgadzamy, widzisz nawet ta karta Ci to sugeruje, weź się ogarnij i zacznij coś zmieniać. - Sam to powiedział, więc zamierzała przytaknąć, jakby to miało mu pomóc podjąć decyzję.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#8
28.11.2025, 13:50  ✶  
Zerknąłem na nią spod brwi, słuchając tego jej „masz gorzej”, nie miałem siły się z tym spierać, bo tak - wyglądałem jak człowiek, który przegrał starcie z betonem, alkoholem, gęsią i życiem w ogóle. Ona miała obdarte pięty, ja miałem obdarte wszystko inne. Westchnąłem ciężko, tak głęboko, że aż mnie zabolało pod żebrami. Geraldine mówiła spokojnie, bez tej swojej typowej złośliwej iskry, i to było chyba najbardziej niepokojące - że nawet ona była już na takim etapie zmęczenia, że przestała mnie jebać słowami, chociaż okazji miała od rana z dziesięć tysięcy.
- Masz foly, bo jesteś w dwupaku, micuță. Koszystaj, póki moses. - Mruknąłem, odchylając głowę, żeby przetrwać kolejny puls bólu. Machnąłem ręką, bo każdy scenariusz kończył się dla mnie opierdoleniem, zaklęciem albo spojrzeniem w stylu „Benjy, co ja mam z tobą zrobić, czemu jeszcze żyjesz”.
Kiedy walnęła to swoje: „Tak, wiem, potrzebujesz tej swojej dziewuszki…”, poczułem, jak napięcie skacze mi aż do karku, jakby władowała mi łokciem prosto między żebra.
- Gel. - Powiedziałem cicho, ale stanowczo, bo nie chciałem, żeby myślała, że może mówić o tym lekko. - To nie jest „dziewuszka”. - Wziąłem krótki, płytki oddech, z minimalnym skrzywieniem ust, jak na człowieka, który ma jedną nogę w grobie. - I… Nie „potszebuję” jej. - Przeciągnąłem dłoń po twarzy, nie skrzywiłem się z zażenowania, skrzywiłem się, bo puls mi skoczył w skroni, a może jedno i drugie naraz. - Nie potszebuję jej. - Mruknąłem z uporem, ale bez przekonania. - Ja tylko… - Zabrakło mi słów, w gardle miałem pustkę, w głowie chaos, a w piersi tę paskudną, znajomą szarpaninę. - Chuja tam. - Dokończyłem w końcu. - Nie wiem, czego potszebuję, ale wiem, czego nie mam. Tszesiego oka, ledwo widzę na dwa pielwse. - To tyle, to było maksimum, na jakie mogłem się zdobyć.
Karty.
Ciężkie powieki.
Mój ból.
Gruszka.
Światło.
Tarot leżał między nami jak jakieś „wsparcie duchowe”, którego absolutnie nie chciałem, ale które wzięliśmy, bo nie było nic lepszego do roboty niż siedzieć pod drzewem, oddychać i nie umierać.
Sam powinienem był tego posłuchać, tych słów o trzymaniu, ale ja zawsze byłem specjalistą od ściskania rzeczy, które mnie potem raniły.
- Gel, ja jusz pszekloczyłem linię „tak źle” jakieś dziesięś godzin, a mose i lat temu. - Mruknąłem, ale bez marudzenia, raczej z faktem, z którym zdążyłem się zaprzyjaźnić.
Kiedy rozkładałem karty i mówiłem o „babie z kijem”, jej pytanie, czy księżniczka nie może mieć kija, sprawiło, że pokręciłem głową, ale pojawił się cień uśmiechu.
- „Baba s kijem niby nie mosze byś księszniczką?” - Powtórzyłem. - Jeśli włada pałą, na pewno jest klólową. - Uniosłem brwi, a kiedy zrównała Króla Pucharów ze mną, nawet po mojej własnej, zbliżonej interpretacji, prychnąłem. Oparłem głowę o pień jeszcze mocniej, przymknąłem oczy na sekundę - tylko na sekundę - bo gdybym zamknął je dłużej, to bym zasnął i obudził się dopiero wtedy, kiedy gruszki zamieniłyby się w suszki. Jej słowa brzmiały jak echo czegoś sensownego, ale sens to był luksus, na który ledwo było mnie stać. Zamilkłem, zbyt długo, jak na mnie, alkohol wreszcie odpuścił trochę swoje znieczulenie i to, co poczułem pod żebrami, nie miało nic wspólnego z bólem fizycznym. Nienawidziłem tego rodzaju bólu, tego, którego nie można było opatrzyć.
Ale dobrze, tarot, karty, śmieszne obrazki z wróżbą od losu, który mnie nienawidził. Siedziałem chwilę, otwierając oczy i patrząc na trzy karty, które zupełnie nie powinny do siebie pasować, a jednak leżały obok siebie jak coś, co było aż nazbyt spójne.
„Weź się ogarnij i zacznij coś zmieniać.”
- Spoko. Zajebiście. Ciągnies dwie pozostałe? - Burknąłem trochę mniej radośnie, wsuwając karty z powrotem w talię i pchając ją do Greengrass-Yaxley. Koniec o mnie - już za dużo powiedziane.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#9
28.11.2025, 14:12  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2025, 14:21 przez Geraldine Greengrass-Yaxley.)  

Nie miał o co się sprzeczać, bo i tak przegrałby z kretesem. Wyglądał dużo gorzej od niej, nie tylko wyglądał, bo miała szansę zobaczyć, jak się czuł i jaki był rozpierdolony wewnątrz, jakby ten stan fizyczny idealnie pasował do tego, co było w środku, co świadczyło o tym, że było z nim naprawdę źle. Roise powinien jakoś poradzić sobie z jego dolegliwościami, co do tego nie miała żadnych wątpliwości, gorzej jednak z tym, co znajdowało się w środku, na to też musiał znaleźć jakieś remedium.

- Tak, warto korzystać póki jest okazja, bo nieczęsto się taka trafia. - Najbliższe pół roku miała mieć jeszcze taryfę ulgową i spodziewała się, że będzie często po nią sięgać, bo wiadomo jak jest, Geraldine dosyć często robiła coś, za co musiała ponosić mniejszą lub większą odpowiedzialność, rzadko kiedy zastanawiała się nad konsekwencjami swoich czynów.

- Jasne, jasne, wszystko jasne, pierdol, pierdol ja posłucham. - Wydawała się wiedzieć swoje, zresztą miała ku temu całkiem solidne podstawy, po tym co jej powiedział, już się z tego nie wykręci. Doskonale pamiętała wszystko, co padło poprzedniej nocy.

Parsknęła śmiechem, kiedy usłyszała jego kolejne słowa, jakoś wcale jej nie dziwiło to, że wzrok mu szwankował, i tak miał sporo szczęścia, że całkowicie nie oślepł od tego lokalnego alkoholu, który w siebie wlewał, to był jakiś cud.

- Skoro tak, to może być tylko lepiej? - Próbowała znaleźć w nim chociaż odrobinę optymizmu, jednak szło jej to dość chujowo, czuła, że miał już swoje zdanie na ten temat, liczyła więc na to, że karty nie będą chciały mu dojebać.

- No dobra, księżniczka, królowa, jeden chuj? No prawie. - Nieco różniły się kompetencjami, ale nosiły ładne sukienki i mieszkały na zamku, to prawie to samo, przynajmniej w jej mniemaniu.

Najwyraźniej Benjy nie miał ochoty na dalszą dyskusję o jego kartach, w sumie nie dziwiło jej to wcale, i tak dzisiaj wypluł z siebie wiele, nawet nie spodziewała się, że jest w stanie wydobyć z siebie tyle słów jednej nocy, nie wydawał jej się nigdy specjalnie rozmowny, alkohol jednak skutecznie, bardzo skutecznie rozplątał mu język.

- Dobra, co mi szkodzi. - Przetasowała karty ponownie, miała swoją jedną kartę, musiała dobrać dwie, to nie było nic skomplikowanego. Wyciągnęła je więc z talii, była ciekawa, jakie obrazki udało jej się wylosować.


Rzut Tarot 1d78 - 55
Paź Buław

Rzut Tarot 1d78 - 4
Cesarzowa


Odwróciła karty, aby obejrzeć, co się jej wylosowało. Karty leżały na trawie, tak, by Benjy, też mógł je zostać. - Koleżka z pałką, czy myślisz, że to zwiastuje mojego męża, który chce nam wpierdolić za to, że zniknęliśmy na całą noc? - Nie była to może bardzo skomplikowana interpretacja, ale no, nie była ona szczególnie uduchowiona.

- Ta mi się podoba. - Rzuciła jeszcze przyglądając się ostatniej karcie. - Nie wiem jak ją traktować, ale po tej poprzedniej to wygląda jednak tak, jakbym miała mieć jakąś siłę przebicia. - No, oby faktycznie tak było.

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#10
28.11.2025, 19:52  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.11.2025, 22:36 przez Benjy Fenwick.)  
Spojrzałem na nią z tym zmęczonym, rozmiękczonym spojrzeniem - takim, które mówiło „słyszę cię, ale nie gwarantuję, że mózg przetwarza to w ludzkim tempie”. Ona wyglądała jak człowiek po ciężkiej nocy, ja wyglądałem jak przypadek kliniczny, którego trzeba zaciągnąć pod ramię do pierwszego uzdrowiciela, zanim zacznie mu odpadać coś ważnego. Ona gadała dalej, a ja siedziałem pod tą gruszą jak stary pies, który wiedział, że trzeba jeszcze kawałek iść, ale najchętniej zrobiłby w tym miejscu norę i umarł. Nie byliśmy tacy sami.
- Koszystaj, micuță, jak świat ci coś daje, to biesz, zanim zmieni zdanie. - Spojrzałem na nią spod półprzymkniętych powiek, takim wzrokiem człowieka, który już zużył dziś cały zapas ostrego, chamskiego sprzeciwu i teraz zostało mu tylko „no, dobra, rób co chcesz”, bo wiedziałem jedno - świat zawsze zmienia zdanie. Zawsze.
Kiedy rzuciła swoje „pierdol, pierdol, ja posłucham”, omal się nie uśmiechnąłem, to było… Dziwnie znajome, jakbyśmy znali się dłużej, niż faktycznie. Parsknąłem, naprawdę parsknąłem, spojrzałem na nią z czymś, co mogłoby w normalnych warunkach uchodzić za groźne spojrzenie, ale teraz było ledwie cieniem tego, co planowałem, po czym odwróciłem wzrok, bo nie chciałem, żeby widziała, jak to we mnie rezonuje, wolałem wyglądać na chama, niż na człowieka, który naprawdę ma coś w środku.
Potem wróciła do tarota. Zamrugałem, przechyliłem głowę, próbując złożyć logiczne trzy knuty do wróżenia, mimo że chuj się na tym znałem. Jej śmiech, ten krótki, prześmiewczy, sprawił, że mruknąłem coś pod nosem, czego nawet sam nie zrozumiałem. Alkohol robił ze mnie papkę, ale przynajmniej jeszcze mówiłem względnie składnie
- Ty byś została świetną wlószbitką. Wsystko splowadzasz do „jeden chuj”. - Brzmiało to prawie jak komplement. Parsknąłem krótkim, zmęczonym śmiechem, bolało, ale było warto.
A potem dobrała swoje dwie karty.
- Koleszka z pałką… - Powtórzyłem powoli, przesuwając palcem po ilustracji, rzeczywiście, wyglądał jak ktoś, kto zaraz zbiegnie z ganku i komuś wpierdoli. - No, cósz. Twój mąsz jest blondynem i ma pałę, w sensie… No, kij. Lószdszkę. - Faktycznie, przytaknąłem, nachyliłem się jeszcze trochę, wpatrywałem się w kartę, marszcząc czoło. - To pasuje, chociasz, jakby to zwiastowało twojego męsza, to chyba by miał większą. - Mruknąłem, z całkowitą powagą. - To wygląda balsiej jak jakiś… Gówniak s pielwszej klasy Hogwaltu, co udaje, sze jest glośny. Loise jak jest wkulwiony, to by ci tę pałkę wcisnął w lękę i kazał samą siebie pieldolnąś. Ma to po Colio. - Niezbyt mi wychodziło bycie delikatnym, ale trudno, nigdy nie udawałem, że potrafię.
Potem druga karta - Geraldine Greengrass-Yaxley  wyciągnęła Cesarzową. Nawet ja to kurwa rozumiałem. Była w ciąży, więc karty robiły sobie z niej jaja. Piękna, pełna, bogata energia, karta, która - nawet ja wiedziałem - oznaczała siłę, płodność, bogactwo, kobiecość, sprawczość i cholerne… Życie. Otworzyłem drugie oko, patrząc na nią wymownie.
- Mose i się na tym nie znamy… Ale twoje kalty kszyczą „dasz ladę”. A moje „zamknij lyj i lusz dupę”. Zajebiście. Glatulacje. Talot cię lubi balsej nisz mnie. - I, co gorsza, wcale nie zabrzmiało to jak żart. Tylko czysta, zmęczona prawda.  Wzruszyłem ramionami, mogliśmy dokończyć jeść gruszki i ruszyć dalej.
Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3299), Geraldine Greengrass-Yaxley (2758)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa