• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[koniec lipca 1971] mourning doves || Ambroise & Cornelius

[koniec lipca 1971] mourning doves || Ambroise & Cornelius
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#1
04.02.2025, 03:39  ✶  
Wiatr huczał przynosząc ze sobą dźwięki natury otaczającej samotnie stojący dom. Szum liści w pobliskim lesie i ciche brzęczenie owadów latających pośród pelargonii zasadzonych w skrzynkach na balkonie na piętrze. Odległe odgłosy jeziora. Regularne skrzypnięcia łańcuchów ogrodowej huśtawki bujającej się to do przodu, to do tyłu, choć nikt na niej nie siedział.
Z tarasu, na którym siedział rozciągała się naprawdę malownicza, wręcz idylliczna panorama. Pobliska łąka, soczyście zielona i pełna barwnych kwiatów, falowała na wietrze. Delikatny słodki zapach docierał do nozdrzy Ambroisa. W oddali na horyzoncie wznosiło się wzgórze porośnięte dzikimi krzewami i sporadycznymi drzewami, które rzucały cienie na złociste źdźbła pobliskiego pola uprawnego.
Przeglądał papiery leżące przed nim. Dokumenty, których akurat nie czytał zostały starannie przyciśnięte ciężkim przyciskiem do papieru, aby nie uniosły się w powietrze pod wpływem wiatru. Niewiele to dawało. Kartki i tak raz za razem próbowały poderwać się w górę. Charakterystyczny turkot uderzających o siebie rozwiewanych stron towarzyszył mu od tak dawna, że już praktycznie nie zwracał na to uwagi.
Zresztą mało co byłoby w stanie wywołać u niego wyraźną reakcję. Znajdował się we własnym świecie, całkowicie skupiony na wertowaniu zawartości teczki. Jego parce drżały przy tym lekko. Wzrok był skupiony, ale jednocześnie rozmyty, nieco zbyt nieobecny.
Zielone oczy raz za razem zachodziły mgłą, gdy uciekał myślami do ostatnich dni. Do tych wszystkich momentów jeszcze wcześniej - zanim się tu znalazł. Do zamierzchłych tygodni. Wszystkiego, co stało się od czasu, kiedy czuł się znacznie bardziej żywy. Dużo mniej wycieńczony i słaby, jakby każdy gwałtowniejszy podmuch chłodnego lipcowego wiatru mógł zakołysać nim i zmusić go do wywrócenia się na deski tarasowe.
Był blady i zmęczony. Może już nie chorobliwie. Jego skóra odzyskała część dawnego koloru. Nie była półprzezroczysta jak jeszcze tydzień temu. A jednak w dalszym ciągu z powodzeniem dało się dostrzec znaczną część żył na jego dłoniach i ramionach a także na odsłoniętej szyi, którą teraz pochylał w dół, od czasu do czasu bezwiednie przesuwając po niej palcami.
Nie mógł nic na to poradzić. Wrażenie swędzenia raz za razem ogarniało jego ciało. Przychodziło dosłownie znikąd i tak samo odchodziło. Próbował walczyć z potrzebą drapania się niemal tak silną, że gdyby tylko sobie na to pozwolił i zapomniał się nawet na chwilę, niechybnie pozostawiłby krwawe ślady paznokci na osłabionym ciele.
Było mu zarazem ciepło, momentami wręcz gorąco jak i przejmująco zimno, lodowato. Z jednej strony miał na sobie długie spodnie z grubego materiału, lnianą koszulę i prochowiec zarzucony na plecy. Z drugiej - jego klatka piersiowa była odsłonięta, nie zapiął guzików. Miał też całkowicie bose stopy, które opierał o chłodne deski tarasowe. W dalszym ciągu lekko wilgotne od porannej rosy.
Było wcześnie i późno. Jasno i ciemno. Cicho i głośno. Słońce dopiero niedawno wstało, jednak Roise nie spał już od wielu godzin. Siedział po turecku na zewnątrz, gdzie jasne promienie rozświetlały ogród, jednak padał na niego cień dwupiętrowego górskiego domu. Wokół w zasięgu wielu kilometrów nie było żadnych innych zabudowań nie przynależących do posiadłości. Pozornie nikt ani nic nie miał zakłócać im spokoju. A jednak wiatr wył między drzewami i skałami, od czasu do czasu zawodząc tak przejmująco, że można było pomylić go z ludzkimi jękami.
Choć może raczej z głosami potępionych? Tych, którzy nigdy nie opuścili gór malujących się tuż za wzgórzem niemal na samej granicy horyzontu.  Ciemnych kształtów kontrastujących z błękitem nieba, bielą chmur pędzących po niebie i wszechogarniającą zielenią natury. Wąskich szczelin i zwodniczych kanionów, pęknięć w skale tak głębokich, że były w stanie żywcem pochłonąć nieopatrznych wędrowców.
Gwałtowniej potrząsnął głową, chcąc odegnać ponure myśli. Przydługie włosy były nadal wilgotne od porannej kąpieli w jeziorze. Kilku prób przepłynięcia się w lodowatej wodzie z jednego brzegu na drugi, żeby udowodnić sobie, że nadal potrafił być sprawny. Że ta cała słabość była wyłącznie chwilowa i miała niechybnie ustąpić. W końcu wracał do życia, tak?
Wkrótce miał pojawić się w pracy w szpitalu. To była kwestia tygodnia, raczej nie dwóch. Więcej by nie wytrzymał. Musiał zająć się czymś, co zawsze było dla niego swoistą ucieczką od prywatnego życia. Jednak w tej chwili nie mógł tego zrobić. Jeszcze nie.
Przełożeni nadal byli święcie przekonani, że ze swoich zagranicznych wojaży przywiózł wyjątkowo uporczywą chorobę, która całkowicie go poskładała. Naprawdę parszywy rodzaj magicznego zapalenia płuc (potwierdzony adekwatnymi papierami) mający w przyszłości wyjaśnić jego wymarniały wygląd. Ten, który nie miał tak szybko wrócić do normy.
W końcu otarł się o śmierć. Spoczywał w jej ramionach, wyrwany z nich w dosłownie ostatniej chwili. Przestał być o to zły. Po dwóch tygodniach odpuścił ciężkie milczenie i wszystkie te nieprzyjemne syknięcia. Burknięcia i pojedyncze ostre słowa. Stał się spokojniejszy. Pogodzony z tym, że w dalszym ciągu musiał trzymać się życia. Krok po kroku dochodził do momentu, w którym znajdował się w tej chwili.
Był smutny. Po prostu smutny. Nic więcej. Ale przynajmniej miał zajęcie. Coś ważnego, niezmiernie istotnego, czym mógł zająć ręce i myśli. Był przydatny - potrzebował tego bardziej niż byłby w stanie kiedykolwiek przyznać.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#2
08.02.2025, 00:17  ✶  

Cornelius wstał wcześnie, chociaż miniona noc była daleka od spokojnej. Mały panicz Lestrange miał za sobą długi dzień, a noc w rezydencji ciotki, choć pełna delikatnych dźwięków górskiego otoczenia, nie była dla niego łatwa. Zszedł z łóżka, starając się nie budzić syna, i spojrzał na zegarek. Zegar na ścianie wskazywał szóstą trzydzieści, Fabian wciąż spał w pokoiku obok, z twarzą wtuloną w poduszkę, a jego oddech był miłym przypomnieniem, że życie toczyło się dalej, mimo trudnych chwil, jakie wszyscy przeszli. Cornelius uśmiechnął się na widok syna, poprawiając mu kołderkę, z westchnieniem postanowił nie budzić dziecka, które potrzebowało jak najwięcej wypoczynku. Z ulgą, że Fabian nie otworzył niebieskich ślepi, tylko dalej spał, mężczyzna wciągnął na siebie sportowe ubrania, które wydawały się idealne do zaplanowanej przebieżki po lesie. Wyszedł na balkon, gdzie rozpościerał się widok na majestatyczne góry na horyzoncie, lasy i pola, które otaczały rezydencję. Powietrze było rześkie, a delikatny wiatr unosił zapach kwiatów w donicach.

Gdy spojrzał w dół na taras, zauważył swojego przyjaciela, który siedział po turecku na deskach. Ambroise przeglądał papiery, które rozłożył na tarasie, skupiony na czymś, co zdawało się wymagać jego pełnej uwagi. Cornelius nie chciał przerywać mu tego momentu, więc po prostu uniósł wzrok, stał w drzwiach balkonowych, podziwiając widok.

Zszedł na dół, po kilku minutach, mijając niewielką kuchnię, gdzie skrzaty domowe ciotki przygotowywały śniadanie. Poczuł intensywny zapach świeżo parzonej kawy oraz smażonego bekonu, pachniało świeżym chlebem i ziołami zerwanymi z ogrodu, jajecznicą i słodkimi bułeczkami. Cornelius skinął głową na powitanie, gdy skrzaty odezwały się, zapewniając go, że wszystko było pod kontrolą i śniadanie miało być gotowe o siódmej.

Zdecydował, że to idealny moment, aby wyjść na taras i sprawdzić, co robił Ambroise. Jego najlepszy przyjaciel przebywał w tym miejscu od kilku dni, zazwyczaj w tym samym miejscu, co rano, a Cornelius miał nadzieję, że spędzony czas w górach pomoże mu w rekonwalescencji. Przez ostatnie tygodnie mężczyzna czuł na sobie ciężar odpowiedzialności, bo to on uratował Ambroise’a w najciemniejszym momencie jego życia. Od tamtego tragicznego dnia, kiedy jego przyjaciel prawie stracił życie, Corio był u jego boku, starając się pomóc mu wrócić do rzeczywistości. Często myślał o tym, jak blisko było do tragedii, gdyby nie jego szybka reakcja. Wiele razy zastanawiał się, co przeżywał Roise, ale nigdy nie miał odwagi zapytać wprost, w olał dawać mu przestrzeń, by mógł odpowiednio przetrawić swoje myśli.

Kiedy wyszedł na taras, poczuł przyjemny chłód poranka. W powietrzu unosił się zapach igliwia oraz roślin, które rosły wokół rezydencji, w oddali widać było majestatyczne szczyty górskie, a niebo miało intensywny, błękitny kolor. To był piękny dzień. Cornelius rozejrzał się, a jego wzrok zatrzymał się na przyjacielu, który siedział na deskach tarasu, przeglądając dokumenty. Ambroise wydawał się zamyślony, a jego blond włosy lekko falowały na wietrze. Miał na sobie koszulę, która była rozpięta, siedział boso boso, a jego spodnie były lekko pomięte. Przyjaciel był równocześnie ubrany i nieubrany, ale Corio postanowił tego nie komentować. Nie zamierzał wytykać Roise'owi narażania się na przeziębienie, wiedząc, że jego przyjaciel zmagał się z wieloma demonami, a niektóre z nich wymagały czasu i przestrzeni, by je oswoić, i bardzo niekonwencjonalnych sposobów postępowania. Ważniejsze było to, że Ambroise był tutaj z nimi, żywy, wśród gór, z dala od szarej rzeczywistości, która go przytłaczała.

Teraz, w ten piękny poranek, Ambroise przeglądał jakieś papiery, siedząc po turecku na deskach tarasu, w luźnych ubraniach, które wydawały się znacznie bardziej wygodne niż eleganckie.  Lestrange nie mógł się powstrzymać od uśmiechu na ten widok.

- Skrzaty robią śniadanie. - Powiedział, wskazując na wnętrze domu, gdzie słychać było brzęczenie garnków, po czym zajął miejsce obok Greengrassa, na stojąco, opierając się o balustradę tarasu.

Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#3
15.02.2025, 19:21  ✶  
Choć praktycznie od samego początku nie był specjalnie przekonany do tego wyjazdu, nie miał zbyt wiele do powiedzenia na ten temat. Zdawał sobie z tego sprawę, wyjątkowo nie odnajdując w sobie dostatecznie dużo tej wewnętrznej siły i typowego dla niego samozaparcia (tego przez innych zazwyczaj nazywanego po prostu usraniem), aby zaoponować. Nie był w stanie tak po prostu zaprzeć się rękami i nogami, pozostając w londyńskim mieszkaniu przyjaciela, które to zresztą po kilku dniach zaczęło stawać się dla niego bardziej klatką aniżeli schronieniem.
Być może nie potrafił tego tak po prostu przyznać. Nie zamierzał zmuszać się do mówienia takich rzeczy, jednak być może zmiana miejsca pobytu nie była aż tak zła. Horyzontalna zbyt szybko zaczęła go dusić. Świadomość, że znajdował się tak blisko swojego dawnego życia, niemalże na wyciągnięcie ręki, nie mogąc już nigdy do niego wrócić...
...to było dużo. Stanowczo zbyt dużo. Dla niego i dla kogokolwiek innego, prawda? Nie był wyjątkiem. Nie mógł być wyjątkiem. W tym jednym przypadku naprawdę nie chciał być wyjątkowy. Nie tego pragnął. Już nie. Chciał normalnego życia. Wszystkiego tego, czym pogardzał przez wiele lat. Ironia losu.
Tym większa, że w pewnym momencie wydawało mu się, że trzymał to już w swoich rękach. Naprawdę mocno zaciskał palce na upragnionej przyszłości. Z pozoru tak trwałej i stabilnej, że niemal fizycznie namacalnej. Był tego tak pewien jak siebie samego. Kolejny szyderczy śmiech losu.
Ani jego przyszłość nie była niczym, co mogło faktycznie przebiegać tak jak sobie tego życzył. Ani on sam nie mógł już dłużej ufać własnym tendencjom i zachowaniom. Utracił kontrolę nad wszystkimi najważniejszymi aspektami życia i nie wydawało mu się, aby mógł ją odzyskać. Nie w takiej formie, w jakiej powinno mieć to miejsce.
Cokolwiek usiłował teraz ponownie ułożyć, te wszystkie fakty, które przyswajał i żałośnie małe decyzje, jakie podejmował. To wszystko było skrzywione i wypaczone. Niepełne. Godne pożałowania.
Naprawdę nie wiedział, kiedy z człowieka planującego zaręczyny, ślub, rodzinę. Rozbudowę domu, kupno terenów otaczających dotychczas posiadany majątek. Awans w pracy, starania o jak najwyższą i najbardziej stabilną pozycję. Kiedy z kogoś, kto miał wszystko w swoich rękach stał się osobą, dla której największą decyzją, na jaką było ją stać był wybór pomiędzy jajkiem sadzonym a jajecznicą na śniadanie.
Kiełbaski z indyka czy wołowe? Smażone czy z wody? Czy był w stanie przełknąć dziś cokolwiek poza kawałkiem jabłka, czy powinien pozwolić skrzatom przygotować sobie pełną porcję? W końcu sam już tego nie robił. Nie gotował, nie robił nic poza siedzeniem i wpatrywaniem się w przestrzeń.
Tak, wyjazd z Londynu okazał się dla niego nieoczekiwanie zbawienny. Może przed nim oponował, ale odkąd pojawili się w górach, ani razu nie narzekał na zmianę otoczenia. Była lepsza od zamykania się w pomieszczeniach. Miejski zgiełk nigdy nie miał być dla niego tak przyjemny jak przebywanie niemalże na łonie natury. Zamiast wpatrywać się w ścianę, po której co najwyżej mogła przechadzać się zagubiona mucha. Patrzył na błękitne niebo, ptaki latające na tle jasnych chmur, na liście poruszające się na wietrze.
Wdychał rześkie powietrze, siedząc w miejscu prawie bez ruchu i niemal nie przejmując się chłodem poranka. Wreszcie zmobilizował się też do czegoś więcej. Wciąż nie był sobą, nie angażował się w życie, które toczyło się wokół niego. Nie kręcił się po domu. Nie łaził po lesie, nie zwiedzał okolicy. Dzień w dzień zajmował tę samą miejscówkę, przebywając w niej tak długo aż musiał udać się do domu.
Tak właściwie sam nie wiedział i chyba nawet nie próbował myśleć o tym, czy i kiedy miało to ulec zmianie. Nie chciał się nad tym zastanawiać, usiłując ignorować fakt, że zrobił się kimś, kto niemal nie przypominał jego dawnego ja. Trudno byłoby nawet powiedzieć, że był cieniem samego siebie.
Brakowało mu tego dawnego zacięcia. Skłonności do dyskusji. Tej całej iskry, która do tej pory nigdy wcześniej nawet nie przygasła. Otwartego wypowiadania swojego zdania, ekspansywności i zaborczości, kąśliwego języka... ...energii.
Nie spał dobrze, przewracał się z boku na bok, nękany przez koszmary, po których po prostu musiał wstać. Nie ważne, jaka była godzina. Wiedział, że nie zasnąłby ponownie, więc zamiast tego wracał do swoich papierów. Na tymczasowo swój taras. Zupełnie tak, jakby z chwili na chwilę coraz bardziej stawał się integralną częścią tego otoczenia. Jednym ze stałych widoków. Mebli.
Tak, jedynym, co tak właściwie mu pozostało była ta skłonność do fiksowania się na wykonywanych zadaniach. Nic więcej. Nie chciał myśleć o tym jak przykre i żałosne to było. Zamiast tego usiłował jeszcze bardziej skupiać się na swoim celu. Tym, którego był już coraz bliżej. Tak blisko, że niemal mógł go dostrzec.
To zaś sprawiało, że niemal całkowicie utracił czujność. Nie patrzył na to, co działo się za jego plecami. Dostrzegalnie drgnął, potrząsając głową, gdy usłyszał nieoczekiwany dźwięk głosu Corneliusa, dopiero wtedy zdając sobie sprawę z obecności przyjaciela. Nie dostrzegł Lestrange'a zanim ten nie oparł się o balustradę i nie otworzył ust. Umknęły mu odgłosy kroków przyjaciela czy skrzypnięcie drzwi tarasowych.
- Co? - Spytał w pierwszej chwili, dopiero moment później mrugając i przetwarzając te banalnie proste słowa. - A. Tak, wiem - to akurat mu nie umknęło.
Nie chciał jednak decydować w tej chwili o kiełbaskach czy sposobie podania jajek. Niemal wcale nie był głodny, choć nie pamiętał, kiedy ostatnio cokolwiek zjadł. Wspomnienie poprzedniej kolacji było mgliste i niezbyt klarowne.
- Wychodzisz w teren? - Spytał z czystej przyzwoitości, obdarzając spojrzeniem stylizację Corio, ale zaraz przenosząc wzrok na dokumenty.
Tak. Zdecydowanie nie był najlepszą wersją siebie. Nie wiedział czy jeszcze kiedykolwiek będzie choć trochę blisko tego, co wydawało mu się, że już niemal na pewno osiągnął. Prawdopodobnie nie. Jego życie zostało daleko za nim. Nie w górach, nie w mieście a nad morzem. Nic nie było mu go w stanie oddać. Nieważne jak bardzo by się starał. Nie miał już nawet siły się temu sprzeciwiać.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#4
18.10.2025, 01:09  ✶  

Cornelius przyglądał się przyjacielowi przez dłuższą chwilę, zanim w ogóle się odezwał, bez słowa, bez żadnego z tych drobnych komentarzy, które zwykle przychodziły mu naturalnie. Widział, jak Roise siedzi w tym samym miejscu, w tej samej pozycji, niemal jak część krajobrazu, nieruchomy, odcięty od wszystkiego, co mogło jeszcze poruszać, czuć, żyć. Wiedział, że był to widok, którego nie dało się oswoić, nawet po tygodniach. Nie chciał przerywać, choć przecież nie padło żadne słowo, cisza między nimi miała wagę ołowiu, a jej ciężar zdawał się osiadać w powietrzu tak samo gęsto, jak poranna mgła. Mógłby powiedzieć, że cieszył go ten zastany widok, Ambroise wreszcie wyszedł z czterech ścian, wreszcie nie wyglądał jak ktoś, kto zapomniał, jak oddychać, ale to byłoby kłamstwo. Nie cieszyło go nic z tego, co widział, bo znał go zbyt dobrze, widział nie tyle spokój, co rezygnację, nie odpoczynek, a zamrożenie, nie kontemplację,  a pustkę. Mimo to, uśmiechnął się leciutko, zanim ruszył po deskach tarasowych, bo to zawsze był jakiś krok, pierwszy i drobny, lecz jakiś.

Lestrange stanął oparty o balustradę, ręce miał skrzyżowane, wzrok spuszczony ku dolinie, po której leniwie unosiła się poranna mgła. Corio nie był człowiekiem, który z łatwością okazywał troskę, a już na pewno nie wprost, zazwyczaj wystarczał mu ironiczny komentarz, lekkie szturchnięcie słowem, teraz jednak to wszystko byłoby nie na miejscu, Roise nie potrzebował ironii, tylko powrotu do siebie, tego samego człowieka, którego Cornelius pamiętał jeszcze sprzed kilku miesięcy, upartego, pewnego, złośliwego, ale pełnego życia. Tego, którego obecnie trudno było dostrzec, nawet w cieniu, a on zbyt dobrze znał ten stan, moment, w którym człowiek zaczynał udawać, że jeszcze miał kontrolę, kiedy już dawno ją utracił. Lestrange widział to u wielu ludzi, teraz, w czasie wojny, i wcześniej, widział to i w sobie. Wiedział, jak trudno było się z tego wykaraskać, a jeszcze trudniej, przyjąć pomoc, dlatego nie naciskał, nie próbował zmuszać. Nie zamierzał go popędzać, nie tym razem, nie, gdy wiedział, że każdy dzień przynosił Ambroise’owi własne wnioski, jego milczenie miało ciężar, którego nie sposób było zignorować.

Właśnie dlatego Cornelius nie przychodził z gotowymi słowami, nie był od nich, nigdy nie potrafił leczyć niczyich ran gadaniem, ale był od trwania. A to, jak sądził, musiało wystarczyć, ale też wiedział, że nie mógł dłużej udawać, iż niczego nie zauważa, Roise wyglądał tak, jakby jego ciało wciąż tu było, lecz dusza dawno odeszła, utrzymywał pozory, to prawda, czytał, pisał, coś tam notował, lecz dla Corneliusa, który znał go od lat, te pozory były przezroczyste. Lestrange miał w sobie pewien rodzaj opanowania, które pozwalało mu nie reagować gwałtownie, obserwował przyjaciela więc spokojnie, z tą samą cierpliwością, z jaką dawniej przyglądał się pacjentom w Mungu. Choć Corio już nie był uzdrowicielem, nauczył się przez lata, że nie każde cierpienie wymagała natychmiastowej interwencji, czasem wystarczyła obecność, cicha i nienachalna, jednak dziś to milczenie zaczynało mu ciążyć, nie był z tych, którzy łatwo się poddają, ale nie potrafił już wmówić sobie, że samym uporem naprawi człowieka, który przestał wierzyć, że warto się naprawiać.

Cornelius przyglądał mu się z odległości, jaką zwykle zachowywał wobec tych, o których się martwił, palce zacisnął na poręczy balustrady, odruchowo, jakby próbował w ten sposób przelać część własnej kontroli na rzeczywistość wokół siebie. Kiedy tamten tylko kiwnął głową, niepewnie, Corio przesunął wzrok na dokumenty leżące na tarasie, udając zamyślenie, chociaż w rzeczywistości jego myśli krążyły nieustannie wokół obecnego stanu przyjaciela. Greengrass utracił tego człowieka, którego Lestrange znał od lat, jaki potrafił zaczynać dzień z ironicznym uśmiechem, złośliwym komentarzem, a kończyć go z głową pełną planów. Teraz patrzył na kogoś, kto z trudem potrafił podjąć decyzję o własnym śniadaniu. Nie pytał o to, co oczywiste, ale jego milczenie było cięższe niż słowa, widział, jak bardzo Ambroise zatracił orientację w życiu, i choć rozumiał potrzebę spokoju, wiedział też, że ten spokój łatwo mógł przerodzić się w otępienie.

- Śniadanie. - Spokojnie powtórzył. Palce Corneliusa mimowolnie drgnęły, gdy znów spojrzał na sylwetkę przyjaciela, który wciąż tkwił w tym stanie półświadomości i letargu. W jego oczach pojawiła się ulotna nuta bezsilności, wiedział, że nie mógł wziąć całej odpowiedzialności, nie mógł zmienić ani jednego bolesnego wyboru, ani przeszłości, ani decyzji, które doprowadziły do tej chwili. To „wiem” zabrzmiało jak rezygnacja, jak wszystko inne w ostatnim, niełatwym dla nikogo czasie. Corio skinął głową, choć Roise i tak tego nie dostrzegł, bo wpatrzony w swoje dokumenty, wcisnął palce w pergamin, jakby usiłował wyciągnąć z niego sens życia. Przez chwilę milczeli, wiatr przesunął się po liściach, zadrżały drobne kwiaty przy balustradzie, a gdzieś w dole przemknął cień ptaka, wszystko to wydawało się zbyt żywe w kontraście do człowieka, który siedział obok.

- Tak, miałem to w planach. Nadal mam, chciałem tylko zobaczyć, jak jest na dworze. - Corio skinął głową, gdy przyjaciel mrugnął i spojrzał w jego stronę, po chwili odchrząknął cicho, chcąc nadać wagi kolejnym słowom bez wtrącania emocji. Nie zamierzał namawiać towarzysza na coś, na co tamten wyraźnie nie miał ochoty. Odwrócił się w stronę ścieżki prowadzącej w górę, unosząc lekko brodę, by odgrodzić się od wątpliwości, które nadal krążyły w jego umyśle, pozwolił, by jego spojrzenie przyciągnęły zielone połacie lasu, wijące się gałęzie krzewów i mgła oplatająca drzewa.

- To, że wiesz, nic nie oznacza, nie wygląda, jakbyś zamierzał zrobić cokolwiek z tą wiedzą. - Powiedział w końcu, głos miał opanowany, ale niosący za sobą powagę i delikatną troskę. Nie wybrzmiewało w tym nakazanie, ani komentarz o jego stanie, to była zwykła, rzeczowa uwaga skierowana do kogoś, kto najwyraźniej o tym zapomniał. Nie chciał wyciągać wniosków, nie próbował odgadnąć wszystkiego, co działo się w głowie przyjaciela. Nie było w tym nadmiaru emocji, ani dramatyzmu, tylko troska ubrana w proste słowa, ostatnie, zanim wyszedł z domu, żeby spróbować ułożyć własne myśli na łonie natury, obaj mieli jeszcze sporo przed sobą, ale byli na dobrej drodze, przynajmniej tak sądził, pomimo wewnętrznych wątpliwości.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (1765), Cornelius Lestrange (1560)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa