• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood

[12.09.1972, po zmroku] Fire and the Flood
Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#61
01.07.2025, 11:38  ✶  

Yaxleyówna kiwnęła jedynie głową w stronę Ambroisa, nie miała najmniejszego problemu z tym, aby się tutaj na coś przydać. Może nie było jej podczas przygotowań ogniska, więc przynajmniej mogła teraz wszystko posprzątać. Zapewne nikt nie zakładał, że skończy się ono tak szybko, ale cóż, różnie to bywa, czyż nie?

Nie wydawało jej się, aby ktokolwiek miał ochotę zostać tutaj dłużej. Przedstawienie się zakończyło, popsuło im wieczór, to by było na tyle. Noc była jeszcze młoda i można było z niej coś wyciągnąć, jednak najpierw warto było się zająć tym całym bałaganem.

Już od samego początku nie do końca wiedziała dlaczego okolica wyglądała w ten sposób, to znaczy nie miała pojęcia dlaczego znajdowało się tu magiczne jezioro, palmy i ta cała reszta. Nie pytała o to, stwierdziła, że to była chwilowa zachcianka kogoś z tu obecnych, chociaż raczej nie zakładała, że Corio miał z tym coś wspólnego. Jasne miał swoje fanaberie, ale nie wydawało jej się, by to było w jego guście. Może też dobrze, że to całe zamieszanie ominęło ciocię Ulę, bo Yalxeyówna nie sądziła, żeby była zachwycona tym, co się wydarzyło. Na szczęście nie miała tej przyjemności, aby być świadkiem upadku Romulusa Pottera.

- Jasne, to drobnostka. - Rzuciła jeszcze do Corio, po czym odstawiła karton, który trzymała w dłoniach na stół. Sięgnęła po różdżkę. Oczywiście, że nie zamierzała stać z założonymi rękoma i patrzeć, jak oni sami się wszystkim zajmowali. Razem pójdzie im szybciej, mniejszym kosztem, każdy będzie mógł dość szybko się stąd oddalić, a miała wrażenie, że w tym przypadku to było to, do czego zmierzali. Chcieli opuścić to miejsce, uspokoić się, bo nie wydawało jej się, aby ktokolwiek czuł się komfortowo, a miało być miło, miło i przyjemnie. Jak widać nawet wśród bliskich może być o to trudno.

Ścisnęła mocniej różdżkę w dłoni i ruszyła w stronę jeziora, tak jak ustaliła z Greengrassem - zajęła się jego lewą stroną, żeby nie wchodzili sobie w drogę. Rozproszenie magii nie było szczególnie trudne, akurat na tym znała się dość dobrze, więc faktycznie wspólnymi siłami powinno im to pójść całkiem sprawnie. Będą mogli stąd zniknąć, oddalić się i zapomnieć o tym, co się wydarzyło. Chociaż, czy na pewno? To raczej nie były sprawy, na które powinni przymknąć oko, zignorować je. Spodziewała się raczej, że będzie to niosło ze sobą długotrwałe konsekwencje, bo pewnych granic się nie przekraczało, i każdy kto miał odrobinę oleju w głowie o tym wiedział. Nawet ona, a przecież należała do osób bardzo porywczych, umiała jednak się hamować, wiedziała, kiedy zaczyna przesadzać, dało się ją doprowadzić do porządku, szczególnie, gdy ktoś już zwracał jej uwagę na to, że przegina. W tym wypadku nic nie pomogło.

Przemierzała więc brzego jeziora, machając przy tym różdżką i mrucząc pod nosem kolejne zaklęcia, które miały rozproszyć wszystko, co zostało stworzone magią kilka godzin wcześniej.


Rzut Z 1d100 - 81
Sukces!

Rzut Z 1d100 - 78
Sukces!
Panicz Z Kłami
Hot blood these veins
My pleasure is their pain
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Bardzo wysoki - mierzy 192 cm wzrostu. Z reguły ubiera się w czarne bądź stonowane kolory, ale można go spotkać w wielobarwnym ubiorze. Włosy ciemnobrązowe, oczy zielone. Jest bardzo blady, ma sine wokół oczu, które nieco jaśnieje, kiedy jest nasycony, ale to nieczęsto się zdarza.

Astaroth Yaxley
#62
01.07.2025, 12:55  ✶  
Uśmiechnąłem się na słowa Benka o tym, że wcale nie obiecał ładnej kaligrafii. Cóż, mogłem się bez tego obyć, ale taka wypalona dziara... Mogła się przydać, szczególnie tak permanentnie paląca, gdy władzę nade mną przejmowała Bestia. Przydałoby się jej naglące przypomnienie, ale zapewne dziara na tyłku wcale nie miała pomóc. Głupi żart. Temat dupy zawsze bawił...? Pewnie niejeden uznałby to za mało dojrzałe, ale... Byłem w tym temacie tylko z Benkiem. Czułem się z tym swobodnie, póki nie zaczął się ten mały armagedon.
Niby Benek uspokajał, że to takie typowe... Tylko dosyć szybko przestało być typowe, kiedy sam się poderwał do interwencji. Próbowałem załapać, o co chodzi. Nie bardzo znałem tych wszystkich ludzi. To byli przyjaciele Geraldine, ale zdawałem obie sprawę z tego, że ten koleś, co przed chwilą lewitował, miał jakieś pretensje do Prudence - dziewczyny, która wypuściła mnie z piwnicy i tu przyprowadziła. Zdążyłem ją polubić, bo zrobiła to w absolutnej ciszy, naturalnie, nie wypytując o wampiryzm, o samopoczucie i inne badziewia, ani też nie będąc uprzedzoną. Zrobiło mi się jej żal, że ktoś tak bardzo jej tu nie chciał. Super, że Benek postanowił coś z tym zrobić. Sam nie byłem raczej odpowiednią osobą do ingerowania w cokolwiek. Byłem tu obcym i byłem też drapieżnikiem. Próbowałem zachować neutralność, ale kiedy pojawiło się zagrożenie względem Benka, wstałem ze swojego miejsca, chcąc coś zrobić. Pierwsza myśl to było rozszarpanie, ale zawahałem się na sekundę, a wtedy ktoś inny przejął pałeczkę, więc pozostawałem biernym obserwatorem, aczkolwiek spiętym i uważnie spijającym kolejne sekundy zdarzenia.
Nie podobało mi się, że całość skierowana była w te nieliczną cześć towarzystwa, którą zdążyłem polubić. Chciałem pomóc Benkowi i Prudence, ale świetnie sobie radzili, więc stałem, zapominając o papierosie, który wypalał się w mojej dłoni.
Byli wszyscy zsynchronizowani. Tak szybko jak się wszystko zaczęło, tak szybko również się kończyło, ale...
- Czy ktoś nie powinien się zająć nim... nią...? - zapytałem, wskazując na chłopaka, który wcześniej siedział z Prudence na hamaku, a teraz właściwie wyglądał jak Prudence, ale czułem, że nią nie jest. Sam pewnie bym się zbliżył i próbował pomóc, ale nie byłem pewien, czy mój chodny dotyk na jego karku by pomógł czy raczej bardziej pogorszył sytuację. - Roise, może ja dokończę z Ger rozpraszanie... - zaproponowałem, bo nie byłem pewny, czy ktokolwiek z Yaxleyów był odpowiedni do czegoś tak delikatnego jak pocieszanie. Ale też nie chciałem nikim dyrygować. Ani pogarszać sytuacji.
Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#63
01.07.2025, 23:19  ✶  

Cornelius kiwnął głową w stronę Geraldine, krótko, z wdzięcznością, wyraźnie do niej, nie w pustkę.

- Dzięki. - Powiedział cicho, ledwie słyszalnie, lecz z autentycznym uznaniem, nie siląc się już na kurtuazję, tylko oferując coś bliższego prawdzie niż zwykła grzeczność. Tego wieczoru, pełnego farsy, napięć i groteski, każdy gest dobrej woli wydawał się na wagę złota. Mężczyzna obserwował przez moment, jak Geraldine oddala się w stronę tafli jeziora, rozpraszając zaklęcia z wprawą i precyzją, która sugerowała, że doskonale wiedziała, co robiła. On sam natomiast odwrócił się powoli i zajął innymi czynnościami, kilkoma prostymi zaklęciami przywracając porządek w miejscu, które zaledwie godzinę wcześniej wyglądało jak Riwiera Francuska, a nie środek wrzosowiska. Corio mógłby to wszystko oddelegować skrzatom, ale był już na takim etapie irytacji, że musiał rozładować ją w czymkolwiek fizycznym, a porządkowanie czegokolwiek dawało złudne poczucie kontroli.

Lestrange szedł przez ogród wolno, nie spiesząc się już, nie mając na to siły ani potrzeby, aż w pewnym momencie zorientował się, że nieświadomie znowu znalazł się nieopodal Geraldine. Może to był jakiś instynkt, może zwyczajna potrzeba towarzystwa drugiego, rozsądnego człowieka, a może tylko przypadek. Corio zatrzymał się na chwilę, przelotnie spojrzał w stronę przeciwległego brzegu częściowo rozproszonego już jeziora, gdzie Ambroise, wyraźnie spięty, i wsłuchiwał się w coś, co mówił do niego Astaroth. Cornelius wiedział, że Roise nie był teraz dobrym rozmówcą, najpewniej każde słowo, które miało do niego paść, miało zostać odczytane opacznie, przefiltrowane przez złość i rozczarowanie. Greengrass wyglądał, jakby cały jego gniew, cała frustracja i rozczarowanie skupiły się teraz w linii zaciśniętej szczęki i w gestach, które nie pozostawiały wątpliwości - Roise był wściekły i miał do tego pełne prawo. Mężczyzna nie próbował się nawet oszukiwać, gdyby to jego plany legły w gruzach, on zostałby wystawiony przez przyjaciela, też miałby ochotę wyładować gniew w samotności.

Corio westchnął w duchu, nie dając tego po sobie poznać, i przeniósł wzrok z obu mężczyzn z powrotem na Geraldine, która nadal koncentrowała się na zaklęciach rozpraszających i porządkujących teren, przy czym odezwał się półgłosem, tonem tak spokojnym, jak tylko potrafił w danej chwili.

- Co z twoim bratem? - Zapytał, nie próbując nawet ukrywać, że pytanie nie wynikało wyłącznie z troski. - Jeśli potrzebujesz, mogę go odprowadzić do domu. I tak się tam zaraz wybieram. - Nie rozwijał, dlaczego złożył tę propozycję, nie musiał, oboje wiedzieli, że chodziło o spokój, bezpieczeństwo i… Tak, może też o fakt, że Astaroth był wampirem, a Cornelius, choć dotychczas nie okazywał tego otwarcie, miał bardzo określone zdanie na temat tego, kogo wpuszczał na teren domu, w którym mieszkał jego syn. Zaufanie miało swoje granice, a instynkt ojca jeszcze je usztywniał. Lestrange nie musiał tego mówić na głos, Geraldine była zbyt inteligentna, by tego nie zrozumieć.

Cornelius nie kłopotał się, by powiedzieć, czemu właściwie szedł do domu, nie wspomniał, że głównym powodem jego marszu w tamtym kierunku był fakt, że musiał upewnić się, że poza sypialnią przyjaciół, wszystko w posiadłości nadal stało na swoim miejscu, a jego syn spał spokojnie w łóżku i nie musiał konfrontować się z żadnym dorosłym, który nie potrafił się zachować. Nie rozwodził się nad tym, że chciałby zamknąć się w swojej sypialni, z dala od idiotów i ich histerii, gdy dowiedzą się o zostaniu wyrzuconymi z pokoju, rozgrywających się pod oknem jego letniej rezydencji. Nie musiał tego mówić, gdyby chciał, zrobiłby to ostro, celnie, jednym zdaniem, ale teraz nie miał siły.

Mężczyzna nie powiedział też, że nadal nie wiedział, w jakim właściwie trybie należało traktować obecność wampira na terenie domu. Tego wieczoru nie ufał już nikomu, z pełnym przekonaniem, a każda obecność, która wykraczała poza standardy jego normalnej gościnności, budziła niepokój, zresztą nie tylko, budziła także irytację, znużenie i tę ledwo skrywaną potrzebę ciszy, porządku oraz kontroli - między innymi nad zachowaniami ludzi i nieludzi, których gościł. Corio nie pozwoliłby, by choćby włos spadł Fabianowi z głowy, więc tak, jeśli trzeba, mógł odprowadzić Astarotha, a następnie upewnić się, że solidnie zamknął za nim drzwi.

Szelma
Yes, it's dangerous.
That's why it's fun.
wiek
29
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Łowczyni
Od czego warto zacząć? Ród Yaxley ma w swoich genach olbrzymią krew. Przez to właśnie Geraldine jest dosyć wysoka jak na kobietę, mierzy bowiem 188 cm wzrostu. Dba o swoją sylwetkę, jest wysportowana głównie przez to, że trenuje szermierkę, lata na miotle, biega po lasach. Przez niemalże całe plecy ciągnie się jej blizna - pamiątka po próbie złapania kelpie. Rysy twarzy dość ostre. Oczy błękitne, usta różane, diastema to jej znak rozpoznawczy. Buzię ma obsypaną piegami. Włosy w kolorze ciemnego blondu, gdy muska je słońce pojawiają się na nich jasne pasma, sięgają jej za ramiona, najczęściej zaplecione w warkocz, niedbale związane - nie lubi gdy wpadają jej do oczu. Na lewym nadgarstku nosi bransoletkę z zębów błotoryja, która wygląda jakby lewitowały. Porusza się szybko, pewnie. Głos ma zachrypnięty, co jest pewnie zasługą papierosa, którego ciągle ma w ustach. Pachnie papierosami, ziemią i wiatrem, a jak wychodzi z lasu do ludzi to agrestem i bzem jak jej matka. Jest leworęczna.

Geraldine Greengrass-Yaxley
#64
03.07.2025, 15:45  ✶  

Tak jak się spodziewała - nie sprawiło jej to problemu. Całkiem nieźle radziła sobie z zaklęciami, które miały rozproszyć skutki innych czarów. Powoli, skrupulatnie usuwała wszystkie fragmenty wyczarowane wcześniej. Zadanie było jasne, proste. Nic skomplikowanego. Ktoś włożył sporo czasu by zamienić to miejsce w tymczasowy kurort kojarzący się raczej z południowym wybrzeżem, nie komentowała tego jednak od samego początku. Gdy tylko się tutaj znalazła miała wrażenie, że trochę popłynęli, ale to nie była jej sprawa. Jeśli miało im to sprawić przyjemność... każdy miał swoje fanaberie, czy coś.

Nie widziała w tym nic nadzwyczajnego, że postanowiła im pomóc. Miała wrażenie, że mężczyźni zdecydowanie gorzej znieśli to, co się tutaj wydarzyło. W końcu Romulus był im bliższy, to ich rozczarowało to bardziej niż ją. Zresztą nie znała głębi, nie miała pojęcia, że była jeszcze spora część informacji, która póki co do niej nie dotarła. Już taka zdrada, takie zachowanie było bardzo nie na miejscu, wiedziała, że to wszystko wzbudziło w nich na pewno całą masę nie do końca mile widzianych emocji. Potrzebowali czasu, żeby się uspokoić, nabrać dystansu.

Nie zauważyła, że Astaroth podszedł do Roisa, gdyby dostrzegła to wcześniej to na pewno stanęłaby między nimi, to nie był odpowiedni moment na to, by ze sobą rozmawiali. Ambroise był zirytowany, a jej brat? Cóż, nigdy nie można się było spodziewać tego, czy akurat coś mu nie będzie przeszkadzało. Wolałaby uniknąć kolejnego konfliktu, bo wydawało jej się, że to mogłaby być przesada dla nich wszystkich, atmosfera już i tak została popsuta.

Uniosła wzrok znad tafli tymczasowego jeziora, a raczej już jego niewielkiej części, która została i spojrzała na Corneliusa, po chwili przeniosła spojrzenie w stronę mężczyzn stojących dalej. Westchnęła ciężko. Miała wrażenie, że to był zły pomysł. Powinna oddelegować brata do rodziców, ojciec na pewno by sobie poradził z jego problemem, może zrobiłby to w mniej humanitarny sposób niż ona, ale przynajmniej by to zadziałało. Nie zamierzała dopuścić do tego, żeby Roth teraz wkurzał Ambroisa, bo mogłoby mu się ulać. Szczególnie po tym, co wydarzyło się poprzedniej nocy w lesie. Oczywiście, że wspomniała mu o tym, że jej brat nie panował nad sobą, działo się tak zawsze, gdy próbowała na niego wpłynąć w jakikolwiek sposób. Powoli zaczynało jej już brakować pomysłów, właściwie chyba zaczęła się już poddawać. W prawdzie dzisiaj jeszcze nie spowodował żadnych problemów, ale był nieobliczalny.

- Nie, to mój problem, nie Twój. - Nie zamierzała obarczać Corio opieką nad wampirem. To nie była jego rola, i tak wykazał się dobrą wolą, że pozwolił jej go tutaj zabrać. Jeszcze tego brakowało, żeby teraz miał go eskortować do jego tymczasowej sypialni.

Miała świadomość, że Lestrange również został wyprowadzony z równowagi, sprzątał nieswój bałagan, w przeciwieństwie do co niektórych nie była osobą, która zachowywała się w ten sposób. Brała odpowiedzialność za swoje sprawy, na tyle na ile mogła. Spacer do piwnicy nie był niczym skomplikowanym, zajmie tylko chwilę.

- Zajmij się sobą, ja to ogarnę. - Ten wieczór nie do końca tak miał wyglądać, przynajmniej kiedy myślała o ognisku, jej wizja dosyć szybko legła w gruzach i okazało się, że nawet w swoim gronie nie może być spokojnie.

Dokończyła jeszcze rozproszenie kilku zaklęć, po czym ruszyła w stronę Roisa i Astarotha. Czas najwyższy, aby opuścili to miejsce. - Idziemy. - Powiedziała spokojnym tonem, chyba nie musiała wyjaśniać dokąd idą i w jakim celu tam zmierzają. Impreza się skończyła.

Bloody brilliant
Soft idiot, a sappy motherfucker, a sentimental bastard if you will
wiek
33
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Wysoki, bo 192 centymetry wzrostu, postawny, dobrze zbudowany mężczyzna. Czarnowłosy. Niebieskooki. Ma częściową heterochromię w lewym oku - plamę brązu u góry tęczówki. Na jego twarzy można dostrzec kilka blizn. Jedna z nich biegnie wzdłuż lewego policzka, lekko zniekształcając jego rysy, co nadaje mu surowy wygląd, mimo to drobne zmarszczki w kącikach oczu zdradzają, że często się uśmiecha lub śmieje. Inna blizna, mniejsza, znajduje się na czole. Ma liczne pieprzyki na całym ciele. Elegancko ubrany. Zadbany. Bardzo dobrze się prezentuje.

Cornelius Lestrange
#65
03.07.2025, 23:56  ✶  

Cornelius przyglądał się Yaxley, niemal w bezruchu, z tą samą uważną, sztywną i opanowaną manierą, którą zwykł przyjmować w chwilach, gdy nie wypadało mu powiedzieć zbyt wiele, ale i nie należało przemilczeć wszystkiego. Jego spojrzenie nie było nieprzyjemne, wręcz przeciwnie, było spokojne, nieco badawcze, mężczyzna zdecydowanie ważył coś w ciszy, jaką zapanowała między nimi, oceniając nie tyle słowa, ile ton, gesty, te mikroskopijne drgnięcia ciała, zmiany w postawie przyjaciółki, które znał już od lat. Gdy w końcu kiwnął głową, zrobił to w taki sposób, w jaki okazywało się... Zrozumienie, nie zgodę, nie uległość, ani nie bierność, ale właśnie zrozumienie.

Kiedy Geraldine odpowiedziała, Lestrange skinął głową, w pełni akceptując jej decyzję, bez choćby odrobiny nachalności, bo jeśli nie chciała skorzystać z jego propozycji, miał zamiar to uszanować, bez komentarza, próby przeforsowania własnej woli, robienia z tego sprawy - i tak już zbyt wiele rozmów, odbytych tego wieczoru, przekroczyło granice zdrowego rozsądku. Spojrzał na nią, z pewnym rodzajem cichej akceptacji w oczach, którą zazwyczaj rezerwował dla sytuacji, gdy nie zgadzał się z czyimś podejściem, chociaż nie miał zamiaru się z tym kłócić. Wiedział, że Geraldine miała poradzić sobie z bratem, lepiej niż ktokolwiek inny, podejmując słuszną decyzję, gdy tylko uzna, że to właściwa chwila, ale nie mógł też całkowicie zgodzić się z tym, co powiedziała

- Jak wolisz. - Powiedział tylko. - Ale to nie jest twój problem, Geraldine, to jest nasz problem. Tak, jak i nasze będzie rozwiązanie. Wiesz, o co mi chodzi. - Zamilkł na moment, nie zmieniając tonu, nie oceniając, nie unosząc się, nie wygłaszając tyrady na temat bycia rodziną i złożonych obietnic. Nie było w tym ani pouczającego tonu, ani przesadnego zaangażowania. Tylko chłodna deklaracja lojalności, sformułowana z odpowiedzialnością człowieka, który nie rzucał słów na wiatr, nawet wtedy, gdy milczał dłużej, niż wypada. - Tylko nie dziś, rzecz jasna. - To ostatnie wypowiedział już znacznie ciszej, jak coś, co nie wymagało odpowiedzi, a raczej miało pozostać zawieszone gdzieś między nimi, dopóki nie znajdzie się właściwszy moment. Zresztą, raczej oboje wiedzieli, że to nie był ten wieczór, nie ta godzina i nie ten stan ducha.

Mężczyzna przeniósł spojrzenie na dłonie przyjaciółki, które powoli, metodycznie rozpraszały kolejne zaklęcia kształtujące krajobraz.

- Cieszę się, że jesteście znowu po jednej stronie. Ty i Ambroise. - Głos Corneliusa był niski, spokojny, pozbawiony ostrości, ale nie pozbawiony przekonania, te słowa zabrzmiały niemal jak coś prywatnego, coś nieprzeznaczonego dla uszu z zewnątrz, ponieważ takie były. - To wiele ułatwia... I wam, i wszystkim wokół. - Powiedział cicho, nie patrząc wprost na nią, a raczej gdzieś ponad jej ramieniem, w przestrzeń, w kierunku krzewów, gdzie ostatnie ślady magii właśnie rozpływały się bezgłośnie w powietrzu. Gdyby był kimkolwiek innym, być może dodałby coś jeszcze, coś bardziej osobistego, mniej lapidarnego, ale Lestrange nie był kimkolwiek, był sobą, więc nie dopowiedział nawet: „oszczędza nam wszystkim niepotrzebnych doznań”, choć to właśnie miał na myśli. Między innymi. Cokolwiek między nimi się działo przez te lata, znowu byli synchronizowani, zgodni, porozumieni i, wbrew pozorom, to prawdopodobnie było warte miesięcy wątów, niewypowiedzianych wyrzutów i ucieczek, jeśli miało być już na stałe... A miało, przynajmniej, dopóki Romulus nie zrobił z siebie gwiazdy. Teraz te plany, zapewne, zostały odroczone, ale raczej nie trwale zrujnowane, przynajmniej miał taką nadzieję.

Lestrange nie czekał na odpowiedź, po tych słowach odwrócił się na pięcie, płynnie, bez pośpiechu, bez teatralności, jedynie z naturalną postawą kogoś, kto wiedział, że jego zadanie na ten wieczór nie polegało na kontemplacji cudzych relacji. A przynajmniej już nie, skoro zaręczyny nie doszły do skutku, wcześniej to rokowało trochę inaczej.

Nie do końca „zajął się sobą”, jak radziła mu Geraldine, ale rzeczywiście postanowił zająć się czymś prostym i konkretnym. Obróciwszy się, Corio wreszcie oderwał się od własnych myśli, przeniósł ciężar ciała na drugą nogę, uniósł wzrok i rozejrzał się, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że świat nie kończył się na tej jednej rozmowie, a w jego spojrzeniu na chwilę pojawiła się czujność. Szukał jeszcze jednej, wyjątkowo milczącej osoby. Odnalazł Eliasa-Prudence w półmroku rozproszonym przez światła lampek zawieszonych na drzewach, które nie były palmami, ruszył kilka kroków w jego stronę, nieco zwalniając, gdy się zbliżył.

- Eli. - Rzucił cicho, ledwie podniesionym głosem, tak żeby nie przeszkadzać nikomu innemu, jednocześnie nie komentował stanu kolegi, nie chciał tego robić. - Idziesz do domu? - Spytał. Nie naciskał, pytanie było proste i wystarczające. Elias był duży, sam wiedział, czy potrzebował towarzystwa, czy nie. Niezależnie od odpowiedzi, Cornelius jeszcze raz rzucił okiem na to, co zostało z ogniska - skrzaty kończyły sprzątać, a więc on sam, bez pośpiechu, odwrócił się i ruszył w stronę posiadłości, tym swoim ciężkim, sztywnym, nieco zbyt zmęczonym krokiem człowieka, który miał serdecznie dosyć, ale jeszcze nie pozwolił sobie na luksus odpoczynku, bo najpierw musiał znaleźć się w domu.

Dom wyglądał spokojnie, cicho i znajomo, zupełnie inaczej niż cały ten przeklęty wieczór. Cornelius, wchodząc do środka, nie przeszedł przez werandę, nie spojrzał na Romulusa, nie upewnił się, czy Potter był przytomny - nie, bo nie czuł takiej potrzeby. Nie trzaskał drzwiami, nigdy nie trzaskał drzwiami, po prostu cicho zostawiał rzeczy za sobą. Tak było i tym razem, gdy mężczyzna zamknął za sobą ten nieudany rozdział, wchodząc bocznymi drzwiami i zamykając je na dodatkowy zamek.


Postać opuszcza sesję
ᴀʟᴄʜᴇᴍɪsᴛ ᴏꜰ ɢʟᴀss
what is the point
in having a mind
if you do not use it
to make judgements
wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
metamorfomag
zawód
szklarz
178cm wzrostu; zielone oczy; ciemnobrązowe kręcone włosy; trzydniowy zarost na twarzy; dołeczki w policzkach; lekko przygarbiona postura; chód opieszały, nieco niezgrabny

Elias Bletchley
#66
05.07.2025, 23:43  ✶  
Ciężko mu się słuchało tego wszystkiego. Nie znosił kiedy ludzie kłócili się wokół niego. Między innymi dlatego tak dobrze dogadywał się ze swoją paczką facecików z Hogwartu. Nawet jeśli darli ze sobą koty, to w pewnym momencie dochodzili do porozumienia, a tutaj nagle pojawiły się emocje. Efekt obecności dwóch kobiet? A może we wszystkich buzowała frustracja po wydarzeniach Spalonej Nocy i po prostu czekała na dogodną okazję, żeby wybuchnąć i zawtórować płomieniom, które pochłonęły magiczne dzielnice Londynu?

Wypuścił powoli powietrze z ust, próbując skupić się na tym, co mówiła reszta ekipy. Chciał coś powiedzieć. Chociaż spróbować, ale... To chyba było daremne. Było zbyt intensywnie i poniekąd sam stał między młotem a kowadłem.  Romek był jednym z jego najlepszych kumpli, o ile nie najbliższym. A Prudence była jego siostrą i chociaż bywała... problematyczna... tak tego wieczora nie zauważył, aby robiła cokolwiek podejrzanego. Sam miewał z nią na pieńku, ale nie aż tak. I jak tutaj zająć jakąkolwiek stronę? Zwłaszcza w obliczu tego, co czekało w stolicy? Gdyby zabrał głos tylko by wszystko pogorszył. Trzeba było przeczekać. Wszyscy tutaj byli dorośli, więc rozsądek prędzej czy później zatriumfuje i wszystko będzie w porządku.

— Nie. Nie wiem — mruknął pod nosem Eliasz, nie podnosząc nawet wzroku na Prudence. Początkowo spróbował podnieść się na nogi, jednak trochę mu się zakręciło w głowie, toteż ponownie opadł na ziemię. — Ciężar twojego ciała jest jakoś tak... nieregularnie rozłożony. — Czy to była pretensja w głosie? A może sknocił coś przy tej nagłej transformacji i teraz musiał sobie radzić z konsekwencjami? — Mam nadzieję, że to ja, bo w przeciwnym razie... Nie wiem, jakim cudem ty się w ogóle możesz tak sprawnie poruszać na co dzień.

Na pewno coś zjebałem, skomentował bezgłośnie, łapczywie chwytając się tej myśli. Chyba nie wziął za bardzo pod uwagę tego, że ważył nieco więcej od siostry i pewne proporcje mogły się w pełni nie pokrywać biorąc pod uwagę różnice w ich budowie ciała. Cóż, może jego przemienione ciało nie dokona przypadkowej eksplozji, próbując podporządkować się magii metamorfomaga. Pogrążony we własnych myślach Eliasz z początku nawet nie zauważył, że pod wpływem toczącej się nad jego głową dyskusji... Wszyscy tak jakoś się rozeszli. Nawet Prudence odsunęła się od niego i zniknęła mu z pola widzenia.

Z zamyślenia wyrwał go dopiero głos Corneliusa. Podniósł na niego wzrok, rzucając mu spode łba nieco skonfundowane spojrzenie. Chrząknął cicho i wstał z ziemi.

— Tak, ja... Tak. Dom brzmi dobrze — podsumował, przeczesując swoje dużo dłuższe teraz włosy. Chyba nieco zazdrościł Prudence tej długości. — Zaraz... Zaraz przyjdę.

Puścił Lestrange'a przodem, aby po wzięciu paru dodatkowych oddechów ruszyć z powrotem w stronę rezydencji. Wróci, umyje się, prześpi... Wróci do normalnej postaci... I rano wszystko się jakoś ułoży. Emocje opadną, Geraldine i Prudence pójdą razem na jakiś babski wypad, a chłopcy sobie pogadają i dogadają po swojemu. Plan idealny. Byle tylko dotrwać do śniadania.

Postać opuszcza sesję
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#67
07.07.2025, 00:45  ✶  
Nie spodziewał się tego, że Astaroth postanowi nawiązać z nim interakcję.
Był...
...cóż, po prawdzie mówiąc, Ambroise był obecnie praktycznie wszystkim i każdym, tylko nie doskonałym rozmówcą. Towarzystwem także nie. Tak właściwie to jakimkolwiek, ponieważ nader wszystko pragnął nie musieć zabawiać towarzyszącego mu grona ludzi.
Nawet, jeśli do pewnego momentu mogłoby zdawać się, że wszyscy zgromadzeni byli sobie mniej lub bardziej przyjaźni, teraz to złudzenie zniknęło. Prysło, rozwiało się niczym poranna mgła w podmuchach jesiennego wiatru. Pozostał tylko narastający chłód i poczucie, które trudno byłoby mu nazwać rozczarowaniem, bowiem kryło w sobie znacznie więcej złożonych emocji.
Być może nie był zmęczony. Nie w tym dosłownym sensie. Miał w sobie aż nazbyt wiele energii, jednakże jednocześnie czuł się całkowicie pozbawiony jakichkolwiek sił witalnych, jakie mogłyby być mu potrzebne do podjęcia próby ratowania wieczoru. Szczególnie, że nie zwykł na siłę próbować integrować towarzystwa, które samo z siebie także nie było już w nastroju na dalsze imprezowanie.
Nie był kimś, kto zmuszał innych do wesołkowania. Nie zwykł praktykować niczego, co w jakimkolwiek zakresie mogłoby dać się zakwalifikować jako toksyczny optymizm. Nie cierpiał, wręcz nienawidził momentów, w których ktoś usiłował zmusić go do zmiany nastawienia na lżejsze bądź też bardziej pozytywne, toteż nie stosował tego w drugą stronę. Przynajmniej nie w standardowych okolicznościach.
A choć dzisiejszy wieczór miał należeć do tych zupełnie wyjątkowych, zdecydowanie niecodziennych okazji, sprawy potoczyły się zupełnie inaczej. Przemieszczając się coraz dalej od grupy, aby rozproszyć kolejne fragmenty sztucznie wykształtowanego krajobrazu, pluł sobie w brodę, jednocześnie zastanawiając się nad tym, gdzie tak właściwie popełnił kardynalny błąd. W którym momencie rozpoczął bieg wydarzeń, kiedy przestał kontrolować sytuację.
Nie zwykł uciekać przed odpowiedzialnością. Nie zamierzał zatem udawać, że w tym wszystkim nie było jego winy. Oczywiście, że tam była. Tyle tylko, że nie do końca dostrzegał ją tam, gdzie mógłby dopatrywać się jej ktoś z zewnątrz. Nie winił się za lewitację przyjaciół. Nie zamierzał tego robić. Szczególnie, że w dalszym ciągu nie wydawało mu się, aby jego reakcja była najgorszą możliwą opcją, z której mógł skorzystać.
Nie. Zareagował tak a nie inaczej, żeby oderwać (całkiem dosłownie) Romulusa od paplaniny na temat czegoś, co nie powinno dotrzeć do uszu Geraldine zanim nie nastąpi odpowiedni moment. Mógł to zrobić na setki gorszych, bardziej porywczych sposobów. Tym bardziej, gdy potrzebował zareagować natychmiast. Tu i teraz. Nie, kiedy mleko już zostanie rozlane.
Nie miał zielonego pojęcia, czemu następne chwile wyglądały tak jak wyglądały, ale w gruncie rzeczy chyba nawet nie chciał tego wiedzieć. Pożary wpłynęły na nich wszystkich, jednakże nie były pretekstem do zachowań takich jak te, które pojawiły się tego wieczoru.
Ambroise nie zamierzał szukać wyjaśnień. Powierzył Potterowi swoje zaufanie. Najwyraźniej niesłusznie. To była jego prawdziwa wina. To właśnie brał teraz na klatę. Świadomość, że mógł popełnić błąd poprzez zignorowanie wszelkich znaków na niebie i ziemi mówiących o tym, że jego przyjaciel przechodzi przez coś, o czym im nie mówi i być może nie będzie w stanie udźwignąć jeszcze więcej. Szczególnie cudzego szczęścia, podczas gdy sam Roman najwidoczniej walczył ze swoimi demonami. I przegrywał.
Przegrał z kretesem, ostatecznie zostając wyrzuconym z terenu posiadłości. Greengrass nie chciał dolewać oliwy do ognia. Cholernie nie chciał jeszcze bardziej rozpieprzyć nie tyle wieczoru (ten już i tak był zniszczony), co swoich relacji z pozostałymi osobami w dalszym ciągu znajdującymi się na terenie letniej posiadłości Ursuli. Nawet pomimo wszelkiej irytacji, jaką odczuwał w tym momencie, brał pod uwagę długofalowe skutki swoich reakcji.
Nie był aż tak sfrustrowany, aby nie myśleć o kolejnych dniach, jakie mieli tu razem spędzić, nawet jeśli w tym momencie wspomniana przyszłość wydawała mu się znacznie bardziej mglisto-czerwona niż przed paroma godzinami. Mimo znajdowania się na granicy rozsądku, wciąż usiłował zachować jakąkolwiek klasę i coś na kształt ogłady. Dlatego odszedł na bok. Z tego powodu zajął się rozpraszaniem jednej z dalszych części zbiornika wodnego.
A teraz stanął oko w oko z bratem Yaxleyówny, z którym ostatnio łączyły go wyjątkowo napięte relacje. Mimo tego wszystkiego, co udało im się wypracować na koniec lata, obecnie ponownie cofnęli się do tamtego przeklętego czerwca i nie wyglądało na to, aby mogli ruszyć dalej. Nie przy tak dużej niemożności dogadania się, co do życiowych (lub nieżyciowych) priorytetów.
To był błąd. Podejście do Roisa w tym momencie, nawet z dobrymi intencjami było błędem. Gdy tylko uniósł głowę a jego oczy napotkały spojrzenie ze strony Rotha, młody wampir z pewnością mógł dostrzec to, w jakim nastroju znajdował się Greengrass. To nie był odpowiedni moment na rozmowę. Nie był to także właściwy człowiek, który na sugestię pocieszania otoczenia, od razu odłożyłby własne emocje na bok i zająłby się dbaniem o otoczenie.
Nie. Zależało mu. Oczywiście, że zależało mu na Eliasie, ale...
...cholera. Jednocześnie sam ledwo trzymał nerwy na wodzy. Prócz tego, nigdy nie był ekspertem w delikatnych słowach. Nie umiał prowadzić rozmów o uczuciach. Nawet wtedy, gdy teoretycznie mógłby być w stanie to zrobić. Słysząc taką a nie inną sugestię (przyjacielską, oczywiście, płynącą z dobrej woli) przeniósł wzrok na Bletchleya, otwierając przy tym usta, żeby odnieść się do wypowiedzi niedoszłego szwagra.
Nim jednak zdążył cokolwiek powiedzieć, nastąpiło poruszenie. Geraldine ruszyła w ich stronę, Cornelius skierował kroki w stronę Eliasa. Sytuacja poniekąd sama się rozwiązała. Czy korzystnie? Cóż. Nie zamierzał tego analizować. Tym bardziej, że miał jeszcze zadania do dokończenia. Kiwnął głową do dziewczyny, gdy usłyszał słowa Riny skierowane ku Rothowi, po czym bardzo lakonicznie burknął coś o dołączeniu do nich za trzy minuty. Musiał dokończyć rozpraszanie zaklęć na palmach, upewniając się, że wszystko faktycznie wróci do pierwotnej formy.
Moment później rzeczywiście ruszył za pozostałą dwójką, zamierzając zabrać psy na spacer, żeby do końca przewietrzyć głowę. Ognisko należało uznać za zakończone.

Koniec sesji


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (12050), Astaroth Yaxley (1553), Benjy Fenwick (8100), Cornelius Lestrange (9339), Elias Bletchley (2284), Geraldine Greengrass-Yaxley (5904), Pan Losu (69), Prudence Fenwick (5861), Romulus Potter (3413)


Strony (7): « Wstecz 1 … 3 4 5 6 7


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa