• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[10.09.1972] In the wind of change | Prue & Benjy

[10.09.1972] In the wind of change | Prue & Benjy
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#1
20.06.2025, 20:40  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 18:00 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Prudence Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
Rozliczono - Benjy Fenwick - osiągnięcie Badacz Tajemnic I


10/09/1972, popołudnie, wybrzeże North Devon

W tej chwili chyba była gotowa pójść za nim wszędzie. Było to nieco wyjątkowe, rzadko kiedy obdarzała kogoś takim zaufaniem, ale jednak nie widziała w tym niczego dziwnego. Prowadził ją w nieznane, wystarczyło by wspomniał o wyjątkowości antykwariatu, a była gotowa się tam znaleźć, rozpocząć poszukiwania czegoś, co mogło wzbudzić jej zainteresowanie. Niby nic wielkiego, ale jednak. Nie miała w zwyczaju postępować podobnie. Raczej wybierała znane sobie miejsca, ale to tego dnia już dawno pozostawiła za sobą, tak właściwie to w momencie, w którym pozwoliła zabrać się mu na wycieczkę. Niczego nie zakładała, przede wszystkim nie spodziewała się tylu atrakcji... bo Benjy robił wszystko, by przypadkiem nie zaczęli się nudzić. Nie, żeby im to groziło, nie sądziła, że mogłoby to tego dojść w ich towarzystwie, wręcz przeciwnie, raczej była pewna tego, że potrafiliby odpowiednio wykorzystać każdą minutę, którą mogli spędzić razem.

Deszcz przestał padać. W powietrzu unosił się specyficzny zapach, soli i piasku, mają to do siebie nadmorskie miejscowości, był dużo bardziej intensywny niż wcześniej, z racji na to, że towarzyszyła mu charakterystyczna wilgoć, która pojawiała się tuż po tym, kiedy padał deszcz. Było całkiem rześko, ale przyjemnie. Promienie słońca przebijały się przez chmury i zaczynały przyjemnie muskać ich twarze.

Mieszkańcy najwyraźniej również postanowili skorzystać z dopisującej pogody, bo wąskie uliczki ponownie zaczęły wypełniać się ludźmi, pędzącymi gdzieś, tak właściwie tylko oni wiedzieli dokąd zmierzali. Nie było tutaj tłumów, ale miasteczko nie wydawało się być opustoszałe, mimo tego, że sezon wakacyjny się kończył, a w takich momentach miejsca jak to wyglądały raczej jak zamieszkałe przez duchy.

Bletchley ściskała dłoń Feniwcka delikatnie, jakby bała się tego, że mogłaby się gdzieś zgubić, chociaż raczej nie było takiej możliwości. Nie musiała się spieszyć, bo wydawał się już jakiś czas temu zauważyć na ile jest w stanie sobie pozwolić, jeśli chodzi o spacerowanie w tych swoich eleganckich bucikach. Było całkiem przyjemne, mieli cel, on wiedział, jak do niego trafić, więc nie musieli błądzić w poszukiwaniu kolejnego ciekawego miejsca.

Prue się nie odzywała, tak właściwie to nie czuła takiej potrzeby, wręcz przeciwnie, całkiem przyjemnie jej się z nim milczało. Ustalili dokąd zmierzali, nie musiała wiedzieć niczego więcej, pozwalała się prowadzić, nie musiała wiedzieć nic więcej. Było miło, bardzo miło, właściwie to nie pamiętała kiedy ostatnio spędziła tak przyjemnie dzień.

Wyjątkowo - nie martwiła się zupełnie niczym, nigdzie się nie spieszyła, nie czekały na nią żadne problemy, czy sprawy którymi miała się zająć. Tak właściwie to spędzała ten wolny czas dużo przyjemniej niż by to zakładała. Niespodziewane towarzystwo okazało się być naprawdę ogromną atrakcją, właściwie to była zadowolona z tego, że otworzyła się na nieznane. Miała wrażenie, że coś się zaczęło w niej zmieniać, nawet jeśli miałoby to potrwać tylko chwilę, to czuła, że warto jest podążać tą ścieżką.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#2
22.07.2025, 17:10  ✶  
Późnoletni deszcz wreszcie odpuścił, chociaż jeszcze godzinę temu lało tak, że gdybym był zupełnie sam, miałbym ochotę zaszyć się w jakimś zakurzonym pubie i nie wychodzić do zmroku. To było coś, czego sam po sobie bym się nie spodziewał - tego, że będę szedł przez tę mokrą, pachnącą resztkami wilgoci wieś, z dłonią Prue w mojej i z tym dziwnym, ciężkim do wytłumaczenia poczuciem, że wszystko, co złe, na chwilę zostało z tyłu. Nie było tu wielkich gestów, tylko nasza dwójka, kilka kałuż, wąskie uliczki i szyldy sklepów, które pewnie istniały tu od dekad. Nasze palce splatały się mocniej, kiedy mijaliśmy kałuże, prowadziłem ją trochę bokiem, żeby nie weszła prosto w błoto w tych swoich eleganckich butkach. Co jakiś czas czułem, jak muska moją dłoń kciukiem, może nieświadomie, od niechcenia, ale wystarczyło, żeby moje myśli na chwilę wyhamowały i nie wróciły na codzienne tory. Cholernie mi to odpowiadało - ten rodzaj bycia obok kogoś, kto nie zadaje za dużo pytań, a jednocześnie nie udaje, że mnie nie ma.
Spojrzałem na nią kątem oka, była trochę zamyślona, ale wyglądała na zadowoloną. Może to była zasługa tej szarlotki, a może tego, że pozwoliła się wyciągnąć w takie miejsce jak ten stary antykwariat. Niby nic wielkiego, a mnie sprawiało dziwną, niemal dziecinną satysfakcję, po wszystkim, co ostatnio się wydarzyło, to była przyjemna odmiana. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni - lekko, trochę po to, żeby ją rozproszyć, a trochę po to, żeby samemu poczuć, że to wszystko naprawdę się działo.
Antykwariat, do którego zmierzaliśmy, był ledwo widoczny z tej odległości, ale i tak czułem, że dzisiaj nie chodzi o same książki - nie o zakurzone regały, nie o stare druki. Chodziło o to, że w końcu miałem obok kogoś, kto nie pytał o wszystko naraz i nie oczekiwał, że będę kimś, kim nie byłem. Przesunąłem kciukiem po jej dłoni, tak samo, jak ona robiła przed chwilą - odwdzięczyłem się za ten drobiazg, za obecność. Przez moment słuchałem tylko naszych kroków... Mokry żwir, pierwsze opadłe liście, cisza popołudnia po deszczu... To wszystko tworzyło specyficzny, bardzo spokojny klimat. Nie było tłumów, tylko jakieś pojedyncze sylwetki, które mijały nas, nawet na nas nie patrząc. Po wszystkim, co ta wyspa potrafiła mi ostatnio pokazać - nieufność, zimno, mokre chodniki i zbyt wiele niechcianych spotkań - to było, jak powiew świeżego powietrza.
- Powiedz mi coś. - Odezwałem się spokojnie, ale głos miałem niższy niż zwykle, to pytanie było trochę ważniejsze, niż mogła uznać - nie było bezcelowe. -Co cię telas najbaldziej intelesuje? - Odwróciłem głowę, żeby na nią spojrzeć. - S litelatuly magicznej, oczywiście. - Dodałem i uniosłem brew. - Nie udawaj, szw nie masz czegoś dziwnego na tapecie. W końcu obiecałaś, sze twoje zaintelesowania szą… Specyficzne. - Uśmiechnąłem się półgębkiem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#3
24.07.2025, 10:00  ✶  

Letnie deszcze, szczególnie w miejscach jak to miały to do siebie, że potrafiły nadejść zupełnie niespodziewanie, wystraszyć ludzi swoją intensywnością, tylko po to, żeby po godzinie promienie słońca znowu zaczęły przebijać się przez chmury. O tym, że kilkanaście minut temu lało przypominały już jedynie kałuże i ten specyficzny zapach, który unosił się w powietrzu.

Nie spodziewała się tego, że ten dzień będzie miał jej tyle do zaoferowania. Tak właściwie to dawno w jej poukładanym życiu nie wydarzyło się, aż tyle i nic nie zapowiadało, żeby już musiała wracać do tego, co było dla niej znane.

Szła przed siebie, trzymając w dłoni jego dłoń, jakby to było zupełnie normalne, jakby robili tak od zawsze. Nie widziała w tym nic niewłaściwego, wręcz przeciwnie to wydawało jej się słuszne. O tym, że to wszystko działo się naprawdę, że nie było jakąś dziwną wizją, snem, przypominało jej ciepło jego dłoni, te drobne gesty, od których dawno się odzwyczaiła. Niby nie było to nic wielkiego, ale jednak, dla niej było to naprawdę wiele.

Świadomość, że ma przy sobie kogoś, kto chce zabrać ją gdzieś ze sobą, wpuścić chociaż odrobinę do swojego świata, pokazać miejsca, które kiedyś, coś dla niego znaczyły. Nie prosiła o to, sam chciał to zrobić i to było dla niej istotne. Wybrał ją, żeby przez chwilę była jego człowiekiem, naprawdę to doceniała. To wystarczało, żeby wprowadzić ją w dziwnie lekki, przyjemny nastrój.

Przemierzali te uliczki w milczeniu, ale słowa nie były jej w tej chwili do niczego potrzebne. Zresztą powiedział jej dokąd zmierzają, to wystarczyło, czasem też bywały sytuacje, w których nie trzba było nic mówić, wystarczała sama obecność, to była jedna z nich.

Dbał o to, by przypadkiem nie wpadła w jedną z kałuż, które pojawiały się na ich drodze, to też było całkiem miłe, bo wcale nie musiał myśleć o takich drobnostkach, to było tylko błoto, woda, piasek nic więcej, a jednak to robił. Opiekował się nią, zresztą nie pierwszy raz.

Gdy się odezwał spojrzała na niego. Wpatrywała się w twarz mężczyzny krótką chwilę. Nie było to szczególnie trudne pytanie, nie musiała też zastanawiać się nad tym, czy może sięgnąć po szczerą odpowiedź. Nie był osobą, która ją oceniała, dość szybko więc rzuciła jedno słowo. - Eksterioryzacja. - Od jakiegoś czasu ją to interesowało, właściwie to planowała przeprowadzić kilka prób, żeby sprawdzić, czy uda jej się wyjść z ciała. Posiadała odpowiednią wiedzę związaną z nekromnacją, więc właściwie nic Prue przed tym nie powstrzymywało. - Od jakiegoś czasu głównie o niej czytam, chociaż zbliżam się do momentu, w którym czytanie przestanie mi wystarczać. - Czy było to szczególnie odpowiedzialne, no nie, ale nawet ona w imię doświadczenia i nauki była w stanie ryzykować i podejmować próby, które mogły zakończyć się różnie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
25.07.2025, 20:10  ✶  
Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz tak po prostu kogoś trzymałem za rękę. Nie, żeby to było coś wielkiego - ot, skóra do skóry, splecione palce, trochę ciepła, ale... Nigdy nie uważałem się za kogoś, kto potrafił być częścią takich chwil.
Zawsze było coś, co trzymało mnie z boku - dystans, przezorność, może jakiś dobrze wyćwiczony chłód, który z czasem przestałem nawet zauważać. Nie chodziło o to, że nie czułem - po prostu nauczyłem się nie wchodzić zbyt głęboko, nie popełniać błędów z młodości, nie przywiązywać się, a jednak szedłem tamtą uliczką, mokrą jeszcze po deszczu, trzymając ją za rękę, jakby to było najprostsze i najbardziej oczywiste na świecie... Jakbyśmy robili to od lat.
Nie musiałem tego robić, ona też nie, a jednak zrobiliśmy to oboje, i w tym właśnie był cały urok tej chwili.
Patrzyłem, jak Prudence unika kałuż, a ja instynktownie kierowałem się tak, żeby nie zamoczyła butów. Niby drobnostka, ale to mnie zaskoczyło, zawsze przecież powtarzałem sobie, że nikt nie potrzebuje mojego zatroskania. A teraz? Teraz chciałem, żeby czuła się… Bezpiecznie... Cholernie dziwne uczucie. Nie pamiętałem, kiedy ostatnio coś podobnego przeszło mi przez głowę, tym bardziej w stosunku do kogoś, kogo prawie nie znałem, ale... Czy na pewno? Nie zaskoczyła mnie swoją odpowiedzią - może dlatego, że poznawaliśmy się szybciej i głębiej, niż mógłbym przewidzieć, i to od tych nietypowych stron, z całą pewnością zazwyczaj nie wyciąganych na pierwszych randkach.
- No, tak. - Mruknąłem w końcu, bez większej dezaprobaty, bardziej jak ktoś, kto próbował ważyć słowa, żeby nie zabrzmiało to jak kazanie. - Jasne, sze to akulat właśnie to musi cię intelesowaś. Szadna tam spokojna hodowla loślin w doniczkach na palapecie. Nie... - Parsknąłem cicho, pod nosem - Ty chcesz szię wyplowadzaś s własnego ciała. - Spojrzałem na nią ukradkiem, miała w sobie spokój pomieszany z fascynacją, która nie potrzebowała weryfikacji.
Mówiła spokojnie, z tą swoją specyficzną pewnością swego, której nie spotykało się często. Planowała spróbować opuścić własne ciało, sprawdzić, jak to jest. Tak po prostu, z ciekawości, dla doświadczenia. Nie bała się ryzyka, a jednocześnie nie wyglądała na kogoś, kto szuka go dla adrenaliny, a raczej dla zrozumienia. Może przez ten jej głos - spokojny, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym, jak gdyby to, że planowała opuścić własne ciało, było równoważne z planem zrobienia jajecznicy w niedzielę rano, a nie czymś z pogranicza magicznej abstrakcji - ale to nie brzmiało dla mnie najgorzej. Było w niej coś... Niepokojąco atrakcyjnego, gdy poruszała podobne tematy. Nie czułem się jak przelotny towarzysz czy kolejny przystanek, przez chwilę byłem kimś, komu warto coś opowiedzieć.
- Wiesz, nie zamieszam ci tego odladzaś... - Powiedziałem spokojnie, zresztą, po naszej rozmowie na wrzosowiskach, raczej wiedziała, że to nie w moim stylu. - Ale… Jak jusz to będziesz lobiś, to zlób mi tę dlobną upszejmość i upewnij się, sze twoje ciało zostanie tam, gdzie je zostawiłaś, m'kay?
Wedle tego, co wiedziałem - a przez lata, z ciekawości albo z nudów, przeczytałem więcej, niż wypadałoby przyznać - takie próby potrafiły mieć różne zakończenia. Ciała pozostawione bez opieki, nawet jeśli tylko na moment, bywały... Podatne. Nie chodziło nawet o jakąś tanią grozę z ósmej części kiepskiej powieści, bardziej o to, że kiedy człowiek wychodził z siebie, zostawiał po sobie coś na kształt pustego mieszkania z otwartymi drzwiami, bo kiedy ciało leżało nieruchome, oddychające miarowo, ze źrenicami nieruchomymi i senną ciszą wokół, wyglądało jak łatwy cel.
Oczywiście, zakładałem, że planowała robić to w swoim mieszkaniu - w sypialni, pewnie przy świecach, z zabezpieczeniami, które znała na pamięć. Zaklęcia ochronne, kręgi, symbole - to wszystko, co miało ją trzymać bezpiecznie po jednej stronie, gdy jej świadomość wypłynie gdzieś dalej, ale przecież nie mogłem mieć tej pewności. Niektórzy nie znosili mieszania świata duchowego z miejscem, w którym spali, jedli, oddychali - z codziennością. Byli tacy, którzy wybierali neutralny grunt - stare domy, porzucone miejsca, nawet hotele, które nie miały związku z ich normalnym życiem. Dla nich to było jak operacja - nie przeprowadzasz jej przy własnym stole kuchennym. Nie miałem władzy nad jej decyzjami, ale też nie potrafiłem udawać, że to wszystko mnie nie obchodziło. Zdążyliśmy się polubić, łączyła nas relacja, nawet przelotnie, a poza tym to był wyjątkowo interesujący temat. Nie miałem nic przeciwko temu, by go pociągnąć.

!Strach przed imieniem


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Czarodziejska legenda
Przeciwności losu powodują, że jedni się załamują, a inni łamią rekordy.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby prowadził w przepaść. Los objawia nam swoje życzenia, ale na swój sposób. Los to spełnione urojenie. Los staje się sprawą ludzką i określaną przez ludzi.

Pan Losu
#5
25.07.2025, 20:10  ✶  
Chociaż nie doznajesz żadnych omamów słuchowych, nie jesteś w stanie wydusić z siebie Jego imienia. Kogo? Sam-wiesz-kogo... T-tego, którego imienia nie wolno wymawiać... Tego, który zasiał w ludziach strach.
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#6
26.07.2025, 22:57  ✶  

Mieli różne powody, przez które dystansowali się od ludzi, nie pozwalali sobie na chwile, które dla innych pewnie nie były niczym wielkim. Inne powody, podobne podejście, a jednak dzisiaj postanowili zrobić coś inaczej niż zazwyczaj. z czego to wynikało? Czy w ogóle był sens się nad tym zastanawiać. No nie, nikt poza nimi przecież nie będzie tego analizował, czy zastanawiał się nad zmianą. Nie dało się jej jednak nie zauważyć, bo na pewno zaszła. Prue na pewno zdawała sobie z tego sprawę, wyjątkowo nie chciała tego w żaden sposób roztrząsać. Miała ochotę chwycić go za rękę, i to zrobiła, jakby faktycznie to nie było nic wielkiego, mimo, że wiedziała, że w jej przypadku to było na swój sposób wyjątkowe. Przez długi czas odgradzała się od ludzi, a na pewno unikała jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. Mogła wydawać się zima, odległa, trudna, zresztą nie walczyła nawet z tą aurą dziwaka, która ją otaczała. Tak było wygodniej, przez lata, teraz jednak nie zależało jej na tym śmiesznym komforcie, który sama sobie zapewniała. Chciała czegoś innego i postanowiła całkiem odważnie jak na siebie po to sięgnąć. Przez chwilę poczuć się jak ktoś zwyczajny, niepokaleczony przez przeszłość.

Dopuszczanie do siebie ludzi nigdy nie było dla niej miłym doświadczeniem, w tym wypadku jednak od samego początku było inaczej. Spotkała się z tolerancją, do której nie przywykła, ze zrozumieniem, którego się nie spodziewała, z bliskością, o której pewnie nawet by nie pomyślała.

Uśmiechnęła się lekko, unosząc jedynie kąciki ust. Oczywiście, że to byłoby za proste, zresztą uprzedzała go przecież, że jej zainteresowania są naprawdę szerokie. Mógł się tego spodziewać, czyż nie? Zapewne mało kto wspominał o podobnych hobby na samym początku znajomości, ale w ich przypadku to też było inne. Nie obawiała się mu do tego przyznać, czuła, że nie będzie jej oceniał, nie robił tego od samego początku, nie widziała więc większego problemu z tym, aby przyznać się do tego, co ostatnio skupiało jej uwagę.

- Rośliny na parapecie przerabiałam bardzo dawno temu. - Okazało się to wcale nie być szczególnie fascynującym zajęciem, więc je porzuciła. - To też jest dość spokojne zajęcie. - Dodała jeszcze, żeby nie było. Nie wydawało jej się szczególnie porywające, bo wiedziała, że ludzie dla zabawy robią dużo bardziej niebezpieczne rzeczy. To było raczej nieszkodliwe, po prostu kolejna rzecz, którą chciała sprawdzić. Zobaczyć, jak to jest opuścić własne ciało, spojrzeć na nie z góry, dowiedzieć się, jakie emocje temu towarzyszyły, a później pojawiać się w miejscach, w których niekoniecznie chcieliby ją widzieć. Słuchać rozmów, których nigdy miała nie usłyszeć, czy dowiadywać się rzeczy, które miały nigdy nie wyjść na światło dzienne.

Miała świadomość, że przez to, iż eksterioryzacja była związana z nekromancją mogła być odbierana jako coś niemile widzianego. W jej przypadku była to po prostu kolejna umiejętność, którą chciała opanować, sprawdzić siebie, czy jest w stanie, czy sobie z tym poradzi. Zresztą wychodzenie z ciała, pozostawianie materialnej części siebie na rzecz wędrówek duszy, to brzmiało niezwykle interesująco. Chciała poczuć jak to jest.

Ton jej głosu wskazywał na to, że nie uznawała iż jest to coś wielkiego. Ot, kolejna naukowa zachcianka, którą chciała zrealizować. Nie było sensu więc jakoś specjalnie tego przeżywać.

Uśmiechnęła się szerzej, gdy usłyszała kolejne słowa padające z jego ust. Nie zamierzał jej tego odradzać, spodziewała się, że akurat na nim nie zrobi to większego wrażenia. Benjy wydawał się widzieć w swoim życiu już naprawdę wiele rzeczy i nic nie było w stanie go zdziwić, czy zaskoczyć, przynajmniej takie miała wrażenie. Był okropnie wyrozumiały, wiedziała bowiem, że nie każdy podszedłby z podobnym nastawieniem do jej pomysłu.

- Postaram się, chociaż wiesz, że z tym może być różnie. Nigdy nie można mieć pewności. Nie wszystko jest się w stanie przewidzieć. - Szczególnie w momencie, w którym ciało i dusza były z dala od siebie. Oczywiście, że jeśli już miałaby próbować tych wędrówek, to rozpoczynałaby je w bezpiecznym miejscu, najpewniej właśnie jej spokojnym mieszkanku, do którego nikt nie miał wstępu. Jeśli już się za coś zabierała to robiła to rozsądnie, by nie komplikować sobie tych prób jakimiś komplikacjami, które mogłaby ominąć. Miała świadomość, że będzie wtedy zupełnie bezbronna, a więc wypadałoby zadbać o to, aby chwilowo puste ciało było bezpieczne.

- Powinno być w porządku, jeśli zostanie w domu. - Podzieliła się z nim informacją, gdzie zamierzała je zostawiać, o ile w ogóle zdecyduje się na te swoje próby. Nie należała do tych osób, które uważały dom za swoją świątynię, gdzie nie dopuszczały do praktykowania pewnych dziedzin magii, wręcz przeciwnie. Wolała to robić w swoim mieszkaniu, bo przynajmniej nikt nie mógł jej na tym przyłapać, to był jej azyl, w którym mogła pozwalać sobie na wszystko, do którego nikt nie miał wstępu.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#7
02.08.2025, 12:11  ✶  
Dla kogoś z boku to może faktycznie nie wyglądało na nic wielkiego. Ot, szła obok mnie kobieta, czasem zerkająca spod rzęs na kałuże i mijane przez nas nas fasady budynków, a jednak… Trzymaliśmy się za ręce, to był dotyk, który nie miał w sobie przypadkowości, i chociaż nie analizowałem tego przesadnie, bo nie miałem takiego zwyczaju, to nie potrafiłem też nie zauważyć tej zmiany. Żadne z nas nie należało do tych, którzy bezrefleksyjnie wpuszczają ludzi z butami do swojego życia, przez lata wyhodowaliśmy sobie wokół siebie szczelne, kolczaste żywopłoty, mury ochronne, systemy, czasem z niechęci, czasem z wygody. Ja - również z przekonania, że zbyt wiele bliskości prowadzi do komplikacji. Ona - z powodu, którego nie znałem jeszcze do końca, ale wystarczyło na nią spojrzeć i posłuchać tego, co miała do powiedzenia, żeby wiedzieć, że swoje przeżyła, więc to, co się działo teraz - tutaj, między nami - nie było czymś, co mogłem zignorować, bo po latach odsuwania wszystkiego i wszystkich, zrobiliśmy wyjątek. Cholernie cichy wyjątek, ale jednak coś wartego odnotowania.
A mimo to, to nie był czas na wielkie słowa, nie szukałem w tej chwili głębokich definicji ani deklaracji. To, że chciała sięgnąć po coś innego niż dotąd, już było warte więcej niż cały ciąg zapewnień. Patrzyłem na nią, gdy mówiła o eksterioryzacji, o opuszczaniu ciała, o ciekawości, która nie dawała jej spokoju. Miała w sobie coś zdecydowanego, jak ktoś, kto znał wagę ryzyka, ale nie umiał - a może nie chciał - odwrócić swojej uwagi i poprzestać na teoretycznej lekturze. Mówiła spokojnie, jakby to był jakiś zwyczajny eksperyment alchemiczny, a nie wędrówka duszy, która mogła się skończyć tysiącem scenariuszy. Znałem ten ton - bezwzględnie spokojny - taki, w którym nawet niebezpieczeństwo brzmiało jak temat do luźnej rozmowy przy kawie. Wiedziałem, że dla niej to było po prostu kolejne doświadczenie, następne: „Zobaczmy, co się wydarzy...” - nie wyglądała jak ktoś, kogo łatwo zniechęcić. Jasne. Nie pierwszy raz to słyszałem, sam to kiedyś nadal mówiłem, kiedy robiłem rzeczy, które równie dobrze mogły się skończyć trumną lub długą rekonwalescencją. Może nawet właśnie to ją do mnie ciągnęło, nie próbowałem jej zmieniać, tylko rozumieć, ale rozumienie nie oznaczało milczenia.
Spojrzałem na nią - szła obok, z tym delikatnym cieniem uśmiechu na ustach, mówiąc tak cholernie spokojnym tonem, że człowiek prawie wierzył, że wszystko jest pod kontrolą. Słuchałem jej dalej, chłonąc każde słowo, które wypowiadała z taką lekkością, jakby mówiła o czymś zupełnie codziennym, a jednak to, co mówiła, wcale takie nie było.
- Jasne. - Powiedziałem cicho. - W domu powinno byś bezpiecznie. - Brzmiało to niemal uspokajająco, ale nie uspokoiło mnie wcale - widziałem już zbyt wiele przypadków, kiedy „własny dom” wcale nie gwarantował bezpieczeństwa. Nie byłbym sobą, gdybym się nie wtrącił, chociaż na tyle, na ile to zrobiłem. Nie wiedziałem, kiedy ostatnio poczułem się za kogoś odpowiedzialny, nawet tak odrobinę, ale tak było tym razem. Odpowiedziałem jej skinieniem głowy, ale nie byłem pewien, czy zdołała z tego wyczytać to, co naprawdę myślę. Może to i lepiej. Nie chciałem psuć tej chwili.
- Jeśli zdecydujesz się na plóbę… Mosze nie zostawaj sama. Nie od lasu. - Spojrzałem na nią kątem oka, przelotnie. Ważyłem słowa, bo nie chciałem, żeby moje słowa wytrąciły ją z tego stanu lekkości, w którym się znajdowała. Chciałem, żeby wiedziała, że rozumiem - słyszę i dostrzegam więcej, niż tylko fascynację kolejnym magicznym zjawiskiem, rytuałem, bądź zaklęciem, i nie dlatego mówię to mówię. - Wiesz, sze nie chodzi tylko o to, gdzie zostawisz ciało... Chodzi o to, kto będzie wtedy obok. Albo kto nie będzie. - Nie wypowiadałem tego tonem ostrzeżenia. Raczej... Świadomości... Nie każdy powinien widzieć takie rzeczy - nawet nie dlatego, że bywają niebezpieczne, ale dlatego, że odsłaniają coś zbyt osobistego i kruchego. Coś szło nie tak - ktoś wchodził, dotykał ciała, próbował „pomóc”... Albo wręcz odwrotnie - korzystał z okazji.
- Wiem, sze jesteś ostloszna. - Dodałem. - I to nie jeszt kaplys, ale... Jeśli jusz zdecydujesz szię splóbować, zlób to tak, jakby naplawdę mogło się nie udaś, okej? - Spojrzałem na nią - nie z góry, nie z troską, która mogłaby krępować - tak po prostu z zainteresowaniem.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
Wallflower
Please forgive me if I don't talk much at times.
It's loud enough in my head.

wiek
32
sława
III
krew
półkrwi
genetyka
widmowidz
zawód
Antropolożka/Uzdrowicielka
Prudence jest szczupłą kobietą, która mierzy 163 centymetry wzrostu. Ubiera się raczej niezbyt kontrowersyjnie, schludnie, miesza się z tłumem. Wybiera stonowane kolory. Jej włosy są długie, proste w odcieniu czekoladowego brązu, często wiąże je w kok na czubku głowy. Oczy ma jasnobrązowe. Zapach, który wokół siebie roztacza to głównie woń kojarząca się ze szpitalem, lub medykamentami, jednak przebijają się przez nią owocowe nuty - głównie truskawki.

Prudence Fenwick
#8
02.08.2025, 23:10  ✶  

Bywały takie momenty, kiedy zmiany wkradały się zupełnie niepostrzeżenie. To była jedna z tych chwil. Sporo się ostatnio wydarzyło, niekoniecznie były to same miłe rzeczy, więc dobrze było może chociaż odrobinę to odczarować. Pozwolić sobie na coś, co wcale nie było takie typowe, nie dla samych zainteresowanych. Pewnie dla większości ludzi to nie było nic takiego, ot zwyczajny spacer, złapanie się za rękę, jednak istniały osoby, dla których mogło to być sporym krokiem, przekroczeniem pewnej niewidzialnej granicy. Prudence była jedną z tych osób, chociaż pewnie wolałaby nie wspominać o tym, dlaczego i jak właściwie to się stało. Po prostu taką postawę przyjmowała, tak było jej wygodniej, może kiedyś, coś o tym opowie, ale to nie był ten moment. Teraz było to zbędne. Bardzo prosto jednak w tym przypadku przyszła jej zmiana tej standardowej dla siebie narracji, nie widziała niczego, co mogłoby ją powstrzymać przed tym, aby zachować się w inny sposób, nie ten typowy dla siebie, wręcz przeciwnie, dzisiaj wyjątkowo łatwo wychodziła poza swoje normy.

Raczej nie miała w zwyczaju szukać bliskości, czy nawet zainteresowania drugiej osoby. Prościej było budować wokół siebie solidne mury, przez które nikt nie mógł się przebić. Nie trzeba było się dzięki temu martwić tym, co będzie później, bo przecież ludzie mieli jeden, bardzo stały zwyczaj - pojawiali się i odchodzili, działo się to równie szybko. Obawiała się przywiązania, a może nawet bardziej rozczarowania, jakie ono ze sobą niosło. Tutaj wiedziała, że to nadejdzie, może dzięki temu wszystko wydawało się prostsze. Nie spodziewała się cudów, nie miała ku temu powodu.

Nie czuła przy Benjy'm typowej dla siebie presji, aby być idealną, grać kogoś, kogo inni chcieli widzieć. Nie miała oporów przed tym, aby pokazać mu tę część, która istniała, jednak rzadko kiedy wychodziła na światło dzienne. Nie miała potrzeby na siłę się starać i udawać, doceniała to, nie pojawiały się oczekiwania, które powinna spełniać, tak właściwie to nie spodziewała się, aby był osobą, która domagałaby się od niej czegokolwiek. Standardy wcale nie tak łatwo było utrzymywać, mogła być po prostu sobą, tą prawdziwą, to było odmianą.

Bletchley lubiła eksperymentować, nie robiła tego bezmyślnie, bez planu. Do wszystkich swoich niestandardowych pomysłów przygotowywała się bardzo skrupulatnie, nie należała do lekkomyślnych osób, chociaż niektórzy jej zainteresowania mogliby uznać za kontrowersyjne. Nie mówiła o nich wielu osobom, wiedziała, że mało kto był na tyle otwarty, aby to akceptować. W przypadku Fenwicka nie wahała się nawet chwili. Nie spodziewała się, żeby zamierzał negować to, co chciała zrobić. Mówiła o tym spokojnie, faktycznie tak, jakby to nie było nic wielkiego. Widać było po niej, że przemyślała sprawę, że się do tego przygotowała. Przynajmniej w teorii.

- Tak, powinno. - Dom zawsze kojarzył jej się z bezpiecznym miejscem, azylem, w którym mogła robić wszystko to, na co miała ochotę. Ostatnio nieco się to zmieniło, bo przecież pożary nieco zmieniły jej wyobrażenie o bezpieczeństwie, ale chyba nie powinna tego traktować jako wyznacznik. Nie mogła dać się zastraszyć, czyż nie?

- Pomyślę o tym. - Nie było to wcale nieodpowiednią sugestią. Podobne eksperymenty powinno się przeprowadzać przy obecności kogoś, komu można było zaufać, ale to nieco komplikowało sprawę. Zazwyczaj bowiem działała w pojedynkę, robiła podobne rzeczy w samotności, bo nie miała przy sobie kogoś, kogo chciała wtajemniczać w swoje działania. Wolała nie być od nikogo zależna.

- Tak, zdaję sobie z tego sprawę. - Wypadałoby w końcu zaangażować kogoś w swoje pomysły, tyle, że raczej nie miała takich osób na pęczki. Bardzo dobrze rozumiała do czego zmierza, w sumie to wolała też nie wspominać w tej chwili o tym, że nie bardzo ufała komuś na tyle, żeby został z jej ciałem. To niby nie było nic wielkiego, mogłaby przecież poprosić brata, tyle, że wolała go nie mieszać w pewne sprawy. Na pewno spał spokojniej, kiedy nie do końca miał świadomość tego, czym się interesowała.

Benjy nie narzucał jej swojej opinii, raczej próbował jej po prostu nieco tworzyć oczy, zasugerować opcje, które mogły się pojawić. Nie oceniał tego, co zamierzała zrobić, tylko wspominał o tym, jak zrobić to tak, żeby nie niosło ze sobą niepotrzebnych konsekwencji. Doceniała to.

- Oczywiście, trzeba być przecież gotowym na to, że coś może pójść nie tak i na wszystkie następstwa, jakie mogą się pojawić. - Zdawała sobie sprawę z tego, że mogło przynieść to nie do końca pozytywne skutki, jednak wcale nie powodowało to tego, że nie chciała spróbować. Wyciąganie wniosków, nauka nowych umiejętności miały to do siebie, że mogły zakończyć się efektem, który mógł nieco namieszać. Nie bała się jednak tego ryzyka, nie w tym przypadku, to był dość spory kontrast jak na to, jak miała w zwyczaju się zachowywać. Gdy przychodziło do eksperymentów, które mogły dać jej jakąś nową wiedzę, czegoś nauczyć to wydawała się nie mieć tak wyraźnie określonych granic, wręcz przeciwnie.



Confusion in her eyes that says it all

She's lost control

Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#9
05.08.2025, 20:47  ✶  
Te kilka wypowiedzianych przez nią zdań miało niewątpliwie dużą wagę i znaczenie, które nakazywało mi przemyśleć, czy dobrze je odbierałem, ale... Tak - tak mi się wydawało, a co więcej, naprawdę je rozumiałem. Podejście Prudence do tematu było dla mnie zadziwiająco jasne. Nie dlatego, że znałem eksterioryzację od strony naukowej - nie, nie znałem - ale dlatego, że zdążyłem już poznać ten ton, spokój bez napięcia i opanowanie, które nie wynikało z braku świadomości zagrożeń, tylko z pogodzenia się z ich istnieniem.
- Dobsze, sze to pszemyślałaś i dalej jesteś skłonna myśleć. - Powiedziałem po chwili, zerkając przed siebie, na wąską uliczkę prowadzącą między budynkami. Wciągnąłem powietrze w płuca - pachniało mokrym betonem, ziemią i kurzem, który nie zdążył jeszcze zastygnąć po deszczu. - Nie wątpiłem, zlesztą, gdybyś mówiła to impulsywnie, inaczej by to bszmiało. - Podkreśliłem, nie chcąc wyjść na kogoś, kto nie wierzył w jej umiejętności oceny sytuacji.
Nie pytałem o szczegóły, ani o to, kto mógłby być „tym kimś zaufanym”. Już z tonu, którym mówiła, wiedziałem, że to nie będzie brat, ani żadna z tych osób, które powinny spać spokojnie, nie wiedząc, czym się naprawdę zajmowała. Utrzymywała dystans - to było jasne - bardzo selektywnie wpuszczała ludzi bliżej, a jednak…
Spojrzałem na nasze splecione dłonie.
Wpuszczała mnie... Może nie od razu, nie wprost, nie w sensie takim, jaki przypisaliby temu inni, ale nie odsunęła się, kiedy zorientowała się, z kim miała do czynienia, nie zbyła mnie, nie kazała się odczepić, jak zrobiłaby to z kimś, kto narzucał się nieproszony.
- I nie... - Dodałem po chwili, przelotnie na nią zerkając. - Nie zamieszam zaczaś ci dyktowaś, co masz lobiś, nie od tego jestem, po plostu... Jak już w coś wchodzisz, to lepiej, byś blała pod uwagę nawet najbaldziej zachowawcze absuldy. Choćby dlatego, sze ja nie blałem i patsz, gdzie mnie to zaplowadziło. - Mój głos był spokojny, obojętny, prawie na pograniczu rozbawienia i autoironii, ale celowo. Mówiłem to, patrząc w dal, jakby to dotyczyło kogoś innego, ale nie dotyczyło... Mówiłem o niej i mówiłem o sobie. Zamilkłem, tej chwili więcej nie trzeba było mówić. Nie o to chodziło, żeby wygłaszać deklaracje i przestrogi, przecież ona by ich nie chciała, ale może coś między moimi słowami i jej odpowiedziami zadziało się tak, jak powinno.
Szliśmy dalej. Ulice po deszczu miały w sobie coś oczyszczającego, jakby to wszystko - te dziwne decyzje, ciche wyjątki i bliskość, której nikt z nas się nie spodziewał - naprawdę miało prawo się wydarzyć. Nie potrzebowaliśmy cudów.
Wystarczyło, że żadne z nas się nie cofało.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (2260), Pan Losu (29), Prudence Fenwick (2482)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa