• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Aleja horyzontalna v
1 2 3 4 5 … 11 Dalej »
[29.08.72] Mirror Mirror on the wall… who’s the purest of them all?

[29.08.72] Mirror Mirror on the wall… who’s the purest of them all?
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#1
22.03.2026, 13:03  ✶  
Aleja Horyzontalna, mieszkanie Alexandra Mulcibera - poranek (ale przed wyjściem do pracy do Ministerstwa Magii)

Świat się nie skończył. A szkoda, mógłby, bo Pani Mulciber wcale nie miała ochoty iść dzisiaj do pracy.
Słońce wzniosło się nad wschodem jak gdyby nigdy nic, ptaki nuciły swoją poranną pieśń. Kot domagał się swojej miseczki śmietanki. Wskazówki zegara nieubłaganie odmierzały kolejne minuty. Obserwowała je ze swojego fotela, w którym leżała zwinięta przez całą noc. Miała jeszcze pół godziny nim będzie musiała się wreszcie podnieść. W końcu Wizengamot musiał obradować, nie czekał na maruderów. Mrugnęła. Dwadzieścia pięć minut.
Alexander coś chyba do niej mówił. Zauważył, że nie śpi. Nie odpowiedziała, choć wyciągnęła dłoń spod koca, żeby pogłaskać go po policzku. Ucałował ją w czoło. Jej spojrzenie ani na moment nie uciekło od zegara na ścianie. Szesnaście minut. Niewiele pamiętała z poprzedniego wieczora. Strach. Eliksiry. Zduszona medykamentami panika, która rozlała się po jej żyłach jak zaraza. Napisała list. Jeden? Chyba jeden. Może dwa. Palce wciąż miała brudne od atramentu. Siedziała zamknięta we własnej sypialni pakując wszystko do kufrów. Dokumenty. Papiery. Swoje rzeczy. Ubrania? Biżuterię. Gdzie to było? Nie tutaj. Nie tam. Gdzieś indziej. W bezpiecznym miejscu. Czy ona była już bezpieczna? Cztery minuty.
Nie żył. Jej mąż nie żył. Widziała jego martwe, położone w trumnie ciało. Ona zamówiłaby mu ładniejszą, ale Lorraine zrobiła co mogła mając takie możliwości jakie zaoferował jej Richard. Poczuła niesmak na sam dźwięk imienia szwagra w myślach.
Westchnęła cicho. Nie było sensu leżeć dłużej. Podniosła się z fotela, ani myśląc porzucać swojego koca. Po prostu owinęła go wokół ramion. Nie miała na sobie wczorajszych ubrań, więc musiała znaleźć siłę, żeby wziąć prysznic. A może Alexander jej pomógł, skoro była w jakiejś jego starej koszulce? Nie pamiętała. To nie miało żadnego znaczenia.
Minęła Mulcibera w drodze do łazienki. Przystanęła na moment, spojrzała w stronę balkonu, na który najwyraźniej wyszedł zapalić, ale… nie odezwała się nawet słowem. Po prostu spuściła wzrok i zamknęła się w łazience.

Niegdyś tak łatwo było jej patrzeć w lustro. Przecież lubiła to co w nim widzi, bogowie obdarzyli ją tym co dla panien z dobrego domu było najważniejszą cechą - urodą. Ale od czasu nieszczęsnego wieczorka hazardowego u Agnes, czuła się sama sobą przytłoczona. Wielkie cywilnej odwagi wymagało od niej spojrzenie we własna twarz. Wciągnęła przez zaciśnięte usta powietrze. Wyglądała… na zmęczoną. Wychudzone policzki, cienie po dziesiątkach nieprzespanych nocy, na wpół opuszczone w znużeniu powieki. Ale nie była opuchnięta czy zaczerwieniona od łez. To dobrze. Docisnęła palce do skroni. Ból głowy był nieznośny. Zsunęła je niżej, pozwalając sobie na moment na przymknięcie oczu. Potem w dół, wzdłuż smukłego nosa, by oprzeć je wreszcie na spękanych wargach. Powinna pić więcej wody. Powiodła opuszkami po żuchwie i szyi. Dotknęła złotego łańcuszka na szyi. Dopiero teraz zorientowała się, że ma na sobie wciąż wszystkie pierścionki. Nie chciała ich. Napawały ją dziwnym obrzydzeniem. Ściągała je po kolei, wrzucając bezceremonialne bezcenne ozdoby do zlewu. Zatrzymała się przy obrączce. Szarpnęła. Złote kółeczko dołączyło do całej reszty. Dobrze. Tak było dobrze. Do pierścionków dołączyły bransoletki. I jej diamentowe kolczyki.
Nie zdobyła się na zdjęcie wisiorka. Ale podobało jej się to co widziała w lustrzanym odbiciu. Była na wpółnaga bez złota, za którym kryła się jak za tarczą. W rozciągniętym podkoszulku cuchnącym fajkami. Tak było dobrze. Było tak… jak powinno było być. Skrzyżowała spojrzenie z samą sobą. Od jak dawna jej oczy były tak mętne? Wyglądała jak śnięta ryba.

- To on umarł. Nie ty.- Ofuknęła swoje odbicie. Nie zdołała powstrzymać drżących w uśmieszku kącików ust. Śmiech wyrwał się z jej piersi. Umarł. Tak po prostu. Wziął i sobie umarł, niecały rok po tym jak zrobił te wszystkie podchody, by położył łapę na jej pieniądzach. I na cóż ci była ta wielostronicowa intercyza Robercie Mulciberze? Weźmiesz ją sobie do grobu? Umarł. Co za idiota. Docisnęła dłoń do ust, nie chcąc, żeby Alexander usłyszał jej śmiech. Jak strasznym trzeba było być pechowcem, żeby umrzeć przed maledictusem?! Zapowietrzyła się z tego niekontrolowanego chichotu.
- Jesteś wdową. Zachowuj się.- Powiedziała swojemu odbiciu, do którego najwyraźniej dotarł cały absurd tej sytuacji. Zacisnęła palce na chłodnej umywalce, aż pobielały jej knykcie. Nachyliła się. Przytknęła nos do lustra i zniżyła głos do szeptu.- Jesteś wdową Lorien. Tego ci nie odbiorą.
Wygrała. Ograła ich wszystkich i wygrała. Zacisnęła powieki z trudem łapiąc oddech. Nie czuła smutku. Chyba nigdy go nie czuła, bo to czy Robert był czy go nie było w jej życiu nie miało żadnego znaczenia. Ale powoli marazm, któremu się poddała, cały ten niszczący ból i otępienie… ustępowy czemuś zupełnie innemu - milczącej euforii. Wygrała.

Wsunęła na dłonie swoje pierścionki. Obrączkę powinna przełożyć na drugą rękę - nie zrobiła tego. Po prostu dopięła ją do swojego łańcuszka i wagi. Zapięła na nowo bransoletki. We włosy wpięła złote spinki, które Mulciber zostawił na brzegu wanny. Ogarnęła się na tyle, żeby nie straszyć oskarżonych podczas dzisiejszych posiedzeń, co w sumie ograniczyło się do obmycia twarz i starcia z niej tego głupiego, pełnego satysfakcji uśmieszku. Przeszła nad kocem, który w pewnym momencie musiał zlecieć na podłogę.

Gdy wychodziła z łazienki Alexander właśnie wysyłał do kogoś list. Nieszczególnie ją interesowało do kogo, więc po prostu bezszelestnie prześlizgnęła się na balkon. Oparła się plecami o barierki.
- Musisz mi załatwić jakąś szatę. Czarną. I woalkę.- Oświadczyła, kradnąc mu dopalającego się papierosa. Akurat starczyło, żeby raz się zaciągnąć.- Nie pokażę się tak w pracy.
Odchyliła leniwie głowę, żeby spojrzeć na brata i chuchnąć w niego dymem. Pewnie niedługo wróci smutek. Przyjdzie moment żałoby, gdy za godzinę czy dwie odpali kadzidła uspokajające, którymi będzie pachnieć jej gabinet.
Ale na razie mogła udawać, że w Londynie nie zanosiło się na żaden deszcz.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lorien Mulciber (933)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa