30.10.2022, 17:02 ✶
13 Marca '72
- Ambrosiu przestań ciągnąć Cyntusię za warkoczyk! - Z tym okrzykiem pani Macmillan prawie wybiegła z kominka kliniki magicznych chorób i urazów, zwracając na siebie uwagę wszystkich pacjentów i całego personelu medycznego, znajdującego się w poczekalni. Za Sacharissą wyszedł młodzieniec na oko jedenastoletni, trzymający za rączkę trzylatkę i raz po raz podszczypujący ją a to za warkoczyk, a to za czerwoniutką sukieneczkę. Najstarszym chłopcem był Ambroś junior z jasnymi loczkami swojego ojca, dziewczyneczka to maleńka, brązowowłosa Cyntia z sarnimi oczami babci Selwyn, a w ramionach matki przez palce przelewał się siedmioletni Bartuś, którego twarz przypominała kolorem dojrzałego kabaczka. Spod oblepiającej ją z każdej strony gromadki ludzkich szczeniąt przedzierał się obraz wytwornej kobiety. Włosy miała upięte w fikuśny kok, zielona sukienka pokryta była zaklęciami chroniącymi ją przed każdym rodzajem zabrudzeń, do którego zdolne były małe, lepkie, dziecięce rączki, a twarz zdawała się jaśnieć mimo, widocznego z każdej strony zmęczenia. - Podaj mi rączkę Cyntusiu - zwróciła się do córeczki po czym żwawym krokiem, przyciskając środkowe dziecko do piersi ruszyła w stronę recepcji.
- Do Doktora Lupina. - Powiedziała, a kiedy recepcjonistka poinformowała ją uprzejmym i spokojnym głosem, że jest kolejka i doktor ma obecnie pacjenta, twarz jej poczerwieniała. - Kolejka, cholera jasna, jaka kolejka. Czy pani nie widzi w jakim on jest stanie? - W tym momencie prawie przełożyła jęczącego cicho Bartusia nad kontuarem. Szybko jednak zreflektowała się jak to wygląda i przycisnęła główkę chłopca do piersi i delikatnie głaszcząc ją, zaczęła mówić pozornie spokojniejszym tonem. Nic nie dały pokojowe próby przemówienia pani Macmillan do rozumu - że inni też wyglądają źle, że coś tam, srośtam i inne tego bardziej racjonalne argumenty, które Sacharissa bezwzględnie ignorowała i nie dopuszczała do siebie.
W końcu, nie wytrzymała pociągnęła za sobą gromadkę i na tak zwanego bezczela wkroczyła do gabinetu Cedrika Lupina.
Jedno spojrzenie na siedzącego na kozetce pacjenta, po czym oczy kobiety zaszkliły się, głos zaczął się jej łamać i podniesionym lekko głosem zaczęła zawodzić.
- Kochany doktorze Cedriku, proszę ratować Bartuś coś zjadł i teraz jest cały zielony. Dosłownie! Proszę zobaczyć, och co ja zrobię, co ja biedna, dziecko mi umiera, doktorze proszę ratować! - Zawodziła głośno i z boku zdawać by się mogło, że kobieta naprawdę płacze. A nie tylko sprawia, że jej błękitne oczy zaczynają się pięknie świecić.