• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Śmiertelnego Nokturnu v
1 2 3 4 Dalej »
[26.09.1972] Tym razem nie dodamy do niczego łyżeczki mugolaka

[26.09.1972] Tym razem nie dodamy do niczego łyżeczki mugolaka
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#1
15.12.2025, 20:27  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 00:12 przez Lorraine Malfoy.)  
Ulica Śmiertelnego Nokturnu, Necronomicon

– Co to znaczy "dodaj tyle mąki, ile podpowiada ci serce"? – spytała Lorraine, wpatrując się nienawistnie w przepis, który wygrzebała z jednego ze starych numerów Czarownicy. Brwi miała ściągnięte w skupieniu, od kilku minut analizowała bowiem zawartość rubryki kulinarnej babuszki Barbrey, próbując wyłuskać z tekstu informację na temat dokładnych proporcji, w jakich należało zmieszać ze sobą składniki, aby przygotować swojskie ciasto piernikowe. Widać było po niej, że jest sfrustrowana. Przedzierała się przez kolejne pokolenia w drzewie genealogicznym babuszki Barbrey. Przez opowieści o tym, jak to przepis na pierniczki przekazany został po kryjomu jej matce przez cioteczną siostrę żony przyrodniego brata jej dziadka, która ukradła z kolei przepis samej Babie Jadze... A przynajmniej tak twierdziła Barbrey. Z tego co Lorraine zdążyła jednak wyczytać z jej przepisu, babuszka miała niezłą skłonność do konfabulacji i upiększania rzeczywistości. Wszystko w jej przepisie było "na oko" i "do smaku". Brakowało tam jakichkolwiek konkretów, a za system miar i wag służyły tam słowa takie jak "szczypta", "nieco", i "szczodrze". Lorraine stała więc wsparta o wypolerowany na błysk drewniany blat skromnej kuchni na tyłach Necronomiconu, na osobnej kartce papieru zapisując swoim schludnym pismem kolejne kroki zawarte na łamach babcinego przepisu. Wypisała już wszystkie ingrediencje potrzebne do upieczenia pierniczków, i poleciła Baldwinowi i Fridzie (oczywiście odzianej w śliczny fartuszek, żeby nie ubrudziła przypadkiem sukienki) odnalezienie ich pośród kuchennych szafek. Sama zaś próbowała obecnie rozgryźć proporcje, w jakich należało zmieszać ze sobą poszczególne składniki, dokładnie w taki sam sposób, w jaki przygotowywałaby eliksir na zajęciach u profesora Slughorna.

Gotowanie nie mogło być takie znowu trudne, prawda? W końcu Lorraine, chcąc nie chcąc, zmuszona była do samodzielnego przygotowywania posiłków. Nigdy nie znajdowała w tym zbytniej przyjemności, zwłaszcza biorąc pod uwagę jej relację z jedzeniem. Zawsze była jednak dobra z eliksirów, więc przygotowanie zup – najbliższych im konsystencją i recepturą – szło jej całkiem całkiem. Nie wymagało zbytniej filozofii wrzucenie warzyw, a od święta nawet i kawałka mięsa zamiast półgołej kości do gara, i zaprawienie tego wszystkiego przyprawami. Jakoś zdołała na tym wyżyć, bo potrzeby miała raczej skromne. Unikała jednak przygotowywania dań bardziej skomplikowanych ponad te proste, domowe, które gotowała w dzieciństwie pod okiem macochy. Obecność Fridy zmieniła jednak w jej życiu wiele rzeczy, w tym i podejście do gotowania. Nie żeby miała na naukę zbyt wiele czasu... Ale przecież obiecała Fridzie, że zrobią pierniczki! Tak, zrobią, bo Baldwin również pomagał. Bo to wszystko to była tak naprawdę jego wina, jego pomysł i nie myśl sobie, że to tylko moje dziecko i moja odpowiedzialność, ofuknęła go wcześniej szeptem Lorraine, zanim popatrzyła na niego wielkimi, proszącymi oczami, i łamiącym się głosem powiedziała, że musi jej jakoś pomóc zrobić ten obrzydliwy lukier, bo inaczej się popłacze tu i teraz. Zawsze była dobrą manipulantką. Ale wszystko zaczęło się od tego, że Baldwin przeczytał Fridzie bajkę o Jasiu i Małgosi. O ile Lorraine nie była wcale zaskoczona, że mała ghoulka najbardziej zainteresowała się piecem Baby Jagi, bo przecież w krematorium stał bardzo podobny. Tylko że w Necronomiconie nie piekli w nich niegrzecznych dzieci. Chociaż tata czasem żartował, że przydałoby się wsadzić tego a tego delikwenta na dziesięć zdrowasiek do Matki do pieca, żeby się opamiętał. Chyba żartował, bo nawet mama się wtedy śmiała, chociaż udawała, że się nie śmieje. Ale piec piecem! Ważne było, że ten piec stał w chatce z piernika! A przecież nie wszystkie domy były z niego zbudowane. Szyby też były ze szkła, a nie z cukru, chociaż gdy rozbiło się szkło, to było tak, jak gdyby rozsypał się cukier na podłodze. Frida dobrze o tym wiedziała, bo już parę razy zdarzyło jej się rozsypać cukier stojący w starej cukiernicy, gdy niosła go dziadkowi Alhazredowi, żeby posłodził sobie herbatę. Zdarzyło jej się też zbić szybę kamieniem, ale wszyscy wtedy rzucali kamieniami, i to nie było tak, że tylko ona zbiła tę szybę, a przecież pani Murray najbardziej nakrzyczała nie na nią, tylko na Yvonne, która biegała najwolniej i... Ale wracając do rzeczy. Frida też chciała chatkę z piernika. A jeżeli nie mogła mieć chatki (tata powiedział, że to niezbyt praktyczny budulec) to Frida chciała mieć piernik. Bo przecież nigdy wcześniej nie próbowała piernika. A gdy dowiedziała się, że piernik będzie, ale dopiero na Yule, popłakała troszeczkę, bo to niemożliwie dużo czekania. Ale potem mama wzięła ją na ręce, sapnęła ciężko i oddała ją tacie, ale patrząc po ich minach, Frida wiedziała już, że da się co nieco ponegocjować w tym temacie.

– Co ty na to, żebyśmy upiekli Scarlett pierniczki, żeby lepiej jej się uczyło z łakociem na podorędziu. Zrobilibyśmy jej miłą niespodziankę – uległa w końcu Lorraine. – Przyda nam się poćwiczyć trochę przed Yule, wtedy upieczemy więcej, i zaprosimy wszystkich, tak jak na Mabon.

No i tak rozpoczęła się misja "pieczenie pierniczków"...

Rzemiosło (1k) na pieczenie pierniczków. Matko miej nas w opiece...
Rzut O 1d100 - 6
Akcja nieudana

– Wystarczyło je wsadzić na siedem zdrowasiek – stwierdziła Lorraine, patrząc na blachę spalonych pierników. A potem schowała twarz w dłoniach, zapominając, że ma ręce pomazane mąką, i zaczęła płakać. Frida po chwili jej zawtórowała.


Yes, I am a master
Little love caster
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#2
16.12.2025, 15:24  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.12.2025, 23:59 przez Baldwin Malfoy.)  
- W twoim przypadku to znaczy, że będziemy mieć bezmączne pierniczki.- Odparł całkiem skwaszonym tonem, próbując samemu dojść do tego, co to znaczy "odpowiedni lukier". Nie za gęsty, nie za rzadki. No genialnie. Tylko co dodawal wody - to za dużo, co sypał cukru do miski - to za mało. Ostatecznie skończył z największą miską jaką mieli w Necronomiconie i z ilością lukru nie na parę pierniczkowych ludzików, a całą cholerną armię.
Wszystko przez tą całą idiotkę Małgosię i pieprzonego Jasia. Tylko debil by się wpakował do chatki w całości zrobionej ze słodyczy i jeszcze zaczął zżerać parapety. Ale Frida absolutnie uwielbiała tą bajkę, uwielbiała sypać Rozalindzie okruszki udając że robi ścieżkę do domu, uwielbiała bawić się w Babe Jagę i zamykać lalki w piecu. Dobrze wiedziała, że samej jej do środka wchodzi nie wolno, ale lalki to co innego. Zresztą żadna nie miała lekkiego życia, poza Marią Antoniną.
Tak więc mała despotka zażyczyła sobie piernikowego domku. A kiedy niedobrzy rodzice zniszczyli to marzenie, to zażyczyła sobie pierniczków. Ale nie takich kupionych w pierwszej lepszej cukierni. Nie. Ponieważ panna Frida weszła w bunt sześciolatki i etap "ja wszystko sama" to cała kuchnia wyglądała aktualnie jak pobojowisko. Trochę rozsypanej mąki, kawałki ciasta przyklejone do blatu. No i ta zajebiscie wielka miska z lukrem, na którą Frida polowała od jakiegoś czasu.
Obserwował te nieszczęsne pierniczki w piecu, odliczając minuty do wolności. Ale nie. Oczywiście. Bogowie przewidzieli jego ambitny plan zejścia do Eurydyki i zarechotali. O naiwny.
Odetchnął cicho.
- No ale po co zaraz te łzy...- Powiedział tak łagodnie jak tylko potrafił. Głównie po to, żeby pochlipywanie nie zamieniło się w pełnoprawną rozpacz. Sięgnął po łyżkę z lukru. Wręczył ją ghoulce do oblizania, co rzeczywiście sytuację odrobinę poprawiło. Już nie szlochała, zbyt zajęta łakociem. No ale z drugą nie było tak prosto.
- To tylko głupie ciastka.- Mruknął cicho siostrze do ucha, obejmując ją lekko jedną ręką w pasie, a drugą machając różdżką.
Zaklęcia kuchenne nie były aż tak trudne, więc w ruch zaraz poszedł wałek i foremki. Gwiazdki, serduszka, choinki. Ułożyły się grzecznie na pustej blasze, po czym poszybowały do pieca.
- Zobaczysz, wyjdą najlepsze na całym Nokturnie.- Stwierdził nastawiajac stary budzik na mniej więcej tyle czasu ile trwało owe nieszczęsne siedem zdrowiasiek. Nie przerywał czułego głaskania wili po głowie, wplatając i wyplatając palce spomiędzy jej srebrzystych loków. Dobra. Przecież to pieczenie nie może być tak wykurwiście trudne, nie?

Kolejna porcja pierniczków, co by Scarlett nie musiała jeść węgielków.
◉◉◉○○ Rzemiosło
Rzut Z 1d100 - 27
Akcja nieudana


Popatrzył na blachę absolutnie sfajczonych pierniczków, zupełnie jakby gapienie się w nie, jak szpak w pizdę miało cokolwiek pomóc. Otóż nie pomogło.
- Ten przepis jest zjebany.- Oświadczył stanowczo wrzucając swoją kulinarną porażkę do zlewu. Przy okazji wziął wyczyszczoną do czysta łyżkę od Fridy, wrzucając ją razem z blachą. Łyżkę, nie Fridę. Tą wziął na ręce. Zignorował nawet fakt, że ghoulka jest cała od lukru lepka, bo co słodkiego nie trafiło do buzi wylądowało na policzkach, paluszkach, fartuszku a nawet nosku. Jak? Nie miał pojęcia.
- Dobra, tu potrzeba takiego wiesz Lorr... dorosłego pro. Idziemy do Malouelów. Madeleine na bank ma jakiś przepis, który nie wymaga składania w ofierze pierworodnych baranków.- oznajmił stanowczo, z pełną pogardą patrząc na uwalone mąką wydanie Czarownicy. Wredna sucz z tej Barbrey. Co by było jakby się zabrały za to pieczenie tuż przed Yule???
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#3
17.12.2025, 00:38  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.12.2025, 01:01 przez Lorraine Malfoy.)  
"Zjebany ten przepis", oświadczył z pełną stanowczością Baldwin.

– Zje-e-e-e-bany – zgodziła się, wciąż jeszcze pochlipując cicho Lorraine, która bardzo przeżywała swoją porażkę kulinarną. To było przecież tak, jak gdyby przeniosła się w czasie z powrotem do klasy eliksirów profesora Slughorna, tylko po to, żeby otrzymać ocenę niedostateczną! Czegoś takiego nie wyobrażała sobie nawet w najgorszych koszmarach, które dręczyły ją na krótko przed egzaminami końcowymi, nie pozwalając spać po nocach. Może i były to tylko głupie pierniczki... Ale były ważne dla Fridy, a więc były też ważne dla Lorraine. Zdążyła się jako tako uspokoić, wzięła bowiem kilka głębokich oddechów, przytuliła się do pocieszającego ją Baldwina, pocałowała córeczkę prosto w polukrzony nosek... A potem skreśliła na szybko list do mieszkającej po sąsiedzku Madeleine. Madeleine wysłała im po prostu swój przepiśnik, obiecując, że wpadnie potem, być może wyczuwając z samego tonu listu Lorraine, że nie jest dobrze.

– Spróbujmy od początku z przepisem Maddie – poprosiła Lorraine z mocą w głosie, pokręciwszy opuszczoną z rezygnacją głową, jak gdyby nawet w tak dramatycznym momencie odmawiała mimo wszystko poddania się bez walki.

Więc wzięli się znowu do pracy..

Rzemiosło (1k) na pieczenie pierniczków. Tym razem z przepisu Madeleine Malouel.
Rzut O 1d100 - 100
Krytyczny sukces!

– Nie patrzę na nie nawet – rzuciła łamiącym się głosem Lorraine. Jak powiedziała, tak zrobiła, bo zasłoniła oczy, gdy Baldwin wyciągał pierniczki z pieca. Ale zaraz potem je odsłoniła, bo przecież pierniczki same się nie zrobią. Ręce wciąż trochę jej drżały, ale nie chciała po sobie tego pokazać, więc wzięła się za rozwałkowywanie kolejnej partii ciasta. – Boję się, że znowu nie wyjdą. Nie chcę próbować. Musicie spróbować za mnie.


Yes, I am a master
Little love caster
The Nocturn's Delight
When I grow up,
I wanna be a heretic.
wiek
20
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
malarz i aktor
Normalnie skóra zdjęta z ojca! 177 cm wzrostu, waży koło 70 kg. Szczupły młodzieniec, chodzi wyprostowany emanując pewnością siebie. Ma wyjątkowo jasne włosy, które od razu zdradzają jego pochodzenie od Malfoyów. Oczy jasne w szarym odcieniu. Można odnieść wrażenie, że jest wiecznie z czegoś niezadowolony, ale wrażenie to umyka, gdy otwiera usta - charyzmatyczny chłopiec z łagodnym, może nieco chrapliwym głosem.

Baldwin Malfoy
#4
20.12.2025, 22:10  ✶  
- Zje-e-e-e-bany. - Łkała Lorraine przypominając mu w tej chwili Fridę, której próbowano przetłumaczyć, że nie wolno spać w jednym łóżku z panem ropuchą. Głaskał więc siostrę po włosach modląc się w duchu, żeby Scarlett magicznie pojawiła się w kuchni i go uratowała, zdradzając magiczną sztuczkę z uratowaniem obu masakrycznych partii pierniczków. Nigdy nie był za dobry w takimi babskimi kryzysami. Mamrotał więc pod nosem no już, no już tak długo aż siostra się nie uspokoiła. Bo po Mulciberównie nie było ani widu ani słychu. Wymyśliła sobie tą pracę w kancelarii i teraz całe dnie siedziała nad książkami.
Frida była bardzo zadowolona z całusów, bo Frida nie potrzebowała tak naprawdę wiele do szczęścia. Tak długo jak była obok mama, tak długo świat nie wydawał się taki przerażający i smutny. Nawet jeśli był pełen przypalonych pierniczków.

Pomógł dziecku umyć miski i łyżki po pierwszej nieudanej próbie, gdy Lorraine pisała list. Zeszyt od Madeleine przyszedł dość szybko. Chwała bogom i błogosławiona niech będzie Matka. Co prawda wolałby samą Madeleine i jej umiejętności, ale przepiśnik był dobrym punktem wyjścia.
Od razu porównał sobie przepis z Czarownicy z tym sprawdzonym, spisanym ręką sąsiadki albo może jej babki czy matki. Takie zeszyty przechodziły czasem z rodziców na dzieci jak skarb rodzinny. Przepisy różniły się kompletnie. I metodą wykonania i proporcjami i wszystkim innym na czym Baldwin się nie znał kompletnie.
Ale Lorraine się znała, więc kiedy on rysował z Fridą domek z piernika kolorowymi pastelami, dając czarownicy potrzebne dziesięć minut spokoju od jakże wspaniałej “asystentki”. A kiedy ghoulka się zorientowała, że są robione pierniczki, natychmiast dostała do ręki foremkę do wycinania w kształcie gwiazdki. W końcu pierniczki wylądowały w piecu i po odpowiednim czasie zostały z niego wyjęte.
- Wyglądają… lepiej, Lorr. Serio.- Spojrzał nieufnie na jednego, wyjątkowo krzywego nawet jak na mierne umiejętności manualne pań domu urzędujących w kuchni. Tego nie będzie szkoda - uznał. Odgryzł kawałeczek. Maleńki. Uznał, że nie jest to ani zatrute ani spalone na popiół ani niedopieczone… podejrzane. Ugryzł więc większy kawałek. Słodki smak cukru i przypraw uderzył w kubki smakowe. Odpowiednio kruche, puszyste. Pierniczki były wspaniałe. Takie jak ze sklepu. Ba! Lepsze niż ze sklepu.
- Woah.- Zdołał tylko westchnąć zachwycony. Wręczył pierniczka ghoulce, odkładając resztę do ostygnięcia odpowiednio wysoko, co by małe rączki nie dorwały blachy.- Mówiłem ci, że to ten debilny przepis. Trzeba napisać ze skargą do gazety, bo baba ludzi truje!

Frida wróciła do pomagania mamie, więc Baldwin nie miał w sumie za wiele do roboty w kuchni. Siedział więc przeglądając leniwie przepiśnik i zaklęciem kopiującym robiąc sobie odbitki, które planował podsuwać Lorraine. Skoro pierniczki wyszły jej takie zajebiste to potrawka z elfów (na kartce na marginesie dopisano “mięso skrzatów domowych będzie dobrym zamiennikiem) powinna być łatwizną, prawda? Spomiędzy kartek wypadła ususzona gałązka jemioły.
- Oy Frida.- Podniósł się z krzesła. Podszedł do ciężko pracujących panien, żeby im pokazać znalezisko.-Wiesz, że jak się znajdzie jemiołę to trzeba kogoś pod nią pocałować?- Połaskotał zainteresowaną córkę gałązką po nosie. Ghoulka zachichotała bezdźwięcznie, więc ugiął nogi żeby znaleźć się mniej więcej na jej wysokości. Podniósł jemiołę nad blond główkę i ucałował Fridę po oprószonym mąką policzku. Ta zaśmiała się ponownie. Ten sam cichy, szczery śmiech od którego świeciły jej się zielone oczęta jakby ktoś zaklął w nich cały wszechświat pełen gwiazd.
Wyprostował się i pomachał jemiołą nad głową Lorraine. Wszystko po to, żeby zaraz ucałować ją czule w czoło. Potem w czubek zadartego nosa. A na koniec w usta. Z tą czysto rodzinną miłością. Zaraz jednak się odwrócił, bo poczuł jak Frida ciągnie go za szatę, domagając się wzięcia na ręce.
No oczywiście. Ona też chciała dać mamie buzi, jakże by inaczej!
Our Lady of Sorrows
and you don't seem the lying kind
a shame that I can read your mind
and all the things that I read there
candlelit smile that we both share
wiek
25
sława
IV
krew
czysta
genetyka
wila
zawód
Infobrokerka, właścicielka zakładu pogrzebowego, pianistka
Spowita nimbem wyższości i aureolą sięgających niemal do ziemi srebrzystoblond włosów, Lorraine wygląda dokładnie tak, jak powinien wyglądać Malfoy z krwi i kości. A jednak... Coś hipnotyzującego jest w jej czystym, wysokim głosie, w sposobie, w jaki intonuje słowa. Coś w pełnych gracji ruchach, w przenikliwym spojrzeniu jasnoniebieskich oczu, skrytych pod ciężkimi od niewyspania powiekami. Przedziwny czar półwili, który wyróżnia Lorraine z tłumu mimo raczej przeciętnej postury (1,67 m), długo nie pozwalając ludziom zapomnieć o jej uśmiechu. Wygląda na istotę słabą, wątłego zdrowia. W przeszłości, Lorraine zmagała się z zaburzeniami odżywania, przez co teraz cechuje ją nienaturalna wręcz kruchość. Chorobliwie chuda, kości zdają się niemal przebijać delikatną, bladą skórę. Uwagę zwracają zwłaszcza wydelikacone dłonie o długich, smukłych palcach, w których często obraca w zamyśleniu srebrny pierścionek z emblematem rodu Malfoy. Obyta towarzysko, zawsze wie, co powiedzieć, i jak się zachować. Bez względu na okoliczności dba o zachowanie nienagannej postawy. Ubiera się w otrzymane w spadku po bogatszych kuzynkach, klasyczne, mocno zabudowane suknie, na których wprawne oko dostrzeże ślady poprawek krawieckich. W naturze półwili leży przyciągać cudze spojrzenia, może dlatego Lorraine nosi się bardzo konserwatywnie, nigdy niemal nie odsłaniając ciała. Najczęściej spowita jest od stóp do głów w biel, choć chętnie stroi się również w odcienie zieleni i błękitu. Zawsze otula ją mgiełka ciężkich perfum, których nieznośnie wręcz słodki zapach służy tuszowaniu klejącej się do Lorraine mdłej woni śmierci.

Lorraine Malfoy
#5
22.12.2025, 00:58  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.12.2025, 01:00 przez Lorraine Malfoy.)  
Lorraine ostrożnie ułamała kawałek wciąż jeszcze stygnącego na blasze pierniczka, chcąc sprawdzić fakturę ciasta. Nie było przesadnie wypieczone, tylko takie w sam raz, kruche, ale zarazem puszyste w środku. Nieufnie obejrzała pierniczek z każdej strony, najbardziej krytycznie oceniając jego grubość. Może następną partię rozwałkuje nieco cieniej? Nie pokładała wielkiej wiary w swoje umiejętności kulinarne, więc z niepokojem czekała na recenzję Baldwina, obserwując, jak bierze malutkiego gryza. Z jego strony przynajmniej mogła liczyć na szczerość. Maeve była zdecydowanie mniej wybredna. Tym bardziej zdziwiła ją pochwała z ust brata. Na początku sądziła, że zwyczajnie chce być dla niej miły, zwłaszcza, że jeszcze przed chwilą znajdowała się na dnie rozpaczy. Wciąż jeszcze zdarzyło jej się lekko pociągnąć nosem, Lorraine przejmowała się bowiem zmarnowanym składnikami, które można było przecież jakoś wykorzystać. A jednak głaskanie po głowie i wyrozumiałe uspokajnie pomagało na smutki.

Niepewnie uszczknęła zębami kawałek pierniczka, który jeszcze nie został upaćkany lukrem ani cukrem pudrem. Wystarczył mały kęs, aby na języku poczuła słodycz wrzosowego miodu i smak przypraw korzennych. Szerzej otworzyła oczy, sama bowiem była zaskoczona, że ciasteczka są nie tyle zjadliwe, co po prostu... Dobre. Przez chwilę delektowała się smakiem, ale nie skosztowała więcej nad ten drobny kąsek. Resztę pierniczka podała zaabsorbowanej mieszaniem różnych kolorów lukru Fridzie, samej zakasując rękawy do dalszej roboty.

– Na pewno wyszły lepsze niż z przepisu babeczki Barbrey – stwierdziła skromnie. Wypogodziła się jednak, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Widać było, że płakała, ale oczy jej lśniły już wesołością, a nie łzami. – Na tę babę to powinno się napisać porządnego paszkwila, a nie skargę – dodała, ulegając podszeptom wrodzonej złośliwości.

Zaśmiała się jednak, gdy Baldwin zamachał nad główką Fridy gałązką jemioły. Akurat odwróciła się, żeby odłożyć na blat deskę z pierniczkami wyciętymi za pomocą świątecznych foremek. Mieli już dzwoneczki, czarodziejskie kapelusze, choinki, renifery ciągnące sanie z prezentami... A także bombki, które Frida z wielkim zapałem przemieniała w biedronki. Chyba nigdy nie zużyli tyle czerwonego barwnika spożywczego! Sama Frida wyglądała jak biedronka, w swoim fartuszku poplamionym czarnym i czerwonym lukrem. Lorraine zdążyła czule zetrzeć mąkę z policzka dziewczynki, zanim i nad jej głową znalazła się ususzona gałązka jemioły. Uśmiechnęła się jak kot, który pręży kark pod przyjemną pieszczotą, gdy Baldwin przyciągnął ją bliżej. Zachichotała, gdy pocałował ją w nos, bo nieco załaskotał ją jego zarost. Zdążyła się już przyzwyczaić do brata w tym wydaniu, zwłaszcza, że przeżywał ostatnio straszliwie, że musiał się ogolić na Mabon.

– Drapiesz – stwierdziła żartobliwie, bardzo uważnie przygładzając bratu wąsa, zanim odwzajemniła pocałunek. Nie powiedziała mu, że wciąż ubrudzony jest mąką... Ale skinęła wymownie głową w stronę niewielkiego lusterka, które wisiało w kącie kuchni. Z tymi wąsami uprószonymi mąką wyglądał trochę jak ich zmarły przed laty dziadek. – Ale przynajmniej wyglądasz na starszego – zażartowała Lorraine, przybierając bardziej filuterny, flirciarski wręcz ton. Bo przecież lubiła starszych... Na jej twarzy pojawił się wyraz rozmarzenia, chociaż efekt nieco psuło to, że cały czas tłumiła chichot. Chociaż żartowała z siebie, nie z Baldwina, wycałowała go, żeby się przypadkiem nie obraził. Czy może być bowiem coś lepszego od bycia wilą i zasypywania całusami tych, których się kocha? Wycałowała też i Fridę, zaklejając się całkiem kolorowym lukrem. Oblizała się, pokazując córeczce, żeby zrobiła to samo, a gdy mała zajęta była z Baldwinem przy lusterku, bo nie mogła przecież językiem dosięgnąć noska, Lorraine wpakowała kolejną partię pierniczków do piecyka.

– Znalazłeś coś ciekawego w przepiśniku Maddie? – zapytała Baldwina. – Myślę sobie, że mogłabym częściej coś porobić w kuchni... Gotowanie jest całkiem przyjemne. Zwłaszcza, gdy ma się do pomocy takiego zręcznego kuchcika. – Lorraine pochwaliła Fridę, której pomogła przed chwilą wykrawać z ciasta kolejnego pierniczka. Foremka renifera miała nieco więcej detali niż foremka bombki... To znaczy, biedronki, trzeba więc było być bardzo delikatnym. – Tylko może coś nieco zdrowszego niż pierniczki?


Yes, I am a master
Little love caster
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Baldwin Malfoy (1152), Lorraine Malfoy (1724)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa